Pani Papierek

  • Home
  • Książkach
    • Azjatyckie
    • Naukowe
    • Gatunkowe
      • Fantastyka
      • Kryminał
  • Filmach
  • Korei
    • 한국어
    • Ciekawostki
  • Instagram
  • Współpraca

 


"Cierń" to mroczna baśń, przedstawiająca zupełnie inną wersję Śpiącej Królewny. Ta krótka opowieść niespodziewanie kradnie serce osoby czytającej za sprawą postaci Ropuszki - dobrodusznej istoty wychowanej w miłości przez Magiczny Lud. Pewnego dnia Ropuszce zostaje powierzone zadanie, które wyrywa ją ze znanego, bezpiecznego świata - i rzuca w okrutny świat ludzi. Więcej nie zdradzam, gdyż czystą przyjemnością jest poznawanie opowieści snutej przez Ropuszkę, rozmawiającą z łagodnym rycerzem, który poszukuje możliwości spełnienia bohaterskiego czynu. Czym jednak jest chęć uratowania damy w opresji z brzemieniem dźwiganym przez Ropuszkę?

Lubię takie oryginalne retellingi, sięgające trochę do korzeni baśni - dzięki czemu uzyskuje się dużo mroczniejszy, niepokojący klimat. Całość nie jest jednak dołująca za sprawą Ropuszki - łatwo jej współczuć i liczyć, że jej los w końcu się odmieni. Moim zdaniem z konceptu zaproponowanego przez autorkę można było wycisnąć więcej mroku i zbudować bardziej złowrogi klimat; T. Kingfisher postanowiła się jednak zatrzymać gdzieś pomiędzy retellingami w stylu filmu "Czarownica", a posępnymi baśniami. Trochę mnie to rozczarowało i sprawiło, że książka nie zostanie długo w mojej głowie - ale jednocześnie znam sporo osób, którym ten balans zdecydowanie przypadnie do gustu - którzy nie szukają szukają opowieści przytłaczających, a melancholijnych, smutnych, ale z szansą na pewnego rodzaju szczęśliwe zakończenie.

Jak na dość krótką opowieść całość wolno się rozkręca, zaś końcówka gna zbyt szybko - nim się obejrzymy to już koniec. Poznawanie losów Ropuszki jednak wynagradza początek. Gorzej niestety z zakończeniem - niestety zawodzi i nie do końca współgra z budowanym napięciem. To tak naprawdę dość kameralna historia, bez większych wydarzeń - oparta o schemat rozmowy o przeszłości i finałowej konfrontacji. Przyjemnie się ją poznaje, ale nie zostaje z nami na długo po zakończeniu czytania.

Pewne braki w budowaniu suspensu T. Kingfisher nadrabia kreacją bohaterów - a w zasadzie bohaterki, wspomnianej Ropuszki. Reszta to tylko tło dla wrażliwej dziewczyny, tkwiącej w ruinach zamku pośród cierni.

Największą wadą tej opowieści jest w zasadzie jej długość: to zbyt krótka historia, by w pełni zaangażować, rzucać bohaterom wyzwania i rozwijać wątki do satysfakcjonującego punktu kulminacyjnego. To książka, która może stanowić miły przerywnik od innych lektur, ale nic poza tym. Sympatyczna Ropuszka i lekko oniryczny klimat to za mało przy naprawdę prostej historii, by na dłużej zapaść w pamięć. Wszystko zdaje się w "Cierniu" zaledwie zarysowane, przez co nie ma możliwości pełnego wybrzmienia potencjału wyjściowej koncepcji. Zabrakło tutaj większej głębi, żeby "Cierń" stało się czymś więcej niż przerywnikiem między bardziej rozbudowanymi powieściami fantasy. Myślę, że to wrażenie niedosytu byłoby inne, gdyby nowela stanowiła część jakieś antologii, a nie osobną książkę.


T. Kingfisher "Cierń" (2023)
Polskie wydanie: SQN (2024)


 


"Nie mówię żegnaj" to powieść zarówno piękna, jak i przejmująco smutna - co najlepiej oddają zawarte w niej opisy śniegu, ciszy czy cieni. Ta powieść to coś znacznie więcej niż opis ludobójstwa na koreańskiej wyspie Jeju (1948) - jest to tekst to pamięci, traumie, stracie, ale i bezgranicznej miłości, która nie pozwala zapomnieć o losach najbliższych. Stanowi wyraz koreańskiego uczucia han, trudnego do wytłumaczenia smutku i urazy, związanych nie tylko z doświadczeniami osobistymi, ale i zbiorową traumą burzliwych losów Półwyspu Koreańskiego, na którym krew przelewali nie tylko najeźdźcy, ale i "bracia", czy to w bratobójczej wojnie, czy politycznych czystkach. Han nie oznacza jednak trzymania się tego smutku - sztuka wypełniona tym uczuciem ma prowadzić do katharsis, do zaakceptowania, ale i zapamiętania przeszłości. Stąd w wielu takich utworach osią wydarzeń jest podróż wewnętrzna odczuwającego przejmujący smutek człowieka w głąb siebie i w głąb historii, by odkryć przyczyny i z nadzieją spojrzeć na przyszłość (w tym kontekście polecam świetny film 박하사탕, Miętowy cukierek z 1999 roku). 

"Nie mówię żegnaj" jest właśnie taką powieścią: na jej kartach śledzimy wewnętrzną podróż pisarki, którą dręczy niepokojący obraz padającego śniegu i wzgórza usianego czarnymi drzewami-nagrobkami, zalewanymi przez przypływ. Kobieta w pierwszej kolejności zakłada, że koszmary związane są z ukończoną książką, która dotyczyła masakry w mieście K - niewątpliwe Kwangju (Gwangju), gdzie w 1980 roku autorytarne władze pod pretekstem walki z komunistami krwawo stłumiły demonstracje prodemokratyczne. "Nie mówię żegnaj" jest powieścią po części autobiograficzną - Han Kang opublikowała tekst o tamtych wydarzeniach ("Nadchodzi chłopiec"). Jednak leczenie zbiorowych ran traumatycznej przeszłości nie kończy się na upamiętnianiu wydarzeń z 1980 roku - tylko sięgania głębiej w przeszłość, do wydarzeń z 1948 roku, które przez długi czas były tematem tabu. Aby znaleźć ukojenie kobieta wpada na pomysł realizacji projektu wraz z przyjaciółką - jednak życie rzuca jej pod nogi kłody, i projekt rozmywa się wobec osobistej straty. Wypadek doprowadza do odnowienia kontaktu między pisarką, a jej przyjaciółką i rozpoczęcia wspomnianej wielowymiarowej podróży: na wyspę Jeju, w przeszłość zbiorową, ale i osobistą, związaną z przyjaciółką. 

Powieść nie tylko porusza temat pamięci, ale i wykorzystuje jej mechanizmy w narracji. Labiryntowa narracja sprawia, że przeszłość miesza się z teraźniejszością niezwykle płynnie. Wspomnienie ukryte we wspomnieniu - pisarka wspomina swą przyjaciółkę, która z kolei opowiada historię swojej matki, a wszystko to się ze sobą miesza. Dodatkowo sceneria burzy śnieżnej i nocy na wyspie Jeju - miejscu znanym wyłącznie z tych kilku wizyt u przyjaciółki i jej wspomnień, a więc miejscu jednocześnie tajemniczym, jak w pewien sposób znajomym - potęguje wrażenie oniryczności, bycia na granicy snu i jawy. Jako czytelnicy nie mamy pewności, co dzieje się naprawdę, a co wyłącznie w głowie bohaterki - szczególnie, że wiele wydarzeń ma wymiar przede wszystkim metaforyczny.

"Nie mówię żegnaj" nie jest powieścią łatwą. Zarówno pod względem tematu, jak i sposobu napisania jest tekstem wymagającym. Niesie ze sobą ogromny ładunek emocjonalny, choć jakby skuty lodem: stopniowo mrożący czytelnika. Jednak w tym świecie mrozu i mroku, którym jest bolesna przeszłość, pali się ognik nadziei - w postaci miłości i przyjaźni. "Nie mówię żegnaj" to powieść poetycko piękna i przejmująco smutna niczym mroźny dzień. Nikt tak nie pisze o (pokoleniowej) traumie jak Han Kang!


"Jeśli przejdzie na drugą stronę, może się ocalić: wystarczy, że nie będzie się więcej odwracać. Jednak w końcu znów odwraca głowę. Kiedy w kamień zamieniają się jej uda, nie ma już drogi ucieczki. Stoi tam i czeka, aż opadnie woda, która zalała wszystkie domy i drzewa. Aż skamienieją jej biodra, ramiona i serce. Aż jej rozwarte, nabiegłe krwią oczy scalą się z resztą skały. Mijają dziesiątki, setki, tysiące dni i miesięcy, a ona nadal tkwi w tamtym miejscu, wystawiona na działanie śniegu i deszczu. Co chciała zobaczyć? Co musiało się tam znajdować, że notorycznie spoglądała wstecz?

(...) -Pewnie był tam ktoś, kogo chciała ocalić. Czyż nie dlatego spojrzała za siebie?"


Han Kang "Nie mówię żegnaj" / "작별하지 않는다" (2021)
Polskie wydanie: W.A.B. (2024)
Tłumaczenie z j. koreańskiego: Justyna Najbar-Miller


 

Powieść "Starsza pani z nożem" jest jak jej bohaterka: niepozorna, łatwa do przeoczenia, a jednocześnie ostra niczym brzytwa. Tak jak pod maską miłej starszej pani kryje się płatna zabójczyni - jedna z najlepszych w swoim fachu, szlifująca umiejętności od ponad 40 lat - tak pod intrygą w stylu thrillera ukryta jest powieść o starości, która wyobcowuje człowieka bardziej niż komplet noży za pazuchą. Na kartach tej powieści śledzimy Rógszponę, którą otoczenie wysłałoby na emeryturę. Jednak, czy ktoś, kto całe życie parał się zabijaniem może spokojnie zająć się czymś innym (bo w koreańskich realiach emerytura często oznacza dorywcze zajęcia, prowadzenie straganu czy pralni) - to jakby, parafrazując zdanie zawarte w powieści - kazać wilkowi wysiadywać jajko. Jednocześnie sama Rógszpona zaczyna dostrzegać zmiany, jej wiek wpływa na jej działania, a przypadkowe spotkanie z lekarzem i jego córeczką wywołują refleksje na temat przeszłości i utraconych możliwości. Sama bohaterka ma w sobie to coś - nie jest potulną staruszką -  że już od pierwszej akcji z przyjemnością towarzyszymy jej w podróży poprzez przeciwności, które na jej drodze stawia wiek, płeć, społeczeństwo - i oczywiście przeszłość, która w najmniej oczekiwanym momencie potrafi się odgryźć. Całość napisana jest w prosty, lekko humorystyczny sposób, a nietypowa bohaterka i zaskakująco przyziemny świat płatnych zabójców sprawiają, że od książki trudno się oderwać.

Dostrzegam w tej powieści to, co lubię w koreańskim kinie "społecznym" spod znaku Bong Joon-ho ("Parasite", "Snowpiercer", "The Host: Potwór", a w szczególności genialny film "Matka"): z jednej strony mamy rozrywkowe, gatunkowe fabuły (gatunkowy miszmasz), pod którymi kryje się jednak społeczny komentarz, ukazujący bolesną prawdę o Korei Południowej - i szerzej świecie opanowanym przez konsumpcjonizm. W "Starszej pani z nożem" temat dotyczy starości. Dla społeczeństwa staje się człowiekiem niewidzialnym, dla kręgu "zawodowego" zbędnym. Jednocześnie ze względu na renomę i wiek nie można jej tak po prostu wyrzucić - lepiej sugerować, że powinna odejść, powinna czuć się wypalona zawodowo i poszukiwać zasłużonego odpoczynku. Najlepiej zniknąć - bo jakie ma znaczenie jako samotna starsza kobieta? Sama Rógszpona zdaje sobie jednak sprawę, że nie jest już tą samą osobą co kiedyś i czuje się wyobcowana - a jedynym, co ją zakotwicza w życiu wydaje się przypadkowo przygarnięty pies - także senior. Jeśli ma odejść, to wyłącznie na swoich zasadach. Co jednak jeśli w jej życie wkradnie się coś niespodziewanego - a tym czymś jest... empatia? Czy na starość człowiek może się zmienić? Czy na starość może zacząć w końcu żyć?

