Pani Papierek

  • Home
  • Książkach
    • Azjatyckie
    • Naukowe
    • Gatunkowe
      • Fantastyka
      • Kryminał
  • Filmach
  • Korei
    • 한국어
    • Ciekawostki
  • Instagram
  • Współpraca

 


„Bogowie otchłani” to jedna z tych książek, które (mimo kilku wyraźnych niedoskonałości) potrafią całkowicie wciągnąć i na długo zostać w głowie. Szczególnie jeśli najbardziej ceni się kreację niezwykłego magicznego świata i nie ma się nic przeciwko wielu POV.

Największą siłą tej powieści jest bez wątpienia kreacja świata. Andrea Stewart tworzy rzeczywistość niezwykle plastyczną i pełną wyobraźni: świat, w którym bogowie mają moc przekształcania materii, zamieniając pustynie w oazy i przywracając życie temu, co utracone. Ale nic nie dzieje się bez kosztów. „Odnowa” nie tworzy niczego z niczego: bazuje na tym, co już istnieje, często w brutalny sposób wykorzystując ludzkie życie. W efekcie dla wielu nie jest to wybawienie, lecz zagrożenie.

Na kartach powieści świetnie to czuć: ciągłe poczucie zagrożenia i walki o przetrwanie, uczenia się życia na nowych zasadach po kontakcie z katastrofą przemieniającą świat (ale pozostawiającą chociażby układy władzy, które świetnie się odradzają).

Fabuła od początku angażuje, śledząc losy dwóch sióstr, które mogą polegać wyłącznie na sobie. Rozdzielone przez tajemniczą, zmieniającą świat mgłę, trafiają do dwóch różnych rzeczywistości. Jedna z nich, jako uchodźczyni, zmuszona jest przetrwać w obcej krainie, pracując w niebezpiecznej kopalni, by zdobyć środki na powrót i odnalezienie siostry. Tylko czy ta druga wciąż jest sobą? Czy stała się potworem?

Motyw siostrzanej więzi stanowi emocjonalne centrum tej historii, ale autorka, podobnie jak w „Tonących królestwach”, osadza go w znacznie szerszym kontekście. Konflikty między ludźmi a bogami, napięcia polityczne, walka o władzę oraz wyraźny wątek ekologiczny tworzą wielowarstwową opowieść o świecie na skraju rozpadu i odnowy.

Narracja oparta na wielu perspektywach może początkowo wydawać się przytłaczająca i rozpraszać uwagę, jednak z czasem widać, że każda z tych historii dokłada kolejny element do większej całości, ukazując, że rozdzielenie sióstr nie jest jedynym problemem. Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych czytelników wiele POV jest minusem, utrudnia zaangażowanie się. Znam jednak wcześniejszą twórczość Stewart i liczę, że i tym razem każda z tych postaci będzie miała istotną rolę do odegrania, nie tylko rozdzielone siostry.

Tematycznie to opowieść o przymusowym przesiedleniu, o życiu w świecie kształtowanym przez ludzi u władzy, którzy nie uwzględniają podstawowych potrzeb innych. O eksploatacji zasobów bez refleksji nad konsekwencjami i o nieodwracalnych skutkach tych działań. Ale również o traumie (rozdzielenie, utrata członków rodziny) i o tym, jak różne mogą być drogi radzenia sobie z nią, co widać na przykładzie sióstr. Ostatecznie jest to historia o przetrwaniu i o tym, jak daleko jesteśmy w stanie się posunąć, by ocalić siebie lub kogoś bliskiego.

Jeśli miałabym wskazać słabszy element, byłyby to postacie. Przy tak wielu perspektywach część z nich pozostaje dość szkicowa, brakuje im głębi, przez co trudniej się z nimi w pełni związać. Jednocześnie widać w nich duży potencjał, który, mam nadzieję, zostanie rozwinięty w kolejnych tomach.

Jednocześnie nie będę ukrywać: jestem czytelniczką, dla której w fantastyce kluczowa jest kreacja magicznego świata, jego mitologii, polityki, konfliktów. I na tym polu “Bogowie otchłani” wypadają świetnie i powieść ta zwyczajnie mnie porwała! Miałam bardzo podobne odczucia przy serii “Tonące cesarstwo”, gdzie może nie do końca czułam się zaangażowana w losy samych postaci, ile losy przedstawionego świata. Poza wyjątkiem Jovisa i jego zwierzęcego przyjaciela, oni mnie kompletnie kupili w “Tonącym cesarstwie”.

Mimo pewnych niedociągnięć w kreacji postaci, „Bogowie otchłani” to dla mnie przede wszystkim przykład świetnie zaprojektowanego świata i historii z ogromnym potencjałem na rozwinięcie. Jeśli lubicie rozbudowane, wielowarstwowe fantasy z wyraźnym tłem społecznym i moralnymi dylematami, zdecydowanie warto dać tej książce szansę.

Już teraz wiem, że ta książka zostanie ze mną na długo, będę do niej wracać myślami, czekając na dalszy ciąg z niecierpliwością!




 


Spektakl cierpienia jako rozrywka

„Gwiazdy w łańcuchach” to jedna z tych powieści, które trudno czytać bez narastającego dyskomfortu — i dokładnie o to w niej chodzi. Nana Kwame Adjei-Brenyah wykorzystuje konwencję dystopijnej fantastyki, by opowiedzieć o świecie, który wcale nie wydaje się aż tak odległy od naszego. To opowieść o społeczeństwie, w którym systemowa przemoc została sprzedana jako rozrywka, a dehumanizacja — jako coś normalnego, akceptowalnego, wręcz pożądanego.

Do napisania książki autora zainspirowali działacze społeczni i obrońcy praw człowieka, zajmujący się brutalnością policji i patologiami systemu więziennictwa w USA - na kartach powieści czuć, że to odpowiedź na ruch Black Lives Matter, a w wielogłosie przedstawionych w powieści postaw pobrzmiewa także rasizm czy mizoginia w odniesieniu do głównych bohaterek: Afroamerykanek i lesbijek.

Gdy wolnością staje się śmierć

W alternatywnej rzeczywistości powieści funkcjonuje program CAPE — Criminal Action Penal Entertainment — w którym skazani za morderstwo więźniowie mogą „dobrowolnie” zgłosić się do udziału w transmitowanych na żywo walkach gladiatorskich. Stawką jest wolność. Ceną — niemal pewna śmierć. Dla widzów to krwawy spektakl, dla sponsorów intratny biznes, dla polityków narzędzie kontroli społecznej. A dla uczestników? Ostatnia, rozpaczliwa forma wyboru (?) w systemie, który wcześniej odebrał im wszelką godność.

Dehumanizacja w blasku reflektorów

Najbardziej przerażające w tej wizji nie są same brutalne walki, lecz sposób, w jaki media i odbiorcy odbierają uczestników programu. „Gwiazdy” nie są już ludźmi — stają się gladiatorami, markami, bohaterami filmików i obiektami kibicowania. Można ich podglądać poza areną, komentować ich relacje, ciała i emocje, a potem domagać się coraz bardziej spektakularnej przemocy. Książka boleśnie punktuje mechanizm, w którym wystarczy odpowiednia narracja, by usprawiedliwić niemal wszystko — w końcu to „mordercy”, „potwory”, „zasłużyli”.

Autor bardzo świadomie pokazuje, jak łatwo odbiorca daje się wciągnąć w ten mechanizm. Jak szybko empatia ustępuje miejsca ekscytacji. I jak cienka jest granica między potępieniem przemocy a czerpaniem z niej przyjemności, jeśli tylko zostanie nam odpowiednio opakowana.

Wielogłos zamiast jednej prawdy

ednym z największych atutów powieści jest jej narracja ukazująca różne perspektywy. Poznajemy nie tylko same „gwiazdy w łańcuchach”, ale też innych uczestników tego systemu: aktywistów protestujących pod arenami, producentów programu, prawodawców, reklamodawców i widzów. Można zarzucić książce, że wprowadza zbyt wiele punktów widzenia (i potem ciężko się zaangażować) — ale właśnie o to chodzi. „Gwiazdy w łańcuchach” nie chcą dawać prostych odpowiedzi ani jednej, moralnie komfortowej interpretacji.

Powieść stawia pytania, które wydają się oczywiste… dopóki nie zaczniemy się nad nimi zastanawiać.

  • Czy można wybaczyć mordercom?
  • Czy każdy z nich był „zły”, czy może działał w obronie własnej, pod presją, w sytuacji bez wyjścia?
  • Czy człowiek poddany systemowym torturom naprawdę ma wybór, gdy decyduje się na udział w krwawym widowisku?

Autor nie moralizuje. Zamiast tego zmusza czytelnika do własnej oceny — i w tym tkwi jej siła.

Brutalność, która ma sens

Nie da się ukryć: to powieść bardzo brutalna. Przemoc jest dosłowna, graficzna i momentami wstrząsająca. Jednak w przeciwieństwie do wielu dystopii nie jest ona pustą prowokacją. Brutalność ma tu funkcję — pokazuje, do czego prowadzi system, który uprzedmiotawia ludzi i traktuje ich cierpienie jako zasób. Szczególnie poruszające są opisy więzi między „ogniwami” w łańcuchach, ich lojalności wobec siebie, żałoby po poległych i psychicznego kosztu każdej kolejnej walki.

Autor z dużą wrażliwością pokazuje, że za każdym pojedynkiem stoją ludzie — ze swoimi granicami, traumami, poczuciem winy i strachem. To właśnie ten kontrast między widowiskową przemocą a intymnością przeżyć bohaterów sprawia, że książka zostaje w głowie na długo.

