Pani Papierek

  • Home
  • Książkach
    • Azjatyckie
    • Naukowe
    • Gatunkowe
      • Fantastyka
      • Kryminał
  • Filmach
  • Korei
    • 한국어
    • Ciekawostki
  • Instagram
  • Współpraca

 


"Dwadzieścioro czworo oczu" to niezwykle nostalgiczna podróż do czasów młodości i wiejskiego życia utraconego wraz z nadejściem wojny. W powieści śledzimy na przestrzeni lat losy młodej nauczycielki oraz jej podopiecznych, tytułowych dwadzieścioro czworo oczu. Choć życie na wsi nie było idealne to jednak nadzieja na lepsze jutro i marzenia pozwalały przezwyciężać trudności. Powieść choć dotyczy wojny, nie zabiera nas na front - ukazując za to niezwykłą kobiecą perspektywę. Kobiet, które i przed wojną nie miały łatwo, które przez całe życie były hartowane, by stać się silniejszymi wewnętrznie - i które wojna o mało co nie złamała. To niezwykła powieść, która łączy w sobie ogromne ciepło relacji między nauczycielką i jej uczniami z niełatwym losem, który ich spotkał. Poprzez ukazanie nauczycielki, która nigdy nie przestała interesować się swoimi dwunastoma uczniami budowane jest pacyfistyczne przesłanie powieści: nie ma znaczenia kto wygra, wojna niszczy to, co jest najpiękniejsze w oczach nauczycielki - dobre wejście w dorosłość. "Dwadzieścioro czworo oczu" to jednocześnie powieść bardzo niepozorna, zwyczajna, nie wywołująca od razu wielkich emocji - ze spokojem prezentująca kolejne fragmenty życia, w którym cierpienie i obawy o losy młodego pokolenia stają się nieodłącznym towarzyszem. 

"Dziesiątka nowych uczniów, którzy dziś rozpoczęli naukę, patrzyła na nią z taką samą nadzieją, jaką widziała w oczach dwanaściorga dzieci przed laty. Miała wrażenie, że w nowych twarzach widzi tamte stare, uwiecznione na fotografii pod sosną."

Japońskie teksty kultury potrafią niezwykle chwytać za serce: często są proste, niepozorne i nawet się nie spostrzeżemy kiedy ogarnie nas melancholia i nostalgia, a w oczach pojawią się łzy. Takim tekstem jest "Dwadzieścioro czworo oczu". Pierwsza połowa powieści służy nakreśleniu ciepłych relacji między nauczycielką a jej uczniami, codzienności ich życia - która wcale nie jest pozbawiona trosk, ale pełna jest nadziei. To naprawdę interesujący portret wiejskiej społeczności, podejścia do dzieci - najstarszych córek, które miały zajmować się rodzeństwem, psocących synów - oraz młodej nauczycielki, pełnej energii i ambicji. Może się wydawać, że niewiele się dzieje, kiedy czytamy opisy dojazdów nauczycielki do szkoły na rowerze - co wzbudzało w tamtych czasach pewne sensacje - czy potajemnej wyprawie uczniów do jej domu. Scenki te usypiają jednak czujność, gdy nadchodzi druga połowa powieści. Przyziemna codzienność zostaje zastąpiona fragmentarycznością - bo jak inaczej odbierać czasy wojny? Wspaniale oddaje to zmieniające się podejście ludzi do życia - gdy przed wojną martwili się o przyszłość, mając jakieś plany, a w jej obliczu zobojętnieli na to, co przyniesie jutro - po co się tym martwić, jeśli jutra może nie być? Autorka na kartach powieści oddała pacyfizm ukazując brak zrozumienia dla sensu wojny: nauczycielka, przejmująca się losem nie tylko własnych dzieci, ale i całego pokolenia ciągle kwestionuje nacjonalistyczny zapał wysyłania młodych mężczyzn na front i skazywania kobiet na walkę z ubóstwem i rozdzierającym bólem. W powieści tej nie ma miejsca na patos, który często dominuje w wojennej retoryce - tylko jego antywojenne przeciwieństwo: wewnętrzne zmierzenie się z konsekwencjami. Odzwierciedla to przemiana bohaterki z młodej kobiety w niemal staruszkę, przygniecioną ciężarem doświadczenia, zdobywającą przydomek "pani Płaczucha" - a jednocześnie akceptującą to miano. Nauczycielka nie jest już tą samą osobą, ale nadal może być dla dzieci oparciem, nawet jeśli nieustannie się wzrusza.

"Ludzie żyli, składając w ofierze niemal wszystko to, co czyniło ich ludźmi, a potem umierali. Na przemian szeroko otwierali oczy ze zdziwienia i zaciskali je, próbując zapanować nad łzami zbierającymi się w kącikach, jakby ktoś nieustannie ich obserwował. Stopniowo się do tego przyzwyczajali, przestawali wspominać przeszłość. Stali się surowi, szorstcy wewnętrznie. Kto się nie podporządkował, mógł szybko stracić życie. Powszechny niepokój nie malał, przez co ludzie mieli wrażenie, że wojna wciąż nie dobiegła końca. Pod wieloma względami faktycznie nadal trwała."

"Dwadzieścioro czworo oczu" to niezwykle subtelna powieść (anty)wojenna. Powieść, która jednocześnie ogrzewa, jak i łamie serce. Z jednej strony ukazuje okaleczone pokolenie - nie tylko poprzez wojnę jako taką, ale jej oddziaływanie na społeczeństwo i nacjonalistyczną, prowojenną propagandę, która miała ukazać śmierć za ojczyznę jako największy honor. Z drugiej jednak pokazuje niezwykłą więź między uczniami i ich ukochaną nauczycielką; więź, która jest w stanie przetrwać wszystko. To kameralna, słodko-gorzka powieść o relacjach, które zostają w nas na zawsze i dają nam siłę.


Sakae Tsuboi "Dwadzieścioro czworo oczu" (1952)
Polskie wydanie: Yumeka (2023)
Tłumaczenie z języka japońskiego: Klaudia Ciurka

 


Jacek Komuda jak zawsze nie zawodzi - drugi tom "Zawiszy" jest dokładnie taką książką, jakiej można było się spodziewać. To powieść historyczna z bogatymi, plastycznymi opisami i językową stylizacją, pozwalająca nam się wczuć w dawne czasy. Dla dociekliwych uzupełniona o obszerne opisy, wyjaśniające historyczne inspiracje. Ponownie podejmując temat życia Zawiszy Autor snuje opowieść o honorowym człowieku, któremu przyszło żyć w niehonorowych czasach; człowieku, któremu może przyjść zapłacić najwyższą cenę za własne ideały i tchórzostwo u innych. Jacek Komuda potrafi być bezlitośnie brutalny , nie upiększając przeszłości, by w innych fragmentach sięgać po niemal poetyckie tony opisując konie czy bohaterską śmierć. To powieść historyczna pełna intryg, zdrady, niezwykle plastycznie opisanych scen bitewnych oraz ludzi pełnych wad, która naprawdę potrafi wciągnąć!

"Raz jeszcze podniósł się jak niewzruszony pomnik rycerskiej cnoty... na chwilę chorągiew załopotała dumnie nad umierającymi zastępami... I znowu się zniżyła, uderzyła w ziemię, okrywając jak płachtą porąbane, powykręcane w męce ciała."

W "Zawiszy" idealnie sprawdza się schemat kontrastowania; obok tytułowego bohatera śledzimy losy Gideona, będącego jego przeciwieństwem. Każdy z bohaterów, nawet sam Zawisza, ukazywany jest po ludzku - jako mający słabości, rozterki i wady. Dzięki temu losy takich bohaterów przyjemnie się śledzi - szczególnie, że Autor ma dryg do łączenia powieści historycznej z awanturniczą i nie zasypuje czytelnika suchymi faktami historycznymi, które należy odhaczyć. Pozwala im za to ożyć i wypełnić naszą wyobraźnię.

