Pani Papierek

  • Home
  • Książkach
    • Azjatyckie
    • Naukowe
    • Gatunkowe
      • Fantastyka
      • Kryminał
  • Filmach
  • Korei
    • 한국어
    • Ciekawostki
  • Instagram
  • Współpraca

 


Ci, którzy pokochali Czarny staw, wiedzą, że największą siłą tej historii była paczka dzieciaków gotowych stawić czoła temu, czego dorośli nie widzieli lub widzieć nie chcieli. W Wile wracamy do tych bohaterów — dojrzalszych, odważniejszych, ale wciąż pełnych dziecięcej energii — i to właśnie oni sprawiają, że powrót nad jezioro jest tak ekscytujący.

Wiła to świetna kontynuacja pierwszego tomu: zachowuje wszystkie jego zalety, a jednocześnie rozwija bohaterów i pozwala im zmierzyć się z trudniejszymi tematami, jak choćby rozstanie z ukochanym zwierzakiem. To nadal ta sama historia o paczce dzieciaków, które — jak w Goonies, Stranger Things czy To Stephena Kinga — muszą poradzić sobie z tym, czego dorośli nie chcą, nie potrafią albo boją się dostrzec. I właśnie dlatego Wiła bawi, straszy i wzrusza, gwarantując równie dobrze spędzony czas jak z Czarnym stawem.

Dzieciaki, które już wiedzą, czym jest mrok

Największą siłą Wiły pozostaje motyw, który uwielbiam: dzieciaki kontra zło. Tym razem jednak Kamil i jego paczka wracają bogatsi o doświadczenia z pierwszego tomu. Nie muszą już siebie przekonywać, że nadnaturalne istoty istnieją — sami dobrze wiedzą, że coś potrafi wyjść z mroku nad Czarnym Stawem. A skoro znów pojawia się zagrożenie, dzieciaki od razu działają: szukają tropów, badają legendy i robią to, czego nie zrobią dorośli. Ba, nawet nie zawracają sobie głowy szukaniem u nich pomocy, wiedząc z doświadczenia jak łatwo ich strach może zostać zignorowany.

To młodzi bohaterowie nadają tej serii rytm: są wiarygodni, pełni emocji, odwagi, strachu i śmiechu. Ziębiński nie infantylizuje ich ani nie robi z nich „małych dorosłych”. Pozwala im przeżywać, wątpić, bać się naprawdę — dzięki czemu tak łatwo im kibicować. Mają w sobie ten sam czar, co bohaterowie wspomnianych Goonies czy Stranger Things: dzieci, które pomimo młodego wieku znajdują w sobie odwagę i siłę, by walczyć o ocalenie miasteczka, a przy tym wszystkim nie tracić tej dziecięcej fascynacji światem, który może być znacznie mniej racjonalny i poukładany niż wydaje się to dorosłym.

Czy warto znać Czarny staw przed lekturą Wiły? Z pewnością, bo choć fabularnie przedstawiają dwie zamknięte historie, to znajomość pierwszego tomu pozwala na lepsze uchwycenie dynamiki relacji miedzy bohaterami oraz ich dojrzewania.

Groza, przygoda i piękny hołd dla kota

Choć Wiła powraca do mrocznej atmosfery niebezpieczeństwa czającego się w lesie i zakradającego się do szkoły czy dziecięcych pokoi, a także odwołań do cudownie niepokojących legend, druga część jest czymś więcej niż tylko historią o strachu. To także opowieść o przyjaźni, lojalności i odwadze, która nie zawsze wygląda spektakularnie — czasem jest nią po prostu trzymanie się razem, gdy noc robi się zbyt ciemna.

Ogromnym atutem tej powieści jest wątek Pana Pulmana — prawdziwego kota, którego Ziębiński uwiecznił na kartach książki. Jego obecność jest jednocześnie wzruszająca i heroiczna: stary, chory, a jednak oddany swojej rodzinie na tyle, by stanąć oko w oko z czymś, co nawiedza jezioro. Już dla samego Pana Pulmana warto przeczytać Wiłę. I wzruszyć się, jeśli samemu doświadczyło się rozstania ze zwierzakiem.

Groza bez brutalności — idealna dla młodych czytelników

Jeśli nie lubicie horrorów, a kochacie dreszczyk, śledztwo, przygodę i legendy — Wiła to strzał w dziesiątkę. Ziębiński znowu świetnie równoważy napięcie i mrok z humorem i energią młodych bohaterów. Groza nie jest tu przesadzona, a klimat oparty na ludowych historiach działa wyśmienicie. I chociaż jest to książka kierowana do młodego czytelnika, to niezależnie od wieku można się doskonale bawić — wystarczy mieć w sobie tego ducha dziecięcej przygody i fascynacji tym, co wymyka się dorosłym umysłom. Innymi słowy, jeśli mimo strzykania w kolanie i roku urodzenia zaczynającego się od 19... nadal lubicie Goonies czy doskonale bawicie się przy Stranger Things, to Czarny staw i Wiła są książkami dla was. Jednocześnie jest tu znacznie mniej straszenia niż w To i po przeczytaniu nie będziecie się bać iść spać ze zgaszonym światłem.