"Starsza pani z nożem" to interesujące studium charakteru starzejącej się płatnej zabójczyni - a jednocześnie podejścia otoczenia do osób starzejących się. Jednocześnie to thriller o zemście, dodający dynamiki poprzez sceny akcji - szczególnie w finale. To intrygująca powieść, choć zupełnie inna niż można się spodziewać. Świat płatnych morderców stanowi tu jedynie tło, by opowiedzieć o przemijaniu i społecznym wyobcowaniu.


Gu Byeong-mo "Starsza pani z nożem" (2013)
Polskie wydanie: Wydawnictwo Mova (2023)

 


"Północna granica" to pierwszy tom Księgi Całości, wielotomowego cyklu o różnych historiach ze świata Szereru. Pierwsza odsłona tego cyklu to przede wszystkim militarna fantastyka, w której pojawia się wiele opisów starć między armektańskimi legionistami a siłami Aleru. Sam świat przedstawiony jest niezwykle ciekawy (dwie siły tworzące różne istoty), choć w tym tomie jedynie zarysowany, pozostawiający pewne uczucie niedosytu. Postawienie przede wszystkim na aspekt militarny ma swoje wady i zalety - nie należy jednak na tej podstawie skreślać całego cyklu jeśli spodoba nam się styl Autora: to zaledwie jedna z wielu opowieści, wstęp szkicujący świat i czarujący spektakularnymi potyczkami.

"Północna granica" to opowieść osadzona w bardzo ciekawym miejscu - pograniczu cywilizacji obdarzonej inteligencją przez Szerń (ludzi, kotów i sępów), a dzikością Aleru, który choć stworzył własne rozumne istoty, to przypominają one bardziej potwory. Granica, z którą czai się nieznane i niebezpieczne, narażona na konflikty - to miejsce z pewnością budujące napięcie: nigdy nie wiadomo, czy powróci się z patrolu, wyjeżdżając z zasypanych śniegiem stanic. Jest to doskonałe tło dla bohaterów, którzy będą musieli zmierzyć się nie tylko z nieznanym, ale także własnymi słabościami. Podejmowanie trudnych decyzji nie zawsze się opłaci - świat Księgi Całości jest brutalny i każdy może w nim zginąć. 

Tajemniczość jest zarówno zaletą, jak i wadą powieści. Autor szkicuje bardzo ciekawy świat, który nie ogranicza się do gadających kotów (choć to właśnie te postacie skradły moje serce), ale także owianych tajemnicą wierzeń i mocy. Intrygujący jest także sam wpływ Wstęg Aleru na przebywających w pobliżu ludzi, co czyni miejsce akcji jeszcze bardziej interesującym. A jednak tajemniczość ma też wady: wiele zagadek nie zostaje ostatecznie rozwiązanych, pozostawiając na koniec uczucie niedosytu, jeśli tak jak ja lubi się poznawać rozbudowane fantastyczne światy. Oczywiście rozbudza to apetyt na kolejne historie, jednak w ostatecznym rozrachunku nie umiem otrząsnąć się z wrażenia, że pierwszy tom stanowi zaledwie szkic, który mógłby zostać bardziej rozwinięty.

Osoby, które nie przepadają za wątkami militarnymi mogą z kolei poczuć pewne znużenie w trakcie lektury. Sceny batalistyczne są świetnie opisane, ale można odnieść wrażenie, że poza walką niewiele się w tej powieści dzieje, szczególnie w pierwszej połowie.

Największą wadą jest jednak niepotrzebne komplikowanie nazw, które wraz ze wspomnianą tajemniczością może wprowadzać uczucie zagubienia podczas czytania. Chodzi przede wszystkim o bardzo podobne nazwy (Aler, Armekt), czy jedynie zarysowanie różnic między Złotymi i Srebrnymi Plemionami Aleru (fragment ze wstępu w formie listu: "Czym konkretnie różnią się te gatunki, wiesz, Wasza Godność, lepiej ode mnie, jak sądzę" - jak widać, dowiadujemy się bardzo wiele). Nie będę ukrywać - nawet postacie trochę mi się myliły... "Północna granica" to z pewnością taka powieść, która wymaga skupienia i nie należy do lekkich - choć sama fabuła nie jest przesadnie skomplikowana. 

"Północna granica" to powieść, która przede wszystkim zaintrygowała mnie na tyle, że z przyjemnością sięgnę po kolejne tomy - a jednocześnie jej fabuła szybko zatrze się w mojej pamięci. Lubię balans między zagłębianiem się w świat przedstawiony, a scenami batalistycznymi i opisami losów żołnierzy (borykających się chociażby z problemem głodu) - tutaj trochę mi zabrakło tego pierwszego elementu. Jednak sam pomysł na świat przedstawiony ma w sobie to coś, co rozbudza chęć zagłębienia się w kolejne historie i poszukiwania odpowiedzi na stawiane pytania. To pozycja, która powinna zainteresować przede wszystkim miłośników low fantasy, w którym istotną rolę odgrywa konflikt, nie stroniąca od scen pełnych okrucieństwa i bohaterów, którzy by przetrwać muszą być twardzi.


Feliks W. Kres "Północna granica" (1995)
Wydanie: Fabryka Słów (2021)

 


"Spęd" to powieść łącząca w sobie wątki detektywistyczne i science-fiction, by opowiedzieć o świecie za czterdzieści lat. Wybiegnięcie we wcale nie tak odległą przyszłość pozwoliło stworzyć ciekawy świat przedstawiony - w wielu aspektach jeszcze nam bliski i znany, otwierający jednak nowe możliwości wraz z technologią transferu świadomości do sztucznie wytwarzanych bioform. Dzięki temu jako tło głównego wątku, którym jest śledztwo, obserwujemy świat w momencie przemian: technologia ciągle budzi kontrowersje i dzieli społeczeństwo. To bardzo interesujący aspekt powieści, gdyż z reguły w science-fiction jesteśmy wrzucani w świat, w którym futurystyczne technologie są już dobrze zakorzenione. Zaś główna oś fabularna, czyli próba wyjaśnienia po 10 latach przyczyn ataku cybernetycznego na wrocławski Bank Pamięci Bytowej, który pozbawił życia tysięcy użytkowników transferu świadomości, sprawia, że już od pierwszych stron zostajemy wciągnięci przez "Spęd". Nie będę ukrywać - bardzo lubię takie połączenie; śledztwo jest czymś angażującym i dobrze równoważącym bardziej filozoficzny (dotyczący człowieczeństwa w świecie technologii) aspekt science-fiction. "Spęd" to doskonały wybór dla tych, którzy szukają powieści kryminalnej z wątkiem futurystycznym; mają ochotę na s-f, które nie przytłacza terminologią.

Najmocniejszą stroną powieści "Spęd" jest z pewnością wątek kryminalny, stanowiący oś fabularną oraz główna para bohaterów: twarda, skrywająca się za czarnymi soczewkami i turkusowymi włosami komisarz Tia Koss oraz jej partner, pozbawiony przeszłości (i nazwiska) Adam. To naprawdę ciekawe połączenie i dwugłos tej powieści. Tia, choć jest człowiekiem często zdaje się mniej ludzka niż Adam, będący bioformą. Oddaje to przemiany zachodzące w świecie przyszłości, w którym humanitaryzm zanika. Z kolei Adam czuje się wybrakowany - nie tylko przez to, że wielu ludzi odmawia mu prawa do utożsamiania się z człowiekiem - "urodzony" w laboratorium nie doświadczył dzieciństwa czy dorastania, sukcesów i porażek, relacji, które kształtują każdego z nas.

Sam wątek kryminalny skrywa wiele tajemnic, a jego rozwiązywanie prowadzi nas do odkrywania kolejnych fasad upadku człowieczeństwa - wizja przyszłości maluje się w "Spędzie" w ponurych barwach. Samo rozwiązanie może podzielić czytelników - ma bardziej skłaniać do refleksji i stawiać kolejne pytania niż wszystko wyjaśniać. Mnie trochę rozczarowało finalne poprowadzenie jednego wątku - myślę że można było znacznie więcej wycisnąć z tajemniczej postaci Ateny i motywu kradzieży tożsamości niż z przeszłości Tii. Z kolei ogromną zaletą jest osadzenie wątku kryminalnego w szerszej perspektywie: nie dotyczy wyłącznie odkrycia, kto stał za atakiem, ale zmierzenia się z instytucją budzącą kontrowersje w obliczu presji, zarówno ze strony przełożonych i osób popierających transfer świadomości, jak i przeciwników, dążących wraz z Kościołem do jej zniszczenia. 

Jeśli chodzi o dynamikę powieści to jest to kolejny element, którego odbiór będzie zależeć od naszych upodobań. "Spęd" to powieść, w której pojawia się dużo dialogów i opisów niekoniecznie związanych ze śledztwem - bardziej kreślących relację między Tią i Adamem. Do mnie to przemawia - szczególnie, że dynamika powieści zmienia się wraz z otwarciem przez bohaterów w trakcie śledztwa puszki Pandory, kiedy akcja znacznie przyspiesza. 

Powieść "Spęd" naprawdę mnie zaskoczyła - zamiast powielać cyberpunkowe klisze, przeniosła mnie do Wrocławia przyszłości, pełnego napięć społecznych związanych z możliwością przenoszenia świadomości. Stanowiło to ciekawe tło dla działań pary głównych bohaterów, a śledztwo okazało się tak samo ważne jak przemiany zachodzące w Tii i Adamie. Jak każda dobra powieść sci-fi, "Spęd" skłonił mnie do refleksji i zastanowienia się, czy chcemy zmierzać do takiego świata. Czytanie tej powieści na początku nowego roku okazało się strzałem w dziesiątkę - strony przewracały się same, a ja zostałam całkowicie wciągnięta w historię!


Mateusz Lubach "Spęd" (2023)
Wydawnictwo: Wydawnictwo Nocą

 


"Kraina Kwiatu i Mchu" to druga księga - a w zasadzie prequel - serii łączącej klasyczną, epicką fantastykę z nietypowymi bohaterami: małymi leśnymi stworzeniami. Każdą z ksiąg można czytać oddzielnie, gdyż opowiadają zamknięte historie, dziejące się w tej samej krainie. "Kraina Kwiatu i Mchu", tak jak "Bitwa o Rudy Mur" to ponadczasowa fantastyka, wprowadzająca czytelnika w najpopularniejsze tropy w jej klasycznym odcieniu: walki dobra ze złem, heroizmu, kary za podłe uczynki oraz nagrody za moralną postawę. Tropy te wpisane są w zajmującą historię, pełną przygód - od bycia pochwyconym przez wroga, poprzez poszukiwanie mapy, wyprawę i oblężenie. Dodatkowo Brian Jacques uczynił swój las Mchukwiatu krainą niezwykle żywą, zamieszkałą przez różne stworzenia wyróżniające się nawet gwarą - oraz kulinariami, bo i opisów cudownych leśnych potraw na kartach tej powieści nie brakuje.  "Kraina Kwiatu i Mchu" to gwarancja przygody dla każdego czytelnika, niezależnie od wieku!

Tak jak w przypadku "Bitwy o Rudy Mur", "Kraina Kwiatu i Mchu" uwodzi kreacją świata przedstawionego. Prosty język miesza się z wymyślnymi imionami bohaterów i wspaniałymi opisami potraw. Krety mają swoją gwarę, a nietoperze powtarzają ostatnie frazy niczym echo - wszystko to nadaje powieści kolorytu. Dodatkowo wielu zróżnicowanych bohaterów sprawia, że z niezwykłą przyjemnością spędza się czas w lesie Mchukwiatu - poznając zwyczaje jego mieszkańców i towarzysząc im w przygodach.