Drugi tom "Zawiszy" jest kolejnym dowodem na to, że warto zapoznać się z twórczością Jacka Komudy jeśli historia jest bliska naszemu sercu. Autor przenosi nas w przeszłość z dbałością o najmniejsze detale, jednocześnie nie zapominając o aspekcie rozrywkowym - dzięki czemu jego powieści są porywające. Bardzo sobie cenię obecną w tych powieściach tęsknotę za minionym połączoną z brutalnością realiów - tęsknotę za ideałem, który nawet w przeszłości był bliższy fikcji niż prawdzie; za honorem, który może prowadzić do zguby, gdy staje się wartością mało znaczącą dla większości. Tak jak "Samozwaniec", "Zawisza" to powieść mająca w sobie coś z Sienkiewicza, a jednocześnie nie pisana "ku pokrzepieniu serc", ale aby odsłonić dzieje Polski szlacheckiej taką jaką była, bez koloryzowania. Nawet jeśli niektóre fakty historyczne zostają nagięte dla konieczności fabularnych, to nie ujmuje to nic z tworzonego przez Autora poczucia autentyczności. Polecam wszystkim miłośnikom powieści historycznych oraz świetnie opisanych scen militarnych. 


Jacek Komuda "Zawisza. Złamany półksiężyc" (2023)
Wydawnictwo: Fabryka Słów

 


Porażka i zwycięstwo są czasami kwestią przyjętej perspektywy. 

"Rzym to ja" to połączenie powieści historycznej i politycznej - to te dwa elementy stanowią trzon opowieści o młodości człowieka, któremu pisana jest wielkość, ale wielki nie stał się z dnia na dzień. To powieść monumentalna - pierwszy tom prezentuje zaledwie 23 pierwsze lata życia Juliusza Cezara na ponad 600 stronach. Nie ma tu jednak mowy o nudzie: świat politycznych intryg i walki o władzę pełen jest zwrotów akcji oraz ciągłego napięcia związanego z niebezpieczeństwem grożącym opozycyjnym politykom. W odróżnieniu chociażby od Jacka Komudy (autora powieści historycznych o Zawiszy), Santiago Posteguillo unika barwnych opisów epoki przedstawiających dawne zwyczaje, architekturę czy stroje skupiając się na swoim bohaterze i jego drodze do stania się jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci historycznych. Językowa stylizacja ogranicza się do wtrącania łacińskich pojęć i sentencji (znaczenie większości wynika z kontekstu, ale zawsze można sięgnąć także po słowniczek na końcu), dzięki czemu powieść mimo objętości jest przystępna. Największa siła "Rzym to ja" nie tkwi wyłącznie w próbie opowiedzenia historii Juliusza Cezara w kontekście relacji z osobami w jego otoczeniu, ale niezwykłej aktualności: brudna polityczna walka, korupcja władzy, bogacenie się kosztem mniej uprzywilejowanych to wcale nie pieśń przeszłości. Wszystko to sprawia, że jest to ciekawa powieść fabularna, a nie zwykły podręcznik do historii przytaczający najważniejsze wydarzenia.

"- Czasami, chłopcze (...) nie wygrywa się wojny w dniu decydującej bitwy. Tego dnia wygrywa się bitwę, która oczywiście jest bardzo ważna, ale wojnę wygrało się też w pozostałe dni, kiedy wróg prowokował cię do walki pasującej jemu, ale tobie niekoniecznie. (...)Nie stawaj do walki, dopóki nie uwierzysz, że możesz ją wygrać. Pamięta się tylko tego, kto zwyciężył."

Bardzo spodobała mi się struktura powieści. Oś fabularną stanowi proces skorumpowanego Dolabelli, którego oskarżycielem zostaje młody Juliusz Cezar. Ze względu na skalę korupcji proces wydaje się z góry skazany na przegraną - ba, może stanowić nawet wyrok śmierci dla młodego adwokata. Kolejne etapy procesu przeplatana są opowieściami z przeszłości, które wbrew pozorom mają ogromne znaczenie dla teraźniejszości: ukształtowały Cezara oraz jego oponenta. Dzięki temu proces nabiera głębszego znaczenia - jak pokazała historia zapamiętaliśmy Cezara jako zwycięzcę i w tym kontekście porażka wcale taką nie musiała być: wszak to kwestia jedynie przyjętej perspektywy. Niezależnie od wyniku procesu, Cezar wykorzystał go aby budować swoją osobę na scenie politycznej - tak jak uczyła go matka czy wujek.

W powieści świetnie wypadają opisy bitew (uzupełnione o mapy!) - a dokładnie procesów strategicznych za nimi stojącymi. Pokrywa się to ze wspomnianym tematem powieści: polityką. Czy jest to sala sądowa, Forum Romanum czy pole bitwy - o zwycięstwie decyduje nie sama siła, ale odpowiednia strategia. W świecie starożytnym (ale czy dziś nie jest podobnie?) istotna była charyzma i zdolność porywania tłumu za pomocą słowa. Przekłada się to na dialogi, które często przypominają mowy. Ma to swoją wadę - w sytuacjach prywatnych brzmią dość sztucznie. Mimo to pasują akurat do tej powieści, która ma w sobie coś ze scenicznego spektaklu: nie ma tu miejsca na sceny spontaniczne, każda z nich (nawet kołysanka śpiewana przez matkę małemu Cezarowi) służy odgórnie przyjętej tezie: kształtowaniu wielkości Juliusza Cezara. Dla jego matki był on predestynowany za sprawą pochodzenia do wielkich czynów - przełożyło się to jednak na jego wychowanie. Z kolei wuj, niezwykle doświadczony konsul za sprawą opowieści o własnych zwycięstwach uczył Cezara powściągliwości. Na potrzeby fabuły Autor na przeciwko Cezara kreuje jego przeciwników jako antagonistów - należy mieć to na uwadze, gdy negatywne cechy Sulli i Dollabeli są podkreślane. Wszak jest to powieść, a nie obiektywna analiza historyczna, a powieść fabularna rządzi się swoimi prawami: by kibicować Cezarowi musimy mieć jego przeciwników.

Jeśli chodzi o wady powieści to nie do końca podszedł mi styl Santiago Posteguillo. Autor ma manierę ciągłego powtarzania pewnych informacji - owszem, jest dzięki temu łatwiej zapamiętać kto jest kim, ale kiedy na kilku stronach po raz kolejny powtarza się "Gajusz Mariusz, pogromca Teutonów i Ambronów" to miałam ochotę wybuchnąć jak Hades w animacji "Herkules": ja wiem, nie musicie mi przypominać.


Do tego stylu można jednak przywyknąć - a jestem pewna, że wiele osób doceni takie "przypominanie".

"Nie rozumiesz prawdziwego rozmiaru problemu, z którym się mierzysz, chłopcze. Twoi wrogowie, którzy są moimi wrogami, wybacza ci wszystko poza jednym: Sulla nigdy nie wybaczy ci, że jesteś moim bratankiem, a Dolabella, jego prawa ręka, jego pies gończy, będzie miał jeszcze mniej zrozumienia. Przykro mi, chłopcze, będziesz musiał z tym żyć. Będziesz musiał spróbować to przetrwać". (Mariusz do młodego Cezara)

"Rzym to ja" to interesująca powieść historyczno-polityczna, w której pełno intryg, zdrad i bitew (zarówno w polu, jak i na słowa). Nie ma w niej miejsca na humor czy "zbędne" opisy epoki. To opowieść o kształtowaniu Juliusza Cezara oraz niebezpieczeństwach związanych z istnieniem dwóch opozycyjnych frakcji politycznych - szczególnie, gdy jedna z nich (będąca przy władzy) stawia swój zysk ponad dobro państwa. Samo wydanie zasługuje na uwagę: obszerny słowniczek pojęć oraz mapy bitw stanowią idealne uzupełnienie tekstu. W tej powieści historia miesza się z fikcją - choć wydarzenia są udokumentowane, to już relacje między bohaterami (chociażby między Cezarem a jego żoną) są twórczą reinterpretacją. Polecam nie tylko miłośnikom gatunku i starożytnego Rzymu, ale także wszystkim zainteresowanym tematyką polityki i korupcji władzy.