Kapitalizm, rasizm i system więziennictwa

„Gwiazdy w łańcuchach” są również ostrą krytyką amerykańskiego systemu więziennictwa, rasizmu strukturalnego i kapitalizmu, który potrafi spieniężyć wszystko — nawet ludzką śmierć. Odwołania do funkcjonujących w tym świecie przepisów budują poczucie realizmu i pokazują, jak bardzo ten świat opiera się na logice „to się opłaca, więc jest dozwolone”.

Szczególnie przerażające jest to, jak technologia zostaje wykorzystana do udoskonalania tortur — do momentu, w którym śmierć na arenie wydaje się bohaterom bardziej humanitarną alternatywą. To wizja skrajna, ale boleśnie logiczna.

Słowem podsumowania

„Gwiazdy w łańcuchach” to powieść trudna, intensywna i niewygodna — ale jednocześnie niezwykle mocna i potrzebna. Brutalna, a jednocześnie intelektualnie angażująca. To książka, która nie pozwala czytać się obojętnie, bo zbyt często zmusza do konfrontacji z pytaniem: jak bardzo ten świat różni się od naszego?

To dystopia, która zostawia nas z gniewem, niepokojem i refleksją nad tym, jak łatwo przemoc staje się akceptowalna, gdy przestaje dotyczyć „nas”. I właśnie dlatego jest to lektura tak poruszająca — i tak potrzebna

 



„Rycerz cieni” to książka, która od początku jasno daje do zrozumienia: czas na wypełnienie pewnych luk. Nie znajdziemy tu wielkich postępów w głównej osi fabularnej, nie ma też konfrontacji z Caydeanem ani spektakularnych zwrotów akcji rodem z poprzednich części. I choć brzmi to jak wada, paradoksalnie — to właśnie ta spokojniejsza, bardziej kameralna odsłona była tej serii potrzebna. To tom na złapanie oddechu, poukładanie wątków i powrót do miejsc oraz postaci, które wcześniej przemykają niczym cameo w przeładowanym uniwersum Marvela. Można temu tomowi zarzucić, że jest fillerem, że nie posuwa akcji do przodu, a przez to wywołuje w czytelnik frustrację — jednak moim zdaniem był to filler niezbędny, pewien rodzaj kroku wstecz do korzeni serii, kiedy Rezkin nie był imperatorem i musiał bardziej działać jako skrytobójca, jako osoba skrywająca się w cieniu, a liczba postaci była ograniczona.

Patrząc na całość cyklu, „Rycerz cieni” boleśnie uświadamia, że Kel Kade nie mierzyła sił na zamiary. Zbyt rozbudowane uniwersum, zbyt wiele postaci, coraz bardziej rozmywany główny wątek — to wszystko ciążyło fabule już od tomu trzeciego, a a w każdym kolejnym stawało się coraz bardziej widoczne. Trzeba mieć niezwykły talent, by to udźwignąć i złożyć w spójną, angażującą całość, co się Kel Kade niekoniecznie udało. Mam wrażenie, że autorka miała ambicje napisac epicką fantastykę, a wyszło je typowe guilty pleasrue: dostarczające co prawda sporo rozwyrki, ale wymagające przymykania oka na wiele wad. To, co  w tej serii działało najlepiej od początku: prostota, humor i nieskomplikowana przygoda, na szczęście po części wracają w tym tomie — i dlatego uważam, że krok wstecz był tej serii potrzebny, nawet kosztem posuwania fabuły do przodu. 

Myślę, że to tom mogący dzielić czytelników. Ci, którzy pokochali serię za tempo, epickość i festiwal motywów fantasy — mogą poczuć się znudzeni. Akcja zwalnia, fabuła nie pędzi jak wcześniej, a Rezkin… cóż, często schodzi na drugi plan. Jako tytułowy rycerz cieni działa z ukrycia, a jego zwykli towarzysze dostają więcej czasu antenowego. I paradoksalnie wychodzi to książce na dobre: Wesson, Frisha, Azeria oraz duet Yserria & Malcius mają w tym tomie pełnoprawne, angażujące wątki, które trzymają historię w ryzach podczas nieobecności Reza. Problem polega na tym, że jeśli jedziemy na tej serii głównie „dla Rezkina”, możemy poczuć niedosyt. 

Niestety, „Rycerz cieni” powiela też wszystkie najbardziej irytujące bolączki cyklu. Tempo bywa poszarpane, część wydarzeń jest streszczona w dwóch zdaniach („zrobili to i tamto – idźmy dalej”), a logika podróży bohaterów pozostawia wrażenie, że wszyscy teleportują się wedle uznania. Rezkin nadal pozostaje męską wersją Mary Sue — z tomu na tom odblokowuje nowe umiejętności niczym w grze RPG („musimy go wysłać jako szpiega?”, „ok, dajmy mu iluzje”). Romantyczny wątek również nie unika problemów: Azeria pojawia się nagle, a relacja z Rezkinem rozwija się w tempie „bo tak”.

Przy tych wszystkich wadach książka pozostaje jednak… zaskakująco przyjemna. „Rycerza cieni” czyta się jak typowe guilty pleasure fantasy: nie dla logiki, nie dla epickości, ale dla tej specyficznej mieszanki akcji, humoru, sentymentu i lekko (mało powiedziane) przerysowanego świata. To nie jest najlepsza część serii. Nie jest też najgorsza. Ale jest konieczna — tak, by przed kolejnymi zwrotami akcji i epicką walką Rezkina z Caydeanem, na którą liczę, znów poczuć, że wiemy, dokąd w ogóle zmierzamy.


Ps.: Mam nieodparte wrażenie, że "Kroniki mroku" to trochę taki fantasy tasiemiec (nie wiem czy w Wasyzm pokoleniu tez używa się tego słowa do określenia ciągnących się w nieskończoność seriali, które zdają się nie zbliżać do końca). Nie jest to nic wybitnego, ale kto w życiu sobie dla rozrywki i "odmóżdżenia" tasiemca serialowego nie pooglądał? Czytam teraz serię o Mercy Thompson i to tez taki trochę książkowy tasiemiec, ale krucze, bawię się świetnie :)


 


Na pierwszy rzut oka „Katabaza” może wydawać się fantastyczną opowieścią o zstępowaniu do piekła – historią w duchu dawnych mitów, w której bohaterka wędruje przez kolejne kręgi podziemi, by uratować kogoś, kogo utraciła. Jednak R.F. Kuang bardzo szybko odsłania, że ta podróż nie ma wiele wspólnego z tradycyjną fantastyką drogi. Piekło, do którego schodzi Alice, nie przypomina (wyłącznie) wizji Dantego, lecz labirynty akademickich instytucji: biblioteki zamienione w krąg potępionych, egzaminy jako test moralny, naukowe paradoksy jako bariery nie do pokonania. Każdy krok w dół jest tak naprawdę krokiem w głąb siebie — autopsją własnych wyborów, lęków i uzależniającej ambicji. „Katabaza” to powieść o ambicji i wypaleniu, o gniewie i tęsknocie, o tym, jak bardzo można zagubić się w dążeniu do doskonałości — oraz o tym, że czasem najtrudniejszą drogą jest ta, która prowadzi do prawdy o sobie.

Kuang snuje historię nieśpieszną, pełną dygresji i filozoficznych myśli, pisaną z jej charakterystycznym sarkazmem, feministycznym gniewem i ostrzem krytyki wymierzonym prosto w środowisko akademickie. Zamiast pędzącej fabuły dostajemy narrację, która zmusza, by się zatrzymać — by podumać nad tym, ile kosztuje droga po tytuł naukowy, ile trzeba oddać, by wciąż być „wystarczająco dobrą”, i jaki rodzaj piekła sami dla siebie tworzymy. To nie tyle opowieść o ratowaniu kogoś innego, ile o ratowaniu siebie z systemu, który pochłania po cichu, codziennie, od środka.

I choć mnie zachwyciła, to muszę przyznać — „Katabaza” nie jest książką dla każdego. Jeśli ktoś oczekuje pędzącej akcji, klasycznej fantastyki drogi albo powieści przygodowej, jak sugerowałby opis, szybko może poczuć rozczarowanie. To Kuang w najbardziej „kuangowej” wersji: intelektualna, kąśliwa, pełna akademickiej ironii, filozoficznych rozważań i nieoczywistych emocji. I właśnie dlatego tak bardzo do mnie trafiła.

Piekło jako zwierciadło świata bohaterów

Jednym z największych atutów powieści jest sposób, w jaki Kuang tworzy świat piekielnych kręgów. Zamiast klasycznych wizji Dantego (do których się odwołuje) dostajemy piekło, które bardziej przypomina… życie akademickie. Odzwierciedla ono świat bohaterów, obnażając jego patologie. Pierwszy krąg wyglądają jak uczelniana biblioteka, a zadania stawiane przed bohaterami przypominają trudne egzaminy czy akademickie kolokwia. Im dalej, tym mniej jest jednak „akcji”, a więcej filozofii,  i introspekcji.

Autorka bawi się tradycją, łącząc znane motywy europejskie z elementami mitologii indyjskiej i chińskiej, tworząc wizję piekła, która jest jednocześnie znajoma i obco fascynująca - jednocześnie popisując się swoją erudycją. To nie jest fantastyka nastawiona na światotwórstwo w stylu epickiej fantastyki – to piekło jako metafora życia, ambicji i akademickiej przemocy strukturalnej.

Alice i jej chorobliwa ambicja

Kuang po raz kolejny udowadnia, że nie interesują ją sympatyczne postacie. Alice trudno polubić – jest ambitna do granic autodestrukcji, skupiona na celu, gotowa poświęcić wszystko: zdrowie, relacje, siebie samą. Jednak właśnie ta niejednoznaczność sprawia, że działa.

Czy Alice zawsze była taka?
Czy musiała stać się taka, by w środowisku akademickim w ogóle przetrwać?

