Pani Papierek

  • Home
  • Książkach
    • Azjatyckie
    • Naukowe
    • Gatunkowe
      • Fantastyka
      • Kryminał
  • Filmach
  • Korei
    • 한국어
    • Ciekawostki
  • Instagram
  • Współpraca

 


“Eldorado” jest dokładnie tym, czego można się było spodziewać i nawet nie próbuje ubrać się w inne szaty: to typowy western. Choć wprowadza polskie wątki to tematycznie czy fabularnie nie odbiega od tego, co nie raz widziało się w kinie dotyczącym Dzikiego Zachodu. Mamy więc miasteczko w opresji, tajemniczego rewolwerowca znikąd i nierówną walkę “dobra ze złem”, wszystko okraszone typową dla Saulskiego brutalnością pojedynków.

WESTERN JAKICH WIELE CZY HOŁD DLA GATUNKU?

Western to taki gatunek, który opiera się na pewnych charakterystycznych elementach - które w pewnym momencie historii kina były dekonstruowane w antywesternie i Spaghetti westernie, gdzie na pierwszy plan wysuwał się antybohater.

Western rozgrywa się na pograniczu cywilizacji i dzikiej natury, najczęściej na amerykańskim Dzikim Zachodzie w XIX wieku. Świat przedstawiony jest surowy i nieprzyjazny, a prawo ma ograniczony zasięg lub nie istnieje wcale. Centralną postacią bywa samotny rewolwerowiec, szeryf albo człowiek z przeszłością, który kieruje się własnym kodeksem honorowym.

Fabuła zwykle koncentruje się wokół konfliktu dobra ze złem: napadów bandytów, walki o miasteczko, zemsty lub obrony słabszych. Ważną rolę odgrywają pojedynki, strzelaniny, napięcie i motyw sprawiedliwości wymierzanej poza oficjalnym systemem prawa.

Wszystko to odnajdziemy w “Eldorado", książce która choć odhacza motywy typowe dla westernu, stanowi także niejako hołd dla tego gatunku: bez udziwnień, bez niepotrzebnych komplikacji, skupiając się na oddaniu klimatu opowieści dziejących się na Dzikim Zachodzie.

Poprawny Dziki Zachód

Eldorado” to książka, która nie wykracza poza gatunek, ale dość sprawnie ukazuje go na papierze. Już przy książkach samurajskich Saulskiego zwracałam na to uwagę - autor ma dar do opisywania brutalnych pojedynków w sposób dynamiczny, ale i nie pozbawiony “piękna” - piękna ruchu i wizualizacji przemocy: tryskającej krwi niczym u Tarantino.

Fabularnie jest prosto, nie ma tu zaskakujących zwrotów akcji czy tajemnic, chociaż smaczku miały dodać polskie korzenie głównego bohatera. Wyszło jednak tak, że w niektórych momentach powiązania między Polską, a Dzikim Zachodem w duchu przeszłości “goniącej” za naszym bohaterem wyszły trochę naciągane. Ale nadal pozostaje to pewnym smaczkiem w tym typowo westernowym daniu. I nie ma w tym nic złego - ta książka to klasyczny western, oddanie hołdu temu gatunkowi bez zbędnych udziwnień.

Powiem całkiem szczerze - w dzisiejszym skomplikowanym, pełnym konfliktów świecie czytanie klasycznego westernu o ratowaniu bezbronnych mieszkańców i staniu po stronie sprawiedliwości, o walce dobra ze złem, gdzie wiemy kto jest, po której stronie - było bardzo relaksujące.

Prosta historia, prosty przekaz mogą zapewnić kilka godzin rozrywki. Nawet jeśli ta książka w żaden sposób nie jest przełomowa czy naprawdę zapadająca w pamięć, przyjemnie było uciec do tego nieskomplikowanego świata rewolwerowców i bandytów.

Słowem podsumowania...

„Eldorado” to świadomie klasyczny western, który nie próbuje na siłę redefiniować gatunku ani go dekonstruować. Zamiast tego oferuje solidnie opowiedzianą, prostą historię opartą na znanych motywach, uzupełnioną o interesujący, choć nienachalny polski wątek. To książka skierowana przede wszystkim do czytelników ceniących klarowny podział ról, wyrazisty konflikt i gatunkową konsekwencję. Nie jest to powieść przełomowa, ale jako hołd dla westernu spełnia swoje zadanie, dostarczając rozrywki i klimatu, którego dziś często brakuje.

 



Last Christmas...

Śmiało mogę powiedzieć, że “Muzyka otchłani” to jedno z moich największych zaskoczeń ubiegłego roku. Książka trochę u mnie na półce czekała, aż dałam się jej skusić - jako alternatywę dla przesłodzonych świątecznych historii. I jaki to był strzał w dziesiątkę! To idealne opowiadania do czytania teraz, gdy za oknem leży gruba warstwa śniegu, szybko robi się ciemno, a przez to łatwo mieć wrażenie odcięcia od świata.

Ciekawy jest sam pomysł stojący za opowiadaniami - będącymi rezultatem uczestniczenia przez autora przez lata w wyzwaniu Whamageddon, polegającym na unikaniu piosenki “Last Christmas”. Bo wszak żeby jej nie usłyszeć, trzeba odizolować się od świata, a to jest idealny nastrój na grozę!

Od ekspedycji badawczej na północ po zdobywanie krasnoludzkiej twierdzy

Należę do grona osób, które lubią tematyczne antologie grozy; uwielbiam sprawdzać jak twórczo można podejść do założonego tematu.

Na tym polu “Muzyka otchłani” spełniła wszelkie moje oczekiwania: jest bardzo różnorodnie, a przy tym utrzymany jest bardzo dobry poziom poszczególnych opowiadań.

Autor nie boi się sięgać po bardziej “klasyczne” tematy jak wyprawa naukowa na północ, która musi się źle skończyć (świetne jest to opowiadanie, trzyma w napięciu do samego końca!), jak i skręcać w kierunku SF prezentując śledztwo w sprawie kradzieży tożsamości zmarłej dziewczyny w świecie rodem z Blade Runnera.

Nie zabrakło w tym zbiorze miejsca i na tematy społeczno-polityczne, dotyczące... kryzysu migracyjnego w fikcyjnym świecie, wywołanego rewolucją obalającą rząd. A wszystko to z perspektywy dziecka, nie do końca rozumiejącego co się dzieje (prawdziwa perełka tego zbioru).

Kompletnie po drugiej stronie jeśli chodzi o ciężar stoi opowiadanie o pracowniku uczelni, który zauważa, że coraz więcej osób na jego wydziale zaczyna migać się od pracy. Zamiast żyć dla nauki, zaczynają zajmować się własnym życiem rodzinno-romantycznym. Czy spowodowała to jakaś dziwna zaraza?

Jeśli jeszcze nie czujecie się zachęceni to dorzucę syreny i krasnoludy - a wszystko obowiązkowo w połączeniu z zimą jako czasem akcji i mroczną muzyką.

Różne oblicza strachu

Oprócz różnorodnych tematów, “Muzyka otchłani” zachwyca tym, że są to naprawdę dobrze napisane opowiadania grozy. Takie, które trzymają w napięciu do ostatniej strony i sprawiają, że ciężko jest się oderwać.

Na uwagę zasługuje także ukazanie różnych oblicz strachu i to we wspomniany przeze mnie kreatywny sposób.

Strach może budzić wirtualny świat, w którym można utracić swoją tożsamość.

Strach może być związany z tajemnicą, z pójściem w miejsca, w które nie powinno się iść, otwieranie drzwi, które powinny zostać zamknięte.

W końcu strach może wywoływać koniec świata jaki dobrze znamy, chaos zmiany.

A wszystko to w okowach mrozu, z przerażającą melodią w tle...

