Pani Papierek

  • Home
  • Książkach
    • Azjatyckie
    • Naukowe
    • Gatunkowe
      • Fantastyka
      • Kryminał
  • Filmach
  • Korei
    • 한국어
    • Ciekawostki
  • Instagram
  • Współpraca

 


Są takie powieści, które od pierwszych stron wciągają nie tylko fabułą, ale także klimatem — tym gęstym, dusznym napięciem, które podpowiada, że w murach elitarnej szkoły dzieje się coś dużo mroczniejszego, niż chcieliby przyznać jej uśmiechnięci uczniowie i eleganccy nauczyciele. Ptaki w klatce właśnie takie są. Od początku czuć, że to historia o czymś więcej niż jednym konkretnym przypadku zaginięcia — zastanawiamy się czemu nauczyciele bagatelizują sprawę, czemu koledzy kłamią na temat znajomości z dziewczyną, a i nasza główna bohaterka, nowa uczennica, skrywa tajemnice. Jednak na rozwiązanie przyjdzie poczekać — Ptaki w klatce to powieść rozwijająca się powoli, wymagająca cierpliwości, by dojsc do jej sedna — choć znając brutalną rzeczywistość, można się domyślić w jakim kierunku to pójdzie. 

To powieść, która wpisuje się w klasyczną „dark academia” z nową dziewczyną w elitarnej szkole, jednak zamiast młodzieżowych tematów związanych z pierwszą miłością i szkolnymi przyjęciami (tak typowymi dla YA)  z każdą kolejną stroną odkrywa, że chodzi o coś znacznie poważniejszego — o przemoc strukturalną, o głęboko zakorzeniony rasizm i mizoginię, o kulturę gwałtu i o milczenie, które niszczy życie kolejnych pokoleń dziewcząt. Czy tytułowym Ptakom w klatce uda się uwolnić i wywalczyć prawdę?

Mrok w szkolnych murach

Uwielbiam motyw „new girl in a private school” i tutaj autorce udało się wyciągnąć z niego absolutnie wszystko, co najlepsze. Razem z główną bohaterką zagłębiamy się w szkolne życie, panujące tam struktury oraz tajemnice. Sade Hussein — czarna, muzułmańska dziewczyna, która doświadczyła więcej tragedii niż niejeden dorosły — trafia do Alfred Nobel Academy, miejsca luksusowego, prestiżowego… ale także gnijącego od środka. Sama również skrywa mroczną przeszłość — przerzucając kolejne strony chcemy zatem zarówno poznać Sade, jak i rozwiązać napotykane przez nią zagadki. Autorka podkręca jeszcze na początku atmosferę, sugerując, że Sade jest przeklęta, a ludzie naokoło niej giną. 

Przemówiło do mnie, że Faridah Àbíké-Íyímídé daje nam czas, żeby poczuć atmosferę tej szkoły: lekcje, dormitoria, kliki popularnych uczennic, rządzący wszystkim chłopcy z sekcji pływackiej, nauczyciele z autorytetem aż nazbyt podejrzanym. To dark academia w najlepszym wydaniu: skrywająca nie tylko kryminalną zagadkę, ale także skupiająca się na środowisku szkolnym i  naukowych dyskusjach, toczonych w feministycznym ujęciu (np: interpretacje Makbeta) — dzięki czemu szkoła nie jest wyłącznie pretekstowym miejscem akcji. Bardzo to lubię, bo dark academia daje możliwość nie tylko prowadzenia kryminalnej zagadki pełnej suspensu, ale także szerszych rozważań filozoficzny, moralnych wokół tematów związanych z lekcjami bohaterów  — nawet za cenę tempa akcji.

A kiedy znika współlokatorka Sade, Elizabeth, robi się naprawdę niebezpiecznie i książka, warstwa po warstwie, niespiesznie, odkrywa kolejne jakże przerażające przez swoją realność tajemnice. Czy przywileje pozwalają zamieść każdą zbrodnię pod dywan? Czy pod warstwą elitarności skrywa się przemoc? Czy system potrafi zadbać ofiary, a może liczy się sama reputacja?

Siła relacji

Ptaki w klatce to nie tylko powieść o opresyjnym systemie, w którym tak naprawdę trzeba walczyć o przetrwanie należąc do mniejszości. Autorka przeciwstawia temu siłę płynącą ze wspólnoty. Samotnie człowiek często skazany jest na porażkę, zaś przyjaźń, wsparcie drugiej osoby może budować. Od początku autorka poświęca wiele miejsca na budowanie relacji. Sade, sierota, ucząca się w domu postrzega udanie się do prestiżowej szkoły z internatem jako szansę na wyrwanie się z klatki samotności. Napotyka tam oczywiście inne, bardzo poważne problemy — ale nie musi być w tym sama. 

Poświęcenie czasu na budowanie relacji — od tych platonicznych do bardziej romantycznych — znów spowalnia akcję. Jednak dla mnie stanowi niezwykle ważny fundament tej powieści. To właśnie relacje — przyjaźnie, zaufanie, powolne budowanie więzi — niosą tę historię, będąc jej sercem.

Słowem podsumowania

Ptaki w klatce to powieść, która długo dojrzewa — niespieszna, gęsta, stopniowo zaciskająca pętlę wokół bohaterów i czytelnika. Im głębiej w nią brniemy, tym wyraźniej widzimy, że nie jest to tylko historia o zniknięciu uczennicy ani kolejna szkolna zagadka do rozwiązania. To literackie rozprawienie się z systemem, który uczy dziewczęta milczenia, wstydu i strachu, a jednocześnie opowieść o sile więzi, które mogą ocalić, nawet jeśli świat wokół pęka w szwach.