Te pytania drążą czytelnika, a mnie – jako osobę ze środowiska naukowego – szczególnie uderzyły. Kuang obnaża to, czego często nie nazywa się głośno: skorumpowaną ambicję, toksyczną rywalizację, mizoginię i strukturalne wypalenie doktorantów i młodych badaczy. Dla mnie Alice była boleśnie prawdziwa.

W tle przewija się też subtelny wątek romantyczny i kilka scen akcji – bardziej jako przerywniki niż kluczowe elementy fabuły. Dla mnie mogłoby ich nie być, ale rozumiem ich funkcję: dać oddech między kolejnymi warstwami rozważań.

Tematyka: akademickie piekło i female rage

„Katabaza” to powieść o zstąpieniu do piekła, ale największe piekło znajduje się w człowieku – i w instytucji, która oczekuje całkowitego poświęcenia. Kuang kieruje swoje ostrze krytyki w stronę:

  • akademickiej rywalizacji, która niszczy ludzi, a nie rozwija naukę,

  • mizoginii i seksizmu, które wciąż są obecne na uniwersytetach,

  • toksycznej relacji promotor–doktorant,

  • wypalenia i kultury „pracuj do upadłego”,

  • fetyszu wiedzy, który potrafi zabijać tyle samo, co ignorancja.

Nie brakuje tu też female rage – wściekłości skierowanej nie tylko na mężczyzn z akademickiej elity, ale też na samą siebie, na własne wybory i wewnętrzne kompromisy. Pod tym względem „Katabaza” mocno przypomina mi „Yellowface” i „Babel”: to książki, które nie chcą być „łagodne”. Mają prowokować, krytykować pewne środowiska i patologie (Yellowface - środowisko wydawnicze, Babel - kolonialne zawłaszczanie języka, elitaryzm akademicki).

Styl – piękno intelektualnego chaosu

To powieść, która bywa powolna, przegadana, pełna dygresji, matematycznych i filozoficznych paradoksów. Niektórych to odrzuci. Ja natomiast zanurzyłam się w ten tok myślenia i płynęłam z nim jak z prądem. Można Kuang zarzucić przesadne intelektualizowanie i pewną pretensjonalność - ja jednak wyczuwam w tym erudycję, ogrom wiedzy i researchu, który stoi za każdą z jej książek. I wcale mi nie przeszkadza, że "chwali się tym" na stronach powieści, wplatając różne naukowe dygresje w fabułę.

Moim zdaniem „Katabaza” świetnie działa jako audiobook – jej rytm, zaduma i powolne odsłanianie sensów idealnie nadają się do słuchania podczas długi spacerów.

Słowem podsumowania

„Katabaza” to niełatwa, ale niezwykle satysfakcjonująca powieść. To historia o zstąpieniu do piekła, które okazuje się labiryntem ludzkich ambicji, wyrzutów sumienia i zniszczonych granic. Kuang po raz kolejny dowodzi, że fantastyka może być intelektualną zabawą.

„Katabaza” zostanie ze mną na długo. Jest dla mnie powieścią o zstępowaniu do własnych lęków i o odzyskiwaniu siebie. O ambicji, która potrafi zjeść człowieka od środka. O kobietach w akademii, które nie mają prawa być przeciętne, słabe, zmęczone. A mnie czytając towarzyszyła jedna myśl: jak ja dobrze to znam z własnego doświadczenia pisania doktoratu.

Dla kogo jeszcze jest Katabaza?

  • dla osób, które lubią literaturę intelektualną, powolną i pełną filozofii

  • dla fanów „Babel” oraz „Yellowface”

  • dla osób związanych z akademią – uderzy najmocniej

  • dla tych, którzy lubią female rage i introspekcję

  • dla czytelników, którzy lubią, gdy świat magiczny opiera się na wiedzy, logice, mitach i nauce

Nie polecam jej komuś, kto szuka szybkiego tempa, lekkiej rozrywki lub historii napakowanej akcją i romansem. 

 



Lotosowe cesarstwo to zwieńczenie trylogii Płonące królestwa – cyklu, który od samego początku łączył bogactwo orientalnych motywów (Indie, królestwo Wielkich Mogołów)  z emocjonalną introspekcją i polityczną intrygą. Tasha Suri po raz kolejny udowadnia, że potrafi pisać z ogromną wrażliwością, a jej proza, pełna metafor i nasyconych obrazów, ma w sobie niemal medytacyjny rytm - cykl Płonące królestwa w tym aspekcie jest bardzo podobny do Kronik Ambhy. Lotosowe cesarstwo to książka spokojna, powolna w lekturze – i właśnie ta powolność okaże się dla wielu czytelników próbą cierpliwości. Nie będę ukrywać - dużo lepiej "wchodziła" mi w wersji audio podczas spokojnych spacerów niż wieczorami na kanapie, gdzie oczy same się zamykały.

Podobnie jak w poprzednich tomach, autorka stawia na psychologiczny portret bohaterów – przede wszystkim Priyi i Malini – niż na wartką akcję. Ich relacja, oparta na pragnieniu i niemożności jego spełnienia, szybko staje się osią opowieści, przyćmiewając wątki polityczne i przygodowe. Dla jednych będzie to emocjonalny rdzeń powieści, dla innych – źródło frustracji. Niestety ja odniosłam wrażenie, że rozwój tych bohaterek w ostatnim tomie wyhamował, by dopiero na koniec odegrały większą rolę - przez co rozdziały dotyczące ich perspektyw nieco mnie nużyły. Na szczęście, dało to pole do "zabłyśnięcia" innym postaciom, które w Lotosowym cesarstwie nabrały głębi. Na szczególną uwagę zasługuje wątek Bhumiki – bohaterki kruchej, a jednocześnie niezwykle silnej. Jej relacja miłosna, pełna czułości i autentycznego ciepła, stanowi udany kontrapunkt dla zmagań Priyi i Malini, opartych głównie o namiętność i poczucie zdrady. Również Rao, z jego walką z żałobą i wiarą, to jedna z postaci, które najmocniej zapadają w pamięć.

Chociaż największą wadą tej powieści jest jej tempo - to uwodzi ona pięknym stylem Tashy Suri i feministycznym wydźwiękiem, oddając sprawczość w ręce kobiet - gotowych przeciwstawić się tradycji i religii, nie tylko w imię wyższych celów jak ratowanie świata, ale także własnych pragnień. To właśnie tutaj budowane jest największe napięcie tej powieści - wokół tematu poświęcenia życia/swoich pragnień, splatając się z refleksją nad religią, władzą i losem kobiet w patriarchalnym świecie. 

Jednym z największych atutów Suri jest umiejętność tworzenia świata moralnych półcieni. Nie ma tu prostego podziału na dobro i zło – każda decyzja ma swoją cenę, a każda ofiara niesie pytanie o sens. . Malini, walcząca o własne przeznaczenie, staje się uosobieniem tej walki — zarówno duchowej, jak i politycznej — a jednocześnie jej decyzje nie zawsze są szlachetne. 

Tasha Suri pisze pięknie – ale nie porywająco. Jej styl zachwyca detalem i atmosferą, lecz wymaga cierpliwości. Świat Płonących królestw fascynuje bogactwem, rytuałem, i cielesną bliskością natury, ale tempo narracji często przypomina leniwie płynącą rzekę, w której łatwo się zagubić. Ostatnia część cyklu jest niewątpliwie emocjonalnym i estetycznym domknięciem historii, lecz niekoniecznie jej najbardziej angażującym rozdziałem. Myślę, że dla wielu czytelników ta książka wyda się zbyt powolna. Zwłaszcza pierwsze dwie trzecie książki to długie, introspektywne rozdziały, skupione bardziej na uczuciach niż na wydarzeniach. Zaś ostatnie to ich przeciwieństwo - powieść na pewno by zyskała, gdyby te "żywsze" wydarzenia lepiej rozłożyć.

Słowem podsumowania

Lotosowe cesarstwo to spokojne, pełne melancholii zakończenie cyklu, który od początku wyróżniał się bogactwem emocji i wyjątkową wrażliwością. Tasha Suri nie szuka łatwego efektu — zamiast fajerwerków proponuje powolne zanurzenie w świecie pełnym symboli, duchowości i wewnętrznych konfliktów. To książka, którą warto smakować powoli, doceniając piękno języka i subtelność metafor, nawet jeśli momentami nuży tempem. Nie jest to finał spektakularny, lecz raczej ciche domknięcie historii – pełne smutku, siły i refleksji.

Polecam tę powieść czytelnikom, którzy w fantasy szukają nie tylko przygody, ale też emocjonalnej głębi, kobiecej perspektywy i moralnej złożoności. Jeśli jednak stawiacie bardziej na akcję, dramatyczne wydarzenia czy humor – to Płonące królestwa mogą nie być najlepszym wyborem.



Szpet wiatru to drugi tom cyklu Szepty rodu Eld Veriani, w którym śledzimy losy młodej dziewczyny o imieniu Zoya. Po przygodach z pierwszego tomu - kiedy to udało jej się zdobyć moc i odzyskać utraconą tożsamość - dziewczynie przyjdzie zmierzyć się z jeszcze większymi wyzwaniami. Szept wiatru rozgrywa się w zasadzie w dwóch lokalizacjach - w stolicy i na dzikich terytoriach za niebezpieczną Zaporą - i, wierzcie mi, w obu z nich dzieje się wiele, a wyzwania są poważne. Wszak nie tylko walką z potworami się żyje - trzeba umieć jeszcze lawirować wśród społecznych zasad, między ekscentrycznym królem, a zupełnie obcym plemieniem. Zoya ma jednak dar odnajdywania się we wszelakich sytuacjach, nie tracąc przy tym nic ze swojego ostrego języka - nawet jeśli trzeba opieprzyć króla za jego lekkomyślne zachowanie!