Słowem podsumowania

“Muzyka otchłani” to antologia, która doskonale rozumie zimę — nie tylko jako porę roku, ale jako stan odcięcia, ciszy i narastającego niepokoju. Różnorodność tematów idzie tu w parze z konsekwentnie budowanym nastrojem, a każde z opowiadań dokłada własną nutę do tej mrocznej, lodowatej melodii. To książka, która idealnie sprawdzi się czytana po zmroku, pod kocem, kiedy świat za oknem cichnie — a każdy pojawiający się nagle dźwięk może brzmieć bardzo złowrogo.

 


Spektakl cierpienia jako rozrywka

„Gwiazdy w łańcuchach” to jedna z tych powieści, które trudno czytać bez narastającego dyskomfortu — i dokładnie o to w niej chodzi. Nana Kwame Adjei-Brenyah wykorzystuje konwencję dystopijnej fantastyki, by opowiedzieć o świecie, który wcale nie wydaje się aż tak odległy od naszego. To opowieść o społeczeństwie, w którym systemowa przemoc została sprzedana jako rozrywka, a dehumanizacja — jako coś normalnego, akceptowalnego, wręcz pożądanego.

Do napisania książki autora zainspirowali działacze społeczni i obrońcy praw człowieka, zajmujący się brutalnością policji i patologiami systemu więziennictwa w USA - na kartach powieści czuć, że to odpowiedź na ruch Black Lives Matter, a w wielogłosie przedstawionych w powieści postaw pobrzmiewa także rasizm czy mizoginia w odniesieniu do głównych bohaterek: Afroamerykanek i lesbijek.

Gdy wolnością staje się śmierć

W alternatywnej rzeczywistości powieści funkcjonuje program CAPE — Criminal Action Penal Entertainment — w którym skazani za morderstwo więźniowie mogą „dobrowolnie” zgłosić się do udziału w transmitowanych na żywo walkach gladiatorskich. Stawką jest wolność. Ceną — niemal pewna śmierć. Dla widzów to krwawy spektakl, dla sponsorów intratny biznes, dla polityków narzędzie kontroli społecznej. A dla uczestników? Ostatnia, rozpaczliwa forma wyboru (?) w systemie, który wcześniej odebrał im wszelką godność.

Dehumanizacja w blasku reflektorów

Najbardziej przerażające w tej wizji nie są same brutalne walki, lecz sposób, w jaki media i odbiorcy odbierają uczestników programu. „Gwiazdy” nie są już ludźmi — stają się gladiatorami, markami, bohaterami filmików i obiektami kibicowania. Można ich podglądać poza areną, komentować ich relacje, ciała i emocje, a potem domagać się coraz bardziej spektakularnej przemocy. Książka boleśnie punktuje mechanizm, w którym wystarczy odpowiednia narracja, by usprawiedliwić niemal wszystko — w końcu to „mordercy”, „potwory”, „zasłużyli”.

Autor bardzo świadomie pokazuje, jak łatwo odbiorca daje się wciągnąć w ten mechanizm. Jak szybko empatia ustępuje miejsca ekscytacji. I jak cienka jest granica między potępieniem przemocy a czerpaniem z niej przyjemności, jeśli tylko zostanie nam odpowiednio opakowana.

Wielogłos zamiast jednej prawdy

ednym z największych atutów powieści jest jej narracja ukazująca różne perspektywy. Poznajemy nie tylko same „gwiazdy w łańcuchach”, ale też innych uczestników tego systemu: aktywistów protestujących pod arenami, producentów programu, prawodawców, reklamodawców i widzów. Można zarzucić książce, że wprowadza zbyt wiele punktów widzenia (i potem ciężko się zaangażować) — ale właśnie o to chodzi. „Gwiazdy w łańcuchach” nie chcą dawać prostych odpowiedzi ani jednej, moralnie komfortowej interpretacji.

Powieść stawia pytania, które wydają się oczywiste… dopóki nie zaczniemy się nad nimi zastanawiać.

  • Czy można wybaczyć mordercom?
  • Czy każdy z nich był „zły”, czy może działał w obronie własnej, pod presją, w sytuacji bez wyjścia?
  • Czy człowiek poddany systemowym torturom naprawdę ma wybór, gdy decyduje się na udział w krwawym widowisku?

Autor nie moralizuje. Zamiast tego zmusza czytelnika do własnej oceny — i w tym tkwi jej siła.

Brutalność, która ma sens

Nie da się ukryć: to powieść bardzo brutalna. Przemoc jest dosłowna, graficzna i momentami wstrząsająca. Jednak w przeciwieństwie do wielu dystopii nie jest ona pustą prowokacją. Brutalność ma tu funkcję — pokazuje, do czego prowadzi system, który uprzedmiotawia ludzi i traktuje ich cierpienie jako zasób. Szczególnie poruszające są opisy więzi między „ogniwami” w łańcuchach, ich lojalności wobec siebie, żałoby po poległych i psychicznego kosztu każdej kolejnej walki.

Autor z dużą wrażliwością pokazuje, że za każdym pojedynkiem stoją ludzie — ze swoimi granicami, traumami, poczuciem winy i strachem. To właśnie ten kontrast między widowiskową przemocą a intymnością przeżyć bohaterów sprawia, że książka zostaje w głowie na długo.

Kapitalizm, rasizm i system więziennictwa

„Gwiazdy w łańcuchach” są również ostrą krytyką amerykańskiego systemu więziennictwa, rasizmu strukturalnego i kapitalizmu, który potrafi spieniężyć wszystko — nawet ludzką śmierć. Odwołania do funkcjonujących w tym świecie przepisów budują poczucie realizmu i pokazują, jak bardzo ten świat opiera się na logice „to się opłaca, więc jest dozwolone”.

Szczególnie przerażające jest to, jak technologia zostaje wykorzystana do udoskonalania tortur — do momentu, w którym śmierć na arenie wydaje się bohaterom bardziej humanitarną alternatywą. To wizja skrajna, ale boleśnie logiczna.

Słowem podsumowania

„Gwiazdy w łańcuchach” to powieść trudna, intensywna i niewygodna — ale jednocześnie niezwykle mocna i potrzebna. Brutalna, a jednocześnie intelektualnie angażująca. To książka, która nie pozwala czytać się obojętnie, bo zbyt często zmusza do konfrontacji z pytaniem: jak bardzo ten świat różni się od naszego?

To dystopia, która zostawia nas z gniewem, niepokojem i refleksją nad tym, jak łatwo przemoc staje się akceptowalna, gdy przestaje dotyczyć „nas”. I właśnie dlatego jest to lektura tak poruszająca — i tak potrzebna

 


„Głębia. Imprint” to powrót Marcina Podlewskiego do jednego z najambitniejszych uniwersów polskiego science-fiction – i jednocześnie otwarcie nowego cyklu (można go czytać bez znajomości poprzedniego), który już na starcie jasno komunikuje swoje ambicje. To niemal 900 stron space opery pisanej na serio: bez uproszczonych podziałów na dobro i zło, bez bezpiecznych archetypów załogi-rodziny i bez fabularnych skrótów. Zamiast tego dostajemy świat zbudowany z rozmachem i pieczołowitością – z własną polityką, religią, historią i językiem.

Jeśli szukać porównań, „Głębi” zdecydowanie bliżej do Diuny niż do Star Wars. To opowieść cięższa gatunkowo, niosąca ze sobą wyraźny filozoficzny i cywilizacyjny ciężar. Już od pierwszych stron widać, że nie będzie to lektura „na szybko” – i to zarówno jej największe wyzwanie, jak i największa zaleta. Nie jest to może książka dla każdego – szczególnie jeśli dopiero zaczyna się przygodę z twardym SF – ale dla osób poszukujących czytelniczych wyzwań oferuje przygodę, w która można się "zagłębić".

Lektura wymagająca – i świadomie taka

„Głębia. Imprint” wymaga od czytelnika pełnego skupienia i zaangażowania. Podlewski prowadzi narrację w sposób nielinearny: skacze między wątkami, postaciami, miejscami, a czasem także płaszczyznami czasowymi. Do tego dochodzi bogata terminologia stworzona specjalnie na potrzeby uniwersum – bez nachalnych przypisów i bez tłumaczenia wszystkiego wprost. Czytelnik musi być czujny, bo łatwo przeoczyć drobny szczegół, który kilkaset stron później okazuje się kluczowy.

