Pani Papierek

  • Home
  • Książkach
    • Azjatyckie
    • Naukowe
    • Gatunkowe
      • Fantastyka
      • Kryminał
  • Filmach
  • Korei
    • 한국어
    • Ciekawostki
  • Instagram
  • Współpraca

 


„Bogowie otchłani” to jedna z tych książek, które (mimo kilku wyraźnych niedoskonałości) potrafią całkowicie wciągnąć i na długo zostać w głowie. Szczególnie jeśli najbardziej ceni się kreację niezwykłego magicznego świata i nie ma się nic przeciwko wielu POV.

Największą siłą tej powieści jest bez wątpienia kreacja świata. Andrea Stewart tworzy rzeczywistość niezwykle plastyczną i pełną wyobraźni: świat, w którym bogowie mają moc przekształcania materii, zamieniając pustynie w oazy i przywracając życie temu, co utracone. Ale nic nie dzieje się bez kosztów. „Odnowa” nie tworzy niczego z niczego: bazuje na tym, co już istnieje, często w brutalny sposób wykorzystując ludzkie życie. W efekcie dla wielu nie jest to wybawienie, lecz zagrożenie.

Na kartach powieści świetnie to czuć: ciągłe poczucie zagrożenia i walki o przetrwanie, uczenia się życia na nowych zasadach po kontakcie z katastrofą przemieniającą świat (ale pozostawiającą chociażby układy władzy, które świetnie się odradzają).

Fabuła od początku angażuje, śledząc losy dwóch sióstr, które mogą polegać wyłącznie na sobie. Rozdzielone przez tajemniczą, zmieniającą świat mgłę, trafiają do dwóch różnych rzeczywistości. Jedna z nich, jako uchodźczyni, zmuszona jest przetrwać w obcej krainie, pracując w niebezpiecznej kopalni, by zdobyć środki na powrót i odnalezienie siostry. Tylko czy ta druga wciąż jest sobą? Czy stała się potworem?

Motyw siostrzanej więzi stanowi emocjonalne centrum tej historii, ale autorka, podobnie jak w „Tonących królestwach”, osadza go w znacznie szerszym kontekście. Konflikty między ludźmi a bogami, napięcia polityczne, walka o władzę oraz wyraźny wątek ekologiczny tworzą wielowarstwową opowieść o świecie na skraju rozpadu i odnowy.

Narracja oparta na wielu perspektywach może początkowo wydawać się przytłaczająca i rozpraszać uwagę, jednak z czasem widać, że każda z tych historii dokłada kolejny element do większej całości, ukazując, że rozdzielenie sióstr nie jest jedynym problemem. Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych czytelników wiele POV jest minusem, utrudnia zaangażowanie się. Znam jednak wcześniejszą twórczość Stewart i liczę, że i tym razem każda z tych postaci będzie miała istotną rolę do odegrania, nie tylko rozdzielone siostry.

Tematycznie to opowieść o przymusowym przesiedleniu, o życiu w świecie kształtowanym przez ludzi u władzy, którzy nie uwzględniają podstawowych potrzeb innych. O eksploatacji zasobów bez refleksji nad konsekwencjami i o nieodwracalnych skutkach tych działań. Ale również o traumie (rozdzielenie, utrata członków rodziny) i o tym, jak różne mogą być drogi radzenia sobie z nią, co widać na przykładzie sióstr. Ostatecznie jest to historia o przetrwaniu i o tym, jak daleko jesteśmy w stanie się posunąć, by ocalić siebie lub kogoś bliskiego.

Jeśli miałabym wskazać słabszy element, byłyby to postacie. Przy tak wielu perspektywach część z nich pozostaje dość szkicowa, brakuje im głębi, przez co trudniej się z nimi w pełni związać. Jednocześnie widać w nich duży potencjał, który, mam nadzieję, zostanie rozwinięty w kolejnych tomach.

Jednocześnie nie będę ukrywać: jestem czytelniczką, dla której w fantastyce kluczowa jest kreacja magicznego świata, jego mitologii, polityki, konfliktów. I na tym polu “Bogowie otchłani” wypadają świetnie i powieść ta zwyczajnie mnie porwała! Miałam bardzo podobne odczucia przy serii “Tonące cesarstwo”, gdzie może nie do końca czułam się zaangażowana w losy samych postaci, ile losy przedstawionego świata. Poza wyjątkiem Jovisa i jego zwierzęcego przyjaciela, oni mnie kompletnie kupili w “Tonącym cesarstwie”.

Mimo pewnych niedociągnięć w kreacji postaci, „Bogowie otchłani” to dla mnie przede wszystkim przykład świetnie zaprojektowanego świata i historii z ogromnym potencjałem na rozwinięcie. Jeśli lubicie rozbudowane, wielowarstwowe fantasy z wyraźnym tłem społecznym i moralnymi dylematami, zdecydowanie warto dać tej książce szansę.

Już teraz wiem, że ta książka zostanie ze mną na długo, będę do niej wracać myślami, czekając na dalszy ciąg z niecierpliwością!




 


Nie będę ściemniać: nie czytam raczej powieści obyczajowych, zakładając, że są nudne (może mój błąd?). “Mój przyjaciel Jin-su” był więc wyjściem poza strefę komfortu, wyborem jedynie ze względu na koreański element. I był to naprawę dobry wybór! Ta książka przekonała mnie, że:

  • można w Polsce pisać książki z koreańskimi bohaterami, które nie wywołują ciar żenady
  • Konwencja romansu może służyć opowiedzeniu ciekawej historii, w której miłość wcale nie gra pierwszych skrzypiec - chyba że mówimy o odkrywaniu miłość do siebie

UCIECZKA W MARZENIA

Przede wszystkim “Mój przyjaciel Jin-su” ma ciekawą fabułę. Śledzimy losy młodej kobiety na życiowym rozdrożu. Mimo talentu kobieta nie realizuje się jako malarka, tylko chodzi do nielubianej pracy. W jej życiu panuje rutyna, która ciągnie ją na dno, a jedynym kołem ratunkowym zdają się koreańskie seriale, zapewniające ucieczkę od nudy codziennego życia. Ina, nasza bohaterka, akurat wkręciła się w serial, który jeszcze bardziej rozpalił jej serce - koreańską opowieść o malarce, mającej szansę na sukces. Romantyczny scenariusz niczym z koreańskiej dramy zaczyna się także powoli wkradać do jej życia, gdy mijany codziennie przystojny nieznajomy zaprasza ją na randkę.