Pierwszy tom, Szept ognia, nie był książką złą - ale jak na poziom twórczość Pauliny Hendel wypadł dość przeciętnie. Zabrakło mi w nim tego "czegoś", co wyróżniałoby historię na tle innych opowieści o młodych dziewczynach walczących ze smokami i rozkochującymi w sobie dwóch młodzieńców jednocześnie. Warto jednak dawać drugą szansę, bo Szept wiatru pod każdym względem jest lepszy - jakby zarówno Autorka, jak i Zoya nabrały wiatru w żagle. Odnajdziemy tutaj wszystko to, za co cenię Autorkę: niecodzienną przygodę, świetnie skrojone postacie, lekkość pióra oraz dużą dawkę humoru - bez popadania jednak w parodię gatunku. Szept wiatru to solidna fantastyka, w której nie brakuje magii, wszelakiej maści potworów i fantastycznego świata, mającego własne zwyczaje. Zakończenie zaś rozbudza jedynie apetyt na więcej - a mnie pzoostaje mieć nadzieję, że trzeciego tomu doczekamy się równie szybko!

Kiedy świat staje się większy - ale bez przesady

Niejednokrotnie w swoich recenzjach powieści z gatunku fantasy podkreślałam jak ważna jest dla mnie kreacja świata. Pod tym kątem Szept wiatru z pewnością nie zawodzi. Jednocześnie wiele książek fantasy ma tendencję do zbytniego rozrastania się świata w każdym kolejnym tomie, zgodnie z zasadą podnoszenia stawek. I czasem to rozbudowywanie świata wprowadza niepotrzebne rozmycie głównego wątku, nie mówiąc już o tym, że potrafi przyprawić o ból głowy nowymi nazwami (im trudniejsza do wymówienia tym lepiej), a książkę doładować 100+ stronami opisów. 

Paulina Hendel znalazła jednak złoty środek - Szpet wiatru rozbudowuje świat, ale nie dodając nowe krainy, a stopniowo odkrywając to, co zostało już wprowadzone. Dzięki temu dowiadujemy się znacznie więcej na temat tego, co kryje się za zaporą, bestiariusz zostaje rozbudowany o nowe potwory (przy czym nie zapominamy o tych starych), a nawet świat dobrze znany Zoi zostaje rozbudowany poprzez podróż do stolicy i poznanie monarchy. 

Kolejne odkrywane kawałki pozwalają nam uzupełnić wiedzę o świecie przedstawionym - o zwyczaje panujące na dworze czy za zaporą. Co więcej ten tom daje nam sporo możliwości do porównywania tych dwóch światów: cywilizowanego i dzikiego, pozornie bezpiecznego i niosącego pewną śmierć. 

Jest w tej kreacji świata wspominana przeze mnie lekkość - miejsce akcji wydaje się żywe i barwne, ale bez przytłaczania. Powiedziałabym nawet, że jest w tym coś z urban fantasy, pewna dobrze znana współczesność - ale świetnie wpleciona i bardzo pasująca do stworzonego przez Paulinę Hendel świata fantasy.

Zoya na pierwszym planie

Pierwszy tom niebezpiecznie skręcał w kierunku romantasy - z obowiązkowym romantycznym trójkątem. Bałam się, że w drugim otrzymamy sporo scen cielesnych, a romantyczne wzdychania przesłonią magiczne wątki. Nic bardziej mylnego! Uważam, że tej powieści na dobre wyszło rozdzielenie zakochanej pary - bo Zoya solo dostała przestrzeń, by dojrzeć i stać się obiecującą młodą kobietą, która mogłaby rzec - cytując Megarę z animowanego Herkulesa - "dam sobie radę - jestem duża i silna. Sama wiążę sobie sandały i w ogóle". Już w pierwszym tomie Zoya pokazywała charakterek - ale także traciła głowę dla facetów. W Szepcie wiatru, będąc z dala od ukochanego pokazała na co naprawdę ją stać - na odwagę, gotowość do poświęceń, a także sporą dawkę inteligencji. Bardzo podoba mi się taka kreacja bohaterki - silnej, ale nie aroganckiej, zdolnej do empatii, ale nie cierpiącej za narody. 

I - nawet nie wiecie jak się z tego powodu cieszę! - Zoya to taka bohaterka, która umie myśleć o czekających ją zadaniach, a nie sto razy rozpamiętywać jaki to namiętny i wyjątkowy jest jej chłopak. Wiadomo - to nie skała i czasem za nim zatęskni, ale nie w taki sposób, żeby zepchnąć fabułę na dalszy plan. Wiele powieści romantasy jest strasznie spowalnianych przez monologi wewnętrzne głównych bohaterek, rozpamiętujący po raz nie wiem który spotkania z tym jedynym i zastanawiających się, czy kocha, czy nienawidzi. Tutaj tego nie ma - a i tak zostaje sporo chemii, chociaż bardziej między Zoyą i smokami niż jej chłopem (może poleciała nie na jego piękne oczy i namiętne usta, ale właśnie na posiadanie smoka?). Zmierzam do tego, że elementy romansowe tutaj są, ale w odpowiedniej dawce. 

Przygoda pełną parą

Czytając Szept wiatru nie sposób się nudzić. Dzieje się wiele, a Autorka co krok nas zaskakuje. I to nie tylko zwrotami akcji, ale także zabawą z pewnymi schematami, a co za tym idzie naszymi oczekiwaniami. Tam gdzie spodziewamy się powagi wkrada się humor, a tam gdzie myślimy, że będzie długa pogadanka król daje bohaterom strzały i mówi "przekonajcie się na własnej skórze!". Ta cała lekkość i humor nigdy nie przekraczają jednak pewnej granicy - w odpowiednich momentach potrafi pojawić się ciężar i powaga. To powieść, która z pewnością wciąga - od samego początku była niezmiernie ciekawa w jaką stronę podąży fabuła. Książkę wciągnęłam w kilka dni - choć dla osoby dysponującej czasem może to być lektura i na jeden dzień, biorąc pod uwagę, że to powieść trudna do odłożenia :)

Słowem podsumowania

Szept wiatru to przykład fantasy, które łączy w sobie wartką akcję, dobrze rozpisaną bohaterkę i świat, który zachwyca szczegółami, ale nie przytłacza. Paulina Hendel w drugim tomie cyklu pokazuje pełnię swojego talentu – wciąga czytelnika, bawi, wzrusza i nie pozwala się nudzić. To lektura obowiązkowa dla wszystkich fanów przygodowego fantasy z wyrazistymi bohaterkami (w zasadzie każda z kobiecych bohaterek w tym tomie zachwyca - i ma swój charakterek!). Jeśli pierwszy tom nie do końca was przekonał – warto dać serii drugą szansę. Szept wiatru jest dojrzalszy, dynamiczniejszy i zdecydowanie bardziej wciągający. To książka, która zapewni świetną rozrywkę, a jednocześnie sprawi, że z jeszcze większą niecierpliwością wypatruje się kolejnej części.

 


Książka "Snape. Prawdziwa twarz tajemniczego mistrza eliksirów" to w zasadzie skrupulatne, pogłębione studium postaci z serii książek o Harrym Potterze. Severus Snape to postać fascynująca, bo trudna do oceny: dręczony w młodości sam dręczy uczniów - a jednocześnie na swój pokrętny sposób o nich dba, często przekazując im wiedzę na temat obrony przed czarną magią, gdy tego przedmiotu uczy niekompetentny nauczyciel pokroju Lockharta. Człowiek rozdarty swoją obsesją względem Lily i nienawiścią względem Jamesa - przez co dba o przeżycie Harry'ego, mającego "oczy swej matki", jednocześnie znęcając się nad nim psychicznie, widząc w nim skłonności ojca do łamania zasad. Snape wymyka  się łatwej ocenie i pełnemu zrozumieniu, będąc złożonym paradoksem serii: złoczyńcą, który jest bohaterem, tyranem, który jest obrońcą, człowiekiem głębokiej nieodwzajemnionej miłości, który para się nieustannym okrucieństwem. Nic dziwnego, że taka niejednoznaczna postać doczekała się analizy - próby zrozumienia jego motywacji, zachowania, relacji z innymi postaciami z książki.

Taka analiza nie jest zadaniem łatwym, nawet mając gotowy materiał źródłowy: wszak w książkach o Harrym Potterze nawet narrator jest stronniczy niczym Dumbledore. Metoda Lorrie Kim jest systematyczna i drobiazgowa; autorka pracuje tom po tomie, aby przeanalizować działania Snape’a, jego interakcje z innymi, a także, co niezwykle istotne, jego przemilczenia. Pokazuje, jak każdy jego szyderczy uśmiech, każdy pozornie złośliwy czyn wobec Harry’ego, Hermiony i Neville’a, jest starannie skonstruowaną grą mającą na celu utrzymanie jego przykrywki. Jednocześnie autorka potrafi wskazać także te momenty, kiedy Snape'a wyraźnie poniosły emocje. W tym kontkeście niezwykle ciekawa jest analiza "Więźnia Azkabanu" z punktu widzenia powracającej do mistrza eliksirów traumy. Oprócz analizy samego kanonu - czyli książek - autorka dodaje także szerszy komentarz społeczny, w tym wątki feministyczne i intersekcjonalne (np: analizując scenę, w której Lupin doradził Neville'owi, aby walcząc ze Snapem-boginem wyobraził go sobie w ubraniach babci).

Lorrie Kim za cel postawiła sobie ukazanie dwuznaczności, a także odkupienia Snape'a. Materiał źródłowy nie zawsze daje nam pełne odpowiedzi, co do motywacji bohatera - wtedy autorka spekuluje, a popiera to ciekawymi argumentami - a od nas zależy czy się z nią zgodzimy. 