Santiago Posteguillo "Rzym to ja" (2022)
Polskie wydanie: HI:STORY (2023)
Tłumaczenie: Katarzyna Sosnowska


 


Kolejne perypetie szlachcica Jacka Dydyńskiego, który wolą umierającego ojca wyrusza na Moskwę, by odszukać krewniaków oraz Dymitra, któremu marzy się carski tron wcale nie zwalniają - a wręcz nabierają tempa. Po przeczytaniu całości nie mam wątpliwości, że to powieść historyczna dopracowana w najmniejszych szczegółach, a Komuda w czasach szlacheckiej Polski czuje się jak ryba w wodzie i umiejętnie przelewa swoją fascynację na papier. Przygoda i humor umilają wywody dotyczące dawnych zwyczajów, strojów i polityki, całość zaś dopełniają obszerne przypisy na końcu, wyjaśniające historyczne inspiracje. Fikcja idealnie miesza się z historią dając na w rezultacie wciągającą powieść historyczną, która powinna znaleźć się na półce każdego miłośnika gatunku - tuż obok sienkiewiczowskiej trylogii.

Tom 3, zaraz obok 1 wydaje się najlepszą odsłoną cyklu: Dydyński trafia do niewoli, a z jednych tarapatów pakuje się w kolejne. Dzieje się wiele i jest naprawdę barwnie. Kiedy w czwartym tomie zamykają się najważniejsze wątki, wydaje się, że to już koniec. A jednak - kłopoty Dydyńskiego nie opuszczają, a i los Dymitra wcale nie jest łatwy: carski tron w żadnej mierze nie gwarantuje bezpieczeństwa. I to zamknięcie serii staje się perełką - trzymającą w napięciu i zaskakującą. 

Dbałość o historyczne realia, od dialogów po szczegółowe opisy w "Samozwańcu" idzie w parze z literackim kunsztem, a awanturnicze wątki dodają nadają odpowiedniego tempa, by naprawdę zanurzyć się w kreowaną przez Autora opowieść. Choć stylizacja początkowo może odstraszać, to szybko można podpłać jej rytm - szczególnie, że Komuda pisze górnolotne dialogi wtedy kiedy trzeba, zazwyczaj unikając jednak sztuczności. Największą zaletą są jednak bohaterowie, którzy w odróżnieniu od postaci z kart powieści Sienkiewicza, są dużo bardziej ludzcy. Jacek Dydyński to arogancki szlachcic, który musi dbać przede wszystkim o własny interes - a nie wyższe wartości. Dzięki takiej szarości, a nie przesadzonemu honorowi, nigdy nie wiemy kto kogo zdradzi, a kto pomoże.

"Samozwaniec" nie stara się także upiększać przeszłości. Nie ma w tej serii miejsca na przesadne romantyzowanie i choć może czasem wzbudzać jakąś melancholijną tęsknotę, to nikt nie pomyśli, że chciałby przenieść się do dawnych czasów. Co ciekawe brutalnym scenom, pełnym przemocy (rewelacyjnie opisany i przerażający bunt w Moskwie) potrafią towarzyszyć wręcz poetyckie opisy śmierci koni - tym zapomnianym towarzyszom wielkich zwycięstw i bolesnych porażek. 

Pierwsze dwa tomy skupiały się przede wszystkim na drodze do Moskwy i wprowadzeniu postaci, kolejne dwa to już z kolei spiski, polityka i knucie, w którym nie ma miejsca na romantyczną historię niczym z "Ogniem i mieczem". Barwne i szczegółowe opisy splatają się ze scenami walki odmalowując dawne czasy, jakby Autor sam cofnął się w przeszłość. Choć jest to powieść z pewnością wciągająca, to lektura "na raz" wszystkich 4 tomów może nieco przytłoczyć. Jednak odpowiednio dawkowana zapewnia wiele godzin przygody w towarzystwie Dydyńskiego, hulaki i zabijaki, który czasem ma więcej szczęścia niż rozumu. 


Jacek Komuda "Samozwaniec. Polacy na Kremlu. Tom 3 i 4" (2011, 2013)
Wydawnictwo: Fabryka Słów (nowe wydanie 2023)

 


"Samozwaniec. Polacy na Kremlu" to wznowienie dwóch pierwszych tomów cyklu Jacka Komudy. To awanturnicza powieść historyczna, rozpoczynająca się 1604 roku i dotyczy próby osadzenia na moskiewskim tronie tytułowego samozwańca. Takie powieści historyczne uwielbiam - z jednej strony przygodowe, z drugiej zaś skupiające się na oddaniu realiów danej epoki, co znajduje swoje odbicie w języku i licznych, bogatych opisach. Nim jednak odstraszy Was wizja problemów ze zrozumieniem tekstu: mimo stylizacji Autor zadbał, by współczesny czytelnik się nie pogubił, i gdzie trzeba zostały wstawione przypisy - a całość na końcu rozwinięta wielostronicowym dodatkiem wyjaśniającym nie tylko same słowa, ale i realia. Tym samym można o polskiej historii nic nie wiedzieć i wcale się nie czuć zagubionym! "Samozwańca" spokojnie można przyrównać do twórczości Sienkiewicza, choć bez zbędnego romantyzowania - Autor starał się oddać przede wszystkim realia i atmosferę tamtych czasów, a nie pisać tekst ku pokrzepieniu serc. W efekcie dostaliśmy interesującą historię szlachcica, który został zmuszony wybrać się do Moskwy w towarzystwie cudownie ocalałego carewicza z całym ogromem opisów XVII wieku.

"Samozwaniec" przedstawia nie tylko wydarzenia historyczne, ale kreśli obraz Polski i Rosji z XVII wieku i to w sposób dość szczegółowy i niespieszny. Pozwala to wczuć się w klimat dawnych dziejów i powoli zagłębić w ten jakże odmienny od współczesnego świat. Bogate opisy przekładają się na to, że przez kilka stron Autor przedstawia detale ubioru czy przejazdu/ćwiczeń armii. To może być dość uciążliwe dla tych, co za opisami nie przepadają i wolą samą "esencję" w postaci dialogów i akcji. Jeśli - tak jak moja mama - macie uczulenie na przydługie opisy, to doświadczenie czytania tej powieści może być drogą przez mękę. Dla mnie była to słowna uczta - uwielbiam w powieściach historycznych wszelkie opisy, budujące w mej głowie wyraźny obraz miejsca akcji i panujących ówcześnie zwyczajów. Tutaj trzeba oddać Autorowi, że posiada ogromną wiedze na temat realiów epoki i udało mu się to przelać na papier.

Opisy kojarzą się z nudą, ale "Samozwaniec" taką powieścią nie jest - w dużej mierze to sprawka Jacka Dydyńskiego, głównego bohatera oraz intrygi - ktoś na życie Dymitra samozwańca dybie. Zacznijmy od Dydyńskiego - szlachcica, który powraca do domu, by spotkać ojca na łożu śmierci. Jednak zamiast oczekiwanego spadku czeka go misja, na którą niechętnie się wybierze. Niedawno czytałam "Ogniem i mieczem" i trzeba przyznać, że Skrzetuski jest nudny - to postać papierowa, usposobienie ideałów, w którym za grosz realizmu. Z kolei Dydyński z "Samozwańca" jest zwyczajnie ludzki - mając wady, zalety i złożoność charakteru. Łatwo się z nim zżyć i zwyczajnie mu współczuć, gdy musi wbrew sobie udać się do Moskwy, na misję, która wydaje się z góry skazana na klęskę. Łatwo jest również się na niego wkurzać - bo jak wiadomo polski szlachcić wcale nie musi mieć wiele ze szlachetnością. Lubię takich bohaterów, którzy wzbudzają emocje! Pozostałe postacie również są ciekawe i nie zlewają się w jednakowe tło. Akcję zaś napędzają intrygi - niby bohaterowie ruszają razem na Moskwę, ale po drodze czeka ich wiele przeszkód, a sojusznik w każdej chwili może się odwrócić - szczególnie jeśli nie zapłaci mu się żołdu... Choć akcja zawiązuje się powoli, to ten wolniejszy start pozwala wejść w ten dawny świat.

Choć Dydyński jest temperamentny, to moją sympatię zdobył miłością do koni. Jacek Komuda własne zainteresowania przelał na papier - z przyjemnością czyta się nie tylko szczegółowe opisy koni, ale także jaka relacja jest budowana między szlachcicem a jego końmi. A sceny śmierci konia w walce są naprawdę przejmujące - wszak dobry wierzchowiec jest nieocenionym kompanem.