Słowem podsumowania…

Wiła to kontynuacja, jakiej chciałam: pełna serca, przygody i emocji, dojrzalsza niż pierwszy tom, ale wciąż wierna temu, co w Czarnym stawie działało najlepiej. To książka, którą czyta się błyskawicznie, z uśmiechem i wzruszeniem, a czas spędzony z bohaterami po raz kolejny okazuje się „dobrze spędzonym czasem”. Opowieści o młodzieńczej odwadze, sile lojalności i przyjaźni —  których próżno szukać w dorosłym życiu, gdzie każdy zajęty jest swoimi sprawami — nigdy mi się nie znudzą, a w wydaniu tak pełnym serducha jak Wiła to mogę wracać i wracać nad ten przeklęty Czarny Staw.

 


Jeśli szukacie książki, która w upalny dzień ochłodzi was mrocznym klimatem, ale nie przytłoczy nadmiarem grozy, Czarny staw Roberta Ziębińskiego to idealny wybór. Ta powieść to  połączenie przygód w stylu The Goonies (1985) z serialem Stranger Things i odrobiną To Stephena Kinga: opowieścią o grupie dzieciaków, które jednoczą się, by stawić czoła złu, które terroryzuje miasteczko i przyjezdnych, by potem zniknąć i znów powrócić. Ziębiński stworzył historię, która bawi, straszy i wciąga – a wszystko to w rytm mrocznych lokalnych legend i rodzinnych sekretów. To powieść, którą pochłania się błyskawicznie – ale która zostaje w czytelniku znacznie dłużej, niż mogłoby się wydawać, głównie za sprawą dobrze spędzonego czasu. Bo tak można nazwać czas poświęcony na czytanie "Czarnego stawu", co zachęca do ponownego sięgnięcia po książkę co wakacje, w upalny dzień nad jeziorem - by schłodzić się odrobiną dreszczyku i mieć masę czytelniczej przyjemności.

Dzieciaki kontra mrok
Młodzi bohaterowie sugerują książkę dla młodzieży - ale klimatyczną i przygodową historię można czytać niezależnie od wieku. Sama bardzo lubię ten motyw: dzieciaków, które biorą sprawy w swoje ręce, gdy racjonalni dorośli zawodzą. Młodzi bohaterowie – z krwi i kości – to największa siła tej powieści. Ich emocje, relacje, strach i odwaga są nie tylko wiarygodne, ale autentycznie poruszające - łatwo jest im kibicować, a przez to całkowicie wciągnąć się w ich losy.

Tajemniczy staw
Czym byłaby dobra powieść grozy, gdyby nie fascynujące miejsce akcji. Autor wykorzystuje motyw "zadupia", w którym dzieje się coś złego, ale wszyscy zamiatają to pod dywan. Tytułowy Czarny Staw mąci w głowie, przeraża, ale jednocześnie fascynuje i przyciąga do siebie. Świetnie oddaje to otwarcie powieści, które nakreśla klimat całości. Sama legenda Czarnego Stawu – niby lokalna opowieść, a jednak niepokojąca, mroczna, na swój sposób ponadczasowa – prowadzi nas przez historię, która balansuje między subtelnym horrorem a dynamiczną powieścią przygodową. Nie znajdziecie tu epatowania grozą, ale znajdziecie atmosferę, której nie da się zignorować. Atmosferę, która sprawia, że czytelnik czuje się jak nad czarną taflą wody – coś czai się pod powierzchnią, ale nie wiadomo, co i kiedy się wyłoni. Samo zło miejsca stylizowane jest na lokalną legendę - zabieg, który uwielbiam!

Groza bez przesady
Nie jesteście miłośnikami hardkorowego horroru, ale lubicie atmosferę pełną niepokoju? Czarny staw jest w takim razie powieścią dla was! Ziębiński doskonale operuje strachem, unikając krwawych opisów na rzecz psychologicznego napięcia. Wie, że najskuteczniejsze są niedopowiedzenia: szepty legend, mgła unosząca się nad wodą, poczucie, że coś obserwuje nas z cienia. Czarny staw nie epatuje brutalnością, ale jego klimat – mroczny, wilgotny, podszyty ludowymi wierzeniami – wbija się w skórę jak chłodny wiatr znad jeziora. To groza dla tych, którzy wolą dreszczyk emocji niż naprawdę przerażające opowieści.

Słowem podsumowania...
"Czarny staw" to powieść, która zwyczajnie daje sporo radochy podczas czytania.  Można ją pochłonąć w jeden dzień - duża w tym zasługa stylu autora, ale i samej historii, która naprawdę wciąga. To doskonała rozrywkowa lektura – lekka, ale nie płaska, dynamiczna, ale nie powierzchowna. Nie brak w niej humoru, a postacie są tak napisane, że z przyjemnościom im się kibicuje. To idealna książka na lato – nie tylko dlatego, że chłodzi dreszczykiem, ale też dlatego, że przypomina, jak fajnie jest dać się porwać dobrej historii, przepaść na kilka godzin z książką na leżaku!


 „Koniec mapy” to psychologiczny thriller o wyjątkowo niefortunnej podróży w okolice Svalbardu. Zbieranina indywidualności trafia razem na statek, niebezpiecznie zbliżający się do miejsca, gdzie prowadzono eksperymenty nad tajemniczym wirusem. Post pandemiczny strach nie towarzyszy jednak naszym nieświadomym podróżnikom, którzy mierzą się z całkiem innym niebezpieczeństwem: ludzką naturą wobec zamknięcia na płynącym bez załogi statku. Wbrew obietnicom nie jest to powieść o grupce przypadkowych osób próbujących zapobiec wybuchowi nowej pandemii poprzez udaremnienie wydostania się wirusa – ten wątek jest zmarginalizowany, sprowadzony do pełnego napięcia finału, by na wcześniejszych stronach uderzać raczej w tony powieści obyczajowej z elementami przygody w postaci ataków niedźwiedzia polarnego.