W całej książce najbardziej podobała mi się rehabilitacja Snape'a jako nauczyciela – nie tylko surowego, ale też skutecznego, uczącego umiejętności niezbędnych w trudnych czasach. W przekonujący sposób Lorrie Kim dowodzi, że pomimo swojego okropnego sposobu bycia Severus był w istocie najskuteczniejszym nauczycielem obrony przed czarną magią, jakiego Harry kiedykolwiek miał. Od wpajania uczniom podstawowych zaklęć, takich jak Expelliarmus – zaklęcie, które ostatecznie uratuje świat – po jego zaawansowane lekcje magii niewerbalnej i niewymagającej różdżki, każda lekcja ma praktyczne, często ratujące życie zastosowanie, które Kim skrupulatnie śledzi aż do jej kluczowego momentu w kulminacji serii.

I choć jako całość książka naprawdę mi się podobała, to ma kilka wad. Ta sama drobiazgowość, która czyni argumentację Kim tak przekonującą, jest również źródłem głównej słabości książki. Każdy rozdział zaczyna się od długiego, naszpikowanego cytatami streszczenia, które nie zawsze odnosi się bezpośrednio do omawianej postaci. Dla zagorzałego fana Pottera – oczywistego odbiorcy tak niszowego studium postaci – to obszerne powielanie dobrze znanych wątków fabularnych może wydawać się zbędne, skłaniając do pobieżnego przejrzenia tekstu niż głębokiego zaangażowania. W tym względzie nie pomaga powtarzająca się struktura każdego rozdziału, który oczywiście porządkuje analizę, ale w czytaniu staje się monotonna. Jest w tej książce takie naukowe zacięcie, które nie do końca sprawdza się w nienaukowym tekście. W porównaniu do książki o sekretach Dumbledore'a odniosłam także wrażenie, że nie dowiedziałam się wcale tak wiele nowego - wiele teorii dla potteromaniaczki jak ja było już znanych. Za to naprawdę doceniam wspomianą perspektywę spojrzenia na Snape'a jako skutecznego - słowo dobrego biorąc pod uwagę faworyzowanie niektórych uczniów i nękanie innych byłoby na wyrost - pedagoga; była to dla mnie zupełnie nowa perspektywa oceny Snape'a, nie tylko jako podwójnego agenta, ale właśnie "zwykłego" nauczyciela.

Mimo tych drobnych wad uważam książkę za godną polecenia każdemu fanowi serii. To poruszające studium dla tych, którzy chcą lepiej zrozumieć tragiczny heroizm Severusa Snape’a. Lorrie Kim pokazuje inny punkt widzenia niż przedstawiony w głównej osi narracyjnej książki, stawiającej Harry'ego w centrum: odsłania kurtynę by pozwolić nam dostrzec prawdziwy kształt tragedii Snape’a: historię ogromnej miłości i poświęcenia ukrytą za maską apatyczności i złośliwości. Ta książka nie daje gotowych odpowiedzi – raczej prowokuje, byśmy sami na nowo ocenili Severusa Snape’a. W tym tkwi jej największa siła: nie tyle przekonuje, co zaprasza do własnej interpretacji i refleksji nad moralną złożonością bohaterów, których wydawało się, że znamy na wylot.

 


"Jak mówić po smoczemu" to trzecia część serii "Jak wytresować smoka" Cressidy Cowell. Na podstawie tej serii powstał uwielbiany przez wielu film animowany - jednak oryginał odbiega znacznie od adaptacji, może poza Czkawką, który i w książce, i na ekranie jest...no cóż, Czkawką. Warto jednak porzucić chęć porównywania i czytać książkę na świeżo: wtedy oferuje nam niezapomnianą przygodę w świecie chłopców-wikingów i ich niesfornych smoków.

W trzecim tomie Cressida Cowell ponownie udowadnia, że potrafi połączyć slapstickowy humor, dziecięcą wyobraźnię i zaskakującą głębię emocjonalną w jednej opowieści. Na pierwszy rzut oka to jedynie szalona przygoda o chłopcu, jego smoku i pasmach katastrof - tym razem w starciu z Rzymianami. A jednak pod powierzchnią kryje się refleksja nad różnymi formami odwagi, odnajdywaniem własnej tożsamości i niełatwą drogą do przywództwa. 

Kiedy wszystko idzie na opak

Fabularnie każda z części opiera się na podobnym schemacie: Czkawka i jego przyjaciel Śledzik zawalają lekcje dla wikingów, mimo starań pakują się w kłopoty, z których ostatecznie się ratują - głównie dzięki sprytowi, inteligencji i współpracy, a nie cenionej przez pozostałych brutalności. Tym razem nasi chłopcy zostają porwani przez Rzymian, którzy mają chytry plan - oraz chrapkę na smoki, najlepiej upieczone i podane w sosie własnym. Jak zwykle u Cressidy Cowell, komedia wynika z serii pomyłek oraz nieposłuszeństwa smoka Szczerbatka. Elementem dodanym w tym tomie jest rozwinięcie smoczego języka - którym potrafi posługiwać się jedynie Czkawka - a także znaczne powiększenie świata. I to nie tylko o Rzymian, ale i klan Włamywaczek, czyli kobiet-wikingów. Tak, w końcu dostajemy w tym chłopięcym świecie dziewczęcą bohaterkę - Kamikazię - która w niczym nie ustępuje rówieśnikom.

Najzwyklejszy niezwykły bohater

Nadal zachwyca mnie morał płynący z tej książki - nie trzeba wpisywać się w powszechne cechy bohatera, by się nim stać. Pozwoliło mi to docenić kreację Szczerbatka, tak różną od filmowej. W animacji smok Czkawki jest wyjątkowy, w książce zaś nie dość, że jest to najbardziej pospolita rasa smoka, to jest on jeszcze mniejszy od swych pobratymców i pozbawiony zębów. Na Archipelagu Barbarzyńskim, gdzie dzieje się akcja książki, Czkawkę, Śledzika i Szczerbatka powszechnie uznaje się za łamagi, osoby/smoki niegodne bycia częścią plemienia. A jednak to oni ostatecznie ratują sytuację - i to w dodatku bez przechwalania się!

W tym tomie Czkawka wyróżnia się dzięki postrzeganiu smoków nie jako broni - lub jedzenia - ale jako czujących istot, które można zrozumieć. Kontrastuje to zarówno z postawą Rzymian, antagonistów tego tomu, jak i samego plemienia wikingów. Ten tom pokazuje, że prawdziwe przywództwo nie wynika z brutalnej siły, ale ze zdolności słuchania, improwizacji i tworzenia sojuszy - to właśnie w ten sposób Czkawka ratuje sytuację!

Najważniejsze rzeczy zapisujemy WIELKIMI LITERAMI

Bardzo lubię styl tej serii, który jest celowo „bałaganiarski”: tekst przeplatany jest rysunkami, dziwacznymi czcionkami i onomatopejami. Nie brakuje całych dialogów zapisanych wielkimi literami, co ma oddać krzyk czy pisanie ważnych słów jak nazwy własne. Ta forma odzwierciedla chaos, ale i energię świata Czkawki - dziecka, które wyraża, co jest dla niego ważne lub straszne. Dzięki temu książka wyjątkowo mocno przyciąga młodszych czytelników, zwłaszcza tych, którzy nie przepadają za „gęstymi” stronami pełnymi samego tekstu. To, co mogłoby się wydawać infantylne, jest w rzeczywistości świadomie dobraną strategią – Cressida Cowell nie tylko opowiada historię, ale też odtwarza żywiołową atmosferę gawędy czy pełnego emocji pamiętnika.

Słowem PODSUMOWANIA...

"Jak mówić po smoczemu" to barwna, chaotyczna i pełna humoru przygoda, która skrywa w sobie więcej, niż mogłoby się wydawać. Cressida Cowell pokazuje, że nawet w świecie wikingów najwięcej znaczy spryt, empatia i współpraca – a nie brutalna siła. To książka, która bawi slapstickowym humorem, wciąga pędzącą akcją, ale też zostawia czytelnika z ciepłą refleksją o przyjaźni, odwadze i inności.

Polecam tę część wszystkim młodym czytelnikom (oraz tym starszym, którzy lubią wracać do dziecięcych emocji), fanom lekkich, ilustracyjnie urozmaiconych historii, a także każdemu, kto kocha smoki, choćby te najbardziej niepozorne. Jeśli szukacie przygody, która rozbawi, a przy okazji pokaże, że bohaterem można być na wiele sposobów – ta seria na pewno Was oczaruje. Z każdym tomem robi się coraz lepsza, a ja nie mogę doczekać się kolejnych przygód inteligentnego Czkawki, przyjacielskiego Śledzika i leniwego Szczerbatka, który ostatecznie daje się przekonać, że warto pomagać!

 


"Baśniobór", pierwszy tom pięcioczęściowej serii dziecięco-młodzieżowej fantastyki Brandona Mulla, zaprasza czytelników do świata, w którym magia kryje się w najmniej oczekiwanym miejscu. Na pierwszy rzut oka powieść może wydawać się oparta na dobrze znanych schematach literatury dziecięcej – dwójka rodzeństwa odwiedza ekscentrycznych krewnych, odkrywa ukrytą magiczną krainę i staje w obliczu niebezpieczeństw przerastających ich wiek. Jednak sposób, w jaki Mull rozwija tę historię, nadaje jej świeżości, głównie dzięki pomysłowej kreacji świata oraz umiejętnemu balansowi między baśniowością a grozą. Widać to w portretowaniu magicznych stworzeń, którym daleko do disney'owskiej łagodności: wróżki potrafią być mściwe i kapryśne, a mieszkanki magicznego stawu bez mrugnięcia okiem mogą wciągnąć człowieka pod wodę. Mull rozumie, że prawdziwy zachwyt jest nierozerwalnie związany z niebezpieczeństwem, i osiąga doskonałą równowagę – ekscytującą bez bycia przerażającą, mroczną bez bycia posępną. Tworzy to autentyczne poczucie stawki, rzadkość w gatunku, który często chroni swoich młodych bohaterów przed prawdziwymi konsekwencjami. Tutaj nieposłuszeństwo i nierozwaga są karane, a rozsądek nagradzany. Dzięki temu tytułowy Baśniobór zachwyca i intryguje - dużo bardziej niż gdyby był to rezerwat dla milusińskich stworzonek!