"Samozwaniec. Polacy na Kremlu" to wspaniała przygoda w odmętach historii. Choć opisy potrafią być rozwleczone to nie robią wrażenia zbędnych - świetnie nakreślają realia, które jeszcze dodatkowo Autor dopowiada w obszernych przypisach na końcu. To powieść historyczna bez romantyzowania i patosu, z jakże ludzkimi bohaterami, co jeszcze bardziej wzmaga wrażenie autentyczności. Może nie jest to ten rodzaj powieści, którą się pożera - ale na pewno można się nią delektować, szczególnie jeśli lubi się powieści historyczne - i awanturnicze. 

Na koniec dodam jeszcze, że nowe wydanie - dwa tomy w jednym zaopatrzone jest w jakże pomocną mapę oraz proste, ale pasujące ilustracje. Powieść dostępna jest także jako audiobook - świetnie się ją słucha! - jednak w wersji audio nie znajdziemy dodatku z przypisami.



Jacek Komuda "Samozwaniec. Polacy na Kremlu" (Tomy 1 i 2 - 2009-2010; nowe wydanie 2023)
Wydawnictwo: Fabryka Słów

 


"Ogniem i mieczem" to jeden z tych tytułów, który skutecznie odstraszał mnie przez lata - kojarzony przez pryzmat szkoły z "nudną powieścią historyczną", pełną niezrozumiałego języka, ciągnących się opisów bitew i patosu ku pokrzepieniu serc. Film także nigdy nie przyciągnął mnie przed ekrany, kiedy można było sobie pograć w tym czasie w The Sims 3. Do wysłuchania superprodukcji Audioteki podeszłam zatem z czystą kartą jeśli chodzi o znajomość treści i pewnym uprzedzeniem wobec polskiej klasyki, czyli spuścizną lat mało kreatywnej edukacji narzucającej jedyną słuszną interpretację każdego tekstu kultury.

Jak się okazało - podejściem zupełnie niesłusznym! "Ogniem i mieczem" to przede wszystkim powieść, której nie można nazwać nudną. To nie historyczna kronika - Sienkiewicz zainspirował się pewnymi historycznymi realami, w które włożył wymyślone postacie i historię miłosną. Pierwsza część trylogii Sienkiewicza ma w sobie te elementy, które tak lubimy w powieściach współczesnych: akcję, przygodę i trójkąt miłosny (z obowiązkowymi motywami good boy vs bad boy i miłością do grobowej deski od pierwszego wejrzenia). Z kolei nasza bohaterka to nie zwykła dama w opresji - ale dama w ciągłej opresji :D Co ją ktoś uratuje, znów trzeba jej pomagać. Do tego dodajmy kompanię niezwykłych przyjaciół, która jest gotowa zrobić wszystko by pomóc Skrzetuskiemu uratować ukochaną - a przy okazji może ocalić ojczyznę. I choć całość jest przewidywalna, to i tak do samego końca czytelnik może być zaskakiwany poprzez a) niemożność pełnego odratowania naszej panny, b) nieśmiertelność bad boya (który jest gotowy się dla naszej panny zmienić, wszak siłą jej nie bierze, tylko podrywa na syndrom sztokholmski), c)zmienność nastrojów wśród wojujących stron.

Każda z postaci jest barwna, a interpretacje aktorów jeszcze bardziej je ożywiają - szczególnie Andrzej Grabowski jako Zagłoba. Od Bohuna bije tragizm, dobrodusznemu Podbipięcie nie sposób nie kibicować w misji ścięcia trzech głów jednocześnie, a Zagłoba niby zawsze ustawia się tak, żeby jemu było wygodnie, ale jak trzeba to i on się zda na poświęcenie. Jedynie Skrzetuski i Helena to postacie mdłe do bólu, ale historia bardziej kręci się wokół nich niż z ich udziałem - więc nawet nie przeszkadzają tym swoim po prostu byciem w tej opowieści niż działaniem. Realizacja tego audiobooka stoi na najwyższym poziomie - od narratora i aktorów, po muzykę i dźwięki towarzyszące wydarzeniom. Wszystko to ożywia powieść Sienkiewicza, sprawiając, że już od otwierającej piosenki dajemy się wciągnąć i nawet nie wiemy kiedy zlecą 22 godziny nagrania.

"Ogniem i mieczem" to stanowi pewną wariację na temat przeszłości, pisaną ku pokrzepieniu serc. Co niewygodne zostało przemilczane, a historia sprowadzona do tła - ważnego, ale jednak tła - dla opowieści o idealnej miłości, poświęceniu dla ojczyzny i wierności kompanów. Oczywiście z dzisiejszej perspektywy wydaje się dość naiwna (chociażby ta wielka miłość po jednym spotkaniu), a niektóre fragmenty oburzające (stosunek szlachty do chłopów, pogardliwe przedstawianie Kozaków) - jednak można to odsunąć na bok i czytać jak powieść romansowo - przygodową. Polecam w formie audiobooka - superprodukcji Audioteki: taka wersja pozwala odkryć "Ogniem i mieczem" na nowo!

 


"Wyspa kobiet morza" to chwytająca za serce powieść historyczna o kobietach: relacjach między nimi, wpływie wydarzeń historycznych i społecznych oczekiwań na ich los, ich sile radzenia sobie z przeciwnościami losu. Jest to powieść, która w pełni spełniła moje oczekiwania, z jednej strony skupiając się na losach konkretnych jednostek, z drugiej zaś nie ignorując czasów w jakich przyszło im żyć. Autorka poprzedziła pracę nad powieścią szeroko zakrojonymi badaniami, wywiadami i konsultacjami, co znalazło swoje odzwierciedlenie w wyczuwalnej autentyczności tekstu. Tym samym zyskuje ona dodatkową wartość - poza emocjonalną czy literacką - przedstawiając kulturę i życie mieszkanek wyspy Jeju - będącej częścią Korei Południowej, ale jednocześnie wyjątkowej ze względu na swój wyspiarski charakter, głęboką wiarę w szamanizm i odwrócenie ról społecznych, w których to kobiety stały się głównymi żywicielkami. 

Powieść opowiada o jamnyeo (na zachodzie znanymi jako haenyeo), czyli kobietach z wyspy Jeju, które ryzykują życie i zdrowie, by poławiać owoce morza. Historia zostaje rozciągnięta na okres osiemdziesięciu lat, dzięki czemu poznajemy naszą bohaterkę od młodości do starości. To także okres burzliwych przemian - od japońskiej okupacji, przez podział Półwyspu Koreańskiego i wojnę koreańską oraz autorytarne rządy kolejnych prezydentów-dyktatorów: Rhee Syngmana, Park Chung-hee i Chun Doo-hwana. Na poziomie życia zwykłych ludzi to także czasy ogromny przemian społecznych, chociażby w dostępie kobiet do edukacji. Autorce udało się idealnie wpleść te wydarzenia i przemiany w snutą opowieść, gdyż każde z nich wpłynęło na Young-sook i Mi-jię, stanowiąc test dla ich przyjaźni. Dla osób nie znających koreańskiej historii część wydarzeń może być przytłaczająca - jednak bez obawy, powieść nie skręca w stronę kroniki historycznej i nie zasypuje czytelnika datami i nazwiskami, ciągle mając na uwadze tytułowe kobiety morza. Co więcej, przedstawienie losów bohaterek pozwala także zapoznać się z życiem codziennym i wierzeniami kobiet z Jeju, ich podejściem do mężczyzn, dzieci (to wyjątkowa dla kultury konfucjańskiej społeczność, w której córka była błogosławieństwem!) czy natury. 

Motywem przewodnim powieści jest siostrzaństwo, tak ważne dla kobiecej społeczności, a jednocześnie ciągle wystawiane na próby przez zewnętrzne zagrożenia. To także powieść o traumie i próbie poradzenia sobie z przeszłością, której nie da się zapomnieć - kiedy to Koreańczycy zwrócili się przeciwko Koreańczykom, mordując mieszkańców Jeju w imię walki z komunizmem. Takie wydarzenia jak masakra w Gwangju (stanowiąca tło wydarzeń w powieści "Nadchodzi chłopiec" Kang Han) czy powstanie na Jeju stały się narodową traumą, jednak przez lata (szczególnie w odniesieniu do Jeju) stanowiły temat tabu. Powieści takie jak "Wyspa kobiet morza" skupiają się jednak na jednostkach, których nie da się "uleczyć" za pomocą pomnika i organizacji upamiętniających rocznic. "Wyspa kobiet morza" to również powieść o zmianach pokoleniowych, przede wszystkim w odniesieniu do kobiet - bo to od pierwszej do ostatniej strony powieść poświęcona właśnie kobietom.