Powieści nie czyta się źle; niestety w ostatecznym rozrachunku jest książką przeciętną, szybko ulatującą z głowy. A można było temu zaradzić w jeden prosty sposób: lepiej rozłożyć dynamikę, by zbudować suspens. Całość czyta się jak bardzo długi wstęp, wprowadzający bohaterów i jedynie sama końcówka dostarcza obiecywanych emocji. Jeśli oczekujecie klimatów rodem z „Coś” w reżyserii Johna Carpentera (lub opowiadania Johna Campbella) czy „Terroru” Dana Simmonsa (bądź serialu na podstawie) to zwyczajnie się zawiedziecie. „Końcowi mapy” zwyczajnie brakuje ciągłego trzymania w napięciu i elementu grozy, nadnaturalności, niepewności, czego jako czytelnik oczekuję od tego typu książek. Zamiast tego „Koniec mapy” to dużo bardziej katastroficzny dramat, który w centrum stawia konflikty między pasażerami. I myślę, że osobom, które nie czytają zazwyczaj powieści grozy i sci-fi, „Koniec mapy” spodoba się dużo bardziej – jako pewne odzwierciedlenie naszych czasów: turystycznej wygody, zaniku więzi międzyludzkich i problemów z komunikacją.

Pechowa wycieczka

„Koniec mapy” zaczyna się w intrygujący sposób – z prologu dowiadujemy się, że Jeskow, paleobiolog ucieka przed współpracownikiem, starając się ochronić tajemniczą walizkę. To pamiętnik Jeskowa będzie służyć nakreśleniu sytuacji sprzed przybycia załogi „Moskwy” – te zapiski pojawiają się pomiędzy poszczególnymi rozdziałami, opisującymi każdy dzień z wyprawy do Svalbardu. Od samego początku wiemy, że nie skończy się ona dobrze – świadczy o tym nie tylko prolog, ale i kłopoty wycieczkowiczów – początkowo małe, jak zaginiony bagaż, ale z każdym dniem urastające do miana katastrofy.

Zdecydowaną zaletą powieści jest komplet kompletnie różnych postaci, z których każdej poświęcone jest w książce miejsce, przedstawiające różne perspektywy. To osiem osób, które na przestrzeni małego statku i groźnych wodach, pełnych nieprzyjaznej przyrody musi się mierzyć z własnymi słabościami, tajemnicami – a także z towarzystwem współuczestników rejsu. Na tej płaszczyźnie powieść wypada naprawdę nieźle – każda z postaci ma swój cel, tajemnice i słabości, które mogą „wybuchnąć” w każdej chwili. Ciężko jest ich uznać za sympatycznych, ale nie o to w tej powieści chodzi.

Na plus oceniam także sam styl. Opisy miejsc, do których trafiają bohaterowie pobudzają wyobraźnię, dialogi są naturalne, a sceny jatki krwawe.

Zbyt powoli do przodu

Lubię powieści, których akcja jest niespieszna – jednak warto, aby za tym wolnym tempem coś stało. Oczekiwałam drobiazgowego budowania suspensu, związanego z wydarzeniami w mieście-widmie, do którego w końcu dociera nasz rejs. Jednak te wydarzenia mają znaczenie wyłącznie dla – naprawdę dobrego! – finału. Przez to większą część książki czyta się jak bardzo długie wprowadzenie, kreślące sylwetki bohaterów i ich wzajemne uprzedzenia. Nie czyta się tego źle, jednak dla mnie – jak już wspomniałam – zabrakło elementu grozy.

Co by było gdyby pasażerowie wcześniej natknęli się na wirus – a my jako czytelnicy bylibyśmy utrzymywaniu w niepewności, co do wpływu tajemniczego mikroorganizmu na ludzi. Czy ich zachowanie wynika z ludzkiej natury poddanej testowi – a może jest rezultatem działania wirusa? Zabrakło mi tego elementu tajemniczości i niepewności – bo chociaż „Koniec mapy” ma zaskakiwać wydarzeniami, to wyjadacze tego typu opowieści wcale nie będą zaskoczeni, a opóźnienie kontaktu z wirusem odbiera wiele z budowania napięcia.

Powolne wprowadzenie w teorii ma sens – ma oddawać ciągnąca się podróż, stopniowe uwięzienie bohaterów, by w końcu doprowadzić do dynamicznego i bardzo brutalnego finału (w niektórych aspektach aż za bardzo, bo kilkustronicowa scena przemocy seksualnej była naprawdę zbędna). Zakończenie dało mi sporo satysfakcji – jednak tego napięcia oczekiwałam znacznie wcześniej. To jest w zasadzie mój główny zarzut do tej powieści, który czyni ją jedynie przeciętną i nie zapadającą w pamięć: nieodpowiednie rozłożenie dynamiki i za mało elementu „nadnaturalnego” (wirusa).