Styl autora zdecydowanie nie ułatwia odbioru, ale trudno uznać to za wadę. W świecie „szybkich książek” i historii prowadzących czytelnika za rękę, „Głębia. Imprint” jest propozycją odwrotną: powolną, gęstą i wymagającą, stawiającą przed odbiorcą intelektualne wyzwania. To książka, która nie spieszy się z nagrodą, ale gdy ta w końcu przychodzi, satysfakcja jest ogromna.

Dwie fabularne osie, jeden ciężar znaczeń

Powieść przenosi nas do Galaktyki Andromedy, nowego domu ludzkości po Wielkim Exodusie. To świat zdominowany przez żelazną władzę Imperium Exodusu, gdzie relacje z Obcymi reguluje enigmatyczny Dar, a Maszyny i Siddarthowie współpracują na mocy pradawnych paktów. Nad wszystkim jednak unosi się tajemnica Głębi i ślizgu głębinowego, pozwalającego na podróże, a także imprinterów, spadkobierców mitu o Wybawcy. Brzmi skomplikowanie, ale na szczęście losy tej Galaktyki śledzimy przez pryzmat bohaterów, których dużo łatwiej zrozumieć - bo są bardzo ludzcy, mający swoje pragnienia i obawy.

Na tym bogatym tle rozgrywają się dwa równoległe wątki. Pierwszy to losy Eltie Grunt, kapitan, która na pokładzie nielegalnie zmodyfikowanego żaglowca, nazywanego "Ważką" ze względu na wygląd, wyrusza w niebezpieczną (i nielegalną!) misję ku Rozdarciu – miejscu na rubieżach Głębi, owianego aurą grozy i zakazów, gdzie wybrałby się tylko szaleniec. Drugi prowadzi nas na planetę nękaną przez kosmiczne bestie, gdzie duchowny Zakonu Śpiącej staje w obliczu przebudzenia potężnego bytu..

Autor mistrzowsko prowadzi narrację, by te dwie linie stopniowo ku sobie zmierzały. Ich ostateczne splecenie zmienia optykę całej opowieści, lecz – wbrew oczekiwaniom – nie oferuje łatwych rozwiązań. Wręcz przeciwnie, z każdym pozornym odkryciem rodzi się nowa niewiadoma, gwarantując czytelnikowi głód poznania dalszego ciągu i znalezienia wszystkich odpowiedzi.

Bohaterowie z krwi i kości

Jedną z najmocniejszych stron „Imprintu” są postacie. Podlewski poświęca im dużo uwagi, cofając się do ich przeszłości, pokazując motywacje, traumy i wybory, które ich ukształtowały. Akcja przez to spowalnia, a objętość książki rośnie – ale w zamian dostajemy bohaterów prawdziwie „z krwi i kości”. Świat Głębi poznajemy nie tyle poprzez encyklopedyczne opisy galaktyki, ile poprzez jednostkowe doświadczenia postaci pierwszo- i drugoplanowych.

Centralną figurą powieści jest Eltie Grunt – bohaterka daleka od klasycznego wzorca kosmicznego herosa. Nie jest wybrańcem, chronionym przez fabularny pancerz. To kapitan, która zna mechanizmy rządzące galaktyką i doskonale rozumie ich brutalność. Z czasem dowiadujemy się, jakie wydarzenia ją ukształtowały i z jakimi wewnętrznymi demonami musi się mierzyć. Eltie nie jest Mary Sue – to raczej Han Solo z traumatyczną przeszłością i znacznie większym bagażem doświadczeń.

Satysfakcja zamiast łatwej przyjemności

„Głębia. Imprint” to książka, w której naprawdę można się pogubić. Ale to również taka powieść, która nagradza cierpliwość: w pewnym momencie elementy zaczynają się łączyć, wątki splatać, a wcześniejsze drobiazgi nabierają nowego znaczenia. To historia nie tylko o indywidualnych losach bohaterów, ale też o ludzkości jako całości – o tym, że mimo postępu technologicznego wciąż zmagamy się z tymi samymi problemami. Wielkie odkrycia mogą dawać siłę, jak możliwość międzygwiezdnych podróży, ale równie łatwo prowadzą do degeneracji i zniszczenia.

Nie chcę zdradzać zbyt wiele, bo ogromną przyjemnością jest samodzielne odkrywanie kolejnych warstw tej opowieści. Wystarczy powiedzieć, że „Głębia. Imprint” to ambitna, wymagająca space opera, która nie próbuje przypodobać się każdemu. Dla jednych będzie zbyt ciężka i zbyt gęsta, dla innych – dokładnie taka, jakiej szukali.

To książka, która stawia przed czytelnikiem wyzwanie. I właśnie dlatego zostaje w głowie na długo po przewróceniu ostatniej strony.

 



„Rycerz cieni” to książka, która od początku jasno daje do zrozumienia: czas na wypełnienie pewnych luk. Nie znajdziemy tu wielkich postępów w głównej osi fabularnej, nie ma też konfrontacji z Caydeanem ani spektakularnych zwrotów akcji rodem z poprzednich części. I choć brzmi to jak wada, paradoksalnie — to właśnie ta spokojniejsza, bardziej kameralna odsłona była tej serii potrzebna. To tom na złapanie oddechu, poukładanie wątków i powrót do miejsc oraz postaci, które wcześniej przemykają niczym cameo w przeładowanym uniwersum Marvela. Można temu tomowi zarzucić, że jest fillerem, że nie posuwa akcji do przodu, a przez to wywołuje w czytelnik frustrację — jednak moim zdaniem był to filler niezbędny, pewien rodzaj kroku wstecz do korzeni serii, kiedy Rezkin nie był imperatorem i musiał bardziej działać jako skrytobójca, jako osoba skrywająca się w cieniu, a liczba postaci była ograniczona.

Patrząc na całość cyklu, „Rycerz cieni” boleśnie uświadamia, że Kel Kade nie mierzyła sił na zamiary. Zbyt rozbudowane uniwersum, zbyt wiele postaci, coraz bardziej rozmywany główny wątek — to wszystko ciążyło fabule już od tomu trzeciego, a a w każdym kolejnym stawało się coraz bardziej widoczne. Trzeba mieć niezwykły talent, by to udźwignąć i złożyć w spójną, angażującą całość, co się Kel Kade niekoniecznie udało. Mam wrażenie, że autorka miała ambicje napisac epicką fantastykę, a wyszło je typowe guilty pleasrue: dostarczające co prawda sporo rozwyrki, ale wymagające przymykania oka na wiele wad. To, co  w tej serii działało najlepiej od początku: prostota, humor i nieskomplikowana przygoda, na szczęście po części wracają w tym tomie — i dlatego uważam, że krok wstecz był tej serii potrzebny, nawet kosztem posuwania fabuły do przodu. 

Myślę, że to tom mogący dzielić czytelników. Ci, którzy pokochali serię za tempo, epickość i festiwal motywów fantasy — mogą poczuć się znudzeni. Akcja zwalnia, fabuła nie pędzi jak wcześniej, a Rezkin… cóż, często schodzi na drugi plan. Jako tytułowy rycerz cieni działa z ukrycia, a jego zwykli towarzysze dostają więcej czasu antenowego. I paradoksalnie wychodzi to książce na dobre: Wesson, Frisha, Azeria oraz duet Yserria & Malcius mają w tym tomie pełnoprawne, angażujące wątki, które trzymają historię w ryzach podczas nieobecności Reza. Problem polega na tym, że jeśli jedziemy na tej serii głównie „dla Rezkina”, możemy poczuć niedosyt. 