Nie chcę zdradzać wiele z fabuły, bo to czysta przyjemność obserwować podróż Iny, rozrywającą się równolegle z fabułą serialu (przeczytajcie by sprawdzić jak bardzo równolegle :D).

I choć Autorka nie raz mruga do nas okiem, nawiązując do pewnych typowych dla romantycznych kdram rozwiązań, to siłą powieści jest opowiedzenie historii Iny. Nie kobiety znajdującej spełnienie w romantycznej relacji, ale kobiety odnajdującej siebie, która nauczyła się wierzyć we własne marzenia i aktywnie działała, by je zrealizować. Powieść choć wykorzystuje konwencję kdramy, prezentuje nam zdecydowanie nie typową bohaterkę tych seriali.

KOREA NIE TYLKO JAK Z SERIALU

Nie była to pierwsza książka “z koreańskimi wątkami” napisana przez Autorkę spoza Korei. Ale pierwsza, która wydała mi się autentyczna - mimo wyraźnego motywu fantastycznego! Dla porównania “Koreański koncert uczuć” uczuć Kasi Grabowskiej - mimo całej wiedzy Autorki o Korei - wydawał mi się sztuczny. Nie chodzi mi tylko i wyłącznie o naciąganą oś fabularną (zagubiony w Polsce idol...), ale realizację. Bo nawet spacer po Łodzi brzmiał jak opis z przewodnika, dialogi wydawały się suche, a wydarzenia aż nazbyt melodramatyczne (bardzo w stylu kdramy). Kompletnie tego nie kupiłam.

Z kolei w “Mój najlepszy Jin-su” oś “polska” i “koreańska” łączą się w interesujący sposób (który wcale nie musi być prawdopodobny, by brzmiał autentycznie poprzez dobre osadzenie w samej książce). Zawiedziona swoim życiem Ina może w pewien sposób “rzutować” siebie na serialową Ye-rin - malarkę stojącą u progu sukcesu, i to jeszcze z przystojnym facetem na widoku. Typowe dla kdram motywy zostały bardzo sprawnie wplecione w fabułę. Poza tym - oś serialowa pozwala na przedstawienie pewnej wizji Korei Południowej, która pasuje do oczekiwań osób te seriale oglądających.

Bardzo podobały mi się także opisy dotyczące wyjazdu Iny do Korei. Czułam na kartach powieści ten sam zachwyt, który sama przezywałam, jakby ktoś opisywał swoje doświadczenie, a nie wiedzę zaczerpniętą z drugiej ręki.

ODKRYWANIE SIEBIE

“Mój przyjaciel Jin-su” to książka podejmująca temat, który bardzo lubię: podróży mającej na celu odkrycie siebie. Ina podróżuje zarówno do Korei Południowej, jak i świata serialu (a kto z nas tego nie robi, jeśli się bardzo wkręcimy?), by tak naprawde odnaleźć sens życia. I odkryć, że nie jest on na drugim końcu świata, ale w niej samej. Wystarczy pozbyć się wewnętrznych blokad.

Sprawia to, że książka mimo przyjemnej fabuły (przypominam, że odwołuje się do pewnych schematów znanych z kdram!), ma w sobie pewną głębię. Myślę, że przez to spodoba się także osobom lubiącym cozy literaturę z przesłaniem - trochę w stylu azjatyckich healing novel, ale ze zdecydowanie bardziej rozwiniętą fabułą.

SŁOWEM PODSUMOWANIA

„Mój przyjaciel Jin-su” okazał się dla mnie miłym zaskoczeniem i dowodem na to, że powieść obyczajowa może być czymś więcej niż tylko lekką historią o zakochaniu. To książka o odwadze do zmiany, o konfrontowaniu marzeń z rzeczywistością i o powolnym uczeniu się siebie – podana w formie, która jednocześnie bawi, wzrusza i daje przestrzeń do refleksji. Koreański wątek nie jest tu pustą dekoracją, a integralną częścią opowieści. Jeśli więc – tak jak ja – podchodzicie do tego gatunku z rezerwą, warto dać tej historii szansę!

 


Jest to trochę reportaż-esej o Azji dziennikarza, który widać, że zna się na temacie, spędził w Azji sporo czasu i chce się podzielić swoimi przemyśleniami nie tyle o Azji przyszłości, ile o Azji w przemianie. Nie mamy tutaj samych nowinek technologicznych, ale także refleksje na temat przemian społecznych, politycznych, kulturowych. Powiedziałabym, że to książka o młodym pokoleniu w Azji, które wcale nie różni się od młodych pokoleń na świecie - i o władzy, która próbuje utrzymać tradycje wykorzystując nowe technologie, nie zawsze dostrzegając istotne zmiany pokoleniowe.

OD ŻYWNOŚCI PO BUNT MŁODEGO POKOLENIA

Tytuł “2100. Jak Azja tworzy naszą przyszłość” może idealnie pasować do pierwszego rozdziału o “pożywieniu przyszłości”, jak i tworzeniu smart cities czy wykorzystaniu technologii do społecznej kontroli.

Jednak znaczna część książki dotyczy przemian społecznych i politycznych, jak kwestie demograficzne, odrzucanie dotychczasowej kultury pracy czy patriarchatu. Z punktu widzenia Europy niektóre z opisywanych zmian mogą wydawać się nawet nieco konserwatywne, a na pewno nie wyznaczające kierunek przyszłości.

A jednak Simone Pieranni pokazuje, że przyszłość wcale nie musi oznaczać futurystycznych technologii; klonowania psów czy latających samochodów. W końcu zrozumiałam punkt widzenia autora: walczy ze stereotypami dotyczącymi Azji, także tej Azji nowoczesnej.