"Kraina Kwiatu i Mchu" opowiada o legendarnym Marcinie Wojowniku i jego mieczu - z czasów kiedy mały myszek dopiero tworzył swą legendę. Podła królowa żbików Czartyca rządzi krwawą ręką, chcąc sobie podporządkować wszystkie leśne zwierzęta. Leśni mieszkańcy wraz z Marcinem odkrywają w sobie jednak odwagę i postanawiają się sprzeciwić wrogowi - co będzie wymagało szczegółowo zaplanowanego oblężenia oraz wyruszenia w niebezpieczną podróż do tajemniczego Salamandastronu, gdzie ma znajdować się prawowity władca lasu.

W powieści nie brakuje zwrotów akcji - spektakularnych ucieczek, starć z nieoczekiwanymi przeciwnikami czy wyprawy w nieznane. Towarzyszymy w nich nie tylko Marcinowi, ale i Królowi Złodziejmyszków Gwizdonowi, który ma talent do układania ballad, rezolutnym kretom, opiekuńczym jeżom czy budzącym respekt borsukom. Dobre leśne stworzenia współdziałają razem i się o siebie nawzajem troszczą - są także otwarci na przyjęcie żbika, bo to nie gatunek, ale postępowanie decyduje o tym, jak należy kogoś oceniać. Z kolei Czartyca i jej podwładni myślą wyłącznie o sobie, ciągle knują i nie mogą nikomu ufać. Ten kontrast między tymi dwoma grupami idealnie wpisuje się w klasyczny trop walki dobra/praworządności ze złem/chciwością. Ogromną zaletą jest prowadzenie akcji wielotorowo - przeplatających się opisów wyprawy, oblężenia i walki. Znów przywodzi mi to na myśl klasyczną fantastykę w duchu Tolkiena, gdzie każda z "drużyn" ma swoją rolę do odegrania, a napięcie związane z powodzeniem misji wzbudza każdy z wątków - wszystko to sprowadzone jednak do nieco mniejszej skali leśnych stworzeń i Lasu Mchukwiatu.

"Kraina Kwiatu i Mchu" okazała się jeszcze lepsza niż "Bitwa o Rudy Mur", świetnie rozkładając wydarzenia. Świat przedstawiony i dbałość o detale sprawiają czystą przyjemność podczas czytania - jak chociażby to, że borsuk ma miecz "dwułapny", a nie "dwuręczny". Pozwala to na prawdziwe zanurzenie się w tym świecie niezwykłych zwierzęcych bohaterów. W samej fabule nie uświadczymy zbyt wiele magii, choć nie brakuje proroctw czy pewnej aury magiczności związanej z mieczem - jednak jak zauważa sam Knur Waleczny zwycięstwo nie zależy od samego oręża, ale łapek, które go dzierżą - "magiczny" miecz byłyby niczym bez Marcina Wojownika. "Kraina Kwiatu i Mchu" zaskakuje - jako animal fantasy kojarzy się z czymś dla dzieci, dostarcza nam jednak pełnokrwistej fantastyki, spektakularnych starć i niebezpiecznych wypraw. Jeśli lubicie powieści pełen przygody, w których każdy, nieważne jak mały, może mieć serce wojownika to nie możecie przegapić tego tytułu!


Brian Jacques "Redwall. Kraina Kwiatu i Mchu" (1989)
Polskie wydanie: Nowa Baśń (2023)


 


"Ucałuj ją ode mnie" to "kocykowa" okołoświąteczna komedia romantyczna ze szczyptą pieprznej pikanterii i dramatyzmu. To opowieść z rodzaju typowych świątecznych rom-comów - z jednym znaczącym twistem: nasza bohaterka zakochuje się w siostrze swojego udawanego narzeczonego. Jest śnieg, są świąteczne aktywności, sporo problemów z komunikacją, które prowadzą do katastrof, a także obowiązkowy (to jest tak oczywiste w takich historiach, że nie będzie to spojlerem) happy end. I nie ma w tym niczego złego: "Ucałuj ją ode mnie" od początku obiecuje być ciepłą queerową opowieścią, nieco naiwną, ale idealnie wpisująca się w magię świąt - choć posiadającą pewien ciężar w postaciu bagażu doświadczeń głównej bohaterki.

"Ucałuj ją ode mnie"  choć korzysta z wielu znanych klisz udaje się nie popaść w całkowitą sztampowość - a nawet bawić się z niektórymi motywami. Wiele świątecznych komedii romantycznych trzyma się prostego schematu - jedna osoba ze względu na święta wyjeżdża z miasta i tam odkrywa magię świąt oraz drugą połówkę, będącą jej/jego przeciwieństwem. Tutaj poznajemy Ellie, która uważa siebie za chodzącą porażkę, boi się nawiązywać relacji, a w dodatku tęskni za świętami z prawdziwego zdarzenia, których nigdy nie przeżyła. Jest kobietą w kryzysie - rozpamiętującą "last Christmas", zeszłe święta, kiedy to przypadkiem poznała tajemniczą Jack - i w której wbrew swoim zasadom zakochała się w przeciągu jednego dnia; jej marzenia związane z pracą legły w gruzach, a lada dzień grozi jej eksmisja. Czy można się jej dziwić, że ostatecznie godzi się na propozycję przystojnego i bogatego Andrew, który potrzebuje udawanej narzeczonej w zamian za rozwiązanie kłopotów finansowych? Co może pójść nie tak jeśli spędzi z nim i jego rodziną święta w malowniczej chatce? I gdy tylko nam się wydaje, że będzie to typowa komedia o bogatym mężczyźnie i ubogiej kobiecie, Autorka sprytnie wprowadza niezależną siostrę Andrew, by zabawić się z naszymi oczekiwaniami.

Chociaż jest to komedia romantyczna - z obowiązkowym lepieniem pierniczków, śpiewaniem kolęd i zabawami w śniegu - z motywem przewodnim dotyczącym udawanego związku, to w zasadzie porusza ciekawy temat: pokonywania strachu. Ellie jest w życiu nieszczęśliwa właśnie przez strach i zakładanie z góry, że wszystko zakończy się porażką, przez co sabotuje własne marzenia. Nie do końca realizacja tego tematu wyszła - mamy uwierzyć, że Ellie dwukrotnie sama zniszczyła swoje szanse na happy end z wymarzoną dziewczyną; dla mnie jednak to ona była ofiarą - w pierwszym wypadku kłamstwa (i to jakiego!), w drugim wyolbrzymienia sytuacji i zbędnego dramatyzmu, oraz krzywdzącego zrzucenia całej winny na Ellie, kiedy wszyscy naokoło wcale nie byli świętoszkami (patrzę na was Jack i Dylan). Potencjał tego wątku został więc wykorzystany połowicznie (Ellie sama wpędza się w poczucie winy, z którym musi walczyć - czy raczej robią to inni?), a szkoda, bo temat pokonywania własnego lęku przed porażką, czy to zawodową, czy w związkach jest bardzo ciekawy.

Jestem typem osoby, która zdecydowanie preferuje slow burn w romansach - stąd też nie do końca przekonała mnie przedstawiona w powieści relacja. Ellie miała być osobą, która potrzebuje czasu, budowania relacji, by poczuć do kogoś pociąg. Oczywiście mamy uwierzyć, że skoro zakochała się w tajemniczej dziewczynie w przeciągu jednego dnia, to z pewnością musi być coś wyjątkowego - mnie jednak odebrało to czar zakochiwania się. Skoro Ellie miała być reprezentantką demiseksualności (co zostało wielokrotnie podkreślone), to zbyt szybkie nawiązanie relacji z Jack trąci fałszem.

"Ucałuj ją ode mnie" jest moim zdaniem powieścią nieco zbyt długą, przez co w oczy rzuca się powtarzalność niektórych opisów (dotyczących wyglądu, a szczególnie uśmiechu Jack). Niektóre sceny wydają się mało zajmujące, choć miały na celu przedstawienie Ellie jak wygląda spędzanie rodzinnych świąt - i to nie byle jakich, ale rodziny uprzywilejowanej dzięki bogactwu. Sceny te pasują do jednego z poruszanych tematów (dysfunkcyjnej rodziny Ellie), ale nie do końca mnie kupiły.

Pomimo wszystkich wad, "Ucałuj ją ode mnie" pozostaje "kocykową" książką z queerową reprezentacją, która oprócz lepienia ciasteczek, porusza i trudniejsze tematy (przytłaczające relacje z rodziną czy kwestie zdrowia psychicznego). Dla mnie było to jednak za mało, aby ta historia naprawdę zapadła mi w pamięć czy szczególnie wciągnęła w czytanie - powieść pozostaje gdzieś w rozkroku między ciepłym i pełnym omyłek romansem a powieścią obyczajową o kobiecie borykającej się z zaburzeniem lęku uogólnionego. Nie uważam, żeby powieść była sama w sobie zła - nie trafiła jednak do mnie. Jeśli jednak lubicie komedie omyłek, a motyw udawanego związku jest waszym ulubionym to "Ucałuj ją ode mnie" nie powinno was zawieść!


Alison Cochrun "Ucałuj ją ode mnie" (2022)
Polskie wydanie: WAB (2023)



 


"Wypieki defensywne" to niezwykle przyjemna książką, idealna do słuchania podczas świątecznych przygotowań (choć jej akcja nie dzieje się w święta). Od pierwszej do ostatniej strony wypełniona przygodą i humorem - oraz wypiekami. A wszystko zaczyna się od dnia, kiedy 14-letnia Mona odkrywa w piekarni ciało. To jedno wydarzenie wplączę ją w wir intryg, gdzie stawka jest dużo większa niż zakalec w cieście. Mona żyje w świecie, w którym ludzie mają różne magiczne umiejętności - dość unikatowe. Jej trafiła się magia pieczenia - może sprawić, że chleb stanie się świeższy, a babeczki nigdy się nie przypieką...Może także animować piernikowe ludziki ku uciesze klientów. Czy taka moc pomoże jej uratować królestwo?

To powieść z przymrużeniem oka, lekka i przyjemna niczym puchate bułeczki. Nie brakuje w niej i mądrych lekcji na temat doceniania najbardziej niepozornych talentów oraz siły współpracy. Doprawiona sporą dawką humoru jest książką idealną na przyjemnie spędzony czas.

"Wypieki defensywne" wyróżniają się przede wszystkim systemem magicznym, a wykorzystanie umiejętności magicznego pieczenia potrafi zaskoczyć - oraz oczywiście rozbawić. Zakwas Bob i piernikowy ludek jako chowańce to tylko wierzchołek pomysłów piekarsko-cukierniczych, które odnajdziemy w tej książce.

Jest to literatura kierowana raczej do młodzieży, odnajdziemy w niej więc pewne uproszczenia - ale nie odbiera jej to wcale uroku. To naprawdę przyjemna mieszanka fantastyki i pewnej przyziemności związanej z pieczeniem - choć jest pewna magia w łączeniu poszczególnych składników i otrzymywaniu z nich przepysznych wypieków. I choć jest to powieść lekka to nie zabrakło w niej odrobiny mroku - każda przygoda może mieć konsekwencje, szczególnie kiedy pojawia się zdrada oraz walka.

"Wypieki defensywne" to opowieść o niespodziewanych bohaterach - którzy nawet nie powinni się nimi stać! - "zwykłych-niezwykłych" dzieciakach, które muszą stanąć na wysokości zadania w obliczu zagrożenia dla ich miasta. Pełna wyobraźni i humoru fantastyka, która spodoba się nie tylko młodszym czytelnikom. Ja bawiłam się doskonale!


T. Kingfisher "Wypieki defensywne" (2020)
Polskie wydanie: SQN (2023)

 


„Może znał Ahruqa zaledwie kilka godzin, może nawet nie wiedział jak wygląda, ale kiedy znajdzie się przyjaciela, kolor sierści i kształt uszu to sprawa zupełnie drugorzędna”.