Faridah Àbíké-Íyímídé stworzyła mroczną, poruszającą i boleśnie aktualną powieść, która pokazuje, że dark academia może być czymś więcej niż klimatem — może być narzędziem do mówienia o przemocy i mizoginii i o tym, jak bardzo potrzebujemy siebie nawzajem, by przetrwać. Jeśli szukacie historii powolnej, budowanej na emocjach i relacjach, historii, która dusi atmosferą, ale jednocześnie niesie w sobie promień solidarności — Ptaki w klatce będą lekturą dla Was. Polecam zwłaszcza tym, którzy kochają dark academia z feministycznym pazurem, którym nie przeszkadza powolne tempo, wynagradzane złożonością bohaterów — oraz wszystkim, którzy chcą przeczytać opowieść ważną, stanowiącą głos pokolenia "ptaków", które chcą się wyrwać z klatki milczenia. 



 



"W mojej powieści napisałam, że prawdziwe zło nie jest wyuczone. Prawdziwe zło się rodzi. Tonya może nie była zła, ale zdecydowanie była sprytna i mściwa." 


"Kocham, mama" to książka, która dzieli czytelników - jako  zagraniczny bestseller buduje duże oczekiwania - a tym samym duże zawody jeśli tych oczekiwań nie spełnia. Ja zaliczam się jednak do kategorii osób zachwycających się tą powieścią - już dawno dla żadnej książki nie zarwałam nocki.

Przede wszystkim nie jest to tylko thriller, a bardziej opowieść o rodzinnych sekretach, toksycznych relacjach, żałobie i poszukiwaniu tożsamości w cieniu sławy rodzica. Jednocześnie, jak przystało na gatunek, nie brakuje plot twistów i suspensu - świetnie działają tutaj krótkie rozdziały kończące się cliffhangerem, co zachęca do przerzucania stron. 

Bardzo lubię takie powieści - mające w sobie i ciekawą zagadkę kryminalną (tutaj w postaci rodzinnych sekretów), i wielowymiarowe postacie. Dzięki temu chcemy lepiej poznać Mackenzie, jej skomplikowaną relację z matką, a także dowiedzieć się, czy jej śmierć była przypadkowa. Wszystkie elementy mi zagrały, dzięki czemu nie mogłam się od tej powieści oderwać!

Fabuła, która trzyma w napięciu

"Kocham, mama" zaczyna się bardzo intrygująco, by potem stopniowo budować napięcie, mylić tropy i wciągać nas w rodzinną historię. Główna bohaterka, Mackenzie Casper, traci matkę – znaną i uwielbianą autorkę powieści. Niedługo po jej tragicznym odejściu zaczyna otrzymywać listy podpisane „Od fana nr 1. XOXO”. Okazuje się, że wiadomości pochodzą z dziennika matki, a ich treść stopniowo odsłania coraz mroczną prawdę o życiu kobiety, którą Mackenzie myślała, że zna. To właśnie te listy stają się kluczem do przeszłości pełnej bolesnych tajemnic, zdrad i zaskakujących zwrotów akcji.

Autorka świetnie prowadzi narrację, wykorzystując dwie osie czasowe i perspektywy bohaterek, matki i córki. Dzięki temu czytelnik nie tylko śledzi śledztwo Mackenzie, ale także zagłębia się w psychikę jej matki, poznając motywacje i demony, które nią kierowały. To jedna z tych historii, w której każdy szczegół ma znaczenie, a pozornie niewinne fakty zyskują drugie dno.

Zaś listy/strony z pamiętnika idealnie budują napięcie i wprowadzają plot twisty. Każdy list to nowa warstwa tajemnicy - a pomiędzy nimi Mackenzie, a wraz z nią my, czytelnicy, możemy snuć domysły co było dalej.

Jedyne czego mogłabym się przyczepić to finał. Zakończenie jest satysfakcjonujące, ale bardzo szybkie: wiele rewelacji pojawia się na raz, przez co trochę tracą siłę rażenia.

Inteligentne i skomplikowane bohaterki

Powieść "Kocham, mama" to zdecydowanie teatr kobiet - od Mackenzie i jej matkę, poprzez znajomą z dawnych lat i babcię dziewczyny. Nie brakuje tutaj także różnorodnych mężczyzn - od tych toksycznych po tych naprawdę wspierających - jednak stanowią oni zdecydowanie drugi plan.

Mackenzie to postać, z którą łatwo się utożsamić – jej ból, wątpliwości i determinacja są namacalne. To nie tylko ofiara okoliczności, ale silna kobieta, która pomimo traumy podejmuje walkę o prawdę. Przy tym wszystkim jest inteligentna, wiarygodna i pełna emocji.

Otaczający ją bohaterowie – przyjaciele, rodzina, znajomi matki – są równie dobrze nakreśleni. Xander unika czarno-białych charakterów; zamiast tego proponuje galerię osób z bagażem doświadczeń, wadami i skrywanymi tajemnicami. Nawet postać matki, choć nieobecna fizycznie, jest niezwykle obecna, odciskając wyraźne piętno na żywych.

Sława i relacje rodzinne

Na uwagę zasługuje także tematyka powieści. Nie jest to tylko thriller dla samego napięcia. Xander porusza kwestię życia w czyimś cieniu, ceny publicznego wizerunku i sekretów rodzinnych oraz traum z przeszłości. Dodaje to historii ciężaru emocjonalnego. Pojawia się tutaj motyw macierzyństwa: jaką matką była autorka listów? Czy kochała córkę, czy może traktowała ją jak element swojego idealnego wizerunku? Do tego powieść porusza wątek żałoby w kontekście trudnych rodzinnych relacji - jak pogodzić się ze stratą kogoś, kogo tak naprawdę nie znało się do końca?