Ta książka w rzeczywistości to nie wizja przyszłości rodem z SCI-FI, tylko ukazanie Azji w momencie przemian, w dużej mierze wywołanych technologią i globalizacją. Ta książka to tak naprawdę opowieść o młodym pokoleniu - nie tylko pochodzącym z Azji! - ścierającym się ze starym systemem. Systemem, który może adaptuje nowoczesne metody, ale nie zawsze dostrzega zachodzące zmiany na poziomie społeczeństwa. Widoczne jest to szczególnie w duktaturach i wielu państwach azjatyckich mających problem z wdrożeniem pełnej demokracji, gdzie bardzo nowoczesne systemy monitorowania cyfrowego, stają się narzędziem kontroli. Tak jak w Chinach, gdzie władze najbardziej boją się buntu młodych ludzi, więc na celownik biorą chociażby media społecznościowe.

"Zagadnienie pracy pozwala nam uchwycić podobieństwa między naszym światem, a światem, który często uznajemy za odległy o który czasem przedstawiany jest wręcz jak inna planeta.

Nie jest to prawda, dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek: nowe wymagania pokolenia młodych Japończyków, Chińczyków, Koreańczyków są bardzo podobne do wymagań młodych Europejczyków czy mieszkańców Stanów Zjednoczonych (...)

(...) nowe pokolenia są sobie o wiele bliższe niż prawdopodobnie jeszcze klika lat temu, że przemiany które obserwujemy, są globalne i że powinniśmy może zacząć patrzeć na kraje Azji w inny sposób, próbując znaleźć punkty styczne, które mogłyby stać się podstawą do budowania wspólnych inicjatyw.

(...)W ten sposób odkrylibyśmy prawdopodobnie wiele rzeczy, z których najbanalniejsze mogłoby być na przykład zrozumienie, że rozmawianie dziś o zderzeniu cywilizacji nie ma najmniejszego sensu."

Autor pozwala sobie na wiele refleksji, nie znaczy to jednak, że w książce brakuje merytoryki. Opisując pewne przemiany - np: zmiany w podejściu do małżeństw (też jednopłciowych), pracy, czy relacji obywatel-państwo, Pieranni kreśli zwięzłe, choć istotne tło tych zmian. Wiele jest tutaj odwołań do historii współczesnej - tego co działo się 50 czy 70 lat temu - by nakreślić kontekst dla zmian lub wręcz przeciwnie, pokazać te aspekty funkcjonowania państwa, gdzie nawet nowe technologie nie gwarantują odejścia od “tradycji” (na przykład przypadek dynastii politycznych w Azji). Książka napisana jest zwięźle (to tylko 230 stron!) i to bardziej “zajawki” na pewne tematy, a jednocześnie autorowi udaje się unikanie uproszczeń.

Warto mieć jednak uwagę, że tekst został napisany w 2024 roku, a świat tak bardzo się zmienia, że np: rządzące partie mogą już nie być aktualne.

REFLEKSJA O ŚWIECIE ZMIAN

Ten refleksyjny ton połączony z merytoryką, uwzględnianiem chociażby wpływu kolonializmu czy systemów filozoficznych (konfucjanizm, taoizm) na Azję naprawde do mnie przemówił. To nie jest twarde, naukowe non-fiction, oparte na dużej ilości danych.

Krótkie rozdziały i dość szeroki zakres tematyczny, powiązany jednak myślą przewodnią (znów, nie tyle “futurystyczną Azją”, którą znamy poprzez orientalizujące wyobrażenia w stylu cyberpunka, a po prostu Azją przemian, wdrażania technologii i ścierania się starego z nowym) idealnie się sprawdzają. Jest to przez to książka szybka do przeczytania, a przy tym skłaniająca do refleksji na temat podobieństw między Europą a Azją, a także tego, że nie każde zmiany zachodzą tak szybko i w takim wymiarze jakbyśmy sobie tego życzyli; gdzie nowoczesne rozwiązania sprawiają, że idziemy w kierunku dystopii, a nie utopii.

Jednocześnie ostrzegam: trzeba przeczytać ze trzy, cztery rozdziały, by podłapać rytm autora i dostrzec powiązania; początkowo książka może wydawać się nieco chaotyczna.

PRZEGLĄD TEMATYCZNY

Jakie tematy porusza ta książka? Zaczyna się od kwestii pożywienia przyszłości i związanych z tą kwestią dylematów moralnych oraz ekonomicznych. Następnie przechodzimy do miast przyszłości - i przy tej okazji poruszone zostają kwestie klimatyczne, społeczne oraz wykorzystania technologii do zbierania danych u mieszkańcach. Kolejne kwestie dotyczą praw mniejszości, kobiet czy zmieniającej się koncepcji rodziny. Poruszona zostaje także kwestia dynastii politycznych i biznesowych, bardzo charakterystycznych dla Azji. Ostatnie rozdziały poświęcone są zaś informacji, komunikacji oraz sztucznej inteligencji.

SŁOWEM PODSUMOWANIA

„2100. Jak Azja tworzy naszą przyszłość” nie jest książką o odległym, futurystycznym świecie, lecz o teraźniejszości w ruchu. Pieranni pokazuje Azję jako przestrzeń napięć między tradycją a zmianą, między technologicznym przyspieszeniem a społecznymi ograniczeniami — i robi to w sposób, który pozwala dostrzec, jak bardzo te procesy są nam bliskie. To opowieść o młodym pokoleniu próbującym negocjować swoje miejsce w systemach, które nie zawsze nadążają za ich oczekiwaniami; o państwach, które chętnie sięgają po nowoczesne narzędzia, ale rzadziej po równie nowoczesne idee. Choć książka ma formę reporterskiego eseju i momentami pozostawia niedosyt pogłębionej analizy, jej siłą jest umiejętność łączenia pozornie odległych światów i rozbrajania uproszczonych wyobrażeń o Azji. To lektura, która nie tyle prognozuje przyszłość, ile zachęca, by spojrzeć na zachodzące dziś zmiany jako na zjawiska globalne — i zastanowić się, dokąd one wszystkich nas prowadzą.