Dla mnie powieść "Wyspa kobiet morza" okazała się książką idealną - choć musze podkreślić, że jestem emocjonalnie związana z koreańską historią, poświęcając jej lata badań naukowych. Przedstawiona historia jest tragiczna, budząca wiele emocji, a jednocześnie emanująca kobiecą siłą. Bohaterki są wielowymiarowe, mają swoje motywacje, zalety i wady, głębię przeżyć psychologicznych. Płaszczyzna historyczno-społeczna pozwala zaś dowiedzieć się wiele o wyspie Jeju i Korei Południowej. Jednocześnie nie są to suche historyczne fakty, tylko wydarzenia opisane z emocjonalnej perspektywy uczestników, którym na wiele lat autorytarna cenzura odebrała głos. Opisy Jeju, zwyczajów związanych z poławianiem owoców morza, w tym rytuałów są bogate i świetnie nakreślają atmosferę. To piękna powieść, która pozostaje z czytelnikiem na długo po przeczytaniu ostatniego słowa; ukazująca siłę człowieka wobec najtrudniejszych przeżyć. Chciałabym polecić "Wyspę kobiet morza" każdemu czytelnikowi - a już na pewno osobom poszukującym książek o Azji lub kobietach. To powieść obok, której nikt nie przejdzie obojętnie - historia łapie za serce!


Lisa See "Wyspa kobiet morza" (2019)
Polskie wydanie: Świat Książki (2020)
Tłumaczenie: Joanna Hryniewska

 


"Cienie północy" to kontynuacja świetnej powieści historycznej "Księżycowe blizny", która opowiada o początkach Date Masamune. Trzonem tej powieści nadal jest relacja między młody chłopcem, któremu pisana jest wielkość, a jego wiernym samurajem, który sam stawia pierwsze kroki w dorosłości. Jednak wraz dorastaniem bohaterów pojawiło się więcej miejsca na rozgrywki polityczne, które stanowią tło tego tomu. W młodym dziedzicu zaczynają rodzić się ambicje związane z władzą, doświadcza także dalszej goryczy związanej z jego pozycją - zdrady i zamachów na życie. Z kolei przed Kojuro, którego celem stało się chronienie swego pana, stoi ważna lekcja znajdowania równowagi - czy można kochać zbyt mocno swego przyjaciela i pana? W tym tomie znana z poprzedniej powieści warstwa psychologiczna postaci łączy się z wątkami politycznymi, co sprawia że całość jest bardziej dynamiczna. Aż chciałoby się napisać, że ten tom jest przez to lepszy, ale to świetne zbudowanie postaci i relacji między nimi w "Księżycowych bliznach" stało się podbudową dla "Cieni północny". To ten rodzaj literatury, w której historia dojrzewa wraz z bohaterami, a to stawia przed nimi więcej wyzwań i niebezpieczeństw. Powieść wciąga swoim niespiesznym tempem i pozwala nam się zanurzyć w japońską historię!

Przy tym tomie mogę w zasadzie powtórzyć te same zalety, które posiadają "Księżycowe blizny". To powieść historyczna, która dba w najmniejszych szczegółach o realia - co odbija się na języku i pojęciach (zawsze wyjaśnionych w przypisach). Nie ma więc tutaj wpadek wielu książek historycznych, w których dialogi brzmią rażąco współcześnie. Psychologia postaci stanowi ważny element tej trylogii, skupiając się nie tyle na samych potyczkach i politycznych spiskach, co na ich wpływie na bohaterów. Date Masamune jest dopiero dzieckiem, więc walki toczą się z dala od niego, co wcale nie oznacza, że na niego nie wpływają. Zresztą na własnej skórze przekonuje się, że atak może przyjść z najmniej spodziewanej strony i nie zawsze dotyczy walki na miecze. Do grona znanych bohaterów dołączają nowi - z których najciekawsza jest Kita, starająca się wyrwać ograniczeniom stawianym kobietom, przez co współczesne czytelniczki mogą się z nią zżyć i jej kibicować. W powieści zaskakuje także to, kto może być czarnym charakterem - czasem nie jest to wódz i jego groźna armia, ale oschła matka, która nie daje wyjątkowemu dziecka wsparcia. Ukazuje to skomplikowanie świata i uwypukla jego wartości - lojalność i braterstwo.

Gdyby ktoś zapytał się mnie o polecenie powieści historycznej, z pewnością wskazałabym "Księżycowe blizny" i "Cienie północny". To powieści pozwalające poczuć klimat dawnej Japonii, a jednocześnie skupiające się na bohaterach - dzięki czemu może je czytać każdy, bez względu na wiedzę historyczną. Książki wysłuchałam jako audiobooka i ta forma idealnie się sprawdziła - pozwala przepaść na całe godziny ze słuchawkami na uszach. Gorąco polecam, nie zawiedziecie się!


"Cienie północy" Katarzyna Clio Gucewicz (2018)
Wydawnictwo Kirin



 


"Księżycowe blizny" to powieść historyczna - czy też fabularyzowana biografia - opowiadająca o Date Masamune, "jednookim smoku". Nie trzeba jednak znać japońskiej historii, czy w ogóle się nią interesować, by sięgać po tą książkę - opowieść o przyszłym regionalnym przywódcy z czasów Edo jest pretekstem do opowiedzenia uniwersalnej historii o sile przyjaźni i wiążącej się z nią lojalności. To niespieszna powieść, w której drogę młodego syna byłego samuraja przecina zaledwie pięcioletni chłopiec, któremu pisana jest wielkość. Ma ona jednak wielką cenę - samotność i odarcie z dzieciństwa. I tak 15-letni Kagetsuna, który marzy już o dorosłości poznaje chłopca, który nie wie co to zabawa. Każdy z nich będzie się od siebie uczył, znajdując w sobie oparcie dające siłę do walki ze wszystkim - nawet demonami. 

Autorka zadbała o nadanie historii autentyczności, portretując czasy lojalnych samurajów, mądrych mnichów i zabobonów. Odpowiednia stylizacja języka, używanie pojęć z języka japońskiego (wyjaśnionych w przypisach) pozwalają zatopić się w ten przeszły czas. Warto zwrócić na to uwagę, bo wiele powieści historycznych jest dzisiaj pisanych zbyt współcześnie, szczególnie w dialogach. Całość ma sobie także pewnego japońskiego ducha, który kojarzył mi się z buddyzmem zen - spokojem, niespiesznym tempem, kontemplacją, pewną prostotą i szorstkością. Nie ma tu zbędnych opisów czy przydługich dialogów, jest za to wiele miejsca na zastanowienie się na kreśloną historią dwóch chłopców, nad ich przeżyciami wewnętrznymi. Tym samym nie będzie to powieść dla każdego - dla mnie jednak stanowiła idealne wytchnienie od naładowanej akcją fantastyki.

Choć jest to powieść historyczna, na dodatek dotycząca tak odległego zakątka jak Japonia to nie wymaga od nas znajomości tego świata. Dzięki zestawieniu pochodzącego z prowincji nastolatka z małym chłopcem z dworu razem z postaciami uzupełniamy naszą niewiedzę poznając panujące w tym świecie reguły. Dzięki temu lektura nie stwarza żadnych trudności i może po nią sięgnąć każdy, nie tylko miłośnik Azji Wschodniej. 

Jest to pierwszy tom trylogii, która choć jest opowieścią o samurajach nie skupia się na scenach walk - tylko na głównych bohaterach i rodzącej się między nimi więzi. Dla będących jeszcze dziećmi bohaterów wrogiem może być odrzucenie przez matkę czy widmo zarazy. Date Masamune doświadcza raczej cieni niż blasków bycia dziedzicem daimyō, jest jednak gotowy stawić im czoła. Swoją nieugiętą postawą zdobywa lojalność Kagetsuny - by następnie razem walczyć z wszelkimi przeciwnościami. Wraz z dorastaniem bohaterów w kolejnych tomach stawka będzie rosnąć, ale to właśnie te dziecięce lata ukształtowały ich niezłomność. 