Słowem podsumowania...

Czytałam "Kocham, mama" po maratonie książek Holly Jackson - i jestem pewna, że ten tytuł spodoba się wszystkim, którzy polubili "Przewodnik po zbrodni według grzecznej dziewczynki". W obu przypadkach mamy dobrze nakreślone, młode bohaterki, którym nie brakuje inteligencji i umiejętności dedukcji oraz odwagi - a przy tym potrafią polegać wsparciu przyjaciół w świecie, w którym trudno o zaufanie. W obu przypadkach dostajemy także sekrety rodzinne i tajemnice, które chciano zakopać w przeszłości. 

"Kocham, mama" to bardzo udany thriller psychologiczny. Oferuje napięcie, emocjonalną stawkę, bohaterkę, której kibicujemy, i zaskakujące zwroty akcji. Nie jest to powieść z najwyższej literackiej półki, a niektóre rozwiązania są naciągane, ale ma tę cechę, która liczy się najbardziej – czyta się ją do późnej nocy, przewracając kolejne strony i zadając sobie pytanie: „czego jeszcze nie wiem? Jakie tajemnice skrywa kolejny list?” To jedna z tych historii, które nie tylko wciągają, ale i zostają w głowie na długo po zamknięciu książki.


 „Koniec mapy” to psychologiczny thriller o wyjątkowo niefortunnej podróży w okolice Svalbardu. Zbieranina indywidualności trafia razem na statek, niebezpiecznie zbliżający się do miejsca, gdzie prowadzono eksperymenty nad tajemniczym wirusem. Post pandemiczny strach nie towarzyszy jednak naszym nieświadomym podróżnikom, którzy mierzą się z całkiem innym niebezpieczeństwem: ludzką naturą wobec zamknięcia na płynącym bez załogi statku. Wbrew obietnicom nie jest to powieść o grupce przypadkowych osób próbujących zapobiec wybuchowi nowej pandemii poprzez udaremnienie wydostania się wirusa – ten wątek jest zmarginalizowany, sprowadzony do pełnego napięcia finału, by na wcześniejszych stronach uderzać raczej w tony powieści obyczajowej z elementami przygody w postaci ataków niedźwiedzia polarnego.

Powieści nie czyta się źle; niestety w ostatecznym rozrachunku jest książką przeciętną, szybko ulatującą z głowy. A można było temu zaradzić w jeden prosty sposób: lepiej rozłożyć dynamikę, by zbudować suspens. Całość czyta się jak bardzo długi wstęp, wprowadzający bohaterów i jedynie sama końcówka dostarcza obiecywanych emocji. Jeśli oczekujecie klimatów rodem z „Coś” w reżyserii Johna Carpentera (lub opowiadania Johna Campbella) czy „Terroru” Dana Simmonsa (bądź serialu na podstawie) to zwyczajnie się zawiedziecie. „Końcowi mapy” zwyczajnie brakuje ciągłego trzymania w napięciu i elementu grozy, nadnaturalności, niepewności, czego jako czytelnik oczekuję od tego typu książek. Zamiast tego „Koniec mapy” to dużo bardziej katastroficzny dramat, który w centrum stawia konflikty między pasażerami. I myślę, że osobom, które nie czytają zazwyczaj powieści grozy i sci-fi, „Koniec mapy” spodoba się dużo bardziej – jako pewne odzwierciedlenie naszych czasów: turystycznej wygody, zaniku więzi międzyludzkich i problemów z komunikacją.

Pechowa wycieczka

„Koniec mapy” zaczyna się w intrygujący sposób – z prologu dowiadujemy się, że Jeskow, paleobiolog ucieka przed współpracownikiem, starając się ochronić tajemniczą walizkę. To pamiętnik Jeskowa będzie służyć nakreśleniu sytuacji sprzed przybycia załogi „Moskwy” – te zapiski pojawiają się pomiędzy poszczególnymi rozdziałami, opisującymi każdy dzień z wyprawy do Svalbardu. Od samego początku wiemy, że nie skończy się ona dobrze – świadczy o tym nie tylko prolog, ale i kłopoty wycieczkowiczów – początkowo małe, jak zaginiony bagaż, ale z każdym dniem urastające do miana katastrofy.

Zdecydowaną zaletą powieści jest komplet kompletnie różnych postaci, z których każdej poświęcone jest w książce miejsce, przedstawiające różne perspektywy. To osiem osób, które na przestrzeni małego statku i groźnych wodach, pełnych nieprzyjaznej przyrody musi się mierzyć z własnymi słabościami, tajemnicami – a także z towarzystwem współuczestników rejsu. Na tej płaszczyźnie powieść wypada naprawdę nieźle – każda z postaci ma swój cel, tajemnice i słabości, które mogą „wybuchnąć” w każdej chwili. Ciężko jest ich uznać za sympatycznych, ale nie o to w tej powieści chodzi.

Na plus oceniam także sam styl. Opisy miejsc, do których trafiają bohaterowie pobudzają wyobraźnię, dialogi są naturalne, a sceny jatki krwawe.

Zbyt powoli do przodu

Lubię powieści, których akcja jest niespieszna – jednak warto, aby za tym wolnym tempem coś stało. Oczekiwałam drobiazgowego budowania suspensu, związanego z wydarzeniami w mieście-widmie, do którego w końcu dociera nasz rejs. Jednak te wydarzenia mają znaczenie wyłącznie dla – naprawdę dobrego! – finału. Przez to większą część książki czyta się jak bardzo długie wprowadzenie, kreślące sylwetki bohaterów i ich wzajemne uprzedzenia. Nie czyta się tego źle, jednak dla mnie – jak już wspomniałam – zabrakło elementu grozy.