Słowem podsumowania…

„Koniec mapy” to powieść, która obiecuje więcej, niż daje, ale wcale nie znaczy to, że jest zła. Jeśli szukasz psychologicznego studium ludzkich reakcji pod presją w duchu „Lorda Much” lub „Moralnego niepokoju” – ta książka może Cię wciągnąć. Autor dobrze portretuje postaci, a ich konflikty i sekrety trzymają uwagę, nawet gdy akcja toczy się leniwie.

Niestety, fanów grozy i science-fiction czeka rozczarowanie. Wirus, który miał być głównym źródłem napięcia, pojawia się zbyt późno, a brak niepewności (czy to przez wpływ patogenu, czy samą ludzką naturę) odbiera historii mocniejszy dreszcz. Mimo krwawego finału i kilku naprawdę mocnych scen, całość przypomina bardziej katastroficzny dramat niż thriller z elementami nadnaturalnymi.

„Koniec mapy” to przeciętna, ale nie pozbawiona zalet pozycja – może nie zapadnie w pamięć na długo, ale zapewni kilka wieczorów solidnej lektury. Szkoda tylko, że autor nie sięgnął po więcej: gdyby lepiej rozłożył dynamikę i wcześniej wprowadził element grozy, mógłby stworzyć coś wyjątkowego.

Mimo wszystko nie żałuję lektury – to solidny debiut, który pokazuje potencjał autora. Być może jego kolejna książka, przy większym wyważeniu suspensu i tempa, trafi w moje gusta idealnie.

 


"Awaria prądu" to antologia opowiadań grozy polskich autorek, połączonych motywem przewodnim: elektrycznością. Czy w dzisiejszych czasach może być coś straszniejszego niż tytułowa awaria prądu? Gdy świat spowija ciemność, a urządzenia elektryczne nie działają? Autorki tego zbioru opowiadań pokazały różne oblicza grozy związane z elektrycznością. I choć jak to bywa z antologiami, są tu teksty lepsze i gorsze, jako całość "Awaria prądu" naprawdę przypadła mi do gustu. Podejście do motywu przewodniego jest różnorodne i nie ma się wrażenia wtórności: zagrożenie związane z elektrycznością można zinterpretować na różne sposoby, od zabójczej burzy po krwiożercze robaki poruszające się za pomocą sieci. To naprawdę solidna antologia, ukazująca talent polskich autorek i nieszablonowe podejście - nie brakuje tekstów zawierających humor, intrygujących, jak i takich które wywołują ciarki na plecach. A wisienką na torcie jest samo wydanie: twarda oprawa, barwione brzegi, ilustracje.

Groza niejedno ma imię

Możliwe, że jestem w mniejszości, ale bardzo lubię opowiadania grozy. Krótsza forma moim zdaniem jest wprost stworzona do tego gatunku - budowanie napięcia najlepiej się sprawdza, kiedy nie przerywamy czytania, a przy powieściach jest to trudne. Z czystą przyjemnością sięgam po antologie grozy, które łączy motyw przewodni - to naprawdę fascynujące odkrywać jak różni autorzy potrafią podejść do jednego tematu. Pod tym względem czytanie "Awarii prądu" dało mi ogrom satysfakcji: siedemnaście bardzo różnych interpretacji! I choć niektóre opowiadania zapadły mi w pamięć bardziej, inne mniej to z całą szczerością tylko dwa mi się nie podobały. Jednym z nich jest "Zaciemnienie" Pauliny Hendel, które odstawało od reszty klimatycznie: jednak tematyka prądu niekoniecznie pasuje do fantastyki, a i ton opowiadania, gdzieś na pograniczu komedii i makabry mi nie zagrał. Niektóre teksty były po prostu w porządku - otwierająca "Nowa nadzieja" w znacznym stopniu nawiązuje do klasyki grozy i science-fiction w stylu Herberta George'a Wellsa czy "Frankensteina", zabrakło mi w niej jednak większej oryginalności. Inne opowiadania zostaną zaś ze mną na długo. Bardzo cenię pióro Aleksandry Bednarskiej i tym razem znów mnie nie zawiodła: "Nowy blask" to opowiadanie o toksycznej relacji matki i córki naznaczonej wypadkiem z prądem, które trzyma w napięciu do samego końca. Kolejne dwa opowiadania to również perełki tej antologii: "Paskudna sprawa", z wątkiem kryminalnym naprawdę wywołuje ciarki na plecach, a "Po drodze" to doskonały przykład krótkiego, ale świetnie napisanego opowiadania z zaskakującym finałem. Na liście moich ulubionych opwoadań znajdują się także "Błyski" z apokaliptycznym klimatem, odnoszące się do pytania "co czeka ludzkość, gdy nagle zabraknie prądu?". "Kablowa wróżka" to z kolei tekst dziwny, ale w taki intrygujący sposób - i jeszcze tak surowo napisany, że czujemy oblepiający brud w tej mrocznej wizji przyszłości. W zbiorze nie zabrakło krótkich, ale przemawiających do wyobraźni opowiadań, jak i tekstów zabawnych ("Półżab"), a nawet opowiadania o... mszczącym się chomiku. Jestem pewna, że wśród takiej różnorodności każdy miłośnik grozy znajdzie swoje ulubione opowiadanie - i to zapewne więcej niż jedno!

Słowem podsumowania...

"Awaria prądu" to antologia, która nie tylko dostarcza dreszczyk emocji, ale i pokazuje, jak kreatywnie można podejść do jednego, pozornie prostego motywu. Czym może grozić rozmowa z gniazdkiem w dziecięcym pokoju? Czy utrata prądu może zapowiadać apokalipsę? Jakie konsekwencje może mieć rażenie piorunem podczas narkotykowego tripu? I czy siedząca u lokalnego pijaczka ogromna półżaba to efekt wypicia bimberku?