"Księżycowe blizny" stanowią świetny wstęp do większej i dynamiczniejszej opowieści. To powieść godna uwagi - choć historie o samurajach kojarzymy głównie ze scenami widowiskowych pojedynków, to "Księżycowe blizny" skupiają się na emocjach i walce z jedynie pozornie mało niebezpiecznym wrogiem - samotnością. Dzięki temu ta powieść historyczna staje się książką bardzo uniwersalną, ukazujące jak wielkie znaczenie w życiu człowieka mają więzi. Polecam także w wersji audio - to naprawdę dobra historia do słuchania.


Katarzyna Clio Gucewicz "Księżycowe blizny" (2017)
Wydawnictwo Kirin

 


 "Patrzyłem tu na nich przez 45 lat (...) - widziałem tych wszystkich mężczyzn, te kobiety, te dzieci, tych z poczuciem pewności i tych zagubionych, ubranych najlepiej jak się dało, spoconych, umęczonych, z rozbieganym wzrokiem, próbujących zrozumieć język, z którego nie znali ani słowa, i z ich marzeniami wrzuconymi tu, w środek bagażu. "

"Ostatni strażnik z Ellis Island" Gaëlle Josse to kameralna opowieść o nadzorcy Johnie Mitchellu, który niczym kapitan na tonącym statku ostatni opuszcza centrum migracyjne, stanowiące wrota do Ameryki - dla wielu Ziemi Obiecanej. Ostatnie dziewięć dni na Ellis Island, na której spędził 45 lat swojego życia to czas porządków. Nie tylko biura i ośrodka, ale i rozliczenia z własnymi wspomnieniami. Skłania to Mitchella do napisania dziennika i skonfrontowania się w ten sposób z własnymi demonami. I to w tej formie przedstawiona jest cała powieść.

Powieść Gaëlle Josse to w dużej mierze strumień świadomości Mitchella; forma ta idealnie się tu sprawdza - choć nie każdemu przypadnie do gustu. Jest to opowieść o wygnaniu - choć wbrew pozorom nie dotyczy ono jedynie przybywających na Ellis Island migrantów z Europy. Ellis Island stanowi miejsce "dobrowolnego" wygnania Mitchella, który po dwóch życiowych tragediach nie był w stanie funkcjonować w społeczeństwie. Ellis Island jest zarówno jego miejscem pracy, azylem, jak i "więzieniem". A wszystko to z poczucia winy - kiedy wbrew wszystkim swoim zasadom ulega pożądaniu... Czy uda mu się rozliczyć z przeszłością - i własnym sumieniem? Czy zazna upragnionego spokoju poza Ellis Island, w miejscu, w którym może się wychował, ale które stało się dla niego obce niczym nowy ląd?

"Zostało dziewięć dni i dziewięć nocy, zanim zostanę oddany ziemi na kontynencie i zwrócony ludzkiemu życiu. Czyli - w moim przypadku - nicości. Bo co ja niby wiem na temat życia ludzi? Moje własne życie jest dla mnie dostatecznie mało czytelne, jak książka, która wydaje nam się znajoma, a pewnego dnia odkrywamy, że napisano ją w obcym języku."

"Ostatni strażnik z Ellis Island" nie jest wielką powieścią historyczną, która z rozmachem opowiada o dramatach migracji, sukcesie i zawiedzionych nadziejach. To kameralna opowieść o próbie rozliczenia się z samym sobą, o samotności w miejscu, w którym przetaczały się miliony ludzi poszukujących szczęścia. Całość pozostawia pewien niedosyt  - to zaledwie 168 stron! Mitchell na pewno spotkał na swojej drodze wielu interesujących ludzi i chciałoby się o nich przeczytać więcej. Wprowadziłoby to zapewne więcej akcji i emocji. Lecz wtedy nie byłaby to opowieść o ostatnim strażniku. To powieść, której siła leży właśnie w prostocie! Dowód na to, że nie trzeba wielu słów by oddać klimat pewnego miejsca, które wraz z ostatnim strażnikiem przechodzi do przeszłości.

"Co zabiera się ze sobą, kiedy jest się wygnańcem? Tak mało, a zarazem tak wiele - to, co najważniejsze. Wspomnienie muzyki, smaku potraw, modlitwy, zwyczajowe gesty i słowa na powitanie sąsiadów."


Gaëlle Josse "Ostatni strażnik z Ellis Island" (2014)
Polskie wydanie: 2021, Format
Tłumaczenie: Dorota Hartwich

 


„Jesteśmy srebrnym ludem, Mongołami. Kiedy będą cię pytać, powiesz im, że nie ma już plemion. Powiesz, że stałem się chanem morza traw i takie właśnie przybrałem imię: Czyngis. (…) Noszę imię Czyngis i wkrótce nadejdę."

„Narodziny imperium” to otwierający tom monumentalnego cyklu historycznego „Zdobywca” o niezwyciężonym przywódcy Mongołów. Czyngis-chan (Dżyngis-chan) to imię, które słyszało wielu – ale co tak naprawdę wiemy o założycielu imperium mongolskiego? Jego losy świetnie przybliża Conn Iggulden  - choć trzeba mieć na uwadze, że jego cykl „Zdobywca” to powieść i Autor pozwolił sobie na pewne drobne zmiany w życiorysie tej postaci historycznej czy chociażby uprościł imiona bohaterów. Wszystkie te zmiany mieszczą się jednak w konwencji gatunku, przedstawiając wydarzenia w możliwe barwny sposób z jednoczesną dbałością o realia historyczne.

Jak przystało na rozbudowany cykl o imperium mongolskim, pierwszy tom przedstawia przemianę chłopca o imieniu Temudżyn w „chana morza traw”. Opowiedzenie o losach Czyngis-chana od momentu jego narodzin służą nie tylko nakreśleniu sylwetki przywódcy imperium, ale także są okazją do przedstawienia zwyczajów panujących w plemionach koczujących na stepach. Ten kontekst, nakreślenie panujących tam warunków – nie sprzyjających szlachetności – jest bardzo ważny. Ciężko jest polubić bohaterów tej powieści, gdyż są bezwzględni – i nawet ceniąc plemię/rodzinę najbardziej na świecie, są gotowi zabić własnego brata, jeśli ten zagraża dobru ogólnemu. Trudno jest się zatem zżyć z Temudżynem i kibicować mu jako protagoniście – a jednocześnie nie sposób oderwać się od jego historii jako opowieści najpierw o przetrwaniu, a potem o realizowaniu większego celu, jakim jest zjednoczenie Mongołów. Młody Czyngis-chan wyróżnia się wśród swoich rówieśników, ale nie staje się wodzem z dnia na dzień: przechodzi niezbędną przemianę, zahartowany przez tragiczne wydarzenia.

„Wydawało mu się, że ma lekką gorączkę, zmusił się jednak, by iść dalej, choć serce na przemian waliło dziko, to znów słabo trzepotało. Pomyślał, że to właśnie czyniło go Wilkiem. Nie strach ani żal, tylko przekonanie, że musi dopaść wroga.”

O ile początek powieści nieco mi się dłużył, a „beztroskie” dzieciństwo Temudżyna – przez „beztroskie” w tym przypadku mam na myśli konne wyścigi dzieci czy polowanie na orła – wydawały się pozbawione jakiegoś „fabularnego” celu. Z perspektywy całości widzę jednak, że miały na celu nakreślenie charakteru postaci, stanowiły podwaliny do nakreślenia jego przemiany. Warto więc „przebrnąć” przez ten początku – potem już nie sposób się oderwać, bo losy młodego Czyngis-chana i jego braci są naprawdę fascynujące!