Co by było gdyby pasażerowie wcześniej natknęli się na wirus – a my jako czytelnicy bylibyśmy utrzymywaniu w niepewności, co do wpływu tajemniczego mikroorganizmu na ludzi. Czy ich zachowanie wynika z ludzkiej natury poddanej testowi – a może jest rezultatem działania wirusa? Zabrakło mi tego elementu tajemniczości i niepewności – bo chociaż „Koniec mapy” ma zaskakiwać wydarzeniami, to wyjadacze tego typu opowieści wcale nie będą zaskoczeni, a opóźnienie kontaktu z wirusem odbiera wiele z budowania napięcia.

Powolne wprowadzenie w teorii ma sens – ma oddawać ciągnąca się podróż, stopniowe uwięzienie bohaterów, by w końcu doprowadzić do dynamicznego i bardzo brutalnego finału (w niektórych aspektach aż za bardzo, bo kilkustronicowa scena przemocy seksualnej była naprawdę zbędna). Zakończenie dało mi sporo satysfakcji – jednak tego napięcia oczekiwałam znacznie wcześniej. To jest w zasadzie mój główny zarzut do tej powieści, który czyni ją jedynie przeciętną i nie zapadającą w pamięć: nieodpowiednie rozłożenie dynamiki i za mało elementu „nadnaturalnego” (wirusa).

Słowem podsumowania…

„Koniec mapy” to powieść, która obiecuje więcej, niż daje, ale wcale nie znaczy to, że jest zła. Jeśli szukasz psychologicznego studium ludzkich reakcji pod presją w duchu „Lorda Much” lub „Moralnego niepokoju” – ta książka może Cię wciągnąć. Autor dobrze portretuje postaci, a ich konflikty i sekrety trzymają uwagę, nawet gdy akcja toczy się leniwie.

Niestety, fanów grozy i science-fiction czeka rozczarowanie. Wirus, który miał być głównym źródłem napięcia, pojawia się zbyt późno, a brak niepewności (czy to przez wpływ patogenu, czy samą ludzką naturę) odbiera historii mocniejszy dreszcz. Mimo krwawego finału i kilku naprawdę mocnych scen, całość przypomina bardziej katastroficzny dramat niż thriller z elementami nadnaturalnymi.

„Koniec mapy” to przeciętna, ale nie pozbawiona zalet pozycja – może nie zapadnie w pamięć na długo, ale zapewni kilka wieczorów solidnej lektury. Szkoda tylko, że autor nie sięgnął po więcej: gdyby lepiej rozłożył dynamikę i wcześniej wprowadził element grozy, mógłby stworzyć coś wyjątkowego.

Mimo wszystko nie żałuję lektury – to solidny debiut, który pokazuje potencjał autora. Być może jego kolejna książka, przy większym wyważeniu suspensu i tempa, trafi w moje gusta idealnie.

  


"Astronautka" to przykład książki, która mogła okazać się świetna, ale ostatecznie nie dorosła do pięt "Marsjaninowi", zbytnio skręcając w stronę hollywoodzkiego blockbustera - nie wykorzystując potencjału walki z przeciwnościami losu w kosmosie w pojedynkę czy "obsadzenia" w roli dowódcy kobiety. Nie znaczy to, że powieść jest zła: pierwsza cześć trzyma czytelnika w niepewności i serwuje sporo emocji. Kiedy tajemnica zostaje rozwiązana zaczyna się znaczący spadek jakości w dół, obnażający brak konsekwentnego kreowania postaci. "Astronautka" to gatunkowy misz-masz, co najbardziej szkodzi książce: jest rozdarta między thrillerem, mogącym nawet zboczyć w kierunku "Obcego", a opowieścią miłosną, stojąc w rozkroku między filmową "Grawitacją" a "Marsjaninem" (specjalnie nawiązuje tu do filmów, bo "Astronautkę" czyta się jak scenariusz na amerykański film). To co początkowo budziło zachwyt, ostatecznie pozostawia drobny posmak rozczarowania jeśli człowiek nastawi się na kosmiczną przygodę, z dużym naciskiem na warstwę technologiczną i wizję przyszłości. Zdecydowanie nie polecam tej książki miłośnikom SF - zbyt wiele tu naukowych uproszczeń i bzdurek - za to skusić może fanów thrillerów z mocnym naciskiem na obyczajowe tło w postaci małżeńskich problemów. 

Powieść zaczyna się świetnie: komandor May Knox budzi się na pokładzie statku kosmicznego wracającego z misji na Europie, jednym z księżyców Jowisza. Wybudzona ze śpiączki kobieta odkrywa, że jest sama na statku, w którym pojawiają się usterki - na domiar złego cierpi na amnezję, a w komputerze brakuje danych, mogących pomóc jej odtworzyć wydarzenia sprzed utraty pamięci. Takie otwarcie to idealny wstęp do historii pełnej suspensu, ustawiającej wysoko stawkę: czy uda się odnaleźć pozostałych członków załogi? Czy May została zarażona jakąś chorobą? Czy uda jej się odzyskać kontrolę nad statkiem, nawiązać kontakt z Ziemią? Czy można zaufać Sztucznej Inteligencji, jednej towarzyszce May? Wszystkie te pytania stanowią mocną stronę powieści, stanowiąc fundament opowieści o samotnej walce o przetrwanie z przestrzeni kosmicznej. Kosmos, możliwy pasażer na gapę z Europy w postaci wirusa, usterki - to wystraczający przeciwnik, by napisać wciągającą opowieść.