„Silla” to niezwykle klimatyczna opowieść dla małych i dużych czytelników, która zabiera nas w świat, w którym legendy stają się prawdziwe, a ludzie i zwierzęta mówią jednym głosem. Na doświadczenie obcowania z tą powieścią składa się nie tylko historia o młodym chłopcu, który wyrusza ratować Zorzę Polarną, ale także przepiękne ilustracje. Sama opowieść jest magiczna: na dalekiej Północy żyjący ze sobą ludzie i zwierzęta zaczynają dostrzegać niepokojące znaki – łowienie ryb staje się niemożliwe, a woda jest przeraźliwie zimna. W dodatku Zorza, dodająca wszystkim otuchy, zdaje się gasnąć. Jedyną stałą i niezmienną rzeczą pozostają śnieżne krowy, toczące swą odwieczną wędrówkę jeszcze dalej na północ. Pewnego dnia młody chłopiec o niezwykłych zielonych oczach zostaje wybrany, by wyruszyć na poszukiwanie Zorzy i wypełnienie własnego przeznaczenia. A w drodze tej spotka snujące opowieści niedźwiedzie polarne, odważne wilki, ludzi, którzy odwrócili się od zwierząt, foki żądające uwielbienia, podróżujące balonem zające czy w końcu złowrogie pantery śnieżne. Całość ma w sobie wiele z legendy, przypowieści snutej przy ognisku, w której niezwykłe przygody pozwalają odkryć dziecku siłę współpracy i przebaczania.

Ta opowieść o mroźnej krainie stoi przede wszystkim niezwykle dopracowanym, trochę baśniowym, a trochę mrocznym, niepokojącym klimatem. Wymaga uważnej lektury ze względu na mnogość postaci i różnorodność dziwnie brzmiących imion, a także sporą liczbę wydarzeń, które następują bardzo szybko po sobie. Może to wywoływać pewne poczucie chaosu jeśli nie odpowiednio się nie skupimy, szczególnie na początku. Dość szybko jednak można przywyknąć do tego stylu i zanurzyć się w legendę o stworzeniu pierwszych zwierząt i tajemniczej Silli, która rozgrywa się przed oczami chłopca. Sama powieść ma w sobie wiele z mitu, wyjaśniającego pewne zjawiska, dającego lekcje właściwego postępowania – ale także takiego, w którym wszystko jest możliwe i nikt nie kwestionuje niezwykłości.

Sama opowieść pełna jest niepokoju i tajemnicy, potęgowanych przez śnieżny krajobraz. Razem z głównym bohaterem nie wiemy, co się zaraz wydarzy, czy za zakrętem czeka sojusznik czy wróg. Mimo tej mroźnej otoczki w sercu powieści bije ciepło – w postaci niezwykłych, odważnych bohaterów, ale także ukazania, że każdy może się zreflektować i zmienić swoje postępowanie, a żadne zwierzę czy człowiek nie jest zły ze swej natury.

Oczarowało mnie potraktowanie zwierzęcych i ludzkich bohaterów na równi – wobec matki natury nie ma hierarchii, wszyscy mogą razem koegzystować. Zwierzęcy bohaterowie pełni są mądrości, a każdemu należy się taki sam szacunek.

Nie będę ukrywać, że uwielbiam takie opowieści jak „Silla” – trochę melancholijna, pełna przygód, potrafiąca rozbawić i wzruszyć, metaforyczna baśń. Od niezwykle klimatycznego miejsca akcji, czyli mroźnej północy, zdającej się pierwszą krainą powstałą na świecie po współpracujące ze sobą istotny, niezależnie od tego czy mają ręce, pazury, płetwy czy pióra, „Silla” zabiera nas we wspaniałą podróż, pozwalając kompletnie oderwać się od otaczającego nas świata. Prosty język i piękne ilustracje sprawiają, że każdy może się w zatopić w świat bezkresnej bieli i morza nieskończoności. Jeśli lubicie baśniowe klimaty, to nie możecie przegapić tego tytułu!


Karolina Lewestam "Silla" (2023)
Wydawnictwo: Agora
Ilustracje: Mariusz Andryszczyk

 


"Czarne miecze" to pierwszy tom trylogii "Droga Samotnego Psa", opowiadającej losy ducha, mistrza miecza, który ma jeden cel: służyć swemu panu. Inu jednak zawiódł i utracił swego pana, a wraz z nim cel życia. Jego los odmienia się, gdy na swej drodze spotyka młodego panicza z innego klanu i ratuje mu życie, co wiąże ducha z nowym człowiekiem, którego będzie chronić za cenę własnej krwi. "Czarne miecze" to nie tylko opowieść o utracie honoru i odnalezieniu nowego celu w życiu - losy Inu zostają złączone z waśnią między dwoma klanami. W tle natomiast nadciąga zagrożenie dla całego Nipponu - czy dawni wrogowie na śmierć i życie zapomną o przelanej krwi i zaczną współpracować? Czy Inu uda się uciec przed przeszłością? "Czarne miecze" to fascynująca opowieść o świecie pełnym honorowych wojowników - a zarazem zdradzieckich intryg; w którym szereg powinności rodzi moralne konflikty i nakazuje podejmować trudne, zawsze obarczone konsekwencjami decyzje. Cykl "Droga Samotnego Psa" został osadzony w tym samym uniwersum co "Zapiski stali" - w obu tych trylogiach akcja zostaje osadzona w Nipponie, krainie inspirowanej feudalną Japonią, a bohaterami są niezwykli wojownicy, nazywani duchami. Ich umiejętności mogą wydawać się nadludzkie, ale krwawią jak każdy - sprawia to, że opisy ich pojedynków są niezwykle ciekawe, widowiskowe, a zarazem pełne napięcia. Obie trylogie można czytać niezależnie, choć jestem pewna, że komu spodobają się "Czarne miecze" z przyjemnością sięgnie po "Czerwony lotos", i na odwrót. Zasadnicza różnica jest taka, że w "Czerwonym lotosie" odnajdziemy więcej magii, zaś "Czarne miecze" czyta się jak powieść historyczną o samurajach, pełną zwrotów akcji, intryg i interesujących bohaterów. Arkady Saulski ponownie udowodnił, że świetnie "czuje" japońskiego ducha i umiejętnie oddaje dynamikę scen walki i momenty zadumy nad znaczeniem właściwego/niewłaściwego postepowania. To kolejna naprawdę udana powieść, która zabiera czytelnika w podróż do fantastycznego Nipponu.

"Czarne miecze" to powieść wciągająca za sprawą przemyślanej fabuły i intrygujących postaci. Główny bohater, Inu, ma w sobie coś z ronina - osoby, która popełniła błąd i utraciła honor; której już nie wiąże kodeks, ale wcale nie czuje się przez to wolna. Inu jest rozdarty dopóki nie odnajduje nowego powołania - jednak cały czas po piętach depcze mu wstydliwa przeszłość, która w najmniej odpowiednim momencie może ukąsić. 

Niezwykle ciekawie prezentuje się waśń między dwoma daimyo, panami swoich klanów. Uraza z przeszłości potrafi zaćmić rozsądek - pojawia się jednak szansa na zbudowanie sojuszu. Czy brak zaufania nie doprowadzi jednak do katastrofy? Spór między dwoma rodami świetnie napędza fabułę, podsycając napięcie.

Jeśli kino czy powieści samurajskie nie są dla nas nowością to "Czarne miecze" nie będą stanowić większego zaskoczenia; Autor sprawnie wykorzystuje popularne motywy i archetypy postaci. Nie znaczy to jednak, że odbiera to wiele z przyjemności - przemyślana fabuła naprawdę wciąga, a mnie opowieści samurajskie nigdy nie znudzą. Szczególnie, że Autor doskonale oddaje klimat feudalnej Japonii w swoim Nipponie - i nic nie stoi na drodze by w kolejnych domach dodać więcej magii czy zjawisk nadprzyrodzonych lub pozostać blisko powieści historycznej. Z kolei te osoby, które nie wiedzą zbyt wiele o Japonii mogą początkowo poczuć się odrobinę przytłoczone słownictwem, które jednak dość szybko można przyswoić (do tego jest jeszcze słowniczek!). Dla takich osób odwołania do feudalnej Japonii wystarczą za "fantastyczną", bo tak różną od typowej średniowiecznej fantastyki, otoczkę.

Mnie przekonuje styl Autora. Pisze lekko, a powieść czyta się bardzo szybko. Świetnie opisuje sceny walk i pojedynków - są dynamiczne oraz wystarczająco plastyczne, by bez problemu je sobie wyobrazić. Dodatkowo uczynienie głównego bohatera duchem - powiedzmy takim wiedźminem, ulepszonym człowiekiem do walki - pozwala na nadanie scenom walki niezwykłej widowiskowości. Już przy "Zapiskach stali" zachwycałam się scenami walk i tutaj jest podobnie: nie brakuje w nich brutalności, a zarazem jakieś poezji; są świetnie opisane i działają na wyobraźnię. Podobnie jak u Mai Lidii Kossakowskiej i jej cyklu o Takeshim!

"Czarne miecze" to angażująca powieść, w którą można się wciągnąć niezależnie od tego, czy lubi się "samurajskie klimaty", czy stanowią one nowe doświadczenie. Nie należy spodziewać się po tej powieści epickiego fantasy: sama kraina Nipponu pozwala nam przenieść się w inny świat, a duch-wojownik stanowi element tajemnicy. Chronologicznie "Czarne miecze" dzieją się przez "Zapiskami stali", ale kolejność czytania nie ma znaczenia, bo to całkowicie odrębne historie. Pierwszy tom kończy się w taki sposób, że stanowi obietnicę epickich starć w tomach kolejnych, gdy wzrośnie stawka, a zaangażowane zostaną potężniejsze siły niż dwa klany. To opowieść o walce - nie tylko dosłownej oraz w postaci "pałacowych intryg" - ale także walce o odkupienie. Duch to fascynująca postać - niezwykle wyszkolony zabójca, gotowy zrobić wszystko, by chronić swego pana - a jednocześnie w tym wszystkim ludzki, posiadający słabość niczym achillesową piętę: słabość, która go dwukrotnie zgubiła... Polecam wszystkim miłośnikom opowieści o dawnym utraconym świecie honorowych wojowników (których honor czasem zaślepia), kina samurajskiego czy powieści, w których raczej dominują intrygi i sceny bitewne niż typowa dla fantastyki magia.


Arkady Saulski "Czarne miecze" (2023)
Wydawnictwo: Fabryka Słów

 


"Ukryty wróg" to drugi tom cyklu Sfora, opowiadającego o apokalipsie oczami psów: z powodu Wielkiego Warczenia (trzęsienia ziemi?) z całego miasta zniknęli Długonodzy, a dla porzuconych psów zaczęła się walka o przetrwanie. W tym tomie wyraźnie da się odczuć ten postapokaliptyczny klimat - zdobywanie pożywienia i schronienia to nie jedyne wyzwanie stojące przed grupą porzuconych psów; zagrożenie ze strony natury jeszcze nie minęło, do tego dochodzą konsekwencje w postaci zatrutej wody - a w lesie trzeba mierzyć się z dzikimi sforami w dostęp do terenów łowieckich. Ten tom wypełniony jest akcją, ale i smutkiem - walka o przeżycie nie jest łatwa, szczególnie gdy na swej drodze trafi się na bezwzględnego Alfę...W "Ukrytym wrogu" nie brakuje napięcia, a główny bohater Fuks znajdzie się w trudnym położeniu - targany już nie tylko rozdarciem między swoją tożsamością samotnika, a rodzącą się lojalnością wobec sfory, ale także przytłoczony rolą szpiega. Różnorodność psich postaci, stojące przed nimi wyzwania oraz poważne podejście do apokalipsy sprawia, że "Ukrytego wroga" czyta się jeszcze lepiej niż tom pierwszy. To powieść, która wciąga, a kolejne strony przerzuca się z lękiem o dalsze losy psich bohaterów. Dostarcza ona sporo emocji - i to niezależnie od wieku czytelnika!