"Awaria prądu" to aż siedemnaście różnych pomysłów na teksty o elektryczności i żaden z nich się nie powtarza. Elektryczność, jak i groza, mają wiele twarzy. Dla mnie ogromnym pozytywnym zaskoczeniem była ta różnorodność – niektórych może jednak rozczarować fakt, że większość opowiadań podchodzi do tematu w sposób mniej oczywisty. Zamiast klasycznych wizji świata bez prądu czy naukowych eksperymentów, autorki często eksplorują bardziej metaforyczne i niecodzienne aspekty elektryczności. Przez to pozwalają uzmysłowić sobie, że elektryczność jest wszędzie wokół nas i nie zawsze musi być "posłuszna".

Ponadto Wydawnictwo Mięta udowadnia, że książka może być nie tylko ucztą literacką, ale i wizualną – a antologie grozy nie muszą mieć wyłącznie obskurnych okładek, ale mogą dumnie stać na półce obok pięknie oprawionych klasyków.

Polecam Awarię prądu wszystkim, którzy szukają opowiadań nie tylko wywołujących dreszczyk emocji, ale i zmuszających do refleksji nad tym, jak bardzo uzależniliśmy się od prądu i jak cienka jest granica między ujarzmieniem natury a jej niekontrolowaną zemstą.


 


"Arcana" to ciekawe połączenie kryminału, dworskich klimatów i fantastyki. Na kartach powieści śledzimy losy tytułowej Arcany, wicehrabiny (czy też viskondessy, jaki tytuł nosi w książce) Amorte, która po latach nauki w szkole dla dobrze urodzonych panien powraca do rodzinnego domu. Tam jednak zamiast witających ramion rodziny, czeka na nią martwy brat, tłum szlachetnie urodzonych gości do ogarnięcia i tajemnicze eksperymenty w piwnicy. I jakby tego nie było za mało, jest jeszcze mag, wróżbitka i dziwna pętla czasu. Mocną stroną powieści jest z pewnością bohaterka - prawdziwie silna kobieta, która nie chce być ograniczana przez społeczeństwo oraz towarzysząca jej oddana służba, gotowa na każde wyzwania. Samo połączenie zagadki kryminalnej, motywu pętli czasu i dworskiego tła - ze wszystkimi konwenansami, intrygami i ploteczkami - wyróżnia tę powieść i nadaje jej niezwykłego klimatu. I chociaż można się doczepić pewnego przerysowania - dla mnie idealnie to zagrało z humorystycznym, lekko sarkastycznym tonem powieści o elitach, dla których nie ma niczego ważniejszego niż zachowanie pozorów - a dobrego przyjęcia za czyjeś pieniądze nie może zepsuć trup. Nawet trup gospodarza... "Arcana" to - mimo powieści snującej się wokół motywu morderstwa i śledztwa - lekka fantastyka z zadziorną główną bohaterką.

I będąc przy naszej bohaterce - to ona gra tu pierwsze skrzypce, więc kto się z nią nie polubi, może z łatwością się od tej książki odbić i uznać ją za irytującą (chociaż osobiście nie uważam, żeby lubienie bohatera przekładało się na przyjemność z czytania). Tak jak wspomniałam, w powieści dostajemy wątek kryminalny i fantastyczny, jednak oba są jedynie pretekstem, by tak naprawdę opowiedzieć historię Arcany - młodej kobiety, wyrywającej się spod wpływu brata, by zrzucić okowy społecznych oczekiwań wobec młodej damy. Z tego powodu wątki te mogą wydawać się nie do końca satysfakcjonujące: za mało śledztwa w wątku kryminalnym, za mało magii fantastycznym. Jednak nie jest to rasowy kryminał czy epicka fantastyka; nie chodzi w tej książce o śledzenie przesłuchań z każdym z bohaterów w stylu Agathy Christie czy poznawanie skomplikowanego systemu magicznego, stojącego za możliwościami maga i wróżbitki. Moim zdaniem spełniły swoją funkcję - intrygując i dostarczając napięcia (ciągłe pytanie kto zabił? czy uda się schwytać sprawcę? Czy Arcana popełni o eden błąd za dużo?), jednocześnie nie przyćmiewając sedna opowieści o tytułowej Arcanie, a nie zabójstwie jej brata. Wydarzenia, nawet jeśli nie przybliżają jej do odkrycia mordercy, są dla niej cenną nauczką, a kobieta ciągle się uczy. Dodatkowo motyw pętli czasu pozwala jej na testowanie, na co może sobie pozwolić, a co jednak może skończyć się źle. Tym samym "Arcanę" można czytać jako zabawną (za sprawą naszej sarkastycznej bohaterki) powieść typu coming of age z elementami kryminału i fantastyki.

To połączenie jest z pewnością odświeżające - "Arcana" to powieść, która zaskakuje, rozwijając się wbrew naszym oczekiwaniom, spychając na dalszy plan to, co w kryminalne i fantastyce uważamy za istotne. Smaczku dodaje tutaj umieszczenie całej historii wśród elit, dla których największym skandalem wydaje się, że jakaś panna rozmawiała z dżentelmenem bez przyzwoitki. Gdyby tylko wiedzieli, co gospodyni musi przed nimi ukrywać, wysyłając ich na pikniki i zabawy w labiryncie!