Niestety, „Rycerz cieni” powiela też wszystkie najbardziej irytujące bolączki cyklu. Tempo bywa poszarpane, część wydarzeń jest streszczona w dwóch zdaniach („zrobili to i tamto – idźmy dalej”), a logika podróży bohaterów pozostawia wrażenie, że wszyscy teleportują się wedle uznania. Rezkin nadal pozostaje męską wersją Mary Sue — z tomu na tom odblokowuje nowe umiejętności niczym w grze RPG („musimy go wysłać jako szpiega?”, „ok, dajmy mu iluzje”). Romantyczny wątek również nie unika problemów: Azeria pojawia się nagle, a relacja z Rezkinem rozwija się w tempie „bo tak”.

Przy tych wszystkich wadach książka pozostaje jednak… zaskakująco przyjemna. „Rycerza cieni” czyta się jak typowe guilty pleasure fantasy: nie dla logiki, nie dla epickości, ale dla tej specyficznej mieszanki akcji, humoru, sentymentu i lekko (mało powiedziane) przerysowanego świata. To nie jest najlepsza część serii. Nie jest też najgorsza. Ale jest konieczna — tak, by przed kolejnymi zwrotami akcji i epicką walką Rezkina z Caydeanem, na którą liczę, znów poczuć, że wiemy, dokąd w ogóle zmierzamy.


Ps.: Mam nieodparte wrażenie, że "Kroniki mroku" to trochę taki fantasy tasiemiec (nie wiem czy w Wasyzm pokoleniu tez używa się tego słowa do określenia ciągnących się w nieskończoność seriali, które zdają się nie zbliżać do końca). Nie jest to nic wybitnego, ale kto w życiu sobie dla rozrywki i "odmóżdżenia" tasiemca serialowego nie pooglądał? Czytam teraz serię o Mercy Thompson i to tez taki trochę książkowy tasiemiec, ale krucze, bawię się świetnie :)



 

Dwa pierwsze tomy serii o Billie, dziewczynce, która widzi duchy, jej przyjacielu Rasmusie oraz parze uroczych szczurzych towarzyszy, okazały się dla mnie absolutnym czytelniczym zachwytem, umacniającym mnie w przekonaniu, że nigdy nie jest się "za starym" na dobrą literaturę dziecięcą i młodzieżową. Choć wydawca sugeruje wiek 10+, ja poleciłabym te książki nieco starszym dzieciom — nie dlatego, że są straszne, ale dlatego, że język unika infantylizacji i potrafi być momentami zaskakująco wymagający, a sama tematyka (duchy = zmarli) wymaga pewnej emocjonalnej dojrzałości. Ostateczną decyzję zostawiam jednak rodzicom. Jedno jest pewne: górnej granicy wieku nie ma. Ja, trzydziestoparolatka, bawiłam się wyśmienicie.

Lektura tych książek była jak powrót do dzieciństwa, kiedy uwielbiałam historie o duchach. Choć dorosły czytelnik szybko wyczuje możliwe zwroty akcji, seria ma w sobie tyle uroku, że to wcale nie przeszkadza. Autorka świetnie buduje klimat grozy — w pierwszym tomie na nawiedzonej stacji kolejowej, w drugim w pociągu pełnym duchów zmierzających do Stacji Końcowej. Znajdziemy tu wszystko, co kochamy w ghost stories: opętane dzieci, ostrzeżenia przed nadciągającym niebezpieczeństwem, ukryte pomieszczenia, a także całą galerię niezwykłych wagonów w „pociągu dla zmarłych”, w tym jedną z najbardziej oryginalnych pracowni artystycznych, jakie spotkałam w literaturze — miejsce malowania i tkania drzew genealogicznych.

Mimo tego atmosferycznego dreszczyku seria nie ma na celu straszyć. To przede wszystkim historia o oswajaniu lęku — tego związanego z nieznanym i wyjściem ze strefy komfortu, które dla Billie staje się koniecznością po przeprowadzce na wieś. Stary, nawiedzony dworzec kolejowy, który jej rodzina próbuje przemienić w dom, staje się symbolem tego procesu. Dom to zresztą w tej serii coś więcej niż miejsce: to bezpieczna przestrzeń pełna miłości. Ogromnie cenię w książkach dla dzieci pokazanie wspierającej, ciepłej rodziny — a tu mamy zarówno kochających, współpracujących rodziców, jak i Billie troszczącą się o młodszego brata.

Najważniejszym filarem serii jest jednak przyjaźń. Całość można streścić w jednym zdaniu: to historia o szukaniu bratniej duszy — a potem gotowości, by zrobić dla niej wszystko. Ponieważ mówimy o duchach, a więc i o śmierci, nie brakuje w tych książkach nuty smutku. Ale jest ona idealnie równoważona „ciepłem” relacji i przygodową fabułą: od odkrywania sekretów starego dworca, przez miłosne problemy duchów, po podróż pociągiem, w którym nie każda zjawa ma dobre intencje.

To również opowieść o radzeniu sobie z samotnością, stratą, brakiem pewności siebie, o dojrzewaniu i o tej niezwykłej sile dziecięcej przyjaźni, której często brakuje w dorosłym życiu, gdy wszyscy pędzą w swoją stronę. Pierwszy tom może wydawać się nieśmiały — tak jak sama Billie — ale z każdą stroną rozwija skrzydła. A finał? Absolutnie nie pozwala odłożyć serii po jednym tomie. Drugi trzeba mieć pod ręką.

Warto też wspomnieć o przepięknym wydaniu: ilustracje budują klimat, a czarne strony, pojawiające się, gdy bohaterowie znajdują się w ciemności lub zamknięciu, robią fenomenalne wrażenie.

Stacja Straszydło i Pociąg Straszydło to książki, w których przygoda łączy się z grozą i ważnym przesłaniem. Nie ma tu nic infantylnego, więc dorośli czytelnicy również zaangażują się emocjonalnie. To seria, z której — mam nadzieję — nigdy nie wyrosnę. I już nie mogę doczekać się kontynuacji!

 


Zabrzmi to jak frazes, ale Najczarniejszy miesiąc w życiu Magi Dieli to powieść, która rozerwała mnie na kawałeczki, a potem kawałek po kawałku sklejała z powrotem. Jeszcze nigdy nie czytałam książki, która tak dogłębnie by mnie poruszyła. Oparta na prawdziwych wydarzeniach, podana w formie niezwykle poruszającej powieści, historia Magi Dieli nie pozostawi nikogo obojętnym. To opowieść o ogromny cierpieniu kobiet, które tradycja pozbawia godności, ale także o niewyobrażalnej sile tych, które przeżyły piekło i nie poddały się, tylko postanowiły nieść pomoc innym oraz walczyć o zmianę. Na jej kartach poznajemy zwyczaj, który ma należeć do przeszłości, o którym nikt głośno nie mówi, a który mimo to nadal funkcjonuje: o porywaniu kobiet na żony. Na Sumbie kobiety przechodzą z rąk ojców w ręce mężów za odpowiednią cenę. Co jednak jeśli obie strony (nie biorąc oczywiście pod uwagę głosu samej kobiety) nie mogą dojść do porozumienia w kwestii wysokości belis, czyli darów od pana młodego, które mają "zrekompensować" utratę córki? Wtedy negocjacje można przyspieszyć, porywając ją i bardzo często skazując na gwałt, by żaden inny mężczyzna już jej nie chciał. 

Porwanie i jego skutki stanowią oś powieści, która nie ma jednak za zadanie szokować, tylko zmusić czytelnika do refleksji na temat praw kobiet i tradycji. Ma oddać głos kobietom, które do tej pory milczały, a także dać im przestrzeń do sprawczości. Ta powieść nie tylko porusza, ale też zmusza do zadania pytań o to, co stoi za dramatem tytułowej bohaterki. Autorka nie pozostawia złudzeń: to, co spotyka Magi, nie jest wyjątkiem, lecz elementem większego systemu przemocy. Ta książka nie pozwala zapomnieć, że za każdym dyskryminującym zwyczajem kryją się czyjeś łzy, strach i utracone życie.