Nie będę ukrywać, że podoba mi się w jakim kierunku rozwija się ta seria. W drugim tomie da się wyczuć zwiększający się ciężar historii, opierającej się na motywie apokalipsy. Znane środowisko (miasto) zamienia się w ruiny, co zmusza to skupienia się na przeżyciu - i wcale nie jest to jednoczące; tworzą się grupy, które stanowią dla siebie takie samo zagrożenie, jak niesprzyjające warunki po apokalipsie. Jednak zamiast perspektywy ludzkiej, poznajemy apokalipsę oczami psów - i to jak zróżnicowanych. Dla psów domowych brak człowieka wydaje się prawdziwym końcem świata; dla psów bezpańskich to z kolei nowe warunki tej samej gry: przetrwania poprzez poleganie na sobie. Sprawia to, że całość jest bardzo interesująca - a jeszcze bardziej ubarwiona przez psie wierzenia i konflikt między psimi bogami a ludźmi, postrzeganymi jako boskie istoty. 

We mnie już sam punkt wyjścia - porzucenie psów - wywoływał wielkie emocje. W tym tomie jest ich jeszcze więcej, bo wkrada się rywalizacja pomiędzy grupami psów, a także bezwzględność dzikiej sfory. Rodzi to wiele dylematów, przed którymi zostaje postawiony Fuks - bezdomny pies, który w pierwszy tomie zdecydował się pomóc grupce udomowionych psiaków. Fuks dostrzega wady i zalety funkcjonowania mocno hierarchicznej dzikiej sfory - a także przyjacielskiej sfory psów domowych. Sami psi bohaterowie potrafią wywołać cały wachlarz emocji - czasem irytując swym zachowaniem, czasem stawiając przed czytelnikiem pytania o to, co jest właściwe, a co jest brakiem wyobraźni.

"Ukryty wróg" to naprawdę udana kontynuacja ciekawej serii dla młodszego czytelnika. Mimo pewnych uproszczeń to porywająca przygoda, która i u starszego czytelnika wzbudzi wiele emocji. Rozdarcie głównego bohatera zostało w tej części świetnie ukazane, a świat przedstawiony - w tym psie mity - został powiększony. Ten tom zdecydowanie rozbudza apetyt na kolejny, upewniając mnie w przekonaniu, że każdy miłośnik animal fantasy oraz "Wojowników" powinien zapoznać się ze Sforą.


Erin Hunter "Ukryty wróg" (2013)
Polskie wydanie: Nowa Baśń (2019)

 


"15 dni jest na zawsze" to ten rodzaj książki, która dostarcza dokładnie to, co obiecuje: słodką opowieścią o zakochiwaniu się, pokonywaniu własnych kompleksów i odnajdywaniu szczęścia w przeciągu dwóch tygodni. Opowieść ta należy w całości do Felipe - poznajemy jego perspektywę, uczucia, myśli, a nawet ulubione filmy. To świetny zabieg - jak zdradził Autor rozważał wprowadzenie do powieści dwugłosu obu chłopców, którzy nieoczekiwanie spędzają ze sobą ferie, ale to niepotrzebnie odebrałoby siłę głosu Felipe. To on na kartach powieści rozkwita - otwiera się na innych, uczy się doceniać towarzystwo oraz małe sprawy w życiu, które mogą dać szczęście - jak nowa piżma, wizyta na basenie czy rozmowa bez poczucia wstydu. To cudowna, ogrzewająca powieść o tym, że nawet jeśli chłopcy nie będą ze sobą do końca życia, to te wspólne 15 dni zostanie z nimi na zawsze.

"15 dni jest na zawsze" rozpoczyna się od wyczekiwanego przez Felipe dnia: rozpoczęcia wakacyjnej przerwy, którą będzie mógł spędzić w wymarzonej samotności (jedynie z mamą, ale wiadomo - z mamą się nie liczy). W liceum chłopak nie ma łatwo - jest prześladowany ze względu na swoje ciało. Jak sam zauważa od zawsze był gruby - i w pewnym momencie spora waga przestaje być "uroczym tłuszczykiem", a staje się problematyczna i naznacza życie. Można by rzec "nie dość, że Felipe jest gruby, to jeszcze jest gejem", ale orientacja seksualna nie sprawia mu problemu ze względu na pełne wsparcie i akceptację matki (jaka to cudowna i otwarta osoba! Jej relacja z synem naprawdę ogrzewa serce - w końcu rodzic, który jest obecny i wspierający). To rozmiar jest źródłem jego kompleksów, do czego przyczyniają się ciągłe obelgi od kolegów. Felipe czuje się ciągle na celowniku dlatego obiera strategię unikania bycia nieszczęśliwym - co oznacza wycofanie się. Nawet nie zauważa, że takie podejście pozbawia go okazji na szczęście - i właśnie o tym jest ta powieść, o tym by pozwolić sobie być szczęśliwym i robić to, co sprawia nam radość bez myślenia o tym, jak ocenią nas inni - a osiągnąć to można gdy ma się osobę, która nas wspiera i lubi nas za to kim jesteśmy.

Postacie naokoło Felipe są cudowne - w końcu powieść młodzieżowa, która nie promuje toksycznych związków. Caio to wymarzona druga połówka - przede wszystkim dlatego, że świetnie rozumie kiedy porwać Felipe na przygodę, a kiedy zostawić mu nieco przestrzeni. Matka chłopaka to postać, która oczywiście potrafi go zawstydzić, ale jednocześnie czuć łączące ich uczucie. Jednak nie ma to jak czytać o rodzicu i dziecku, którzy autentycznie się kochają i wspierają. Przyjaciółka Caio to z kolei dziewczyna, która jest wtedy kiedy jej potrzebuje - nawet jeśli czasami nie może dosłownie być obok, to zawsze może liczyć na jej mentalne wsparcie. To nie są postacie pozbawione wad; po prostu każdy z nich taki zwyczajny - a jednocześnie sympatyczny i emanujący jakąś pozytywnością.

Bardzo podobała mi się przemiana Felipe i wszystko to, czego nauczyć się poprzez relację z Caio. Jedną z takich rzeczy jest uświadomienie sobie, że każdy może mieć doła, kompleksy i także potrzebować wsparcia. Na początku Caio wydawał się Felipe chodzącym ideałem, który ze względu na swój wygląd na pewno nie ma problemów - a potem dowiedział się, że każdy może stać się ofiarą prześladowań albo mieć inne problemy (jak relacja z niewspierającą matką).

Siłą tej powieści jest prostota - to zwyczajna opowieść o dojrzewaniu, o pozornie zwykłych wakacjach, które jednak zmieniają życie dwóch sąsiadów. Od początku wiemy jak ta historia się skończy, ale wcale to nie przeszkadza - samo towarzyszenie Felipe w podróży do szczęścia i to we własnym mieszkaniu/miasteczku jest niezwykle przyjemne i ogrzewające serce.


Vitor Martins "15 dni jest na zawsze" (2017)
Polskie wydanie: You&YA (2023)

 


"Cień Kitsune" - mimo oparcia świata przedstawionego na japońskiej mitologii i bestiariuszu yokai - czyta się tak, jakby oglądało się koreański serial fantastyczny: ze wszystkimi jego wadami i zaletami. Powieść ta sprawiła mi ogromną przyjemność - jednocześnie dla osób, które zbytnio nie przepadają za azjatyckim klimatem, a koreańskie seriale romantyczne omijają z daleka, "Cień Kitsune" okaże się zwykłą młodzieżówką. Co w takim razie odnajdziemy w tej powieści? Parę głównych bohaterów, z których jedno musi być "radosnym słonkiem", a drugie "ponurakiem"; ich relację opartą o przeciwieństwa, które się przyciągają i uzupełniają niczym yin i yang; wizualny spektakl - w postaci niezwykłych istot nadnaturalnych i pojedynków z nimi, pięknych strojów i równie pięknych twarzy oraz zapierających dech w piersiach miejsc (ja to wszystko widziałam oczami wyobraźni). Fabuła skupia się wokół podróży niedobranych kompanów (w tym obowiązkowo zabawnego sidekicka) w celu dostarczenia/zdobycia potężnego zwoju. To oczywiście pretekst, by naszych niedobranych kompanów zebrać, dać im wspólny cel i wysłać na misję pełną pojedynków i skrywania tajemnic - a przede wszystkim aby rozwinęło się uczucie między głównymi bohaterami, i to koniecznie w stylu koreańskiej dramy (slow burn i zaczerwienione policzki od ukradkowego spojrzenia na nagi, umięśniony tors). Jeśli tylko lubicie takie klimaty - to "Cień Kitsune" będzie gwarantowaną dobrą zabawą!

Przedstawiony w powieści świat czerpie garściami w japońskiego folkloru i kultury, co wychodzi historii na dobre: wypełniają go najróżniejsze yokai (istoty nadnaturalne), dzielni samurajowie, upadli roninowie, snujące intrygi konkubiny, tajemniczy shinobi (wojownicy cienia, ninja) - a do tego jeszcze nasza główna bohaterka, będąca w połowie kitsune (magicznym lisem). Do tego dodajmy opanowany przez demona miecz i zwój pozwalający przyzwać Wielkiego Smoka. Wyczarowany przez Autorkę świat wydaje się żywy, pełen barw i nadnaturalnych zjawisk jakże naturalnie wpisanych w ten świat - niczym w japońskim folklorze, gdzie bóstwa kami i wszelaki yokai są naokoło nas. Świat ten bardzo oddziałuje na wyobraźnię - nawet jeśli zna się już wiele tekstów inspirowanych Japonią. 

Narracja w powieści oparta jest na dwugłosie - rozdziały ukazują perspektywy "słoneczka" Yumeko i "ponuraka" Kage Tatsumiego. Idealnie pasuje to do motywu przewodniego, czyli relacji dwóch jakże różnych osób, które jak się okazuje świetnie się nawzajem uzupełniają. Do naszej pary po drodze dołączają kolejne postacie - a ja oczami wyobraźni już widziałam w tych rolach koreańskich idoli, których aktorstwo może nie zachwyca, ale dodają niezbędnego rozluźnienia atmosfery (ten zabawny lekkoduch) lub powagi i honoru. Autorka nie stara się na siłę tworzyć przesadnie skomplikowanych postaci, odwołując się do wzorców, które miłośnik koreańskich dram czy japońskich anime z pewnością rozpozna. Nie można im jednak odmówić uroku i tego, że idealnie pasują do tej przyjemnej, przygodowej fantastyki młodzieżowej. Oczywiście nie brakuje tutaj dylematów moralnych - ale skupiają się one przede wszystkim wokół zakochiwania się wbrew zdrowemu rozsądkowi i wpojonym zasadom.

Ogromną zaletą powieści są wspomniane yokai, ich opisy naprawdę przemawiają do wyobraźni - a pojedynki są niezwykle interesujące. Czuć w nich zagrożenie, a także nadludzkie umiejętności Tatsumiego oraz spryt Yumeko. Z kolei książkowy czarny charakter naprawdę potrafi wywołać ciarki na plecach swoją bezwzględnością - co genialnie oddaje prolog (bardzo klimatyczny!). 

"Cień Kisune" nie jest może powieścią przełomową, ale naprawdę przyzwoitą młodzieżówką, czerpiącą z wielu schematów ubranych w kolorowe barwy japońskiego folkloru. Sama odnalazłam inspiracje nie tyle z innych powieści młodzieżowych, co ze wspomnianych koreańskich seriali czy japońskich anime - jednocześnie Autorka korzystając ze znanych klisz wypełnia je życiem i barwami. Czytanie tej powieści sprawiło mi sporo frajdy i wcale nie przeszkadzała mi pewna wtórność. Uwielbiam motywy powieści drogi i odnalezionej rodziny (pozornie niedobranych kompanów, rodzącej się przyjaźni) - i wszystko to dostałam w tej książce, wraz z porządną dawką przygód. Mimo wszelakich istot nadnaturalnych - w tym przerażającej kobiety-pająka - powieść daje takie pozytywne odczucia za sprawą lisiczki Yumeko: dziewczyny może i naiwnej, ale wierzącej w dobro w każdej istocie, która zdecyduje się postępować właściwie. To naprawdę udany początek trylogii, a ja już jestem ciekawa dalszych przygód pół-kitsune, łowcy potworów, lekkoducha ronina i honorowego arystokraty, który marzy jedynie o pojedynku z wybitnym mistrzem miecza. 