"Astronautka" posiada jednak drugą linię fabularną, skupioną wokół relacji May z jej mężem; a także szerzej z rodziną (matką). Jej mąż Stephen, naukowiec z NASA podejmuje kroki mające na celu uratowanie żony: zarówno jako osoby, jak i w znaczeniu relacji mąż-żona. Retrospekcje odkrywają wzloty i upadki w ich małżeństwie, a także rozdarcie May między poświęceniem wszystkiego karierze. Osobiście uważam, że temu wątkowi przydałby się feministyczny pazur: niestety w ostatecznym rozrachunku May została nakreślona jako oziębła karierowiczka jednocześnie ulegająca emocjom związanym z macierzyństwem. To co miało nadać postaci głębi, ostatecznie odebrałam jako brak konsekwencji w kreowaniu jej charakteru: May nie podejmuje decyzji jak rasowa dowódczyni, gotowa poświęcić wiele dla misji kosmicznej. Zabrakło mi w niej twardości i chłodnej oceny sytuacji Ellen Ripley z "Obcego", co uczyniło ją kultową postacią; w May nie ma także zbyt wiele z Marka z "Marsjanina", który na serio traktuje cel samodzielnego przetrwania; jest za to dama w opresji - a za takie kobiece bohaterki chyba już podziękujemy. W kreacji May zabrakło cech, które mogłyby przekonać nas, że jest osobą godną powierzenia dowództwa w przełomowej misji kosmicznej; jakby znalazła się na tym stanowisku przypadkowo, tylko dlatego, że na liście obsady znalazło się do odhaczenia "kobieta z mniejszości etnicznych".

To, co budzi mieszane uczucia to właśnie ten gatunkowy misz-masz, który w założeniu miał nadać pewnej oryginalności historii. Suspens traci na dynamice, kiedy skupiamy się na rodzinnych rozterkach May; zaś retrospekcje nie dostarczają zbyt wielu emocji związanych z wątkiem miłosnym. Brak chronologii nie pozwala ukazać rozwoju związku May i Stephena, a fakt, że mąż kobiety jest postacią dość papierową nie pomaga, by zaangażować się w tę historię. Najgorzej wypada jednak akt trzeci, który niebezpiecznie skręca w kierunku hollywoodzkiego akcyjniaka: łącznie z pościgiem, konspiracją i rywalem Stephena, książkową wersją Elona Muska. Końcówka książki przypominała mi hollywoodzki film, gdzie już zupełnie porzucamy logikę na rzecz "szybciej, głośniej, więcej - i bardziej wybuchowo": i może by się to sprawdziło na ekranie, ale nie do końca na papierze. 

Trzeba przyznać, że w założeniu "Astronautka" miała być świeżym podejściem do motywu "przetrwania w kosmicznej przestrzeni". Powieść większy ciężar kładzie na warstwę emocjonalną, jednak nie wykorzystuje jej potencjału odwołując się do znanych klisz. Pierwsza 1/3 książki jest doskonała, niezmiernie wciągająca - kiedy jeszcze nie wiemy w jakim kierunku pójdzie ta historia. Tego napięcia nie udaje się jednak utrzymać, a wszystkie zwroty akcji są łatwe do przewidzenia. Ponadto między bohaterami nie czuć chemii i ciężko uwierzyć w autentyczność ich uczucia. Całości nie pomaga jeden z wątków, który w moim odczuciu ostatecznie popsuł zarówno odrobinę logiki, jak i kreację bohaterów - wątek z serii: "skoro mamy bohaterkę-kobietę, to wiadomo jaką kładę należy rzucić jej pod nogi" -.- W ostatecznym rozrachunku "Astronautka" rozczarowuje, bo nie dostarcza tego, co zapowiada: walka o przetrwanie, próby odzyskania pamięci, tajemnica stojąca za niepowodzeniem misji schodzą na drugi plan na rzecz rozterek uczuciowych związanych z nie do końca udanym małżeństwem. "Astronautka" to dramat małżeński (z wątkiem związanym z macierzyństwem i karierą), jedynie ubrany w barwy SF i thrillera. 

 


"Uprowadzony" to drugi tom przygód Jacka Reachera, bohatera, którego śmiało można określić mianem "połączenie Rambo z Sherlockiem". Reacher jest uosobieniem (męskiej?) fantazji, połączeniem mięśni i intelektu, którym nie oprze się żadna atrakcyjna kobieta. Niczym bohater westernów przemierza Amerykę i dziwnym zbiegiem okoliczności znajduje się w nieodpowiednim miejscu, w nieodpowiednim czasie, wikłając się w krwawą sprawę - moralność nie pozwala mu jednak odejść, musi zostać i ratować tych w opresji. Ten schemat - Reacher przypadkiem pakujący się w jakąś grubszą sprawę, kopiący wszystkim tyłki i ratujący niewinnych, a po drodze zdobywający atrakcyjna, silną kobietę, a potem znów wyruszający w dal - się zwyczajnie sprawdza, czego dowodem są wychodzące od 1997 roku tomy, ciągle czytane, a teraz i doskonale przeniesione na mały ekran za sprawą serialu "Reacher".