Powieść ubarwiają także postacie - oczywiście Arcana, która w końcu dostaje możliwość decydowania o sobie samej i musi się nauczyć wszystkich konsekwencji podejmowania decyzji. Od samego początku dostrzega ona jawną niesprawiedliwość w podejściu do kobiet i stara się pokazać, że płeć nie powinna stanowić przeszkody dla pani zamku Amorte. Towarzyszą jej Coppe, osobista służąca, oraz kamerdyner Bastioni, który zdaje się ogarniać każdą sytuację i zawsze zachować przy tym zimną krew. Członkowie elit są zaś cudownie przerysowani - łącznie z baronettim He, stereotypowym hulaką-przystojniakiem, któremu trudno się oprzeć, choć można się przez to okryć złą sławą. Czy Arcana ulegnie jego urokowi? A może jedynie przetestuje, jakby to było oddać się szalonej i romantycznej miłości, by ostatecznie napisać dla siebie własny scenariusz, w którym od początku do końca pozostaje osobą decyzyjną?

"Arcana" to ten rodzaj książki, który przypadnie do gustu tym, którzy lubię "Bridgertonów": nakreślony świat jest nieco umowny, przerysowany, ale za to jakże kolorowy, pełen pięknych i mało praktycznych strojów oraz dramatów i dramacików. Tutaj nie są one jednak związane z zamążpójściem, ale innym poważnym problemem: zgonem na przyjęciu - czyż nie brzmi to ekscytująco? Bawiłam się wyśmienicie, czytając o rozterkach Arcany - przeglądać ważne dokumenty, mogące rzucić światło na mroczną przeszłość brata i pomóc rozwiązać śledztwo, czy może wystroić się i zabawiać gości? Z całej powieści bije zabawa - igranie naszymi oczekiwaniami, co dostarcza naprawdę dużo rozrywki podczas czytania. To ciekawa, w pewien sposób wyróżniająca się jednotomówka, która z pewnością umili jesienny wieczór - jest lekko, bez zbędnego rozwlekania i wyjaśniania wątków, które jak wspomniałam były w zasadzie  jedynie pretekstem dla opowieści o biorącej los we własne ręce Arcanie. Zakończenie jest może trochę zbyt proste, dla tych którzy nastawili się na skomplikowaną intrygę - jednak w tej książce tak naprawdę liczy się droga, którą przechodzi główna bohaterka. A ta daje naprawdę dużo satysfakcji!


Anna Szumacher "Arcana" (2024)

Wydawnictwo: Mięta

 


"Kuszenie" to pierwszy tom otwierający nową serię Katarzyny Bereniki Miszczuk, znanej z cyklu "Kwiat paproci". Znajdziemy tutaj wszystko to, za co można lubić styl autorki: jest lekko, zabawnie, z odrobiną romansu i zjawisk nadprzyrodzonych. To książka idealna na lato, kiedy szukamy niezobowiązującej i lekkiej lektury. Razem z bohaterką możemy porzucić miasto i udać się w Bieszczady, gdzie czeka tajemnicza rezydencja, zaskakujący księgowy oraz japońskie istoty nadnaturalne yokai! Sporo w tej powieści ekspozycji, służącej wprowadzeniu bohaterów i miejsca akcji, co może wywoływać uczucie, że niewiele się dzieje. Mnie to akurat odpowiadało - lubię wsiąkać w dany świat. Za to akcja dziejąca się w drugiej połowie książki oraz finał dzieją się odrobinę za szybko, a po drodze ginie gdzieś całe napięcie związane z nawiedzonym domem. Nie musi być to jednak wadą - mimo motywu wyciągniętego z horroru, "Kuszenie" nie stara się zbytnio grać z gatunkową konwencją, pozostając wierne romansowej obyczajówce z elementami fantasy - niczym "Kwiat paproci". W upalne dni spędziłam naprawdę miły czas z tą powieścią - i z przyjemnością poznam dalsze przygody Ewy i Adama przy prowadzeniu pensjonatu w Bieszczadach.

Powieść "Kuszenie" jest jak jedzone latem lody w powszechnie lubianym smaku, bez większych ekstrawagancji - z odrobiną czegoś nowego. Jak lody o smaku słonego karmelu. Nie jest to powieść wybitnie zaskakująca, ale za to bardzo przyjemna. To w zasadzie komediowa obyczajówka o trzydziestoletniej kobiecie, która rzuca kolejną pracę (tym razem przez kolegę o zapędach stalkera) i wiedziona intuicją postanawia wyjechać w Bieszczady. Zamierza tam kupić pensjonat, którego z jakiegoś powodu nikt nie chce. Elementy fantastyczne są tutaj subtelne, oparte głównie o stare wierzenia i przesądy. Solą w naszych karmelowych lodach są japońskie istoty nadnaturalne oraz rytuały - ale podane w przystępny sposób. Dla mnie był to fajny dodatek - chociaż uważam, że można było wycisnąć z niego więcej, a tak to pozostał jedynie dekoracją do naszego folkloru. 