Jeśli miałabym określić tę powieść jednym słowem, nazwałabym ją szorstką. Szorstkie są postacie i relacje między nimi, tak jak jurty w którym przyszło im żyć. Szorstki jest także sam język – brak tutaj literackich popisów, a niektórym zdaniom przydałoby się nieco wygładzenia. Moim zdaniem wszystko to jednak idealnie pasuje do klimatu powieści i realiów historycznych, w których jest osadzona. Ostrzegam jednak miłośników historycznych romansów, dla których przeszłość stanowi tło dla opowieści o wielkiej miłości – to nie jest ten typ książki. Niektóre sceny potrafią być dość brutalne, choć Autor unika szczegółowych opisów ran. Osobiście drażniło mnie na początku podejście do kobiet – sprowadzonych do ról matek/żon lub zdobyczy, jeśli pochodziły spoza plemienia – ale znów, to oddanie pewnych realiów! Powieści czy filmy historyczne przyzwyczaiły nas do bardziej wyidealizowanego wizerunku przeszłości. Pod tym względem szczególnie zapadła mi w pamięć scena, w której bliska Temudżynowi kobieta stała się ofiarą przemocy seksualnej – wtedy mężczyzna zdał sobie sprawę, że już nie będzie tak samo, że takie wydarzenie na zawsze zmieni bliską mu osobę.

„Popędził konia i puścił się cwałem przez pusty kraj, a w jego głowie kłębiły się przyjemne myśli o płonących namiotach i jękach wrogów.”

Należy docenić, że Autor przygotowując się do napisania tego cyklu spędził czas wraz z mongolskimi koczownikami; da się to wyczuć w tej powieści. Nie odnosi się dzięki temu wrażenia, że pisze on z wyższością białego człowieka o "dzikim ludzie", czy przeciwnie z orientalną fascynacją. Zamiast oceny postaw, przedstawione zostały warunki, w których przyszło dorastać Temudżynowi. Bardzo podobało mi się odkrywanie zwyczajów koczowników - co oczywiście może nie odpowiadać osobom, które preferują pędzącą akcję nad opisy :)

„Pamiętajcie jedno, gdy będziecie opowiadać swym dzieciom, że walczyliście u boku synów Jesügeja. Jest tylko jedno plemię i jedna ziemia, która nie zna granic.”

"Narodziny imperium" to świetna powieść historyczna, która oferuje wszystko co lubię w tym gatunku. W dodatku sam temat koczowniczych plemion i Czyngis-chana jest szalenie interesujący! Doceniam przede wszystkim dbałość o realia historyczne i brak niepotrzebnego romantyzowania. To naprawdę dobra książka, choć na pewno nie dla wszystkim - jestem sobie w stanie wyobrazić, że kogoś może zwyczajnie wynudzić - to raczej nie jest powieść dla osób, które przede wszystkim lubią czytać o rodzącym się uczuciu lub pałacowych intrygach - choć i jedno, i drugie jest na kartach "Narodzin imperium", jednak we wspominanej przeze mnie "szorstkiej" odsłonie. Jestem niezwykle ciekawa co przyniesie drugi tom!

 


Zawisza Jacka Komudy to powieść historyczna pełną gębą: nie tylko osadzona w dawnych czasach, ale napisana z dbałością o historyczne realia. Stylizowany język i archaizmy pozwalają zatopić się w ten miniony świat rycerzy - choć musze przyznać, że na początku "sienkiewiczowski" styl mnie odstraszał. Z czasem udało się złapać rytm tej powieści i wciągnąć w historię o legendarnym polskim rycerzu. 

Zapisywanie białych kart

W powieściach opowiadających o postaciach znanych z historii nie możemy liczyć na wielkie zaskoczenie na końcu - kulminacyjnym punktem Zawiszy Komudy jest bitwa pod Grunwaldem, której przebieg zna każdy kto nie przysypiał w szkolnej ławce. Sztuką jest opowiedzenie historii, której finał znamy w taki sposób, aby nas porwać. Jednym z zabiegów może być zapisywanie białych kart, próba odpowiedzi co mogło kierować Zawiszą, a co nie zostało zapisane w kronikach. 

"-Piękne to wszystko - zamruczał Oleśnicki, przeglądając ostatnie zapiski Peregryna. - Tak piękne, że aż łzy w oczach stają. Tak rzeczywiście było. Ale nie może to pójść do kroniki. Nie może...

- Co mam uczynić z tymi kartami? - zapytał pobladły Peregryn.

-Schowam je w skarbcu i pomyślę. A ty zmień tę historię. Albo po prostu zostaw pustą kartę. Nawet tak zacny rycerz jak Zawisza może mieć białe plamy w życiorysie." 

Osobiście bardzo podobało mi się wprowadzenie, w którym poznajemy rycerza z Garbowa, ale nie jest nim Zawisza, tylko jego brat. Dzięki temu możemy poznać perspektywę osoby, która całe życie żyła w cieniu słynnego krewnego. Jest to ciekawy punkt wyjścia - Zawisza nie jest historią typu origin story  story, w której poznajemy jak słynny polski rycerz zdobył sławę, ale jakie były jej konsekwencje chociażby dla jego brata. 

Zawiszę poznajemy poprzez jego czyny. Jest człowiekiem dla którego nie ma nic ważniejszego niż honor i złożona przysięga; nawet jeśli oznacza to rozpoczęcie wydawałoby się niemożliwego szturmu na zamek w pojedynkę, by odbić giermka czy przyjęcie na ucznia syna wroga. Zawisza jest gotowy walczyć z całym Zakonem Krzyżackim, by pomścić brata.

"Narażasz na szwank moje dobre imię, a dla ubogiego rycerza to jedyny skarb, jaki posiada. Wasze lenna, prowincje, księstwa można zamieniać, odmieniać, sprzedawać i zastawiać. Honor to największy majątek ludzi ubogich. On i tylko on czyni ich wolnymi."

Zawisza głęboko wierzy w przywołane słowa, które wypowiada do króla Zygmunta. I tak postępuje. Skoro w punkcie wyjścia poznajemy Zawiszę jako bohaterskiego i niezwyciężonego , czy w powieści znalazło się na rozwój postaci? Temu właśnie służy zapisywanie pustych kart historii Zawiszy, dopowiedzenie co nim kierowało między wielkimi zwycięstwami. Sam rycerz uczy się i to bardzo boleśnie, jakie konsekwencje mogą mieć jego decyzje. Uczy się zauważać nie tylko swój honor, ale także ludzi na około, których wcześniej mógłby poświęcić bez mrugnięcia okiem. Im legenda staje się bardziej ludzka, tym jest bardziej ciekawa, a czytelnik autentycznie chce dalej poznawać losy postaci. W tej powieści Zawisza jest zarówno symbolem męstwa, jak i człowiekiem, którym może kierować zemsta czy namiętność.

Nostalgia i odarcie z romantyzmu

Czy to w ogóle możliwe? Z jednej strony czytając Zawiszę dało się odczuć nostalgię za czasami honorowych rycerzy, z drugiej strony już samemu rycerzowi z Garbowa wypominano, że jest reliktem przeszłości. Średniowieczny świat przedstawiony przez Jacka Komudę nie jest idealizowany, a potyczki wojenne odarte są z romantyzmu. Sam Zawisza widząc plądrowanie zamku i zabijanie bezbronnych mieszkańców wie, że nic na to nie poradzi - takie są prawa szału bitewnego, w którym nie ma miejsca na miłosierdzie. Bardzo mi się ten zabieg podobał; łatwo jest popaść w romantyzowanie przeszłości, a w przypadku odwołania do wielkich postaci historycznych uderzyć w nacjonalistyczne tony. 

"-Za każdy twój rycerski czyn zapłaci ktoś inny. Świat zabije wszystkich, których miłujesz. A na koniec złamię i ciebie. - Uśmiechnął się zimno. - Bo świat się zmienił, ale ty ciągle nie chcesz tego dostrzec. Wygrywa siła, a nie honor."

W "Zawiszy" został ukazany świat, który już odchodzi - a może świat, którego nigdy nie było? - ale za którym tęsknimy. Świat ludzi prawych, gdzie honor miał największe znaczenie. I w tym kontekście został przedstawiony Zakon Krzyżacki, jako podstępny i zdradliwy. Co ciekawe w powieści nie zabrakło także odrobiny magii - co może niektórych czytelników razić - związanej znów z dawnymi wierzeniami świata już praktycznie nie istniejącego, wręcz baśniowego, w którym zwierzęta i ludzie mogą żyć obok siebie.