Powieść "Uprowadzony" ("Die Trying") opowiada o tym jak Jack Reacher przypadkowo staje się świadkiem porwania kobiety - i ruszając jej z pomocą sam pozwala się (słowo klucz, wszak kto by pokonał takiego Reachera) uprowadzić. Zanim dojedzie do finałowego pojedynku z osobą stojącą za porwaniem, Reacher będzie musiał korzystać z siły mięśni, niezwykłych umiejętności strzeleckich i oczywiście głowy - by odkryć, czemu ktoś porwał Holly i kim właściwie ona jest, a także co złoczyńcy szykują na dzień niepodległości. To jest ten rodzaj literatury - czy ogólnie tworów kultury, bo książki o Reacherze są odpowiednikiem filmów akcji połączonych z thrillerem - który ma nam dostarczyć adrenaliny i rozrywki, wciągnąć w intrygi tak mocno, abyśmy nie mieli czasu na logiczne myślenie. Lee Child idealnie konstruuje swoje historie pod tym kątem - śledztwo FBI i ostry umysł Reachera mają sprawić, że całość wydaje się logiczna, nawet jeśli problematyczny jest sam punkt wyjścia (bo niezniszczalność głównego bohatera można wybaczyć): czemu porywacze ciągną ze sobą wielkiego i potencjalnie niebezpiecznego chłopa, zamiast go sprzątnąć? I choć nie ma to sensu, to...działa. Ja bardzo szybko zawiesiłam zwątpienie i zwyczajnie dałam się porwać, niczym kinu akcji z lat 80. i 90. Tylko jedna scena wyrwała mnie z immersji - wybuch pożądania i namiętnego seksu w lesie, po zakopaniu zwłok. Scena zbędna i niedorzeczna, a z drugiej strony pasująca do popkultury tamtych lat.

Po pierwszym tomie przygód Reachera ("Poziom śmierci") Lee Child postanowił porzucić narrację pierwszoosobową i "odkleić" się od głównego bohatera. Tym samym nie towarzyszymy na każdej stronie Reacherowi, tylko dostajemy akcje dwutorową, co buduje pewne napięcie - czy FBI uda się rozgryźć sprawę i przybyć na ratunek czy jednak nasz niezniszczalny bohater będzie musiał radzić sobie sam? Nadaje to ciekawej dynamiki, jednocześnie nie czyniąc Reachera mniej istotnym bohaterem - to nadal on jest centralną postacią.

Pisząc o postaciach, fenomen ten serii opiera się właśnie na Jacku Reacherze, amerykańskim Jamesie Bondzie. Naprawdę łatwo jest go polubić i zwyczajnie mu kibicować. I nawet jeśli w danym tomie trafi się nieco słabsza intryga, to i tak czytanie o bezwzględnym dla złoli, ale zawsze mającym na uwadze niewinnych i postronnych byłym żołnierzu sprawia zwyczajnie frajdę. Do tego w "Uprowadzonym" towarzyszy mu niezłomna agentka, która nie jest typową damą w opresji. Holly umie zadbać sama o siebie i gdyby nie uraz nogi, żaden Reacher nie byłyby jej potrzebny.

"Uprowadzony" to powieść, która sprawia mnóstwo frajdy podczas czytania - oczywiście pod warunkiem, że lubimy taki rodzaj "fantastyki" jakim jest kino akcji. Jeśli nie będziemy kwestionować tego, jak wspaniały jest nasz bohater i jak mało rozgarnięci potrafią być jego przeciwnicy, to dostaniemy opowieść pełną przygody, strzelanin i czystej radochy, jaką jest obserwowanie Reachera i Holly wydostających się z tarapatów. W pierwszej części jest wystarczająco tajemnic, żeby zainteresować, a w drugiej odpowiednia dawka akcji, by dostarczyć zastrzyku adrenaliny. I choć powieść sama w sobie to gatunkowy przeciętniak, to nawet przez chwilę się nie nudziłam - to idealna alternatywa dla oglądania kolejnego filmu akcji.


Lee Child "Uprowadzony" (1998)

 


"Czyli stracił tylko czas.
Nie, poprawił się Colter. To nie była prawda; eliminacja potencjalnego tropu nigdy nie jest stratą czasu, a wizyta w bibliotece przybliżyła go o krok do celu. Takiego nastawienia nauczyła go praca łowcy nagród. Cel osiąga się krok po kroku."

"Ostatni dowód" to trzeci tom przygód surwiwalowca i łowcy nagród Coltera Shawa, który pod maską twardziela skrywa ogromne serce - jest w stanie przyjąć zlecenie i bez nagrody, by uratować czyjeś życie. Tak jak poprzednie części, "Ostatni dowód" można czytać jako oddzielną powieść, choć łączy w sobie wątki z poprzednich tomów: dotyczy rodziny bohatera i tajemniczej śmierci jego ojca. Wszystkie odkrycia w tym zakresie z poprzednich części Autor zgrabnie przypomina, więc nie ma mowy o poczuciu zagubienia. "Ostatni dowód" nadaje serii nowy kierunek - Colter nie jest już samotnym łowcą, a intryga którą rozwiązuje prowadzi do połączenia rodziny i rozliczenia się w przeszłością. Miejscem akcji tym razem są ulice San Francisco, a poszukiwanym - nie człowiek, a torba kurierska zawierająca dowody, które mają obciążyć złowrogą korporację. Walka z korporacją ma zarówno wymiar ogólnego dobra społecznego - wszak zagraża całym dzielnicom - jak i bardzo osobisty: to oni stoją za śmiercią ojca, a rozpracowanie ich jest spełnieniem jego ostatniej woli, ostatniego zadania. Choć całość czyta się bardzo przyjemnie, a Colter Shaw nadal ma mnóstwo uroku - to poprzedni tom podobał mi się dużo bardziej. Las, tajemnicza sekta i próba odkrycia, czemu młody chłopak popełnił samobójstwo bardziej mnie wciągnęło niż korporacyjne spiski, podsłuchy i płatni mordercy. Nie oznacza to, że "Ostatni dowód" to powieść kiepska; pełno jest w niej akcji, plot twist goni plot twist, a całość czyta się błyskawicznie. Jednocześnie  jest w niej coś generycznego - poza charyzmatycznym bohaterem nie wyróżnia się na tle innych powieści z tego gatunku. 