Dzięki sympatycznym postaciom i lekkiej atmosferze czas spędzony z tą książką jest przyjemny. Można doczepić się, że zabrakło więcej napięcia i poczucia zagrożenia, a tajemnica domu została zbyt szybko rozwiązana. Jednak tak jak pisałam "Kuszenie" nie ma aspiracji, by bawić się gatunkami, a elementy zaczerpnięte z horroru i kryminału stanowią tu raczej pretekst wprowadzenia bohaterów - bardziej niż na rozwiązaniu tajemnicy pensjonatu, Ewie zależy na poznaniu przyczyny ciągłego noszenia kapelusza przez Adama. Przewidywalność nie odbiera tej powieści wiele - jej mocną stroną jest humor, sympatyczni bohaterowie i zwariowana rodzinka Ewy - międzypokoleniowe kobiece relacje.

"Kuszenie" to dla mnie powieść, która jest tym, co obiecuje: lekką, zabawną historią, z wieloma mrugnięciami okiem do czytelników. Powieść stoi przede wszystkim bohaterami i odrobiną tajemnicy. Po całości można spodziewać się raczej absurdalnych rozwiązań, wprowadzających dobry humor niż realnego poczucia zagrożenia i grozy. Bardzo lubię motyw nawiedzonego domu - i w konwencji humorystyczno-szeptuchowej wypada nieźle, choć można by z tego wątku wycisnąć więcej (na co trochę liczę w kolejnym tomie; wszak w pensjonacie nadal może się coś kryć). Jest to książka, która dostarczyła mi tego, czego oczekiwałam - mile spędzonego czasu w upalny dzień, bez konieczności zbytniego wysilania szarych komórek :)


Katarzyna Berenika Miszczuk "Kuszenie" (2024)
Wydawnictwo: Mięta

 


Urban fantasy połączone z mitologicznymi inspiracjami, polane sosem w postaci powieści detektywistycznej z romantyczną wisienką i szczyptą humoru - takie danie serwuje nam Agnieszka Szmatoła w powieści "Echidna”. To powieść zaskakująca na wielu poziomach, pełna ciepła, a jednocześnie nieuchwytnej tęsknoty za czymś utraconym. Konstrukcja powieści oparta jest na rozwiązywanych przez sierżant Echidnas sprawach, które wpierw nas urzekają humorem, zapraszając do małego amerykańskiego miasteczka, w którym ludzie mieszkają w białych domkach tuż obok mitologicznych postaci jak syreny, selkie czy tytułowa Echidna, by z każdym kolejnym rozdziałem nabierać większej powagi. Autorce udaje się zachować równowagę między "otulaniem" a poruszaniem poważniejszych kwestii. Te początkowe, wydawałoby się banalne sprawy pozwalają nam się zagościć w Springfield i zapoznać z bohaterami, by później odkrywać kryjące się pod maską szczęśliwości sekrety. Nim się spostrzeżemy zostaniemy wciągnięci w ten pozornie idylliczny świat i nie będziemy mogli oderwać się od tej książki.

W powieści zagadki kryminalne są jedynie pretekstem by kreślić obraz relacji międzyludzkich oraz różnorodności, która wcale nie musi prowadzić do konfliktu - wręcz przeciwnie, stanowi siłę lokalnej społeczności. Dzięki temu otrzymujemy wiele ciekawych postaci drugoplanowych, które sprawiają, że opisywane miasteczko wydaje się żywe. Ogromną zaletą jest dynamika między główną bohaterką (Mariką), a jej policyjnym partnerem (Jordanem). Oboje świetnie się uzupełniają! Interesująco wypada także Soami - dawna miłość Mariki, która związana jest z pojawiającym się w powieści motywem pamięci, która niczym widmo wisi nad bohaterką: za każdym razem kiedy Marika "zrzuca skórę" traci wspomnienia. Jest to jej przekleństwo jako istoty nieśmiertelnej, cena, którą musi płacić. Marika pamięta Soamiego w swym życiu - nie pamięta jednak rozstania. Jedna z powieściowych tajemnic budowana jest właśnie wokół tego wątku. Skontrastowany jest on z niezwykle uroczą relacją przyjaciół Mariki, którym kibicuje się już od samego początku.

Na uwagę zasługuje także budowany przez Autorkę klimat za sprawą odczuć Mariki. Jako wąż odczuwa ona zmianę pór roku i te opisy nadają ton poszczególnym częściom. Wężowa natura bohaterki została niezwykle umiejętnie wpleciona w powieść, dzięki czemu wydaje się czymś naturalnym, a jednocześnie nie definiującym naszej bohaterki, której charakterystyka nie ogranicza się do bycia wężem.

Chociaż styl powieści podobał mi się, to żeby nie było przesadnego słodzenia muszę się do jednej rzeczy przyczepić: pewnych niedopowiedzeń. Czytając niektóre fragmenty miałam wrażenie, jakbym pominęła jakiś fragment czy zdanie - to co jest oczywiste dla Autorki, nie zawsze będzie dla czytelnika i nie pogardziłabym większą ilością opisów czy podsumowań, szczególnie w odniesieniu do spraw kryminalnych. Na szczęście dotyczy to tylko niektórych fragmentów i nie wpływa na przyjemność czytania - raczej zmusza nas do uważnej lektury, której nie spodziewamy się w przypadku cozy fantasy, przytulnej fantastyki.