 


“Eldorado” jest dokładnie tym, czego można się było spodziewać i nawet nie próbuje ubrać się w inne szaty: to typowy western. Choć wprowadza polskie wątki to tematycznie czy fabularnie nie odbiega od tego, co nie raz widziało się w kinie dotyczącym Dzikiego Zachodu. Mamy więc miasteczko w opresji, tajemniczego rewolwerowca znikąd i nierówną walkę “dobra ze złem”, wszystko okraszone typową dla Saulskiego brutalnością pojedynków.

WESTERN JAKICH WIELE CZY HOŁD DLA GATUNKU?

Western to taki gatunek, który opiera się na pewnych charakterystycznych elementach - które w pewnym momencie historii kina były dekonstruowane w antywesternie i Spaghetti westernie, gdzie na pierwszy plan wysuwał się antybohater.

Western rozgrywa się na pograniczu cywilizacji i dzikiej natury, najczęściej na amerykańskim Dzikim Zachodzie w XIX wieku. Świat przedstawiony jest surowy i nieprzyjazny, a prawo ma ograniczony zasięg lub nie istnieje wcale. Centralną postacią bywa samotny rewolwerowiec, szeryf albo człowiek z przeszłością, który kieruje się własnym kodeksem honorowym.

Fabuła zwykle koncentruje się wokół konfliktu dobra ze złem: napadów bandytów, walki o miasteczko, zemsty lub obrony słabszych. Ważną rolę odgrywają pojedynki, strzelaniny, napięcie i motyw sprawiedliwości wymierzanej poza oficjalnym systemem prawa.

Wszystko to odnajdziemy w “Eldorado", książce która choć odhacza motywy typowe dla westernu, stanowi także niejako hołd dla tego gatunku: bez udziwnień, bez niepotrzebnych komplikacji, skupiając się na oddaniu klimatu opowieści dziejących się na Dzikim Zachodzie.

Poprawny Dziki Zachód

Eldorado” to książka, która nie wykracza poza gatunek, ale dość sprawnie ukazuje go na papierze. Już przy książkach samurajskich Saulskiego zwracałam na to uwagę - autor ma dar do opisywania brutalnych pojedynków w sposób dynamiczny, ale i nie pozbawiony “piękna” - piękna ruchu i wizualizacji przemocy: tryskającej krwi niczym u Tarantino.

Fabularnie jest prosto, nie ma tu zaskakujących zwrotów akcji czy tajemnic, chociaż smaczku miały dodać polskie korzenie głównego bohatera. Wyszło jednak tak, że w niektórych momentach powiązania między Polską, a Dzikim Zachodem w duchu przeszłości “goniącej” za naszym bohaterem wyszły trochę naciągane. Ale nadal pozostaje to pewnym smaczkiem w tym typowo westernowym daniu. I nie ma w tym nic złego - ta książka to klasyczny western, oddanie hołdu temu gatunkowi bez zbędnych udziwnień.

Powiem całkiem szczerze - w dzisiejszym skomplikowanym, pełnym konfliktów świecie czytanie klasycznego westernu o ratowaniu bezbronnych mieszkańców i staniu po stronie sprawiedliwości, o walce dobra ze złem, gdzie wiemy kto jest, po której stronie - było bardzo relaksujące.

Prosta historia, prosty przekaz mogą zapewnić kilka godzin rozrywki. Nawet jeśli ta książka w żaden sposób nie jest przełomowa czy naprawdę zapadająca w pamięć, przyjemnie było uciec do tego nieskomplikowanego świata rewolwerowców i bandytów.

Słowem podsumowania...

„Eldorado” to świadomie klasyczny western, który nie próbuje na siłę redefiniować gatunku ani go dekonstruować. Zamiast tego oferuje solidnie opowiedzianą, prostą historię opartą na znanych motywach, uzupełnioną o interesujący, choć nienachalny polski wątek. To książka skierowana przede wszystkim do czytelników ceniących klarowny podział ról, wyrazisty konflikt i gatunkową konsekwencję. Nie jest to powieść przełomowa, ale jako hołd dla westernu spełnia swoje zadanie, dostarczając rozrywki i klimatu, którego dziś często brakuje.

 



Last Christmas...

Śmiało mogę powiedzieć, że “Muzyka otchłani” to jedno z moich największych zaskoczeń ubiegłego roku. Książka trochę u mnie na półce czekała, aż dałam się jej skusić - jako alternatywę dla przesłodzonych świątecznych historii. I jaki to był strzał w dziesiątkę! To idealne opowiadania do czytania teraz, gdy za oknem leży gruba warstwa śniegu, szybko robi się ciemno, a przez to łatwo mieć wrażenie odcięcia od świata.

Ciekawy jest sam pomysł stojący za opowiadaniami - będącymi rezultatem uczestniczenia przez autora przez lata w wyzwaniu Whamageddon, polegającym na unikaniu piosenki “Last Christmas”. Bo wszak żeby jej nie usłyszeć, trzeba odizolować się od świata, a to jest idealny nastrój na grozę!

Od ekspedycji badawczej na północ po zdobywanie krasnoludzkiej twierdzy

Należę do grona osób, które lubią tematyczne antologie grozy; uwielbiam sprawdzać jak twórczo można podejść do założonego tematu.

Na tym polu “Muzyka otchłani” spełniła wszelkie moje oczekiwania: jest bardzo różnorodnie, a przy tym utrzymany jest bardzo dobry poziom poszczególnych opowiadań.

Autor nie boi się sięgać po bardziej “klasyczne” tematy jak wyprawa naukowa na północ, która musi się źle skończyć (świetne jest to opowiadanie, trzyma w napięciu do samego końca!), jak i skręcać w kierunku SF prezentując śledztwo w sprawie kradzieży tożsamości zmarłej dziewczyny w świecie rodem z Blade Runnera.