To połączenie fantastyki dziecięcej z nutą grozy - ukazania, że nawet kolorowe wróżki mogą być niebezpieczne, kiedy łamie się zasady i ustalone pakty - składa się na wyjątkowość "Baśnioboru". Bardziej niż współczesną fantastykę dziecięcą książka przywołuje skojarzenia z "Opowieściami z Narnii", dostarczając podobnych emocji. Dzięki temu jest to książka, którą można czytać niezależnie od wieku - jeśli tylko ma się młode serce i chęć na niezwykła wakacyjną przygodę!

Odkrywanie tajemnic

Najmocniejszym elementem powieści jest budowa świata - rezerwatu dla magicznych stworzeń. W centrum fabuły znajdują się Kendra i Seth, rodzeństwo, które spędza wymuszone wakacje u dziadków. Jednak zamiast spodziewanej nudy mają okazję poznać ekscentrycznego dziadka i dom pełen dziwnych reguł. Ich przygoda zaczyna się, gdy - łamiąc zasady - wypijają magiczne mleko, co pozwala im zobaczyć prawdę o ogrodzie i lesie wokół posiadłości dziadka - miejsca zamieszkałego przez fantastyczne istoty. Cała menażeria wróżek, satyrów, gigantycznych krów i golemów współistnieje z ludźmi - opiekunami rezerwatu - na podstawie kruchych umów i starożytnych reguł. Jak już wspomniałam, Mull ucieka od "disney'owskiej" wizji świata dla najmłodszych, gdzie istnieje wyraźny podział na dobro i zło. Zamiast tego przedstawia istoty, które mogą być niebezpieczne jeśli zignoruje się zasady. Czy schwytanie i uwięzienie wróżki wbrew regułom to niewinna dziecięca zabawa - czy czyn mający swoje konsekwencje? Mull subtelnie dodaje do całości wymiar moralny - to czyny świadczą o złym i dobrym zachowaniu, a nie przynależność do danej grupy. Baśniobór nie jest zwykłym placem zabaw pełnym cudów; to przestrzeń, w której ścierają się porządek i chaos, pokusa i konsekwencja - co na własnej skórze odkrywają nasi bohaterowie.

W tym tkwi także siła Baśnioboru - Mull nie przynudza długimi opisami; zamiast tego pokazuje. Razem z dziećmi krok po kroku odkrywamy tajemnice - a także uczymy się konsekwencji łamania ustalonego porządku. W "Baśnioborze" nie ma więc miejsca na nudę, gdyż ciągle coś się dzieje. Zamiast długich opowieści o magicznym rezerwacie, aktywnie wyruszamy na wyprawę zbadania jego tajemnicy - a to może zaprowadzić w miejsca pełne zachwytu, jak i te niebezpieczne, których powinno się unikać. Można oczywiście zarzucić pierwszemu tomowi, że jest jednym długim wprowadzeniem - ale czytając wcale się tego nie odczuwa, dzięki zaangażowaniu w wydarzenia - a nie czytania długich monologów opowiadających nam o miejscu akcji, co ma miejsce w wielu powieściach młodzieżowych. Zasada "pokazuj, nie opowiadaj" idealnie tutaj działa!

Pokonywanie własnych słabości

Główna para bohaterów to na pierwszy rzut oka dwa stereotypy: chłopiec-rozrabiaka i grzeczna, ale nudna dziewczynka. Jednak ich cechy służą napędzaniu fabuły.  Impulsywność i ciekawość Setha to nie tylko urocze wady; są katalizatorami katastrofy. I odwrotnie, ostrożność i intelekt Kendry są jej największymi atutami, ale początkowo czynią ją też niezdecydowaną i bojaźliwą. Dynamika ich relacji ma w sobie coś autentycznego dla rodzeństwa: mogą się spierać, ale w ostateczności potrafią współpracować i stanąć za sobą murem. Mull wykorzystuje ich kontrastujące osobowości, by zbadać różne aspekty magicznego świata (niektóre zakamarki Baśnioboru mogą być odkryte dzięki ciekawości, w innych lepiej przydaje się rozwaga) i, co ważniejsze, by wykazać, że odwaga ma wiele form. Ten kontrast nie tylko napędza fabułę, ale i pokazuje, jak dzieci uczą się dojrzałości, ufności i dokonywania wyborów moralnych.

Styl pisarski Mulla jest prosty, przejrzysty i przystępny, dostosowany do odbiorcy w wieku szkolnym. Jednak pod tą prostotą kryje się warstwowość tematów: ciekawość i odpowiedzialność, pokusa i dyscyplina, odwaga i lekkomyślność. Najmocniejszą stroną powieści jest fakt, że autor nie traktuje swoich czytelników protekcjonalnie. Autor nie łagodzi mrocznych elementów – obecne są tu śmierć, niebezpieczeństwo i moralna dwuznaczność (głównie pytanie czy Seth został odpowiednio ukarany za swoje przewiny - a jednocześnie czy to nie jest część dorastania, że dzieci popełniają - nawet katastrofalne - błędy?). Nadaje to opowieści powagi, która wyróżnia ją spośród wielu utworów gatunku.

Słowem podsumowania:

„Baśniobór” to opowieść, która przypomina, że magia zawsze kryje się tuż za rogiem, ale by ją dostrzec – trzeba mieć odwagę, ciekawość i otwarte serce. Brandon Mull stworzył historię pełną przygód, niebezpieczeństw i cudów, która bawi, a jednocześnie uczy, że każde działanie ma swoje konsekwencje.

To książka idealna dla młodszych czytelników szukających niezapomnianej przygody, ale i dla dorosłych, którzy pragną ponownie poczuć dreszcz dziecięcej wyobraźni. Jeśli kochasz „Opowieści z Narnii”, klasyczne baśnie albo po prostu lubisz, gdy w fantastyce piękno miesza się z grozą – „Baśniobór” z pewnością Cię zachwyci.




 


"Jak zostać piratem" to druga część przygód Halibuta Straszliwej Czkawki Trzeciego - czy tez po prostu Czkawki - młodego wikinga, który w niczym nie przypomina swojego walecznego plemienia. Chudy, niezdarny i niepasujący do wizerunku idealnego wojownika, Czkawka po raz kolejny udowadnia, że prawdziwa odwaga i heroizm nie zawsze idą w parze z siłą mięśni. Cressida Cowell stworzyła historię, która bawi, wzrusza i skłania do refleksji, utrzymując przy tym doskonałe tempo i charakterystyczny, pełen humoru styl.

Nie będę tego ukrywać, że dopiero drugi tom pozwolił mi w pełni docenić tę historię i unikatową kreacją chłopięcego świata, w którym odwaga mylona jest z brawurą, a siła z możliwością znęcania się nad innymi. Przy pierwszym tomie łapałam się ciągle na tym, że porównywałam książkę z filmem - a to zupełnie inne historie, które łączą raczej imiona bohaterów i motyw przewodni, czyli ukazanie, że nawet najbardziej niepozorna osoba, odstająca od grupy, może okazać się prawdziwym bohaterem. Czytając drugi tom jak coś zupełnie odrębnego od filmowych wyobrażeń doskonale się bawiłam - to napisana w duchu klasycznej przygodowej fantastyki dla dzieci, w duchu Roalda Dahla, tego pana od "Charliego i fabryki czekolady", książka pełna humoru, odrobiny dziecięcych obrzydliwości i ważnej lekcji, doprawiona pasującymi, narysowanymi niby dziecięcą ręką ilustracjami. To coś, co bardzo lubię - i w stu procentach "Jak zostać piratem" spełniło moje oczekiwania względem dziecięcych książek przygodowych (które można czytać niezależnie od wieku).

Nie należy otwierać trumny, na której jest napis "nie otwierać"

Czy może być lepsze połączenie dla przygodowej powieści niż wikingowie, piraci, smoki i poszukiwanie zaginionego skarbu? Od (niedorzecznego) treningu walki na miecze na morzu w ramach Pirackiego Programu Szkoleniowego pod okiem wrzeszczącego "no, dobra mazgaje!" Pyskacza Głąba po wyprawę na wyspę Czaszkowców, by odnaleźć skarb i przy okazji nie zbudzić smoków wrażliwych na zapach (brrr, najgorsza część przygotowań do wyprawy to kąpiel!), "Jak zostać piratem" wypełnione jest akcją.

Cressida Cowell świetnie wykreowała chłopięcy świat (już się nie czepiam braku dziewczynek), w którym liczą się brud, smród i siła mięśni. Bycie nieokrzesanym jest zaletą, a myślenie jest dla słabeuszy. I takim słabeuszem jest Czkawka oraz jego przyjaciel Śledzik - para bohaterów, która jest niedoceniana za to, że rusza głową (i czytając "nie otwierać" sugerują, by tego nie robić), by ostatecznie wszystkich uratować - i to nie koniecznie w chwale, bo ciche zwycięstwa, które prowadzą do rozwoju osobistego też mają znaczenie.