"Echidna" to powieść ciepła, która jednocześnie nie unika smutku. Jest jak kawa jesienią - rozgrzewająca, ale ze smakiem goryczy, co wcale nie przekreśla przyjemnych doznań. Nie brak w niej humoru i pozytywnego myślenia. Ukazuje, że nawet jeśli nad jakimś miejscem zbierają się czarne chmury, to nie znaczy że już nigdy nie wyjdzie słońce - a żadna kryminalna sprawa, od błahej kradzieży bielizny po zabójstwo nie pozostanie nierozwiązana dzięki pracy zespołowej i wzajemnemu wspieraniu się. To powieść na poprawę humoru, udowadniająca, że mitologiczne inspiracje jeszcze się nie wyczerpały, szczególnie jeśli tworzy się oryginalne historie, a nie opowiada mity na nowo. Pozycja obowiązkowa dla miłośników twórczości Anety Jadowskiej czy Katarzyny Bereniki Miszczuk, a także wszystkich tych, którzy lubią fantastykę w otulającym wydaniu z nutką melancholii!

Agnieszka Szmatoła "Echidna" (2023)
Wydawnictwo: Mięta
Starsze posty Strona główna

ABOUT AUTHOR

안녕하세요! Z wykształcenia doktor nauk politycznych i magister filmoznawstwa, hobbistycznie zapalona czytelniczka! Zapraszam na bloga o książkach, filmach oraz Półwyspie Koreańskim - czyli moich największych pasjach!

Categories

  • abyssos 1
  • agora 2
  • akurat 2
  • albatros 4
  • artrage 2
  • azjatyckie 91
  • beYA 1
  • bliski wschód 1
  • Books4YA 4
  • chiny 11
  • ciekawostki 7
  • copernicuscenterpress 2
  • cyberpunk 1
  • czarna owca 1
  • czarne 3
  • czytelnik 1
  • dark academia 1
  • dark fantasy 7
  • dialog 8
  • dlaczemu 2
  • dolnośląskie 1
  • dystopia 4
  • esej 4
  • europa wschodnia 1
  • fabryka słów 115
  • fae 1
  • fantastycznyorient 18
  • fantastyka 188
  • filia 2
  • film 3
  • filtry 1
  • format 1
  • foxgames 1
  • galeriaksiążki 1
  • gra książkowa 1
  • gramatyka 3
  • groza 19
  • harde 1
  • healing novel 6
  • hi:story 1
  • horror 19
  • idiom 3
  • indie 5
  • indonezja 1
  • instagram 5
  • iyashikei 2
  • jaguar 2
  • japonia 36
  • kdrama 1
  • kirin 7
  • klasyka 1
  • komedia kryminalna 5
  • komiks 3
  • korea 45
  • koreański 9
  • kryminał 24
  • krytyka polityczna 1
  • książki 188
  • kwiaty orientu 2
  • literatura dziecięca 5
  • literatura młodzieżowa 30
  • literatura piękna 21
  • literatura podróżnicza 2
  • luna 1
  • marginesy 2
  • matronat 1
  • mitologia 2
  • mova 3
  • mustread 2
  • muza 5
  • naukowe 8
  • new adult 3
  • nonfiction 8
  • nowa baśń 14
  • nyks 1
  • obyczajowa 1
  • papierowyksiężyc 2
  • patronat 4
  • planetaczytelnika 1
  • podróżnicza 1
  • powieść gotycka 2
  • powieść historyczna 12
  • prószyński 5
  • przygodowa 1
  • recenzja 175
  • relacja 7
  • replika 4
  • reportaż 14
  • retelling 1
  • retrobuki 18
  • romans 7
  • romantasy 1
  • sensacja 2
  • sf 20
  • słownictwo 8
  • space opera 1
  • sqn 6
  • szczeliny 2
  • świat książki 1
  • tajfuny 1
  • tajwan 2
  • thriller 7
  • urban fantasy 15
  • uroboros 13
  • vesper 3
  • w.a.b. 5
  • warbook 9
  • weird fiction 1
  • weneedya 2
  • western 1
  • wielka litera 1
  • wietnam 1
  • wydawnictwo ix 1
  • wydawnictwo kobiece 1
  • wydawnictwo literackie 2
  • wydawnictwo mięta 7
  • Wydawnictwo Noir sur Blanc 1
  • wydawnictwo poznańskie 2
  • wydawnictwo spisek pisarzy 1
  • wydawnictwo wab 2
  • wydawnictwo wilga 1
  • wydawnictwonoca 1
  • wyszukane 1
  • yaponia 3
  • you&ya 15
  • youngadult 26
  • yumeka 6
  • zielona sowa 2
  • znak 13
  • zygzaki 1

Matronat

Matronat
Trylogia Hierarchia magii

Matronat

Matronat
Trylogia Magów szkła

POPULAR POSTS

  • Smocza perła - recenzja
  • Pięć małych świnek (recenzja)
  • Naturalista (recenzja)
  • Gwiazdy w łańcuchach
  • #retrobuki 2000-2009
  • Muzyka otchłani
  • Polka w Korei (recenzja)
  • Space Sweepers (승리호)
  • Bogowie otchłani
  • Koreańskie społeczeństwo - przewodnik po książkach
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Szukaj na tym blogu

Blog Archive

Ważne

Wszystkie zamieszczone tutaj teksty oraz grafiki są moją własnością i nie wyrażam zgody na ich kopiowanie bez mojej zgody.

FOLLOW ME @ INSTAGRAM

Gdzie mnie znaleźć

  • Instagram
  • Lubimy czytać
  • Goodreads

Featured Post

#retrobuki

Copyright © 2016 Pani Papierek. Created by OddThemes