Nie zabrakło w tym zbiorze miejsca i na tematy społeczno-polityczne, dotyczące... kryzysu migracyjnego w fikcyjnym świecie, wywołanego rewolucją obalającą rząd. A wszystko to z perspektywy dziecka, nie do końca rozumiejącego co się dzieje (prawdziwa perełka tego zbioru).

Kompletnie po drugiej stronie jeśli chodzi o ciężar stoi opowiadanie o pracowniku uczelni, który zauważa, że coraz więcej osób na jego wydziale zaczyna migać się od pracy. Zamiast żyć dla nauki, zaczynają zajmować się własnym życiem rodzinno-romantycznym. Czy spowodowała to jakaś dziwna zaraza?

Jeśli jeszcze nie czujecie się zachęceni to dorzucę syreny i krasnoludy - a wszystko obowiązkowo w połączeniu z zimą jako czasem akcji i mroczną muzyką.

Różne oblicza strachu

Oprócz różnorodnych tematów, “Muzyka otchłani” zachwyca tym, że są to naprawdę dobrze napisane opowiadania grozy. Takie, które trzymają w napięciu do ostatniej strony i sprawiają, że ciężko jest się oderwać.

Na uwagę zasługuje także ukazanie różnych oblicz strachu i to we wspomniany przeze mnie kreatywny sposób.

Strach może budzić wirtualny świat, w którym można utracić swoją tożsamość.

Strach może być związany z tajemnicą, z pójściem w miejsca, w które nie powinno się iść, otwieranie drzwi, które powinny zostać zamknięte.

W końcu strach może wywoływać koniec świata jaki dobrze znamy, chaos zmiany.

A wszystko to w okowach mrozu, z przerażającą melodią w tle...

Słowem podsumowania

“Muzyka otchłani” to antologia, która doskonale rozumie zimę — nie tylko jako porę roku, ale jako stan odcięcia, ciszy i narastającego niepokoju. Różnorodność tematów idzie tu w parze z konsekwentnie budowanym nastrojem, a każde z opowiadań dokłada własną nutę do tej mrocznej, lodowatej melodii. To książka, która idealnie sprawdzi się czytana po zmroku, pod kocem, kiedy świat za oknem cichnie — a każdy pojawiający się nagle dźwięk może brzmieć bardzo złowrogo.

 


Spektakl cierpienia jako rozrywka

„Gwiazdy w łańcuchach” to jedna z tych powieści, które trudno czytać bez narastającego dyskomfortu — i dokładnie o to w niej chodzi. Nana Kwame Adjei-Brenyah wykorzystuje konwencję dystopijnej fantastyki, by opowiedzieć o świecie, który wcale nie wydaje się aż tak odległy od naszego. To opowieść o społeczeństwie, w którym systemowa przemoc została sprzedana jako rozrywka, a dehumanizacja — jako coś normalnego, akceptowalnego, wręcz pożądanego.

Do napisania książki autora zainspirowali działacze społeczni i obrońcy praw człowieka, zajmujący się brutalnością policji i patologiami systemu więziennictwa w USA - na kartach powieści czuć, że to odpowiedź na ruch Black Lives Matter, a w wielogłosie przedstawionych w powieści postaw pobrzmiewa także rasizm czy mizoginia w odniesieniu do głównych bohaterek: Afroamerykanek i lesbijek.

Gdy wolnością staje się śmierć

W alternatywnej rzeczywistości powieści funkcjonuje program CAPE — Criminal Action Penal Entertainment — w którym skazani za morderstwo więźniowie mogą „dobrowolnie” zgłosić się do udziału w transmitowanych na żywo walkach gladiatorskich. Stawką jest wolność. Ceną — niemal pewna śmierć. Dla widzów to krwawy spektakl, dla sponsorów intratny biznes, dla polityków narzędzie kontroli społecznej. A dla uczestników? Ostatnia, rozpaczliwa forma wyboru (?) w systemie, który wcześniej odebrał im wszelką godność.

Dehumanizacja w blasku reflektorów

Najbardziej przerażające w tej wizji nie są same brutalne walki, lecz sposób, w jaki media i odbiorcy odbierają uczestników programu. „Gwiazdy” nie są już ludźmi — stają się gladiatorami, markami, bohaterami filmików i obiektami kibicowania. Można ich podglądać poza areną, komentować ich relacje, ciała i emocje, a potem domagać się coraz bardziej spektakularnej przemocy. Książka boleśnie punktuje mechanizm, w którym wystarczy odpowiednia narracja, by usprawiedliwić niemal wszystko — w końcu to „mordercy”, „potwory”, „zasłużyli”.

Autor bardzo świadomie pokazuje, jak łatwo odbiorca daje się wciągnąć w ten mechanizm. Jak szybko empatia ustępuje miejsca ekscytacji. I jak cienka jest granica między potępieniem przemocy a czerpaniem z niej przyjemności, jeśli tylko zostanie nam odpowiednio opakowana.

Wielogłos zamiast jednej prawdy

ednym z największych atutów powieści jest jej narracja ukazująca różne perspektywy. Poznajemy nie tylko same „gwiazdy w łańcuchach”, ale też innych uczestników tego systemu: aktywistów protestujących pod arenami, producentów programu, prawodawców, reklamodawców i widzów. Można zarzucić książce, że wprowadza zbyt wiele punktów widzenia (i potem ciężko się zaangażować) — ale właśnie o to chodzi. „Gwiazdy w łańcuchach” nie chcą dawać prostych odpowiedzi ani jednej, moralnie komfortowej interpretacji.

Powieść stawia pytania, które wydają się oczywiste… dopóki nie zaczniemy się nad nimi zastanawiać.

  • Czy można wybaczyć mordercom?
  • Czy każdy z nich był „zły”, czy może działał w obronie własnej, pod presją, w sytuacji bez wyjścia?
  • Czy człowiek poddany systemowym torturom naprawdę ma wybór, gdy decyduje się na udział w krwawym widowisku?

Autor nie moralizuje. Zamiast tego zmusza czytelnika do własnej oceny — i w tym tkwi jej siła.