Znacie to uczucie kiedy oglądając film akcji tyle się dzieje, że można się pogubić - nie tylko w tym co się dzieje, ale zgubić gdzieś całe napięcie? Takie uczucie towarzyszyło mi przy czytaniu - jakby Autor chciał nazbyt skomplikować intrygę poprzez wprowadzenie kilku wątków i prowadzenie akcji wielotorowo, a przez to gdzieś uleciał cały suspens, za który uwielbiam thrillery. Colter Shaw mierzy się nie tylko ze złą korporacją, która jest zależna od innej złej korporacji - w międzyczasie musi odnaleźć torbę kurierską, pomóc zaginionej dziewczynie, a także odkryć jaka rodzina jest na celowniku płatnego zabójcy. Przez to skomplikowanie gdzieś uleciało całe napięcie. A mimo to całość czytało mi się dobrze - dzięki drugiej płaszczyźnie, czyli wątkom rodzinnym. Byłam ciekawa tego jak rodzina Coltera będzie współpracować. Ponownie najlepiej wypadają nie same intrygi, ale wykorzystanie szkolenia, które dzieciom zafundował ojciec Coltera - sztuki przetrwania. Używanie sprytu, a nie siły mięśni to zdecydowana zaleta powieści!

"Nigdy nie wyciągaj broni, jeśli nie zamierzasz jej użyć".

Seria o Colterze Shaw to idealne powieści na lato: na leżak albo pod namiot. Szybkie tempo, akcja goniąca akcję, rodzinny duet Shawów, których nikt nie jest w stanie pokonać - czytając nie sposób się nudzić! I chociaż zabrakło mi takiego napięcia - kiedy to nie możemy się doczekać ostatnich stron, by poznać jak kończy się cała intryga - to nie jestem zawiedziona. To nie "Kolekcjoner kości"; tej serii bliżej do powieści sensacyjnej niż kryminału, i na tej płaszczyźnie dostarcza tego, czego spodziewamy się po tym gatunku. Może nie zapada w pamięć, ale gwarantuje kilka przyjemnie spędzonych godzin - a czasem właśnie tego potrzebujemy! 


Jeffery Deaver "Ostatni dowód" (2021)
Polskie wydanie: Prószyński i S-ka (2022)
Tłumaczenie: Łukasz Praski

W tej serii:

"Do jutra" (recenzja)

 


"Nigdy nie przyjmuj z góry, że masz do czynienia ze zbiegiem okoliczności"

Colter Shaw to intrygujący bohater - niby łowca nagród, ale nie robiący tego wyłącznie dla zysku. Sam o sobie mówi, że jest raczej poszukiwaczem zaginionych osób - zazwyczaj tych, którzy uciekają przed prawem. Nie jest jednak łowcą głów i nie poluje na swoje cele, a stara się je odnaleźć i zostawić resztę wymiarowi sprawiedliwości. Wychowany na odludzi przez ojca, dla którego najważniejszą zasadą było przetrwanie, Colter Shaw jest prawdziwym surwiwalowcem. Ma w sobie coś z bohatera starego kina akcji, samotnika, który zawsze stanie w obronie słabszych - a jednocześnie daleko mu do typa z gnatem, który najpierw strzela, potem myśli. To właśnie wokół tego łowcy nagród skupia się nowa seria powieści sensacyjnych Jeffery'ego Deavera. "Do jutra" to w zasadzie drugi tom, ale jak wiele powieści tego typu można je czytać niezależnie i w dowolnej kolejności - każdy z tomów to inna sprawa do rozwiązania, a całość łączy bohater. Jeśli jesteście fanami Lee Childa i jego Jacka Reachera to nie możecie przegapić tej nowej serii!

"Do jutra" to powieść osnuta wokół trzech zagadek - zbrodni z nienawiści, tajemniczego kultu i morderstwa ojca głównego bohatera. Wszystkie w pewien sposób się łączą - i nawet jeśli najwięcej stron zostało poświęcone sekcie, to sprawa ta nie jest bez znaczenia dla pozostałych wątków. Odpowiednie dawkowanie informacji i budowanie napięcia sprawia, że całość wciąga. Na uwagę zasługuje próba uwiarygodnienia całej opowieści - w różnych sytuacjach podbramkowych Colter Shaw odwołuje się do umiejętności, których nauczył go ojciec, zamiast korzystać z pistoletu, w którym nigdy nie kończą się pociski. Oczywiście zdarzają się sytuacje, w którym największym sojusznikiem naszego bohatera jest łut szczęścia, ale kto go nie ma? Nie jest to powieść, która wciąga od pierwszych stron - trzeba najpierw nieco poznać Coltera i jego sposób działania. Potem jednak nie sposób się oderwać!

Podobnie jak w serii Lee Childa, najmocniejszym elementem jest główny bohater. Colter Shaw jest tajemniczy i na temat jego przeszłości dowiadujemy się jedynie strzępków informacji. Może to oczywiście wynikać z tego, że nie czytałam pierwszego tomu - jednak taka kreacja postaci naprawdę mnie zaintrygowała. Autor zdradza na tyle informacji, aby polubić Coltera, jednocześnie zostawiając wiele znaków zapytania, które są równie intrygujące jak zagadka kryminalna. Przez to ma się ochotę sięgnąć po kolejne przygody bohatera, aby móc dowiedzieć się o nim czegoś więcej.

Wiarygodność powieści Jeffery'a Deavera opiera się także na przygotowaniu autora. Czytając można dostrzec, że zbadał temat działania sekt, a następnie całość opisał. W interesujący sposób autor zbudował tutaj suspens - już od samego początku możemy domyślić się, że Fundacja Ozyrysa to sekta. Pozostawia to jednak inne kwestie do rozwiązania - jak Colter Shaw ją zdemaskuje? A może da się zmanipulować? I najważniejsze pytanie: dlaczego członek sekty popełnił samobójstwo, kiedy Colter chciał go ratować? 