Jako druga część serii, "Jak zostać piratem" znakomicie rozwija uniwersum, wprowadzając kluczowe postaci dla przyszłych wydarzeń – arcywroga Czkawki oraz tajemniczego przodka, Srogobrodego Upiora. Cowell zręcznie łączy prostą, przystępną dla młodego czytelnika fabułę z elementami, które zapowiadają bardziej złożoną narrację w kolejnych tomach. To książka, która nie tylko bawi, ale też buduje fundamenty dla epickiej opowieści o dorastaniu, przeznaczeniu i odwadze bycia sobą - wbrew przyjętym zasadom toksycznej męskości i twardego wychowania, które reprezentuje Pyskacz.

Lekcja grubiańskiego zachowania dla dla zaawansowanych zostaje przerwana

Choć "Jak zostać piratem" utrzymane jest w lekkim tonie, Cowell nie unika głębszych tematów. Druga połowa książki wprowadza nieco mroczniejszy klimat, zwłaszcza gdy Czkawka staje przed wyborem między osobistą sławą a dobrem plemienia. To właśnie finałowa decyzja bohatera stanowi sedno przesłania tej opowieści – prawdziwy heroizm nie polega na zdobywaniu chwały, lecz na poświęceniu i odpowiedzialności za tych, których się kocha. To piękna, uniwersalna lekcja, podana bez nadęcia, za to z dużą dozą humoru i ciepła.

Do przesłania książki pasuje także postać Szczerbatka, smoka tak innego od filmowej wersji. Tutaj smoczek jest samolubny, drażliwy i nie daje się łatwo wytresować. Widać jednak jak stopniowo się zmienia - zależy mu na Czkawce, więc zaczyna stawiać jego dobro nad swoją wygodę. W kluczowych momentach nasz bohater może liczyć na pomoc niesfornego smoka, co buduje między nimi piękną przyjaźń. 

Słowem podsumowania...

Gdy odrzucić się zbędne porównywanie książki do filmu można dostrzec jej pełen potencjał. To świetna, pełna przygód i humoru powieść dla dzieci z mądrym przesłaniem. Czy Czkawka jest idealnym piratem i wikingiem? Nie, ale z pewnością jest Bohaterem, i to przez duże "B". Wszak nie jest łatwo odrzucić chwałę z myślą o innych - to tu się kryje prawdziwa odwaga. "Jak zostać piratem" to historia, która zachwyci zarówno młodych czytelników, jak i dorosłych, którzy w głębi duszy wciąż mają ochotę na przygodę. Dynamiczna akcja, błyskotliwe dialogi i postać Czkawki – nieidealnego, ale za to autentycznego bohatera – sprawiają, że trudno się od tej książki oderwać. Polecam ją miłośnikom piratów, smoków i opowieści o tym, że czasami największą siłą jest… bycie sobą!


 


John Gwynne zamyka trylogię o Krwiozaprzysiężonych z impetem godnym bojowego młota Thora – bezwzględnie, brutalnie i absolutnie wspaniale. Gniew bogów,  ostatnia część epickiej fantastyki inspirowanej nordyckimi sagami daje czytelnikom wszystko, czego mogą pragnąć: apokaliptyczne bitwy, monstrualnych wrogów, gniew bogów i – co najważniejsze – emocjonalne zaangażowanie w losy uwielbianych (lub znienawidzonych) bohaterów. Całość czyta się z zapartym tchem, podziwiając kunszt Gwynne'a w opowiadaniu inspirujących historii połączonych z militarnym rozmachem, co krok zaskakujących czytelnika. Wszak w brutalnym świecie Vigriðu, w którym pałający żądzą zemsty bogowie odradzają się, nikt nie jest bezpieczny. Choć po drodze można uronić łezkę, to finał jest bardzo satysfakcjonujący, a ostatnie strony kojące ducha. Jest dokładnie tak, jak powinno być w finałowym tomie: mocniej, brutalniej, ale jednocześnie z pamięcią o zamykaniu poszczególnych wątków. Można by rzec: tam, gdzie wiele trylogii potyka się na ostatnim etapie, Gwynne przebija się przez finał niczym berserk w formacji tarcz, z uniesionym toporami i dotrzymanymi przysięgami.

Mistrzowska lekcja epickiego, mrocznego fantasy


Akcja książki rozpoczyna się dokładnie w miejscu, gdzie zakończyła się Głód bogów, rzucając czytelnika z powrotem w chaos targanej burzami krainy Vigrið – inspirowanego nordycką mitologią świata, gdzie bogowie chodzą po ziemi, potwory wypełzają z głębin, a zemsta płonie jak smoczy ogień. To bez wątpienia najbardziej naładowana akcją część trylogii – i chociaż taka intensywność mogłaby przytłoczyć inne dzieła, Gwynne umiejętnie osadza widowiskowość w tym, co zawsze było jego największą siłą: bohaterach.

Są tu oblężenia, zasadzki, bitwy morskie i pojedynki, które mogą śmiało stanąć obok najlepszych scen bitewnych w historii gatunku. Starcie morskie szczególnie się wyróżnia – namacalne, brutalne i niemal filmowe. Opisy starć - zarówno jeden na jednego, jak w w dużych formacjach sprawiają wrażenie autentycznych i dynamicznych: każdy opisywany cios, unik są przemyślane i tworzące pewną choreografię walki uchwyconą w słowach. Czy to w walce toporem i tarczą, czy między bogami a trollami – opisy nigdy nie tracą przejrzystości, nawet jeśli na polu bitwy króluje chaos.

I tak, to naładowanie tego tomu scenami walki mogłoby przytłoczyć, gdyby nie emocjonalna waga, która za nimi stoi. Każdy z bohaterów ma swoje motywacje - szlachetne bądź nie - by angażować się w walkę, przez co każde starcie ma znaczenie.

Bohaterowie, którzy stają się rodziną


Największą siłą Gwynne’a są jego postaci. Więzi między Krwiozaprzysiężonymi – zaciekła opiekuńczość Orki, nieugięta ambicja Elvary, lojalność Einara Półtrolla czy urok Varga  – sprawiają, że to nie jest tylko opowieść o wojnie z potężnymi bóstwami, chcącymi unicestwić świat. To historia wybranej, odnalezionej rodziny, przysiąg silniejszych niż krew. I w tym - relacjach między bohaterami - tkwi serce tej trylogii. Tak jak wspominałam, ta część pełna jest akcji, ale nie pozbawiona jest momentów oddechu - chwil takich jak wspólne posiłki bohaterów, w trakcie których wyrażane są obawy, ale także nadzieje. Dzięki skupieniu na losach bohaterów - a nie płonącego świata - wydarzenia takie jak zdrada rozdzierają serce; zaś zemsta jest niezwykle satysfakcjonująca. 

Pomysłowo, brutalnie i nieprzewidywalnie


Świat stworzony przez Gwynne’a pozostaje równie dopracowany - i autentyczny. Choć mocno inspirowany nordyckimi sagami, pełen jest oryginalnych reinterpretacji, dzięki czemu zaskakuje. Zaś legendarna podbudowa - dawna wojna bogów przynosząca zniszczenie i wizja jej powrotu - sprawiają, że świat wydaje się bogaty. Powieść z pewnością wpisuje się w ponure dark fantasy. Gwynne nie unika zdrady, okrucieństwa ani najciemniejszych zakamarków ludzkiej (i nieludzkiej) natury. To kwintesencja moralnej niejednoznaczności tej opowieści, świata, w którym chwała i okrucieństwo idą ręka w rękę.

A jednak – pośród tej furii – jest też piękno. Gwynne ożywia mitologię pełną niezwykłej magii, szalonych pomysłów i znakomitych scen, zapadających w pamięć swym rozmachem. Zaś brutalność i okrucieństwo równoważone są wspomnianymi relacjami tworzonymi między bohaterami - mimo całego mroku i nadchodzącej apokalipsy, w postaciach ciągle tli się nadzieja na spokojniejsze jutro. 

Słowem podsumowania... 

Gniewem bogów Gwynne pokazuje jak się powinno pisać zakończenia epickich trylogii. Jest więcej i mocniej, ale jednocześnie ostatni tom nie gubi głębi. Pozornie to opowieść o walce z przeciwnościami losu i wskrzeszonymi bogami, pałającymi żądzą zniszczenia - w swym rdzeniu jest to jednak historia o przysięgach. O tych składanych rodzinie, towarzyszom, idei i samemu sobie. O cenie ich dotrzymania i odwadze, jakiej to wymaga. I taki jest ostatni tom - dotrzymaniem przysięgi złożonej czytelnikom, że warto się w tą historię zaangażować!

 


„Szpet ognia” Pauliny Hendel to powieść fantasy, która nie próbuje rewolucjonizować gatunku, ale za to oferuje solidną dawkę rozrywki, opakowaną w lekki styl i sympatycznych (choć czasem irytujących) bohaterów. To książka, która nie zaskakuje, ale skutecznie wciąga – głównie dzięki dynamicznej akcji, humorowi i ciekawemu bestiariuszowi, który nadaje światu pewnego charakteru. Jednocześnie to nic więcej - zabrakło mi w tej powieści większej kreatywności, by wyróżniła się na tle gatunku, a nadanie jej młodzieżowego tonu uprościło całość. Gdzie się podziała Autorka "Cmentarza osobliwości", cozy fantastyki z pewną głębią? "Szept ognia" to powieść odrobinę zbyt odtwórcza, by naprawdę zapadła w pamięć, ale ratuje ją lekki styl autorki. Może być to dobra lektura na lato - kiedy upały sprawiają, że nie jesteśmy zbyt wymagający i wystarcza nam, że książka szybko się czyta.