Brutalność, która ma sens

Nie da się ukryć: to powieść bardzo brutalna. Przemoc jest dosłowna, graficzna i momentami wstrząsająca. Jednak w przeciwieństwie do wielu dystopii nie jest ona pustą prowokacją. Brutalność ma tu funkcję — pokazuje, do czego prowadzi system, który uprzedmiotawia ludzi i traktuje ich cierpienie jako zasób. Szczególnie poruszające są opisy więzi między „ogniwami” w łańcuchach, ich lojalności wobec siebie, żałoby po poległych i psychicznego kosztu każdej kolejnej walki.

Autor z dużą wrażliwością pokazuje, że za każdym pojedynkiem stoją ludzie — ze swoimi granicami, traumami, poczuciem winy i strachem. To właśnie ten kontrast między widowiskową przemocą a intymnością przeżyć bohaterów sprawia, że książka zostaje w głowie na długo.

Kapitalizm, rasizm i system więziennictwa

„Gwiazdy w łańcuchach” są również ostrą krytyką amerykańskiego systemu więziennictwa, rasizmu strukturalnego i kapitalizmu, który potrafi spieniężyć wszystko — nawet ludzką śmierć. Odwołania do funkcjonujących w tym świecie przepisów budują poczucie realizmu i pokazują, jak bardzo ten świat opiera się na logice „to się opłaca, więc jest dozwolone”.

Szczególnie przerażające jest to, jak technologia zostaje wykorzystana do udoskonalania tortur — do momentu, w którym śmierć na arenie wydaje się bohaterom bardziej humanitarną alternatywą. To wizja skrajna, ale boleśnie logiczna.

Słowem podsumowania

„Gwiazdy w łańcuchach” to powieść trudna, intensywna i niewygodna — ale jednocześnie niezwykle mocna i potrzebna. Brutalna, a jednocześnie intelektualnie angażująca. To książka, która nie pozwala czytać się obojętnie, bo zbyt często zmusza do konfrontacji z pytaniem: jak bardzo ten świat różni się od naszego?

To dystopia, która zostawia nas z gniewem, niepokojem i refleksją nad tym, jak łatwo przemoc staje się akceptowalna, gdy przestaje dotyczyć „nas”. I właśnie dlatego jest to lektura tak poruszająca — i tak potrzebna

 


„Głębia. Imprint” to powrót Marcina Podlewskiego do jednego z najambitniejszych uniwersów polskiego science-fiction – i jednocześnie otwarcie nowego cyklu (można go czytać bez znajomości poprzedniego), który już na starcie jasno komunikuje swoje ambicje. To niemal 900 stron space opery pisanej na serio: bez uproszczonych podziałów na dobro i zło, bez bezpiecznych archetypów załogi-rodziny i bez fabularnych skrótów. Zamiast tego dostajemy świat zbudowany z rozmachem i pieczołowitością – z własną polityką, religią, historią i językiem.

Jeśli szukać porównań, „Głębi” zdecydowanie bliżej do Diuny niż do Star Wars. To opowieść cięższa gatunkowo, niosąca ze sobą wyraźny filozoficzny i cywilizacyjny ciężar. Już od pierwszych stron widać, że nie będzie to lektura „na szybko” – i to zarówno jej największe wyzwanie, jak i największa zaleta. Nie jest to może książka dla każdego – szczególnie jeśli dopiero zaczyna się przygodę z twardym SF – ale dla osób poszukujących czytelniczych wyzwań oferuje przygodę, w która można się "zagłębić".

Lektura wymagająca – i świadomie taka

„Głębia. Imprint” wymaga od czytelnika pełnego skupienia i zaangażowania. Podlewski prowadzi narrację w sposób nielinearny: skacze między wątkami, postaciami, miejscami, a czasem także płaszczyznami czasowymi. Do tego dochodzi bogata terminologia stworzona specjalnie na potrzeby uniwersum – bez nachalnych przypisów i bez tłumaczenia wszystkiego wprost. Czytelnik musi być czujny, bo łatwo przeoczyć drobny szczegół, który kilkaset stron później okazuje się kluczowy.

Styl autora zdecydowanie nie ułatwia odbioru, ale trudno uznać to za wadę. W świecie „szybkich książek” i historii prowadzących czytelnika za rękę, „Głębia. Imprint” jest propozycją odwrotną: powolną, gęstą i wymagającą, stawiającą przed odbiorcą intelektualne wyzwania. To książka, która nie spieszy się z nagrodą, ale gdy ta w końcu przychodzi, satysfakcja jest ogromna.

Dwie fabularne osie, jeden ciężar znaczeń

Powieść przenosi nas do Galaktyki Andromedy, nowego domu ludzkości po Wielkim Exodusie. To świat zdominowany przez żelazną władzę Imperium Exodusu, gdzie relacje z Obcymi reguluje enigmatyczny Dar, a Maszyny i Siddarthowie współpracują na mocy pradawnych paktów. Nad wszystkim jednak unosi się tajemnica Głębi i ślizgu głębinowego, pozwalającego na podróże, a także imprinterów, spadkobierców mitu o Wybawcy. Brzmi skomplikowanie, ale na szczęście losy tej Galaktyki śledzimy przez pryzmat bohaterów, których dużo łatwiej zrozumieć - bo są bardzo ludzcy, mający swoje pragnienia i obawy.

Na tym bogatym tle rozgrywają się dwa równoległe wątki. Pierwszy to losy Eltie Grunt, kapitan, która na pokładzie nielegalnie zmodyfikowanego żaglowca, nazywanego "Ważką" ze względu na wygląd, wyrusza w niebezpieczną (i nielegalną!) misję ku Rozdarciu – miejscu na rubieżach Głębi, owianego aurą grozy i zakazów, gdzie wybrałby się tylko szaleniec. Drugi prowadzi nas na planetę nękaną przez kosmiczne bestie, gdzie duchowny Zakonu Śpiącej staje w obliczu przebudzenia potężnego bytu..