"Do jutra" to w pewnym sensie "czytadło" (tak jak seria o Jacku Reacherze). Prosty język i styl, intryga wciągająca, ale nie nazbyt skomplikowana, a do tego dający się polubić bohater to cechy charakterystyczne tej powieści. Dzięki temu czyta się ją szybko i przyjemnie. Nie wbija w fotel tak jak "Kolekcjoner kości" tego autora, ale chyba nie o to chodziło. Moim zdaniem powieść idealna na wakacje, wyjazd do lasu pod namiot, kiedy nic się tak dobrze nie czyta jak przygody detektywa-surwiwalowca, który ma smykałkę MacGyvera. Lubię takie postacie, które myślą głową, zamiast mięśniami i z przyjemnością sięgnę po kolejny tom!


Jeffery Deaver "Do jutra" (2020)
Polskie wydanie: Prószyński i S-ka (2021)
Tłumaczenie: Łukasz Praski
Starsze posty Strona główna

ABOUT AUTHOR

안녕하세요! Z wykształcenia doktor nauk politycznych i magister filmoznawstwa, hobbistycznie zapalona czytelniczka! Zapraszam na bloga o książkach, filmach oraz Półwyspie Koreańskim - czyli moich największych pasjach!

Categories

  • abyssos 1
  • agora 2
  • akurat 2
  • albatros 4
  • artrage 2
  • azjatyckie 91
  • beYA 1
  • bliski wschód 1
  • Books4YA 4
  • chiny 11
  • ciekawostki 7
  • copernicuscenterpress 2
  • cyberpunk 1
  • czarna owca 1
  • czarne 3
  • czytelnik 1
  • dark academia 1
  • dark fantasy 7
  • dialog 8
  • dlaczemu 2
  • dolnośląskie 1
  • dystopia 4
  • esej 4
  • europa wschodnia 1
  • fabryka słów 115
  • fae 1
  • fantastycznyorient 18
  • fantastyka 188
  • filia 2
  • film 3
  • filtry 1
  • format 1
  • foxgames 1
  • galeriaksiążki 1
  • gra książkowa 1
  • gramatyka 3
  • groza 19
  • harde 1
  • healing novel 6
  • hi:story 1
  • horror 19
  • idiom 3
  • indie 5
  • indonezja 1
  • instagram 5
  • iyashikei 2
  • jaguar 2
  • japonia 36
  • kdrama 1
  • kirin 7
  • klasyka 1
  • komedia kryminalna 5
  • komiks 3
  • korea 45
  • koreański 9
  • kryminał 24
  • krytyka polityczna 1
  • książki 188
  • kwiaty orientu 2
  • literatura dziecięca 5
  • literatura młodzieżowa 30
  • literatura piękna 21
  • literatura podróżnicza 2
  • luna 1
  • marginesy 2
  • matronat 1
  • mitologia 2
  • mova 3
  • mustread 2
  • muza 5
  • naukowe 8
  • new adult 3
  • nonfiction 8
  • nowa baśń 14
  • nyks 1
  • obyczajowa 1
  • papierowyksiężyc 2
  • patronat 4
  • planetaczytelnika 1
  • podróżnicza 1
  • powieść gotycka 2
  • powieść historyczna 12
  • prószyński 5
  • przygodowa 1
  • recenzja 175
  • relacja 7
  • replika 4
  • reportaż 14
  • retelling 1
  • retrobuki 18
  • romans 7
  • romantasy 1
  • sensacja 2
  • sf 20
  • słownictwo 8
  • space opera 1
  • sqn 6
  • szczeliny 2
  • świat książki 1
  • tajfuny 1
  • tajwan 2
  • thriller 7
  • urban fantasy 15
  • uroboros 13
  • vesper 3
  • w.a.b. 5
  • warbook 9
  • weird fiction 1
  • weneedya 2
  • western 1
  • wielka litera 1
  • wietnam 1
  • wydawnictwo ix 1
  • wydawnictwo kobiece 1
  • wydawnictwo literackie 2
  • wydawnictwo mięta 7
  • Wydawnictwo Noir sur Blanc 1
  • wydawnictwo poznańskie 2
  • wydawnictwo spisek pisarzy 1
  • wydawnictwo wab 2
  • wydawnictwo wilga 1
  • wydawnictwonoca 1
  • wyszukane 1
  • yaponia 3
  • you&ya 15
  • youngadult 26
  • yumeka 6
  • zielona sowa 2
  • znak 13
  • zygzaki 1

Matronat

Matronat
Trylogia Hierarchia magii

Matronat

Matronat
Trylogia Magów szkła

POPULAR POSTS

  • Smocza perła - recenzja
  • Pięć małych świnek (recenzja)
  • Naturalista (recenzja)
  • Gwiazdy w łańcuchach
  • #retrobuki 2000-2009
  • Muzyka otchłani
  • Polka w Korei (recenzja)
  • Space Sweepers (승리호)
  • Bogowie otchłani
  • Koreańskie społeczeństwo - przewodnik po książkach
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Szukaj na tym blogu

Blog Archive

Ważne

Wszystkie zamieszczone tutaj teksty oraz grafiki są moją własnością i nie wyrażam zgody na ich kopiowanie bez mojej zgody.

FOLLOW ME @ INSTAGRAM

Gdzie mnie znaleźć

  • Instagram
  • Lubimy czytać
  • Goodreads

Featured Post

#retrobuki

Copyright © 2016 Pani Papierek. Created by OddThemes