Julie Kagawa "Cień Kitsune" (2018)
Polskie wydanie: Fabryka Słów (2023)

 


"Pokłosie" to zbiór opowiadań stanowiących dodatek do jednej z lepszych młodzieżowych serii dystopijnych ostatnich lat - "Kosiarzy". W oryginalnej trylogii Autor wykreował na tyle ciekawy świat, że z powrót do niego był prawdziwą przyjemnością. Szczególnie, że opowiadania te, tak jak i główna trylogia, podnoszą interesujące i skłaniające do refleksji kwestie dotyczące przyszłego, pozornie utopijnego świata -  w którym śmierć została przezwyciężona, różnice klasowe zniwelowane, a rządy obalone. A jednak w tym utopijnym świecie nadal istnieje chciwość władzy, uprzywilejowane grupy oraz sztuczna inteligencja, która opiekując się ludźmi pozbawia ich wolnego wyboru, pozostawiając jedynie jego poczucie. Jak to bywa z antologiami, niektóre opowiadania są lepsze, inne odrobinę słabsze, a całość nie dorównuje może głównej serii, ale i tak jest zajmującą lekturą. A dla miłośników "Kosiarzy" stanowią naprawdę niezłe uzupełnienie niektórych wątków i powrót do ulubionego świata.

W zbiorze można wyróżnić dwa rodzaje opowiadań. Pierwszy z nich dotyczy losów postaci znanych z pierwotnej trylogii. Świetnym i bardzo rozwiniętym opowiadaniem jest tekst dotyczący przeszłości Goddarda i zniszczenia kolonii na Marsie. Opowiadanie to pozwala nam spojrzeć na przeszłość głównego antagonisty i zobaczyć, jak pozornie małe decyzje mogą mieć ogromne konsekwencje. To także kolejny tekst pokazujący ograniczenia Thunderheada, wątek świetnie eksplorowany w głównej serii. Z opowiadań wyłania się także obraz początków oraz dalsze losy sędzi Curie, jednej z ciekawszych postaci "Kosiarzy" (idealne otwarcie i zamknięcie antologii). Te opowiadania dają najwięcej satysfakcji - a jednocześnie niedosytu związanego z brakiem tekstów poświęconych głównym bohaterom serii, którzy w "Pokłosiu" odgrywają co najwyżej rolę występów gościnnych.

Drugim typem opowiadań są te, które dotyczą zupełnie nowych postaci, rozszerzając uniwersum. Te teksty skupiają się przede wszystkim na refleksyjnych kwestiach obecnych w świecie Kosiarzy. Niektóre stanowią zaś pewne eksperymenty, co nie każdemu może przypaść do gustu. Jedno z takich opowiadań dotyczy chęci udoskonalenia psów oraz kosiarza, który chce zdobyć idealnego psiego towarzysza - jednak jego pragnienie ma swoje konsekwencje, a samo opowiadanie nie boi się romansować z grozą. W innym opowiadaniu zostaje natomiast podniesiona kwestia niewiary w kosiarzy i życiu w "bańce niewiedzy", co oczywiście także ma swoje konsekwencje. Interesujące jest także opowiadanie dotyczące sztuki. W "Pokłosiu" odnajdziemy również opowiadanie dotyczące bezmanierowców, rozwijające wątki z głównej serii: czy bunt, do którego dopuszcza Thunderhead jest rzeczywiście buntem? Różnorodność opowiadań potrafi dostarczyć i odrobiny grozy, i humoru -  przede wszystkim całej góry interesujących refleksji.

"Pokłosie" to ten rodzaj dodatku do głównej serii, który idealnie spełnia swoją funkcję - pozwala nam powrócić do znanego świata i jego dylematów, rozszerzyć perspektywę, a jednocześnie uniknąć wtórności. Nie ma co zabierać się za czytanie "Pokłosia" bez znajomości oryginalnej trylogii - to zbiór ściśle z nią powiązany; nie stanowi wprowadzenia do świata Kosiarzy, a jego rozwinięcie i uzupełnienie. Tak jak główna trylogia, "Pokłosie" świetnie balansuje między rozrywkową powieścią młodzieżową, a nieco bardziej dojrzałą literaturą sci-fi, angażując w przedstawiony świat, a jednocześnie stawiając pytania dotyczące rozwoju ludzkości. Uwielbiam "Kosiarzy" i czytanie "Pokłosia" było dla mnie czystą przyjemnością. Do tego świata mogę ciągle wracać, a "Pokłosie" okazało się czymś więcej niż po prostu dodatkiem do głównej serii, ukazując potencjał tkwiący w świecie, w którym człowiek zwyciężył śmierć - ale ludzkość jej potrzebuje.


 


"Dwadzieścioro czworo oczu" to niezwykle nostalgiczna podróż do czasów młodości i wiejskiego życia utraconego wraz z nadejściem wojny. W powieści śledzimy na przestrzeni lat losy młodej nauczycielki oraz jej podopiecznych, tytułowych dwadzieścioro czworo oczu. Choć życie na wsi nie było idealne to jednak nadzieja na lepsze jutro i marzenia pozwalały przezwyciężać trudności. Powieść choć dotyczy wojny, nie zabiera nas na front - ukazując za to niezwykłą kobiecą perspektywę. Kobiet, które i przed wojną nie miały łatwo, które przez całe życie były hartowane, by stać się silniejszymi wewnętrznie - i które wojna o mało co nie złamała. To niezwykła powieść, która łączy w sobie ogromne ciepło relacji między nauczycielką i jej uczniami z niełatwym losem, który ich spotkał. Poprzez ukazanie nauczycielki, która nigdy nie przestała interesować się swoimi dwunastoma uczniami budowane jest pacyfistyczne przesłanie powieści: nie ma znaczenia kto wygra, wojna niszczy to, co jest najpiękniejsze w oczach nauczycielki - dobre wejście w dorosłość. "Dwadzieścioro czworo oczu" to jednocześnie powieść bardzo niepozorna, zwyczajna, nie wywołująca od razu wielkich emocji - ze spokojem prezentująca kolejne fragmenty życia, w którym cierpienie i obawy o losy młodego pokolenia stają się nieodłącznym towarzyszem. 

"Dziesiątka nowych uczniów, którzy dziś rozpoczęli naukę, patrzyła na nią z taką samą nadzieją, jaką widziała w oczach dwanaściorga dzieci przed laty. Miała wrażenie, że w nowych twarzach widzi tamte stare, uwiecznione na fotografii pod sosną."

Japońskie teksty kultury potrafią niezwykle chwytać za serce: często są proste, niepozorne i nawet się nie spostrzeżemy kiedy ogarnie nas melancholia i nostalgia, a w oczach pojawią się łzy. Takim tekstem jest "Dwadzieścioro czworo oczu". Pierwsza połowa powieści służy nakreśleniu ciepłych relacji między nauczycielką a jej uczniami, codzienności ich życia - która wcale nie jest pozbawiona trosk, ale pełna jest nadziei. To naprawdę interesujący portret wiejskiej społeczności, podejścia do dzieci - najstarszych córek, które miały zajmować się rodzeństwem, psocących synów - oraz młodej nauczycielki, pełnej energii i ambicji. Może się wydawać, że niewiele się dzieje, kiedy czytamy opisy dojazdów nauczycielki do szkoły na rowerze - co wzbudzało w tamtych czasach pewne sensacje - czy potajemnej wyprawie uczniów do jej domu. Scenki te usypiają jednak czujność, gdy nadchodzi druga połowa powieści. Przyziemna codzienność zostaje zastąpiona fragmentarycznością - bo jak inaczej odbierać czasy wojny? Wspaniale oddaje to zmieniające się podejście ludzi do życia - gdy przed wojną martwili się o przyszłość, mając jakieś plany, a w jej obliczu zobojętnieli na to, co przyniesie jutro - po co się tym martwić, jeśli jutra może nie być? Autorka na kartach powieści oddała pacyfizm ukazując brak zrozumienia dla sensu wojny: nauczycielka, przejmująca się losem nie tylko własnych dzieci, ale i całego pokolenia ciągle kwestionuje nacjonalistyczny zapał wysyłania młodych mężczyzn na front i skazywania kobiet na walkę z ubóstwem i rozdzierającym bólem. W powieści tej nie ma miejsca na patos, który często dominuje w wojennej retoryce - tylko jego antywojenne przeciwieństwo: wewnętrzne zmierzenie się z konsekwencjami. Odzwierciedla to przemiana bohaterki z młodej kobiety w niemal staruszkę, przygniecioną ciężarem doświadczenia, zdobywającą przydomek "pani Płaczucha" - a jednocześnie akceptującą to miano. Nauczycielka nie jest już tą samą osobą, ale nadal może być dla dzieci oparciem, nawet jeśli nieustannie się wzrusza.

"Ludzie żyli, składając w ofierze niemal wszystko to, co czyniło ich ludźmi, a potem umierali. Na przemian szeroko otwierali oczy ze zdziwienia i zaciskali je, próbując zapanować nad łzami zbierającymi się w kącikach, jakby ktoś nieustannie ich obserwował. Stopniowo się do tego przyzwyczajali, przestawali wspominać przeszłość. Stali się surowi, szorstcy wewnętrznie. Kto się nie podporządkował, mógł szybko stracić życie. Powszechny niepokój nie malał, przez co ludzie mieli wrażenie, że wojna wciąż nie dobiegła końca. Pod wieloma względami faktycznie nadal trwała."

"Dwadzieścioro czworo oczu" to niezwykle subtelna powieść (anty)wojenna. Powieść, która jednocześnie ogrzewa, jak i łamie serce. Z jednej strony ukazuje okaleczone pokolenie - nie tylko poprzez wojnę jako taką, ale jej oddziaływanie na społeczeństwo i nacjonalistyczną, prowojenną propagandę, która miała ukazać śmierć za ojczyznę jako największy honor. Z drugiej jednak pokazuje niezwykłą więź między uczniami i ich ukochaną nauczycielką; więź, która jest w stanie przetrwać wszystko. To kameralna, słodko-gorzka powieść o relacjach, które zostają w nas na zawsze i dają nam siłę.


Sakae Tsuboi "Dwadzieścioro czworo oczu" (1952)
Polskie wydanie: Yumeka (2023)
Tłumaczenie z języka japońskiego: Klaudia Ciurka

 


Kōji Suzuki to japoński autor horrorów, który w Kraju Kwitnącej Wiśni stal się sławny za sprawą powieści "Ring". Nic dziwnego - wydana w 1991 roku powieść świetnie oddaje strach związany z technologiami i mocami nadprzyrodzonymi. Pomysł wyjściowy zapewnia napięcie do ostatniej strony powieści - towarzyszymy dziennikarzowi, który trafia na trop niezwykłej historii: nagłej śmierci czwórki nastolatków. Prowadząc dziennikarskie śledztwo trafia na kasetę wideo, po obejrzeniu której dowiaduje się, że ma siedem dni zanim umrze chyba, że... Śledztwo polegające na znalezieniu odpowiedniego "zaklęcia", które zdejmie klątwę jest niezwykle wciągające, szczególnie, że jest to wyścig z czasem. Ciekawa jest także perspektywa dziennikarza i jego przyjaciela, którzy w różny sposób podchodzą do możliwości występowania zjawisk paranormalnych - czy radzenia sobie z myślą o nadchodzącej śmierci. Nie jest to typowy horror, epatujący strasznymi scenami, a bardziej niezwykle niepokojący thriller. 