Świat i fabuła: znajome motywy, którym zabrakło więcej pazura


To, co uwiera mnie najbardziej w tej książce to bezpieczeństwo. Paulina Hendel napisała książkę przyjemną, ale nic poza tym - wykorzystała znane motywy, z którymi można było zrobić więcej, można się było z nimi zabawić. Zamiast tego całość została rozegrana dość bezpiecznie, czerpiąc garściami z tego co jest popularne - np: smoki - ale nie nadając temu nowego wymiaru. I tak, w tej powieści równie dobrze smoków mogłoby nie być, bo nie odgrywają one większej roli dla kreacji świata czy fabuły - równie dobrze można by je zastąpić każdym innym stworzeniem.

Czytając, co krok łapałam się na tym, że gdzieś to już było. Mroczna magiczna zapora chroniąca świat przed potworami? Trylogia Griszów Bardugo. Trójkąt miłosny ze szlachetnym blondynem i mrocznym brunetem (sunshine i grumpy) czy zwykła dziewczyna zyskująca nagle moce? Co druga powieść romantasy. Te motywy można ograć, ale nie kiedy gra się z nimi bezpiecznie. Weźmy taki trójkąt miłosny, który w tej powieści aż bije po oczach schematycznością - a co gdyby Zoya, główna bohaterka, na koniec nie wybrała żadnego faceta? Albo któryś z nich okazał się podłym manipulatorem? To by była zabawa z oczekiwaniami, choć może rozczarowałaby miłośników romanatsy (do których ja nie należę)

Sam świat przedstawiony również nie wyróżnia się, szczególnie jeśli czytało się już naprawdę wiele powieści fantasy. Nie oznacza to jednak, że Autorka nie włożyła żadnego trudu w jego kreację. Największą siłą świata przedstawionego są stworzenia, które go zamieszkują – od skałorożców przez pomroczniki po cierniorogi – ich nazwy i opisy nadają historii kolorytu. Starcia z nimi są zaś jednymi z lepszych scen - zacierałam ręce za każdym razem, kiedy na naszych bohaterów czyhało niebezpieczeństwo, by poznać nowego stwora i zobaczyć jak tym razem sobie poradzą.

Bohaterowie: zadziorna Zoya i narzekający mag


Zoya to typowa „irytująca, ale urocza” protagonistka – zbuntowana, niepokorna i momentami dziecinna, ale też sympatyczna dzięki swojemu poczuciu humoru. Jej przemiana z pionka w świadomą uczestniczkę wydarzeń jest wyraźna, choć nie zawsze subtelna. Najlepiej wypada dynamiczna relacja z czarnoksiężnikiem, z którym dzieli ciało – ich wewnętrzne dialogi są jednym z najzabawniejszych elementów książki. Niestety, pozostali bohaterowie (w tym męskie postaci) są dość schematyczni. Cierpi na tym powieść, gdyż większość fabuły dotyczy podróży naszej bohaterki z Solenem i Kaelem, i gdy tylko znika głos w głowie Zoi potrafi zrobić się nudno. Nasi męscy protagoniści są takie papierowi, że jak dla mnie Zoya nie miała z czego wybierać - chyba, że lubi chodzące książkowe archetypy z romantasy bez krztyny własnego charakteru :P Do tego trójkąt miłosny jest słabo rozwinięty, a „iskra” między postaciami rodzi się bardziej z konwencji niż z naturalnej chemii.

Styl i tempo: lekkość i dynamika


Chociaż narzekam w tej recenzji sporo - głównie wynika to zwyczajnie z rozczarowania, bo po autorce spodziewałam się zwyczajnie więcej - to "Szpet ognia" nie jest powieścią złą. Hendel pisze z dużą swobodą, unikając przegadania i nadmiaru wątków. Akcja toczy się szybko, ale nie chaotycznie, a humor (zwłaszcza w postaci dogryzania między kuzynami czy sarkazmu maga) działa znakomicie. To jedna z tych książek, które czyta się jednym tchem – po początkowym wahnięciu tempo przyspiesza, a kolejne strony mijają niemal niezauważalnie. Dopiero na końcu czujemy pewne rozczarowanie - ja do ostatniej strony czekałam, że nastąpi zwrot o 180 stopni i zostanę zaskoczona, a te wspominane znane motywy okażą się jedynie zmyłką.

Słowem podsumowania...

"Szpet ognia" to lekka i przyjemna powieść - i gdyby był to debiut to byłabym zadowolona. Jednak w przypadku Pauliny Hendel mam porównanie, przez co opowieść o Zoi nieco rozczarowuje, jakby autorka poszła na łatwiznę łącząc swój niezły styl ze znanymi motywami, nie dając nam niczego więcej. Największym minusem „Szpetu ognia” jest jego przewidywalność. Jeśli czytaliście wiele powieści fantasy, domyślicie się głównych zwrotów akcji już na wczesnych stronach. To wciąż sprawnie napisana historia, ale po Hendel spodziewałam się zwyczajnie czegoś więcej - "Cmentarz osobliwości" ciągle siedzi mi w głowie, choć przeczytałam go kilka lat temu; zaś "Szpet ognia" nie będzie pierwszą książką, która przyjdzie mi do głowy na hasło "smoki". 

To powieść przede wszystkim dla młodszych czytelników, którzy dopiero odkrywają fantasy, lub dla fanów gatunku szukających lekkiej, zabawnej przygody bez zawiłości. To pozycja, która nie przytłacza, ale też nie zostawia trwałego śladu; dobra rozrywka, ale bez polotu. Mam nadzieję, że Paulina Hendel jeszcze nas zaskoczy – bo ten świat i ten styl aż się proszą o coś odważniejszego.

Starsze posty Strona główna

ABOUT AUTHOR

안녕하세요! Z wykształcenia doktor nauk politycznych i magister filmoznawstwa, hobbistycznie zapalona czytelniczka! Zapraszam na bloga o książkach, filmach oraz Półwyspie Koreańskim - czyli moich największych pasjach!

Categories

  • abyssos 1
  • agora 2
  • akurat 2
  • albatros 4
  • artrage 2
  • azjatyckie 91
  • beYA 1
  • bliski wschód 1
  • Books4YA 4
  • chiny 11
  • ciekawostki 7
  • copernicuscenterpress 2
  • cyberpunk 1
  • czarna owca 1
  • czarne 3
  • czytelnik 1
  • dark academia 1
  • dark fantasy 7
  • dialog 8
  • dlaczemu 2
  • dolnośląskie 1
  • dystopia 4
  • esej 4
  • europa wschodnia 1
  • fabryka słów 115
  • fae 1
  • fantastycznyorient 18
  • fantastyka 188
  • filia 2
  • film 3
  • filtry 1
  • format 1
  • foxgames 1
  • galeriaksiążki 1
  • gra książkowa 1
  • gramatyka 3
  • groza 19
  • harde 1
  • healing novel 6
  • hi:story 1
  • horror 19
  • idiom 3
  • indie 5
  • indonezja 1
  • instagram 5
  • iyashikei 2
  • jaguar 2
  • japonia 36
  • kdrama 1
  • kirin 7
  • klasyka 1
  • komedia kryminalna 5
  • komiks 3
  • korea 45
  • koreański 9
  • kryminał 24
  • krytyka polityczna 1
  • książki 188
  • kwiaty orientu 2
  • literatura dziecięca 5
  • literatura młodzieżowa 30
  • literatura piękna 21
  • literatura podróżnicza 2
  • luna 1
  • marginesy 2
  • matronat 1
  • mitologia 2
  • mova 3
  • mustread 2
  • muza 5
  • naukowe 8
  • new adult 3
  • nonfiction 8
  • nowa baśń 14
  • nyks 1
  • obyczajowa 1
  • papierowyksiężyc 2
  • patronat 4
  • planetaczytelnika 1
  • podróżnicza 1
  • powieść gotycka 2
  • powieść historyczna 12
  • prószyński 5
  • przygodowa 1
  • recenzja 175
  • relacja 7
  • replika 4
  • reportaż 14
  • retelling 1
  • retrobuki 18
  • romans 7
  • romantasy 1
  • sensacja 2
  • sf 20
  • słownictwo 8
  • space opera 1
  • sqn 6
  • szczeliny 2
  • świat książki 1
  • tajfuny 1
  • tajwan 2
  • thriller 7
  • urban fantasy 15
  • uroboros 13
  • vesper 3
  • w.a.b. 5
  • warbook 9
  • weird fiction 1
  • weneedya 2
  • western 1
  • wielka litera 1
  • wietnam 1
  • wydawnictwo ix 1
  • wydawnictwo kobiece 1
  • wydawnictwo literackie 2
  • wydawnictwo mięta 7
  • Wydawnictwo Noir sur Blanc 1
  • wydawnictwo poznańskie 2
  • wydawnictwo spisek pisarzy 1
  • wydawnictwo wab 2
  • wydawnictwo wilga 1
  • wydawnictwonoca 1
  • wyszukane 1
  • yaponia 3
  • you&ya 15
  • youngadult 26
  • yumeka 6
  • zielona sowa 2
  • znak 13
  • zygzaki 1

Matronat

Matronat
Trylogia Hierarchia magii

Matronat

Matronat
Trylogia Magów szkła

POPULAR POSTS

  • Smocza perła - recenzja
  • Pięć małych świnek (recenzja)
  • Naturalista (recenzja)
  • Gwiazdy w łańcuchach
  • #retrobuki 2000-2009
  • Muzyka otchłani
  • Polka w Korei (recenzja)
  • Space Sweepers (승리호)
  • Bogowie otchłani
  • Koreańskie społeczeństwo - przewodnik po książkach
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Szukaj na tym blogu

Blog Archive

Ważne

Wszystkie zamieszczone tutaj teksty oraz grafiki są moją własnością i nie wyrażam zgody na ich kopiowanie bez mojej zgody.

FOLLOW ME @ INSTAGRAM

Gdzie mnie znaleźć

  • Instagram
  • Lubimy czytać
  • Goodreads

Featured Post

#retrobuki

Copyright © 2016 Pani Papierek. Created by OddThemes