Autor mistrzowsko prowadzi narrację, by te dwie linie stopniowo ku sobie zmierzały. Ich ostateczne splecenie zmienia optykę całej opowieści, lecz – wbrew oczekiwaniom – nie oferuje łatwych rozwiązań. Wręcz przeciwnie, z każdym pozornym odkryciem rodzi się nowa niewiadoma, gwarantując czytelnikowi głód poznania dalszego ciągu i znalezienia wszystkich odpowiedzi.

Bohaterowie z krwi i kości

Jedną z najmocniejszych stron „Imprintu” są postacie. Podlewski poświęca im dużo uwagi, cofając się do ich przeszłości, pokazując motywacje, traumy i wybory, które ich ukształtowały. Akcja przez to spowalnia, a objętość książki rośnie – ale w zamian dostajemy bohaterów prawdziwie „z krwi i kości”. Świat Głębi poznajemy nie tyle poprzez encyklopedyczne opisy galaktyki, ile poprzez jednostkowe doświadczenia postaci pierwszo- i drugoplanowych.

Centralną figurą powieści jest Eltie Grunt – bohaterka daleka od klasycznego wzorca kosmicznego herosa. Nie jest wybrańcem, chronionym przez fabularny pancerz. To kapitan, która zna mechanizmy rządzące galaktyką i doskonale rozumie ich brutalność. Z czasem dowiadujemy się, jakie wydarzenia ją ukształtowały i z jakimi wewnętrznymi demonami musi się mierzyć. Eltie nie jest Mary Sue – to raczej Han Solo z traumatyczną przeszłością i znacznie większym bagażem doświadczeń.

Satysfakcja zamiast łatwej przyjemności

„Głębia. Imprint” to książka, w której naprawdę można się pogubić. Ale to również taka powieść, która nagradza cierpliwość: w pewnym momencie elementy zaczynają się łączyć, wątki splatać, a wcześniejsze drobiazgi nabierają nowego znaczenia. To historia nie tylko o indywidualnych losach bohaterów, ale też o ludzkości jako całości – o tym, że mimo postępu technologicznego wciąż zmagamy się z tymi samymi problemami. Wielkie odkrycia mogą dawać siłę, jak możliwość międzygwiezdnych podróży, ale równie łatwo prowadzą do degeneracji i zniszczenia.

Nie chcę zdradzać zbyt wiele, bo ogromną przyjemnością jest samodzielne odkrywanie kolejnych warstw tej opowieści. Wystarczy powiedzieć, że „Głębia. Imprint” to ambitna, wymagająca space opera, która nie próbuje przypodobać się każdemu. Dla jednych będzie zbyt ciężka i zbyt gęsta, dla innych – dokładnie taka, jakiej szukali.

To książka, która stawia przed czytelnikiem wyzwanie. I właśnie dlatego zostaje w głowie na długo po przewróceniu ostatniej strony.

 



„Rycerz cieni” to książka, która od początku jasno daje do zrozumienia: czas na wypełnienie pewnych luk. Nie znajdziemy tu wielkich postępów w głównej osi fabularnej, nie ma też konfrontacji z Caydeanem ani spektakularnych zwrotów akcji rodem z poprzednich części. I choć brzmi to jak wada, paradoksalnie — to właśnie ta spokojniejsza, bardziej kameralna odsłona była tej serii potrzebna. To tom na złapanie oddechu, poukładanie wątków i powrót do miejsc oraz postaci, które wcześniej przemykają niczym cameo w przeładowanym uniwersum Marvela. Można temu tomowi zarzucić, że jest fillerem, że nie posuwa akcji do przodu, a przez to wywołuje w czytelnik frustrację — jednak moim zdaniem był to filler niezbędny, pewien rodzaj kroku wstecz do korzeni serii, kiedy Rezkin nie był imperatorem i musiał bardziej działać jako skrytobójca, jako osoba skrywająca się w cieniu, a liczba postaci była ograniczona.

Patrząc na całość cyklu, „Rycerz cieni” boleśnie uświadamia, że Kel Kade nie mierzyła sił na zamiary. Zbyt rozbudowane uniwersum, zbyt wiele postaci, coraz bardziej rozmywany główny wątek — to wszystko ciążyło fabule już od tomu trzeciego, a a w każdym kolejnym stawało się coraz bardziej widoczne. Trzeba mieć niezwykły talent, by to udźwignąć i złożyć w spójną, angażującą całość, co się Kel Kade niekoniecznie udało. Mam wrażenie, że autorka miała ambicje napisac epicką fantastykę, a wyszło je typowe guilty pleasrue: dostarczające co prawda sporo rozwyrki, ale wymagające przymykania oka na wiele wad. To, co  w tej serii działało najlepiej od początku: prostota, humor i nieskomplikowana przygoda, na szczęście po części wracają w tym tomie — i dlatego uważam, że krok wstecz był tej serii potrzebny, nawet kosztem posuwania fabuły do przodu. 

Myślę, że to tom mogący dzielić czytelników. Ci, którzy pokochali serię za tempo, epickość i festiwal motywów fantasy — mogą poczuć się znudzeni. Akcja zwalnia, fabuła nie pędzi jak wcześniej, a Rezkin… cóż, często schodzi na drugi plan. Jako tytułowy rycerz cieni działa z ukrycia, a jego zwykli towarzysze dostają więcej czasu antenowego. I paradoksalnie wychodzi to książce na dobre: Wesson, Frisha, Azeria oraz duet Yserria & Malcius mają w tym tomie pełnoprawne, angażujące wątki, które trzymają historię w ryzach podczas nieobecności Reza. Problem polega na tym, że jeśli jedziemy na tej serii głównie „dla Rezkina”, możemy poczuć niedosyt. 

Niestety, „Rycerz cieni” powiela też wszystkie najbardziej irytujące bolączki cyklu. Tempo bywa poszarpane, część wydarzeń jest streszczona w dwóch zdaniach („zrobili to i tamto – idźmy dalej”), a logika podróży bohaterów pozostawia wrażenie, że wszyscy teleportują się wedle uznania. Rezkin nadal pozostaje męską wersją Mary Sue — z tomu na tom odblokowuje nowe umiejętności niczym w grze RPG („musimy go wysłać jako szpiega?”, „ok, dajmy mu iluzje”). Romantyczny wątek również nie unika problemów: Azeria pojawia się nagle, a relacja z Rezkinem rozwija się w tempie „bo tak”.