Pojedynki i przypisy

Pomimo wielu zalet "Zawisza" nie jest powieścią idealną. Choć sam stylizowany język wprowadza odpowiedni klimat, zmusza jednocześnie do uważnej lektury. A czasem zwyczajnie się plącze - były takie zdania, które musiałam czytać dwa razy, a i tak czułam się zagubiona. Szczególnie w scenach batalistycznych i walkach na miecze. Kolejny element wprowadzający zagubienie to używanie archaizmu czy łaciny. Na oczątku powieści możemy odnaleźć przypisy z tłumaczeniami - ale dalej ich już nie ma. Za to na końcu książki odnajdziemy rozdział "Przypisy", w którym odnajdziemy zarówno omówienie historycznych inspiracji, z których czerpał autor, wyjaśnienia pewnych kontekstów politycznych czy pojęć. O ile sam rozdział oceniam bardzo pozytywnie, to już umieszczenia w nim tłumaczeń łacińskich zwrotów czy pojęć, a nie na dole strony nie rozumiem. Tłumaczenia były potrzebne w trakcie lektury i ich brak wprowadzał niepotrzebne zagubienie. 

Wystarczy spojrzeć na ten fragment: "Ale - żachnął się nagle i zmachał rękopisem Peregryna - udział Żmudzinów był zbyt duży. Ma być nie: cum Samogitians Theutones vicit, ale: cum Zbigneus Zawissa Theutones percutere." Bez znajomości łaciny umyka nam cały sens, a kiedy zdanie zostaje wyjaśnione w przypisach znajdujących się 200 stron dalej (do których nie ma odnośnika), nie odgrywa już takiej roli jak w trakcie samego czytania.

"Zawiszę" czyta się zatem wolniej, a konieczność sprawdzania co to jest "jaka", a co "jopula" w Internecie wybijała z lektury - szczególnie, że wyjaśnienia te zostały zawarte na końcu.

Kolejną wadą może być za mało Zawiszy w "Zawiszy". Mnie osobiście podobało się przedstawienie Zawiszy w odniesieniu do innych postaci i wydarzeń historycznych, ale jestem w stanie wyobrazić sobie zawód czytelników, którzy spodziewają się typowego origin story  story. Powieść, która miała uzupełnić białe karty historii legendarnego rycerza, nie przedstawia w jaki sposób zyskał sławę i zbudował swoją pozycję. Dla mnie nie miało to większego znaczenia, gdyż odebrałam tą powieść jako próbę uczłowieczenia legendy, a nie budowania legendy. 

Kolejnym zarzutem może być brak fabuły - jeśli przez fabułę rozumiemy zarysowanie na początku pewnego konfliktu, który zostanie rozwiązany na końcu. Tak jak zauważyłam wcześniej, powieść zaczyna się od przedstawienia brata Zawiszy, w taki sposób jakby miał być głównym bohaterem. Potem jego wątek zostaje porzucony, aby opowiedzieć o jednym z epizodów z życia Zawiszy, który doprowadzi go do powrotu do domu, gdzie rycerz dowie się o niewoli brata. W ten sposób wprowadzenie konfliktu Zawiszy z Krzyżakami zostaje opóźnione i nie spodoba się osobom lubiącym bardziej wartką narrację.

Czy warto sięgnąć po "Zawiszę" Jacka Komudy? Zdecydowanie! Jednak nie jest to powieść dla każdego i warto mieć to na uwadze. Czasami warto wyjść ze strefy komfortu - nie czytam zbyt wielu powieści historycznych, a średniowiecze i rycerze są mało interesującym mnie tematem. A jednak dałam się porwać przez opowieść o legendarny rycerzu, który był przede wszystkim człowiekiem. 

Starsze posty Strona główna

ABOUT AUTHOR

안녕하세요! Z wykształcenia doktor nauk politycznych i magister filmoznawstwa, hobbistycznie zapalona czytelniczka! Zapraszam na bloga o książkach, filmach oraz Półwyspie Koreańskim - czyli moich największych pasjach!

Categories

  • abyssos 1
  • agora 2
  • akurat 2
  • albatros 4
  • artrage 2
  • azjatyckie 91
  • beYA 1
  • bliski wschód 1
  • Books4YA 4
  • chiny 11
  • ciekawostki 7
  • copernicuscenterpress 2
  • cyberpunk 1
  • czarna owca 1
  • czarne 3
  • czytelnik 1
  • dark academia 1
  • dark fantasy 7
  • dialog 8
  • dlaczemu 2
  • dolnośląskie 1
  • dystopia 4
  • esej 4
  • europa wschodnia 1
  • fabryka słów 115
  • fae 1
  • fantastycznyorient 18
  • fantastyka 188
  • filia 2
  • film 3
  • filtry 1
  • format 1
  • foxgames 1
  • galeriaksiążki 1
  • gra książkowa 1
  • gramatyka 3
  • groza 19
  • harde 1
  • healing novel 6
  • hi:story 1
  • horror 19
  • idiom 3
  • indie 5
  • indonezja 1
  • instagram 5
  • iyashikei 2
  • jaguar 2
  • japonia 36
  • kdrama 1
  • kirin 7
  • klasyka 1
  • komedia kryminalna 5
  • komiks 3
  • korea 45
  • koreański 9
  • kryminał 24
  • krytyka polityczna 1
  • książki 188
  • kwiaty orientu 2
  • literatura dziecięca 5
  • literatura młodzieżowa 30
  • literatura piękna 21
  • literatura podróżnicza 2
  • luna 1
  • marginesy 2
  • matronat 1
  • mitologia 2
  • mova 3
  • mustread 2
  • muza 5
  • naukowe 8
  • new adult 3
  • nonfiction 8
  • nowa baśń 14
  • nyks 1
  • obyczajowa 1
  • papierowyksiężyc 2
  • patronat 4
  • planetaczytelnika 1
  • podróżnicza 1
  • powieść gotycka 2
  • powieść historyczna 12
  • prószyński 5
  • przygodowa 1
  • recenzja 175
  • relacja 7
  • replika 4
  • reportaż 14
  • retelling 1
  • retrobuki 18
  • romans 7
  • romantasy 1
  • sensacja 2
  • sf 20
  • słownictwo 8
  • space opera 1
  • sqn 6
  • szczeliny 2
  • świat książki 1
  • tajfuny 1
  • tajwan 2
  • thriller 7
  • urban fantasy 15
  • uroboros 13
  • vesper 3
  • w.a.b. 5
  • warbook 9
  • weird fiction 1
  • weneedya 2
  • western 1
  • wielka litera 1
  • wietnam 1
  • wydawnictwo ix 1
  • wydawnictwo kobiece 1
  • wydawnictwo literackie 2
  • wydawnictwo mięta 7
  • Wydawnictwo Noir sur Blanc 1
  • wydawnictwo poznańskie 2
  • wydawnictwo spisek pisarzy 1
  • wydawnictwo wab 2
  • wydawnictwo wilga 1
  • wydawnictwonoca 1
  • wyszukane 1
  • yaponia 3
  • you&ya 15
  • youngadult 26
  • yumeka 6
  • zielona sowa 2
  • znak 13
  • zygzaki 1

Matronat

Matronat
Trylogia Hierarchia magii

Matronat

Matronat
Trylogia Magów szkła

POPULAR POSTS

  • Smocza perła - recenzja
  • Pięć małych świnek (recenzja)
  • Naturalista (recenzja)
  • Gwiazdy w łańcuchach
  • #retrobuki 2000-2009
  • Muzyka otchłani
  • Polka w Korei (recenzja)
  • Space Sweepers (승리호)
  • Bogowie otchłani
  • Koreańskie społeczeństwo - przewodnik po książkach
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Szukaj na tym blogu

Blog Archive

Ważne

Wszystkie zamieszczone tutaj teksty oraz grafiki są moją własnością i nie wyrażam zgody na ich kopiowanie bez mojej zgody.

FOLLOW ME @ INSTAGRAM

Gdzie mnie znaleźć

  • Instagram
  • Lubimy czytać
  • Goodreads

Featured Post

#retrobuki

Copyright © 2016 Pani Papierek. Created by OddThemes