"Ring" stoi przede wszystkim fabułą i tajemnicą - i nawet znając filmowe adaptacje nie zmniejsza to napięcia (my wiemy co się wydarzy, ale czy bohaterowie zdążą to odkryć?). To ten typ powieści, który napędzany jest przez śledztwo i tajemnicę przez co ciężko odłożyć książkę. Budowane w powieści napięcie związane jest co prawda z czasami kiedy powstała ta powieść: czasami kiedy w Japonii panowało szaleństwo nagrywania filmów. Stąd główna przyczyna strachu - skoro kasety wideo są wszędzie, to co się stanie kiedy jedna z nich będzie przeklęta? Dziś pewnie podobny efekt wywołałby link, który przypadkiem otwieramy. I choć sama technologia się zmieniła to strach przed nią już nie: duchy już nie straszą w nawiedzonych domach, możemy je spotkać nawet w kurorcie w czasie odpoczynku jeśli tylko pod ręką mamy telewizor/telefon. 

Uważam, że sama intryga się broni mimo upływającego czasu - kurz przestarzałości osiadł jednak na postaciach. W "Ring" śledzimy dwóch mężczyzn w Japonii początku lat 90. - nic dziwnego, że w książce odnajdziemy seksizm. Dziennikarz Asakawa i profesor Ryuji nie wzbudzają sympatii, jednak pasują do swoich czasów. Z tego powodu powieść może być dziś nieco problematyczna i wzbudzać irytację. Dla mnie jednak stanowiła pewien portret Japonii, kiedy normą było lekceważenie kobiet. Pozornie Asakawa i Ryuji są bardzo różni - jeden ma żonę i córkę, podchodzi do sprawy dość emocjonalnie; drugi jest kawalerem ze swoimi dziwactwami (jednym z takich "dziwactwa" ma być nieoparta potrzeba gwałtu...), ale także chłodną logiką. Ryuji to bohater, którym łatwo od początku pogardzać i dopiero na koniec jego wizerunek zostaje zachwiany jako pewien rodzaj maski - co również także bardzo pasuje do społeczeństwa japońskiego, w którym należy ukrywać prawdziwe uczucia i zakładać społeczną "twarz". Zakończenie powieści - wybór stojący przed Asakawą stanowi z kolei moralne wyzwanie. Tym silniejsze, że w konfucjańskiej kulturze ciąży na nim powinność ratowania żony i córki, za które jest odpowiedzialny. 

"Ring" to powieść napisana prostym stylem, bez zbędnych detali - jednocześnie powoli podążająca za każdym kolejnym tropem, maksymalnie rozciągająca strony na czas siedmiu dni. Dla tych, którzy znają filmowe rozwiązania niektórych plot twistów tempo może wydawać się powolne - mnie jednak nie przeszkadzało. Wszak siedem dni na odkrycie tajemnicy z przeszłości i podróże po Japonii to niezwykle mało! To ten typ powieści, że albo nas wciągnie i pozostawi z wypiekami na twarzy albo okaże się lekturą, która nas mocno rozczaruje. W odróżnieniu od filmów "Ring" nie stawia na grozę, a niepokój związany z upływającym czasem i próbą rozwiązania zagadki, która łączy w sobie i elementy racjonalne, i te nadprzyrodzone. 


Kōji Suzuki "Ring" (1991)
Polskie wydanie: Znak (2004)

 


"Noc na kolei galaktycznej i inne baśnie" to zbiór trzech najsłynniejszych opowiadań Kenjiego Miyazawy (1896–1933), który zabiera nas w baśniową krainę melancholii i samopoświęcenia. Jak przystało na zbiory wydawane przez Kirin, baśnie poprzedzone są wstępem nakreślającym sylwetkę autora oraz znaczenie jego twórczości w japońskiej kulturze. Świetnie napisany stanowi integralną część doświadczenia jakim jest czytanie tych baśni - wprowadza niezbędny kontekst do do zrozumienia motywów, które fascynowały autora - a które następnie odkrywamy na kartach baśni. Oczywiście treść baśni jest uniwersalna, gdyż dotyczy humanizmu i poświęcenia się jednostki dla dobra ogółu - skupia się wokół zagadnienia altruizmu. Na kształt baśni wpłynął także buddyzm - i choć opowiadają o małym ptaszku, wiolonczeliście  czy podróży tytułową galaktyczną koleją, to nie brak w nich zacięcia moralizatorskiego i filozoficznego. W tym kontekście - choć są to "baśnie uwielbiane przez Japończyków - to w Polsce ten zbiór trafi bardziej do czytelników dorosłych, którzy wczytają się uważnie w słowa i kryjącą się za nimi treść - lub podejmą się próby ich omówienia z dziećmi.

Każda z trzech baśni wyróżnia się tematycznie - łączy je z kolei charakterystyczny styl autora. W pierwszym z nich poznajemy lelka, ptaka, który doświadcza w życiu nieprzyjemności ze względu na swój "szpetny" wygląd. To oczywiście przypowieść o tym, aby nie oceniać po wyglądzie - jednak Kenji Miyazawa przemycił w nim także treści altruistyczne. Drugie opowiadanie dotyczy najgorszego w zespole wiolonczelisty i przedziwnych gości, którzy go odwiedzają - to opowieść nie tylko o samodoskonaleniu, ale także docenieniu tego czym nasza sztuka może być dla innych - oraz otwarciu się na to, że poprzez kontakty z innymi sami się uczymy. Ponadto to opowieść o tym, aby czerpać przyjemność z tego co robimy - nawet jeśli nie idzie za tym uznanie. Sam Miyazawa został doceniony dopiero po śmierci. Tytułowa "Noc na kolei galaktycznej" to najdłuższa z baśni - i najbardziej wymagająca od czytelnika. Dobrze się składa, że znajduje się na końcu - poprzednie dwa powiadania pozwalają zapoznać się ze stylem Autora, by móc zagłębić się w opowieść związaną ze stratą - opowiadanie powstało po śmierci siostry pisarza. 

Twórczość Miyazawy jest pełna refleksji ujętych w ramy baśni, co czyni je ponadczasowymi. Przewija się przez nie temat altruizmu, poszukiwania dobroci i możliwości zmiany w świecie, który jest zarazem fascynujący, jak i niezwykle smutny - i to od nas i naszych działań zależy, czy wypełnimy go nadzieją. Baśnie Miyazawy otwarte są na interpretacje i mimo krótkiej formy nie są proste - i choć jak zawsze w przekładzie coś tracimy, to tłumaczka dołożyła wszelkich starań, aby jak najlepiej oddać poetyckość utworów. Jeśli jesteście gotowi na melancholijną, duchową podróż wśród gwiazd to łapcie za bilet w postaci zbioru "Noc na kolei galaktycznej i inne baśnie"!

 


"Książę znikąd" to baśniowa opowieść w klimatach filmów animowanych od Studio Ghibli, która potrafi oczarować i młodszego, i starszego czytelnika. Na jej kartach śledzimy niezwykła przygodę młodej Rody, która pewnego dnia zaczyna dostawać anonimowe listy. W jednym z nich znajduje się poleceniem, by dziewczynka udała się na skraj otaczającej jej miasto niebezpiecznej mgły, by tam uratować kruka. W ten sposób Roda poznaje Ignisa, tajemniczego chłopca. Czy w jego towarzystwie odważy się przekroczyć granicę znanego jej świata, wspiąć na szczyt mgły i złapać przelatującą co dziesięć lat kometę? W powieści odnalazłam wszystko to, za co uwielbiam fantastykę dla nieco młodszych czytelników: ducha przygody, siłę współpracy i ogrom magii w najmniej spodziewanych miejscach/istotach. Wykreowany na kartach powieści świat intryguje i przeraża, zapraszając do eksploracji jeśli starczy nam odwagi. Wyobraźnia zdaje się niczym nieograniczana i poza granicami bezpiecznego Brume możemy wraz z młodymi bohaterami spotkać najróżniejsze istoty, a niespodzianki i przygody czekają za każdym rogiem - wraz z tajemniczym Nigdzie. Nigdy nie wyrosnę z takich opowieści, pełnych przygody, dziecięcego zachwytu - z odrobinką melancholii i słodko-gorzkich tonów, by ostatecznie dostarczyć nam pełne nadziei zakończenie. 

"Książę znikąd" zachwyca niezwykłym światem. Brume jest jak każde małe miasteczko, a życie Rody to szkoła i jazda na rowerze. Jest w tym świecie jednak coś niezwykłego: poza granicami wszystkich miast czają się potwory i w przeszłości wielki czarodziej odgrodził je mgłą. Podróż poza mgłę jest bardzo niebezpieczna i decyduje się na nią niewiele osób. Jedną z nich jest ciocia dziewczynki, podróżniczka, która uczy Rodę ciekawości świata. Nic więc dziwnego, że gdy życie bliskich Rody jest zagrożone dziewczynka jest gotowa, by wyruszyć w nieznane. Już sama eksploracja tego świata jest wciągająca - a natężenie przygód jest na takim poziomie, że naprawdę nie sposób się nudzić.

Do tego dochodzą pełne życia postacie: Roda jest tym typem bohaterki, której losy śledzi się z przyjemnością. Towarzyszy jej Ignis, osierocony chłopiec, naznaczony traumą z przeszłości. Stanowią idealną parę, która na swej drodze odkrywa siłę płynącą z przyjaźni. Tytułowy Książę oraz ciocia Dora stanowią ciekawe odbicia młodocianych bohaterów. Dynamika relacji między tymi czterema postaciami nadaje charakteru opowieści: od pełnego zabawy przekomarzania się do ciężaru, który niesie ze sobą prawda.

Ostatnim elementem jest zaś sama fabuła. W powieści elementy przygodowe przeplatane są z tajemnicą - i mogę zapewnić, każdy będzie zaskoczony przez fabularne zwroty akcji. Każda kolejna wskazówka i budowanie napięcia prowadzą do niezwykle satysfakcjonującego finału. "Książę znikąd" to oryginalne połączenie ponadczasowych, baśniowych tropów z dość niespodziewanym gatunkiem - którego, by nie spojlerować, tutaj nie podam.

Tak jak "Ruchomy zamek Hauru" (zarówno w wydaniu filmowych, jak i powieści Diany Wynne Jones), "Książę znikąd" to baśniowa fantastyka kierowana do każdego czytelnika, który ma w sobie jeszcze odrobinę tego dziecięcego zachwytu nad magią. Pełna tajemnic, zwrotów akcji i przygody porywa czytelnika już od pierwszych stron w niezwykłą podróż: nie tylko w głąb nieznanych miejsc, ale przede wszystkim samych postaci, które będą musiały skonfrontować się z własnymi pragnieniami i obawami. To piękna opowieść o przyjaźni oraz dokonywaniu wyborów.

"To, czego nie można naprawić, czasem można uratować."

 

Rochelle Hassan "Książę znikąd" (2022)
Polskie wydanie: Nowa Baśń (2023)

 


Drugi tom „Księgi zepsucia” ponownie zabiera nas do świata wypaczonego, w którym zwyciężyło zło – stając się nową normą. W tym świecie to Blask budzi przerażenie, a zepsucie to przywracanie dobra. Świat ten eksplorujemy w towarzystwie rzucającego ironicznymi żartami Ruda, który trafił do niego po śmierci (?) na krześle elektrycznym. Choć pozornie wydaje się, że w takiej powieści będzie dominował mrok i ponury nastrój, to znajdzie się w niej jakaś lekkość – dzięki głównemu bohaterowi. Dodatkowo pierwszy tom zdawał się aż nazbyt skomplikowany; w czasie lektury towarzyszyło mi przede wszystkim uczucie zagubienia mnogością „wypaczonych” pojęć. W drugim tomie wcale ich nie brakuje, ale Autor unika zbędnego gmatwania, zwyczajnie za pomocą narratora dopowiadając, gdzie trzeba. Nie będę ukrywać: drugi tom czytało mi się po prostu przyjemniej i dużo bardziej się wciągnęłam.