Ofiary patriarchatu i tradycji

Kluczowym pytaniem postawionym w powieści jest kwestia zasadności utrzymywania tradycji, które krzywdzą ludzi. Społeczeństwo na Sumbie jest skrajnie patriarchalne — kobieta jest w zasadzie traktowana jak przedmiot, wpierw należący do ojca, a później do męża i jego rodziny. Jej rola sprowadzana jest do rodzenia dzieci i usługiwania rodzinie. Nawet wykształcona i pracująca musi liczyć się ze zdaniem ojca/męża, nie posiadając żadnej niezależności. 

Opisywana w powieści tradycja porywania i "ujarzmiania" kobiet na żony stanowi skrajny przypadek tradycji patriarchalnych, ale Autorka opisując życie na Sumbie nie ogranicza się wyłącznie do tego zwyczaju, który jawnie narusza prawa człowieka. Patriarchat rzuca cień na relacje kobiet — bratowa Magi chce być jej sojuszniczką i przyjaciółką, ale w swych działaniach musi liczyć się ze zdaniem męża. Matka dziewczyny widząc cierpienie córki nie może nic zrobić, jeśli ojciec dziewczyny postanowi inaczej. Powieść ukazuje wpływ krzywdzący wpływ patriarchalnych tradycji na różne aspekty życia i relacji międzyludzkich.

Ogromną zaletą powieści jest to, że nie ogranicza się do losu kobiet. Mężczyźni również są ofiarami patriarchalnych tradycji, czego przykładem jest postać przyjaciela Magi, Dangu. Podejmując działania wspierające przyjaciółkę naraża się na utratę reputacji i przyniesienie wstydu rodzinie, która również na niego naciska, by wziął ślub z wybraną dla niego dziewczyną. Dangu buntuje się jednak, zauważając, że w przypadku braku chęci ożenku z obu stron, niewiele będzie się różnić od porywaczy kobiet: zgadzając się na aranżowane małżeństwo przyczyni się do wymuszenia go na kobiecie, odbierając jej wolność i możliwość decydowania o sobie. Postać Dangu ukazuje jak może działać sprzymierzeniec kobiet, jednocześnie wskazując na presję której sam musi stawić czoła: w świecie patriarchalnej Sumby ani kobiety, ani mężczyźni nie są wolni, a tradycja (choć na różnych poziomach) ich pęta.

W ciekawy sposób ukazana zostaje także postać ojca Magi, wychowanego w patriarchalnej tradycji i nie potrafiącego przed nią uciec. Nie dostrzega on cierpienia własnej córki w pierwszej kolejności myśląc o męskim honorze, co zostało mu wpojone. Czy Magi będzie w stanie mu wybaczyć, że w chwili największego cierpienia nie mogła liczyć na ojcowską opiekę?

Ból i gniew

Najczarniejszy miesiąc w życiu Magi Dieli jest powieścią niosącą ogromny ładunek emocjonalny. W prostych zdaniach oddających myśli głównej bohaterki Autorce udało się zawrzeć ogrom bólu i gniewu, które niczym szpilki wbijają się w czytelnika. Tej książki nie da się czytać obojętnie — każdego, kto ma choć odrobinę empatii ta powieść będzie rozrywać. Może to spowolnić lekturę — osoby wrażliwe będą musiały robić sobie przerwy, by nie zostać przygniecionym przez ten ładunek emocjonalny. Mimo niewielkiej objętości nie jest więc to typowa książka "na jedno posiedzenie", tak daleko jej do azjatyckich healing novels. Najczarniejszy miesiąc w życiu Magi Dieli nie daje ukojenia, nie ma uspokajać, wręcz przeciwnie: ma wzbudzać emocje  — smutek, rozpacz, ale także gniew w ciekawym wydaniu female rage. Ta powieśc to nie fikcja w stylu Kill Billa, ukazująca krwawą, ale jakże zasłużoną vendettę; to ukazanie autentycznego kobiecego gniewu, który musi ścierać się z poczuciem bezsilności. Czy Magi odnajdzie w sobie tę niezwykłą siłę, by działać czy podda się rozpaczy? Chęć poznania końca (?) jej historii naprawdę napędza do czytania i przerzucania kolejnych stron, mimo trudnego tematu.

Prostota przekazu uderza najmocniej

Naprawdę doceniam stronę językową tej powieści. W tłumaczeniu zdecydowano się na rezygnację z typowego dla Sumby szyku zdania, pozostawiając jednak wiele słów z tego regionu (nazwy zwyczajów, świąt, odzieży, architektury). To bardzo dobra decyzja, bo prosty i "przyjazny" polskiemu odbiorcy język nie odciąga uwagi od poruszanej problematyki. Jednocześnie dobór słów sprawia, że choć zdania są proste to emanują wspomnianymi emocjami. Zaś pozostawienie słownictwa słownictwa z Sumby pozwala zanurzyć się w świat tej wyspy — z kolei obecne w książce przypisy pozwalają na czerpanie z tej książki wiedzy. Już sama historia, oparta na prawdziwych wydarzeniach kreśli nam obraz tego mało znanego zakątka świata, ale obecność indonezyjskich pojęć odpowiednio go ubarwia. 

Wezwanie do działania

Najczarniejszy miesiąc w życiu Magi Dieli to powieść trudna — nie na poziomie językowym, tylko tematycznym i emocjonalnym — ale niosąca w sobie siłę. To sprawia, że ta książka jest tak wyjątkowa: czytanie o brutalnych zwyczajach łamiących prawa kobiet budzą gniew, ale siła woli Magi, by coś zmienić, napędza również czytelnika. Ta powieść sprawia, że człowiek przestaje być obojętny, dostrzega zasadność feminizmu i to, że walka o prawa kobiet nie została zakończona. Uzmysławia także, że problematyka praw kobiet nie jest jednorodna i zależna od kontekstów kulturowo-społecznych. Bohaterowie powieści, Magi, Dangu i członkowie prokobiecych organizacji nie walczą o zerwanie z każdą tradycją, a jedynie uznanie równości kobiet i mężczyzn, a tym samym zapewnienie im takich samych szans na wolność i możliwość decydowania o sobie; walczą także o to, by nazwać przemoc po imieniu i uświadomić wymiar sprawiedliwości, że za przemoc należy karać sprawcę, a nie ofiarę. Obserwujemy, że choć małymi kroczkami i okupione wielkim poświęceniem, zmiany mogą być wprowadzane, by wszystkim żyło się lepiej. Zakończenie powieści ma posmak słodko-gorzki: walka o prawa kobiet jeszcze się nie zakończyła, ciągle na świecie są miejsca, gdzie kobiety pozbawia się godności, często w imię tradycji. Ale można działać na rzecz zmiany — a to niesie nadzieję na lepszą przyszłość.

Słowem podsumowania....

Najczarniejszy miesiąc w życiu Magi Dieli to jedna z tych powieści, które nie tylko się czyta — one zostają w człowieku na długo po zamknięciu ostatniej strony. To książka trudna, bolesna i momentami przytłaczająca, ale jednocześnie konieczna. Pokazuje, że literatura może być zarówno świadectwem, jak i narzędziem zmiany: potrafi wywołać gniew, obudzić empatię i zachęcić do refleksji nad tym, co wciąż wymaga naprawy. Siła tej historii nie tkwi w drastyczności, lecz w prawdzie, odwadze i głosie kobiet, które zbyt długo milczały. To powieść, która porusza, konfrontuje i przypomina, że walka o prawa kobiet nie jest abstrakcyjnym hasłem, lecz codziennością wielu z nich. I właśnie dlatego — choć czyta się ją z bólem — warto ją przeczytać, by zobaczyć świat oczami Magi i tych, które tak jak ona postanowiły walczyć.

 


Ci, którzy pokochali Czarny staw, wiedzą, że największą siłą tej historii była paczka dzieciaków gotowych stawić czoła temu, czego dorośli nie widzieli lub widzieć nie chcieli. W Wile wracamy do tych bohaterów — dojrzalszych, odważniejszych, ale wciąż pełnych dziecięcej energii — i to właśnie oni sprawiają, że powrót nad jezioro jest tak ekscytujący.