Przy tych wszystkich wadach książka pozostaje jednak… zaskakująco przyjemna. „Rycerza cieni” czyta się jak typowe guilty pleasure fantasy: nie dla logiki, nie dla epickości, ale dla tej specyficznej mieszanki akcji, humoru, sentymentu i lekko (mało powiedziane) przerysowanego świata. To nie jest najlepsza część serii. Nie jest też najgorsza. Ale jest konieczna — tak, by przed kolejnymi zwrotami akcji i epicką walką Rezkina z Caydeanem, na którą liczę, znów poczuć, że wiemy, dokąd w ogóle zmierzamy.


Ps.: Mam nieodparte wrażenie, że "Kroniki mroku" to trochę taki fantasy tasiemiec (nie wiem czy w Wasyzm pokoleniu tez używa się tego słowa do określenia ciągnących się w nieskończoność seriali, które zdają się nie zbliżać do końca). Nie jest to nic wybitnego, ale kto w życiu sobie dla rozrywki i "odmóżdżenia" tasiemca serialowego nie pooglądał? Czytam teraz serię o Mercy Thompson i to tez taki trochę książkowy tasiemiec, ale krucze, bawię się świetnie :)


Starsze posty Strona główna

ABOUT AUTHOR

안녕하세요! Z wykształcenia doktor nauk politycznych i magister filmoznawstwa, hobbistycznie zapalona czytelniczka! Zapraszam na bloga o książkach, filmach oraz Półwyspie Koreańskim - czyli moich największych pasjach!

Categories

  • abyssos 1
  • agora 2
  • akurat 2
  • albatros 4
  • artrage 2
  • azjatyckie 91
  • beYA 1
  • bliski wschód 1
  • Books4YA 4
  • chiny 11
  • ciekawostki 7
  • copernicuscenterpress 2
  • cyberpunk 1
  • czarna owca 1
  • czarne 3
  • czytelnik 1
  • dark academia 1
  • dark fantasy 7
  • dialog 8
  • dlaczemu 2
  • dolnośląskie 1
  • dystopia 4
  • esej 4
  • europa wschodnia 1
  • fabryka słów 115
  • fae 1
  • fantastycznyorient 18
  • fantastyka 188
  • filia 2
  • film 3
  • filtry 1
  • format 1
  • foxgames 1
  • galeriaksiążki 1
  • gra książkowa 1
  • gramatyka 3
  • groza 19
  • harde 1
  • healing novel 6
  • hi:story 1
  • horror 19
  • idiom 3
  • indie 5
  • indonezja 1
  • instagram 5
  • iyashikei 2
  • jaguar 2
  • japonia 36
  • kdrama 1
  • kirin 7
  • klasyka 1
  • komedia kryminalna 5
  • komiks 3
  • korea 45
  • koreański 9
  • kryminał 24
  • krytyka polityczna 1
  • książki 188
  • kwiaty orientu 2
  • literatura dziecięca 5
  • literatura młodzieżowa 30
  • literatura piękna 21
  • literatura podróżnicza 2
  • luna 1
  • marginesy 2
  • matronat 1
  • mitologia 2
  • mova 3
  • mustread 2
  • muza 5
  • naukowe 8
  • new adult 3
  • nonfiction 8
  • nowa baśń 14
  • nyks 1
  • obyczajowa 1
  • papierowyksiężyc 2
  • patronat 4
  • planetaczytelnika 1
  • podróżnicza 1
  • powieść gotycka 2
  • powieść historyczna 12
  • prószyński 5
  • przygodowa 1
  • recenzja 175
  • relacja 7
  • replika 4
  • reportaż 14
  • retelling 1
  • retrobuki 18
  • romans 7
  • romantasy 1
  • sensacja 2
  • sf 20
  • słownictwo 8
  • space opera 1
  • sqn 6
  • szczeliny 2
  • świat książki 1
  • tajfuny 1
  • tajwan 2
  • thriller 7
  • urban fantasy 15
  • uroboros 13
  • vesper 3
  • w.a.b. 5
  • warbook 9
  • weird fiction 1
  • weneedya 2
  • western 1
  • wielka litera 1
  • wietnam 1
  • wydawnictwo ix 1
  • wydawnictwo kobiece 1
  • wydawnictwo literackie 2
  • wydawnictwo mięta 7
  • Wydawnictwo Noir sur Blanc 1
  • wydawnictwo poznańskie 2
  • wydawnictwo spisek pisarzy 1
  • wydawnictwo wab 2
  • wydawnictwo wilga 1
  • wydawnictwonoca 1
  • wyszukane 1
  • yaponia 3
  • you&ya 15
  • youngadult 26
  • yumeka 6
  • zielona sowa 2
  • znak 13
  • zygzaki 1

Matronat

Matronat
Trylogia Hierarchia magii

Matronat

Matronat
Trylogia Magów szkła

POPULAR POSTS

  • Pięć małych świnek (recenzja)
  • Wojna kości
  • Mój najlepszy Jin-su
  • Silne kobiety nie muszą być Mary Sue (the Uncanny Counter)
  • Smocza perła - recenzja
  • Do jutra (recenzja)
  • Tygiel Dusz (recenzja)
  • Eldorado
  • Virion. Pustynia (recenzja)
  • #retrobuki
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Szukaj na tym blogu

Blog Archive

Ważne

Wszystkie zamieszczone tutaj teksty oraz grafiki są moją własnością i nie wyrażam zgody na ich kopiowanie bez mojej zgody.

FOLLOW ME @ INSTAGRAM

Gdzie mnie znaleźć

  • Instagram
  • Lubimy czytać
  • Goodreads

Featured Post

#retrobuki

Copyright © 2016 Pani Papierek. Created by OddThemes