Dylogia „Księga zepsucia” intryguje samym punktem wyjścia, który następnie jest konsekwentnie realizowany. Wypaczenie świata wpływa na odwrócenie schematów: wybraniec nie przypomina wybrańca, bezinteresowna pomoc jest złamaniem prostego prawa – prawa siły, przetrwania jednostki. Ciekawe jest także podejście samego bohatera, który jest samoświadomy schematów fabularnych i stara się je dostrzegać we własnej sytuacji. Dzięki temu obserwujemy próby walki z przeznaczeniem/schematem fabularnym. Trzyma to w napięciu, a także sprawia mnóstwo frajdy podczas czytania – „Księga zepsucia” to interesująca zabawa z konwencją dark fantasy. Zwodzi nas ona do samego końca, gdy - znów wbrew oczekiwaniom - wskakuje na tory dark fantasy.

W kontekście zabawy z konwencją bardzo podobało mi się podejście do kwestii mroku i ponurej atmosfery. Od dark fantasy oczekujemy pewnego pesymizmu, tutaj natomiast zostaje wprowadzone ziarno nadziei w postaci możliwości „zakażenia” świata dobrem – ale nie dobrem wyidealizowanym, tylko zasadą „po prostu nie bądź draniem [proszę włożyć w to miejsce ostrzejsze określenie na „ch”]. Czym jednak jest zwycięstwo dobra, jeśli po drodze druzgotany jest bohater? Co ciekawe, w powieści odnajdziemy motyw found family, odnalezionej (choć bardzo dziwacznej) rodziny, która nadaje nowy cel Rudowi, a całości odrobinę ciepła - nawet w najbardziej dysfunkcyjnym świecie mogą powstać przyjacielskie relacje. I tym bardziej boli, gdy te relacje są zagrożone, a ciepło odebrane.

„Księga zepsucia” to dylogia stojąca klimatem: kreacja świata wypaczonego przez zło obejmuje najmniejsze szczegóły, od relacji między ludzkich (chociażby zniszczenia relacji matka-dziecko) po język (zastąpienie dzieci „pomiotami”). Wykreowana w powieści Thea ma własną filozofię, prawo, a wszystko w myśl „co by było, gdyby zło stało się normą, a dobro odchyleniem”.

„Księga zepsucia” nie kupiła mnie pierwszym tomem – warto było jednak czekać. Drugi tom to satysfakcjonujące rozwinięte wątków oraz pozostawienie w pewnym sensie otwartego zakończenia, pozostawiającego potencjał na tom trzeci. To intrygująca powieść, ze świetnie wykreowanym ponurym światem, w którym normą są najgorsze zbrodnie – a jednocześnie mająca w sobie miejsce na odrobinę luzu, dzięki czemu nie ma w niej miejsca na zadęcie i patos. Polecam – przede wszystkim za pomysł na świat i wprowadzenie ciekawych dylematów moralnych.



 "Nie jestem Koreańczykiem ani Japończykiem. Jestem człowiekiem bez korzeni".

Kazuki Kaneshiro, sam będąc japońskim pisarzem koreańskiego pochodzenia, przelał na papier po części własne doświadczenia. W rezultacie otrzymaliśmy niezwykle intersującą powieść o dojrzewaniu - pierwszej miłości i nauce - wymieszaną ze społecznym ciężarem. Bohater "Go!" Sugihara na każdym kroku doświadcza dyskryminacji, w tym dyskryminacji systemowej, od której ciężko mu się uwolnić. To opowieść o buncie pojmowanym w interesujący sposób. Z jednej strony Sugihara w oczach społeczeństwa jest buntownikiem, łobuzem, który pakuje się w bójki. Z drugiej zaś strony Japończycy nie spodziewają się po nim niczego innego. To czego doświadcza ten młody i inteligentny człowiek doprowadza do tego, że ma jedno marzenie: stać się człowiekiem bez obywatelstwa, bez ciężaru korzeni; by jego ukochana patrzyła na niego wyłącznie przez pryzmat tego, kim naprawdę jest, a nie uprzedzeń. Wbrew opisom to nie jest w zasadzie opowieść o wyłącznie romansie japońskich "Romea i Julii", a oddanie głosu młodemu człowiekowi, który pragnie akceptacji.

Powieść "Go!" ma niezwykle zajmującą narrację, która pozwala nam się zagłębić w doświadczenia Sugihary. W pierwszoosobowej narracji bohater często kreśli kontekst, przywołując sytuacje, których  doświadczył on sam, jego rodzice czy koledzy. Ponadto w wielu dialogach nawiązuje do tego, czym się interesuje - a są to kwestie związane chociażby z pochodzeniem człowieka, która mają podważyć otaczającą go narrację o wyjątkowości Japończyków. Są to elementy, które towarzyszą głównej osi fabularnej, dotyczącej tego, jak Sugihara postanowił pójść do japońskiej szkoły i jak zakochał się w dziewczynie, której jednocześnie nie umiał do końca zaufać. Z kart powieści wyłania się smutny los chłopaka, który jednak znajduje siłę by dalej walczyć. W tym kontekście ciekawa jest sama kreacja bohatera, który z jednej strony jest nieustraszonym łobuzem, z drugiej zaś nie czerpie z tego żadnej przyjemności: robi to, czego się po nim wszyscy spodziewają. Jedynie w towarzystwie przyjaciela, też Japończyka koreańskiego pochodzenia, może być sobą. Interesujący jest także wątek relacji Sugihary z ojcem, bardzo konfucjański: brak w tej relacji ciepłej miłości, jest za to twarda ręka, która ma nauczyć chłopaka radzenia sobie w życiu opartym na hierarchii.

Obok środowiska Japończyków koreańskiego pochodzenia, drugim bohaterem jest samo miasto: tokijskie ulice, które Sugihara przemierza. Choć jest to powieść oszczędna w opisach, to czytając nazwy dzielnic i stacji metra ma się wrażenie, że podróżuje się po mieście z bohaterem - i to nie tym mieście z pocztówek, ale tym poza utartym szlakiem turystycznym; tam gdzie odnajdziemy salony pachinko i yakuzę.

"Dziewczyna drgnęła odruchowo. Północnokoreańskie akty terroru, porwania japońskich obywateli i program rozwoju broni atomowej - cały ten bagaż nieustannie wrzucano na jej wątłe ramiona tylko dlatego, że okrywało je chima jeogori [tradycyjny kobiecy strój koreański]. Raz nawet jakiś podstarzały biznesmen uderzył ja za to w ramię dokładnie na tym samym peronie, gdzie stała teraz."

"Go!" to nietypowa powieść YA, która do młodzieńczych rozterek i konfliktów dodała całkiem spory ciężar związany z tożsamością narodową. Zagadnienie to zdaje się prześladować Sugiharę, który ostatecznie dochodzi do wniosku, że jedynie pozbawiając się korzeni będzie traktowany jak człowiek. Choć jest to powieść wywołująca złość i smutek to Sugiharze towarzyszy się niezwykle przyjemnie: nasz bohater jawi się jako inteligentny młody człowiek, który przedstawia ciekawe argumenty w walce z rasizmem. W całej tej opowieści tli się jednak iskra nadziei, że będzie lepiej: a może tak się stać chociażby za sprawą miłości przezwyciężającej uprzedzenia. Jeśli szukacie niecodziennej powieści YA, w której bohater stara się wyrwać ze świata, w którym społeczeństwo stawia mu dwa wybory: asymilacja albo wyobcowanie, to koniecznie sprawdźcie "Go!".


Kazuki Kaneshiro "Go!" (2000)
Polskie wydanie: Kirin (2023)
Przekład z japońskiego: Mateusz Gwóźdź

Książka ukazała się pod marką YAponia - pierwszą w Polsce poświęconą japońskiej literaturze young adult.

Starsze posty Strona główna

ABOUT AUTHOR

안녕하세요! Z wykształcenia doktor nauk politycznych i magister filmoznawstwa, hobbistycznie zapalona czytelniczka! Zapraszam na bloga o książkach, filmach oraz Półwyspie Koreańskim - czyli moich największych pasjach!

Categories

  • abyssos 1
  • agora 2
  • akurat 2
  • albatros 4
  • artrage 2
  • azjatyckie 91
  • beYA 1
  • bliski wschód 1
  • Books4YA 4
  • chiny 11
  • ciekawostki 7
  • copernicuscenterpress 2
  • cyberpunk 1
  • czarna owca 1
  • czarne 3
  • czytelnik 1
  • dark academia 1
  • dark fantasy 7
  • dialog 8
  • dlaczemu 2
  • dolnośląskie 1
  • dystopia 4
  • esej 4
  • europa wschodnia 1
  • fabryka słów 115
  • fae 1
  • fantastycznyorient 18
  • fantastyka 188
  • filia 2
  • film 3
  • filtry 1
  • format 1
  • foxgames 1
  • galeriaksiążki 1
  • gra książkowa 1
  • gramatyka 3
  • groza 19
  • harde 1
  • healing novel 6
  • hi:story 1
  • horror 19
  • idiom 3
  • indie 5
  • indonezja 1
  • instagram 5
  • iyashikei 2
  • jaguar 2
  • japonia 36
  • kdrama 1
  • kirin 7
  • klasyka 1
  • komedia kryminalna 5
  • komiks 3
  • korea 45
  • koreański 9
  • kryminał 24
  • krytyka polityczna 1
  • książki 188
  • kwiaty orientu 2
  • literatura dziecięca 5
  • literatura młodzieżowa 30
  • literatura piękna 21
  • literatura podróżnicza 2
  • luna 1
  • marginesy 2
  • matronat 1
  • mitologia 2
  • mova 3
  • mustread 2
  • muza 5
  • naukowe 8
  • new adult 3
  • nonfiction 8
  • nowa baśń 14
  • nyks 1
  • obyczajowa 1
  • papierowyksiężyc 2
  • patronat 4
  • planetaczytelnika 1
  • podróżnicza 1
  • powieść gotycka 2
  • powieść historyczna 12
  • prószyński 5
  • przygodowa 1
  • recenzja 175
  • relacja 7
  • replika 4
  • reportaż 14
  • retelling 1
  • retrobuki 18
  • romans 7
  • romantasy 1
  • sensacja 2
  • sf 20
  • słownictwo 8
  • space opera 1
  • sqn 6
  • szczeliny 2
  • świat książki 1
  • tajfuny 1
  • tajwan 2
  • thriller 7
  • urban fantasy 15
  • uroboros 13
  • vesper 3
  • w.a.b. 5
  • warbook 9
  • weird fiction 1
  • weneedya 2
  • western 1
  • wielka litera 1
  • wietnam 1
  • wydawnictwo ix 1
  • wydawnictwo kobiece 1
  • wydawnictwo literackie 2
  • wydawnictwo mięta 7
  • Wydawnictwo Noir sur Blanc 1
  • wydawnictwo poznańskie 2
  • wydawnictwo spisek pisarzy 1
  • wydawnictwo wab 2
  • wydawnictwo wilga 1
  • wydawnictwonoca 1
  • wyszukane 1
  • yaponia 3
  • you&ya 15
  • youngadult 26
  • yumeka 6
  • zielona sowa 2
  • znak 13
  • zygzaki 1

Matronat

Matronat
Trylogia Hierarchia magii

Matronat

Matronat
Trylogia Magów szkła

POPULAR POSTS

  • Smocza perła - recenzja
  • Pięć małych świnek (recenzja)
  • Naturalista (recenzja)
  • Gwiazdy w łańcuchach
  • #retrobuki 2000-2009
  • Muzyka otchłani
  • Polka w Korei (recenzja)
  • Space Sweepers (승리호)
  • Bogowie otchłani
  • Koreańskie społeczeństwo - przewodnik po książkach
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Szukaj na tym blogu

Blog Archive

Ważne

Wszystkie zamieszczone tutaj teksty oraz grafiki są moją własnością i nie wyrażam zgody na ich kopiowanie bez mojej zgody.

FOLLOW ME @ INSTAGRAM

Gdzie mnie znaleźć

  • Instagram
  • Lubimy czytać
  • Goodreads

Featured Post

#retrobuki

Copyright © 2016 Pani Papierek. Created by OddThemes