Wiła to świetna kontynuacja pierwszego tomu: zachowuje wszystkie jego zalety, a jednocześnie rozwija bohaterów i pozwala im zmierzyć się z trudniejszymi tematami, jak choćby rozstanie z ukochanym zwierzakiem. To nadal ta sama historia o paczce dzieciaków, które — jak w Goonies, Stranger Things czy To Stephena Kinga — muszą poradzić sobie z tym, czego dorośli nie chcą, nie potrafią albo boją się dostrzec. I właśnie dlatego Wiła bawi, straszy i wzrusza, gwarantując równie dobrze spędzony czas jak z Czarnym stawem.

Dzieciaki, które już wiedzą, czym jest mrok

Największą siłą Wiły pozostaje motyw, który uwielbiam: dzieciaki kontra zło. Tym razem jednak Kamil i jego paczka wracają bogatsi o doświadczenia z pierwszego tomu. Nie muszą już siebie przekonywać, że nadnaturalne istoty istnieją — sami dobrze wiedzą, że coś potrafi wyjść z mroku nad Czarnym Stawem. A skoro znów pojawia się zagrożenie, dzieciaki od razu działają: szukają tropów, badają legendy i robią to, czego nie zrobią dorośli. Ba, nawet nie zawracają sobie głowy szukaniem u nich pomocy, wiedząc z doświadczenia jak łatwo ich strach może zostać zignorowany.

To młodzi bohaterowie nadają tej serii rytm: są wiarygodni, pełni emocji, odwagi, strachu i śmiechu. Ziębiński nie infantylizuje ich ani nie robi z nich „małych dorosłych”. Pozwala im przeżywać, wątpić, bać się naprawdę — dzięki czemu tak łatwo im kibicować. Mają w sobie ten sam czar, co bohaterowie wspomnianych Goonies czy Stranger Things: dzieci, które pomimo młodego wieku znajdują w sobie odwagę i siłę, by walczyć o ocalenie miasteczka, a przy tym wszystkim nie tracić tej dziecięcej fascynacji światem, który może być znacznie mniej racjonalny i poukładany niż wydaje się to dorosłym.

Czy warto znać Czarny staw przed lekturą Wiły? Z pewnością, bo choć fabularnie przedstawiają dwie zamknięte historie, to znajomość pierwszego tomu pozwala na lepsze uchwycenie dynamiki relacji miedzy bohaterami oraz ich dojrzewania.

Groza, przygoda i piękny hołd dla kota

Choć Wiła powraca do mrocznej atmosfery niebezpieczeństwa czającego się w lesie i zakradającego się do szkoły czy dziecięcych pokoi, a także odwołań do cudownie niepokojących legend, druga część jest czymś więcej niż tylko historią o strachu. To także opowieść o przyjaźni, lojalności i odwadze, która nie zawsze wygląda spektakularnie — czasem jest nią po prostu trzymanie się razem, gdy noc robi się zbyt ciemna.

Ogromnym atutem tej powieści jest wątek Pana Pulmana — prawdziwego kota, którego Ziębiński uwiecznił na kartach książki. Jego obecność jest jednocześnie wzruszająca i heroiczna: stary, chory, a jednak oddany swojej rodzinie na tyle, by stanąć oko w oko z czymś, co nawiedza jezioro. Już dla samego Pana Pulmana warto przeczytać Wiłę. I wzruszyć się, jeśli samemu doświadczyło się rozstania ze zwierzakiem.

Groza bez brutalności — idealna dla młodych czytelników

Jeśli nie lubicie horrorów, a kochacie dreszczyk, śledztwo, przygodę i legendy — Wiła to strzał w dziesiątkę. Ziębiński znowu świetnie równoważy napięcie i mrok z humorem i energią młodych bohaterów. Groza nie jest tu przesadzona, a klimat oparty na ludowych historiach działa wyśmienicie. I chociaż jest to książka kierowana do młodego czytelnika, to niezależnie od wieku można się doskonale bawić — wystarczy mieć w sobie tego ducha dziecięcej przygody i fascynacji tym, co wymyka się dorosłym umysłom. Innymi słowy, jeśli mimo strzykania w kolanie i roku urodzenia zaczynającego się od 19... nadal lubicie Goonies czy doskonale bawicie się przy Stranger Things, to Czarny staw i Wiła są książkami dla was. Jednocześnie jest tu znacznie mniej straszenia niż w To i po przeczytaniu nie będziecie się bać iść spać ze zgaszonym światłem.

Słowem podsumowania…

Wiła to kontynuacja, jakiej chciałam: pełna serca, przygody i emocji, dojrzalsza niż pierwszy tom, ale wciąż wierna temu, co w Czarnym stawie działało najlepiej. To książka, którą czyta się błyskawicznie, z uśmiechem i wzruszeniem, a czas spędzony z bohaterami po raz kolejny okazuje się „dobrze spędzonym czasem”. Opowieści o młodzieńczej odwadze, sile lojalności i przyjaźni —  których próżno szukać w dorosłym życiu, gdzie każdy zajęty jest swoimi sprawami — nigdy mi się nie znudzą, a w wydaniu tak pełnym serducha jak Wiła to mogę wracać i wracać nad ten przeklęty Czarny Staw.

 


Są takie powieści, które od pierwszych stron wciągają nie tylko fabułą, ale także klimatem — tym gęstym, dusznym napięciem, które podpowiada, że w murach elitarnej szkoły dzieje się coś dużo mroczniejszego, niż chcieliby przyznać jej uśmiechnięci uczniowie i eleganccy nauczyciele. Ptaki w klatce właśnie takie są. Od początku czuć, że to historia o czymś więcej niż jednym konkretnym przypadku zaginięcia — zastanawiamy się czemu nauczyciele bagatelizują sprawę, czemu koledzy kłamią na temat znajomości z dziewczyną, a i nasza główna bohaterka, nowa uczennica, skrywa tajemnice. Jednak na rozwiązanie przyjdzie poczekać — Ptaki w klatce to powieść rozwijająca się powoli, wymagająca cierpliwości, by dojsc do jej sedna — choć znając brutalną rzeczywistość, można się domyślić w jakim kierunku to pójdzie. 

To powieść, która wpisuje się w klasyczną „dark academia” z nową dziewczyną w elitarnej szkole, jednak zamiast młodzieżowych tematów związanych z pierwszą miłością i szkolnymi przyjęciami (tak typowymi dla YA)  z każdą kolejną stroną odkrywa, że chodzi o coś znacznie poważniejszego — o przemoc strukturalną, o głęboko zakorzeniony rasizm i mizoginię, o kulturę gwałtu i o milczenie, które niszczy życie kolejnych pokoleń dziewcząt. Czy tytułowym Ptakom w klatce uda się uwolnić i wywalczyć prawdę?

Mrok w szkolnych murach

Uwielbiam motyw „new girl in a private school” i tutaj autorce udało się wyciągnąć z niego absolutnie wszystko, co najlepsze. Razem z główną bohaterką zagłębiamy się w szkolne życie, panujące tam struktury oraz tajemnice. Sade Hussein — czarna, muzułmańska dziewczyna, która doświadczyła więcej tragedii niż niejeden dorosły — trafia do Alfred Nobel Academy, miejsca luksusowego, prestiżowego… ale także gnijącego od środka. Sama również skrywa mroczną przeszłość — przerzucając kolejne strony chcemy zatem zarówno poznać Sade, jak i rozwiązać napotykane przez nią zagadki. Autorka podkręca jeszcze na początku atmosferę, sugerując, że Sade jest przeklęta, a ludzie naokoło niej giną. 

Przemówiło do mnie, że Faridah Àbíké-Íyímídé daje nam czas, żeby poczuć atmosferę tej szkoły: lekcje, dormitoria, kliki popularnych uczennic, rządzący wszystkim chłopcy z sekcji pływackiej, nauczyciele z autorytetem aż nazbyt podejrzanym. To dark academia w najlepszym wydaniu: skrywająca nie tylko kryminalną zagadkę, ale także skupiająca się na środowisku szkolnym i  naukowych dyskusjach, toczonych w feministycznym ujęciu (np: interpretacje Makbeta) — dzięki czemu szkoła nie jest wyłącznie pretekstowym miejscem akcji. Bardzo to lubię, bo dark academia daje możliwość nie tylko prowadzenia kryminalnej zagadki pełnej suspensu, ale także szerszych rozważań filozoficzny, moralnych wokół tematów związanych z lekcjami bohaterów  — nawet za cenę tempa akcji.

A kiedy znika współlokatorka Sade, Elizabeth, robi się naprawdę niebezpiecznie i książka, warstwa po warstwie, niespiesznie, odkrywa kolejne jakże przerażające przez swoją realność tajemnice. Czy przywileje pozwalają zamieść każdą zbrodnię pod dywan? Czy pod warstwą elitarności skrywa się przemoc? Czy system potrafi zadbać ofiary, a może liczy się sama reputacja?

Siła relacji

Ptaki w klatce to nie tylko powieść o opresyjnym systemie, w którym tak naprawdę trzeba walczyć o przetrwanie należąc do mniejszości. Autorka przeciwstawia temu siłę płynącą ze wspólnoty. Samotnie człowiek często skazany jest na porażkę, zaś przyjaźń, wsparcie drugiej osoby może budować. Od początku autorka poświęca wiele miejsca na budowanie relacji. Sade, sierota, ucząca się w domu postrzega udanie się do prestiżowej szkoły z internatem jako szansę na wyrwanie się z klatki samotności. Napotyka tam oczywiście inne, bardzo poważne problemy — ale nie musi być w tym sama. 

Poświęcenie czasu na budowanie relacji — od tych platonicznych do bardziej romantycznych — znów spowalnia akcję. Jednak dla mnie stanowi niezwykle ważny fundament tej powieści. To właśnie relacje — przyjaźnie, zaufanie, powolne budowanie więzi — niosą tę historię, będąc jej sercem.

Słowem podsumowania

Ptaki w klatce to powieść, która długo dojrzewa — niespieszna, gęsta, stopniowo zaciskająca pętlę wokół bohaterów i czytelnika. Im głębiej w nią brniemy, tym wyraźniej widzimy, że nie jest to tylko historia o zniknięciu uczennicy ani kolejna szkolna zagadka do rozwiązania. To literackie rozprawienie się z systemem, który uczy dziewczęta milczenia, wstydu i strachu, a jednocześnie opowieść o sile więzi, które mogą ocalić, nawet jeśli świat wokół pęka w szwach.

Faridah Àbíké-Íyímídé stworzyła mroczną, poruszającą i boleśnie aktualną powieść, która pokazuje, że dark academia może być czymś więcej niż klimatem — może być narzędziem do mówienia o przemocy i mizoginii i o tym, jak bardzo potrzebujemy siebie nawzajem, by przetrwać. Jeśli szukacie historii powolnej, budowanej na emocjach i relacjach, historii, która dusi atmosferą, ale jednocześnie niesie w sobie promień solidarności — Ptaki w klatce będą lekturą dla Was. Polecam zwłaszcza tym, którzy kochają dark academia z feministycznym pazurem, którym nie przeszkadza powolne tempo, wynagradzane złożonością bohaterów — oraz wszystkim, którzy chcą przeczytać opowieść ważną, stanowiącą głos pokolenia "ptaków", które chcą się wyrwać z klatki milczenia. 



 


Na pierwszy rzut oka „Katabaza” może wydawać się fantastyczną opowieścią o zstępowaniu do piekła – historią w duchu dawnych mitów, w której bohaterka wędruje przez kolejne kręgi podziemi, by uratować kogoś, kogo utraciła. Jednak R.F. Kuang bardzo szybko odsłania, że ta podróż nie ma wiele wspólnego z tradycyjną fantastyką drogi. Piekło, do którego schodzi Alice, nie przypomina (wyłącznie) wizji Dantego, lecz labirynty akademickich instytucji: biblioteki zamienione w krąg potępionych, egzaminy jako test moralny, naukowe paradoksy jako bariery nie do pokonania. Każdy krok w dół jest tak naprawdę krokiem w głąb siebie — autopsją własnych wyborów, lęków i uzależniającej ambicji. „Katabaza” to powieść o ambicji i wypaleniu, o gniewie i tęsknocie, o tym, jak bardzo można zagubić się w dążeniu do doskonałości — oraz o tym, że czasem najtrudniejszą drogą jest ta, która prowadzi do prawdy o sobie.

Kuang snuje historię nieśpieszną, pełną dygresji i filozoficznych myśli, pisaną z jej charakterystycznym sarkazmem, feministycznym gniewem i ostrzem krytyki wymierzonym prosto w środowisko akademickie. Zamiast pędzącej fabuły dostajemy narrację, która zmusza, by się zatrzymać — by podumać nad tym, ile kosztuje droga po tytuł naukowy, ile trzeba oddać, by wciąż być „wystarczająco dobrą”, i jaki rodzaj piekła sami dla siebie tworzymy. To nie tyle opowieść o ratowaniu kogoś innego, ile o ratowaniu siebie z systemu, który pochłania po cichu, codziennie, od środka.

I choć mnie zachwyciła, to muszę przyznać — „Katabaza” nie jest książką dla każdego. Jeśli ktoś oczekuje pędzącej akcji, klasycznej fantastyki drogi albo powieści przygodowej, jak sugerowałby opis, szybko może poczuć rozczarowanie. To Kuang w najbardziej „kuangowej” wersji: intelektualna, kąśliwa, pełna akademickiej ironii, filozoficznych rozważań i nieoczywistych emocji. I właśnie dlatego tak bardzo do mnie trafiła.

Piekło jako zwierciadło świata bohaterów

Jednym z największych atutów powieści jest sposób, w jaki Kuang tworzy świat piekielnych kręgów. Zamiast klasycznych wizji Dantego (do których się odwołuje) dostajemy piekło, które bardziej przypomina… życie akademickie. Odzwierciedla ono świat bohaterów, obnażając jego patologie. Pierwszy krąg wyglądają jak uczelniana biblioteka, a zadania stawiane przed bohaterami przypominają trudne egzaminy czy akademickie kolokwia. Im dalej, tym mniej jest jednak „akcji”, a więcej filozofii,  i introspekcji.

Autorka bawi się tradycją, łącząc znane motywy europejskie z elementami mitologii indyjskiej i chińskiej, tworząc wizję piekła, która jest jednocześnie znajoma i obco fascynująca - jednocześnie popisując się swoją erudycją. To nie jest fantastyka nastawiona na światotwórstwo w stylu epickiej fantastyki – to piekło jako metafora życia, ambicji i akademickiej przemocy strukturalnej.

Alice i jej chorobliwa ambicja

Kuang po raz kolejny udowadnia, że nie interesują ją sympatyczne postacie. Alice trudno polubić – jest ambitna do granic autodestrukcji, skupiona na celu, gotowa poświęcić wszystko: zdrowie, relacje, siebie samą. Jednak właśnie ta niejednoznaczność sprawia, że działa.

Czy Alice zawsze była taka?
Czy musiała stać się taka, by w środowisku akademickim w ogóle przetrwać?

Te pytania drążą czytelnika, a mnie – jako osobę ze środowiska naukowego – szczególnie uderzyły. Kuang obnaża to, czego często nie nazywa się głośno: skorumpowaną ambicję, toksyczną rywalizację, mizoginię i strukturalne wypalenie doktorantów i młodych badaczy. Dla mnie Alice była boleśnie prawdziwa.

W tle przewija się też subtelny wątek romantyczny i kilka scen akcji – bardziej jako przerywniki niż kluczowe elementy fabuły. Dla mnie mogłoby ich nie być, ale rozumiem ich funkcję: dać oddech między kolejnymi warstwami rozważań.

Tematyka: akademickie piekło i female rage

„Katabaza” to powieść o zstąpieniu do piekła, ale największe piekło znajduje się w człowieku – i w instytucji, która oczekuje całkowitego poświęcenia. Kuang kieruje swoje ostrze krytyki w stronę:

  • akademickiej rywalizacji, która niszczy ludzi, a nie rozwija naukę,

  • mizoginii i seksizmu, które wciąż są obecne na uniwersytetach,

  • toksycznej relacji promotor–doktorant,

  • wypalenia i kultury „pracuj do upadłego”,

  • fetyszu wiedzy, który potrafi zabijać tyle samo, co ignorancja.

Nie brakuje tu też female rage – wściekłości skierowanej nie tylko na mężczyzn z akademickiej elity, ale też na samą siebie, na własne wybory i wewnętrzne kompromisy. Pod tym względem „Katabaza” mocno przypomina mi „Yellowface” i „Babel”: to książki, które nie chcą być „łagodne”. Mają prowokować, krytykować pewne środowiska i patologie (Yellowface - środowisko wydawnicze, Babel - kolonialne zawłaszczanie języka, elitaryzm akademicki).

Styl – piękno intelektualnego chaosu

To powieść, która bywa powolna, przegadana, pełna dygresji, matematycznych i filozoficznych paradoksów. Niektórych to odrzuci. Ja natomiast zanurzyłam się w ten tok myślenia i płynęłam z nim jak z prądem. Można Kuang zarzucić przesadne intelektualizowanie i pewną pretensjonalność - ja jednak wyczuwam w tym erudycję, ogrom wiedzy i researchu, który stoi za każdą z jej książek. I wcale mi nie przeszkadza, że "chwali się tym" na stronach powieści, wplatając różne naukowe dygresje w fabułę.

Moim zdaniem „Katabaza” świetnie działa jako audiobook – jej rytm, zaduma i powolne odsłanianie sensów idealnie nadają się do słuchania podczas długi spacerów.

Słowem podsumowania

„Katabaza” to niełatwa, ale niezwykle satysfakcjonująca powieść. To historia o zstąpieniu do piekła, które okazuje się labiryntem ludzkich ambicji, wyrzutów sumienia i zniszczonych granic. Kuang po raz kolejny dowodzi, że fantastyka może być intelektualną zabawą.

„Katabaza” zostanie ze mną na długo. Jest dla mnie powieścią o zstępowaniu do własnych lęków i o odzyskiwaniu siebie. O ambicji, która potrafi zjeść człowieka od środka. O kobietach w akademii, które nie mają prawa być przeciętne, słabe, zmęczone. A mnie czytając towarzyszyła jedna myśl: jak ja dobrze to znam z własnego doświadczenia pisania doktoratu.

Dla kogo jeszcze jest Katabaza?

  • dla osób, które lubią literaturę intelektualną, powolną i pełną filozofii

  • dla fanów „Babel” oraz „Yellowface”

  • dla osób związanych z akademią – uderzy najmocniej

  • dla tych, którzy lubią female rage i introspekcję

  • dla czytelników, którzy lubią, gdy świat magiczny opiera się na wiedzy, logice, mitach i nauce

Nie polecam jej komuś, kto szuka szybkiego tempa, lekkiej rozrywki lub historii napakowanej akcją i romansem. 

Starsze posty Strona główna

ABOUT AUTHOR

안녕하세요! Z wykształcenia doktor nauk politycznych i magister filmoznawstwa, hobbistycznie zapalona czytelniczka! Zapraszam na bloga o książkach, filmach oraz Półwyspie Koreańskim - czyli moich największych pasjach!

Categories

  • abyssos 1
  • agora 2
  • akurat 2
  • albatros 4
  • artrage 2
  • azjatyckie 90
  • beYA 1
  • bliski wschód 1
  • Books4YA 4
  • chiny 10
  • ciekawostki 7
  • copernicuscenterpress 2
  • cyberpunk 1
  • czarna owca 1
  • czarne 3
  • czytelnik 1
  • dark academia 1
  • dark fantasy 7
  • dialog 8
  • dlaczemu 2
  • dolnośląskie 1
  • dystopia 4
  • esej 4
  • europa wschodnia 1
  • fabryka słów 114
  • fae 1
  • fantastycznyorient 18
  • fantastyka 187
  • filia 2
  • film 3
  • filtry 1
  • format 1
  • foxgames 1
  • galeriaksiążki 1
  • gra książkowa 1
  • gramatyka 3
  • groza 19
  • harde 1
  • healing novel 6
  • hi:story 1
  • horror 19
  • idiom 3
  • indie 5
  • indonezja 1
  • instagram 5
  • iyashikei 2
  • jaguar 2
  • japonia 35
  • kdrama 1
  • kirin 7
  • klasyka 1
  • komedia kryminalna 5
  • komiks 3
  • korea 43
  • koreański 9
  • kryminał 24
  • krytyka polityczna 1
  • książki 188
  • kwiaty orientu 2
  • literatura dziecięca 5
  • literatura młodzieżowa 30
  • literatura piękna 21
  • literatura podróżnicza 2
  • luna 1
  • marginesy 2
  • matronat 1
  • mitologia 2
  • mova 3
  • mustread 2
  • muza 5
  • naukowe 8
  • new adult 3
  • nonfiction 8
  • nowa baśń 14
  • nyks 1
  • obyczajowa 1
  • papierowyksiężyc 2
  • patronat 4
  • planetaczytelnika 1
  • podróżnicza 1
  • powieść gotycka 2
  • powieść historyczna 12
  • prószyński 5
  • przygodowa 1
  • recenzja 175
  • relacja 7
  • replika 4
  • reportaż 13
  • retelling 1
  • retrobuki 18
  • romans 7
  • romantasy 1
  • sensacja 2
  • sf 20
  • słownictwo 8
  • space opera 1
  • sqn 6
  • szczeliny 2
  • świat książki 1
  • tajfuny 1
  • tajwan 2
  • thriller 7
  • urban fantasy 15
  • uroboros 13
  • vesper 3
  • w.a.b. 5
  • warbook 9
  • weird fiction 1
  • weneedya 2
  • western 1
  • wielka litera 1
  • wietnam 1
  • wydawnictwo ix 1
  • wydawnictwo kobiece 1
  • wydawnictwo literackie 2
  • wydawnictwo mięta 7
  • Wydawnictwo Noir sur Blanc 1
  • wydawnictwo poznańskie 2
  • wydawnictwo spisek pisarzy 1
  • wydawnictwo wab 2
  • wydawnictwo wilga 1
  • wydawnictwonoca 1
  • wyszukane 1
  • yaponia 3
  • you&ya 15
  • youngadult 26
  • yumeka 6
  • zielona sowa 2
  • znak 12
  • zygzaki 1

Matronat

Matronat
Trylogia Hierarchia magii

Matronat

Matronat
Trylogia Magów szkła

POPULAR POSTS

  • Przewodnik po literaturze koreańskiej: koreańscy autorzy
  • Ucieczka z Festung Breslau (recenzja)
  • Klejnot siedmiu gwiazd (recenzja)
  • Dom nad błękitnym morzem (recenzja)
  • Gwiazdy w łańcuchach
  • Romans wszech czasów (recenzja)
  • Księżycowy sorbet (recenzja)
  • Płoń dla mnie (recenzja)
  • Martwy aż do zmroku (recenzja)
  • Horda (recenzja)
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Szukaj na tym blogu

Blog Archive

Ważne

Wszystkie zamieszczone tutaj teksty oraz grafiki są moją własnością i nie wyrażam zgody na ich kopiowanie bez mojej zgody.

FOLLOW ME @ INSTAGRAM

Gdzie mnie znaleźć

  • Instagram
  • Lubimy czytać
  • Goodreads

Featured Post

#retrobuki

Copyright © 2016 Pani Papierek. Created by OddThemes