Pani Papierek

  • Home
  • Książkach
    • Azjatyckie
    • Naukowe
    • Gatunkowe
      • Fantastyka
      • Kryminał
  • Filmach
  • Korei
    • 한국어
    • Ciekawostki
  • Instagram
  • Współpraca

 


Jest to trochę reportaż-esej o Azji dziennikarza, który widać, że zna się na temacie, spędził w Azji sporo czasu i chce się podzielić swoimi przemyśleniami nie tyle o Azji przyszłości, ile o Azji w przemianie. Nie mamy tutaj samych nowinek technologicznych, ale także refleksje na temat przemian społecznych, politycznych, kulturowych. Powiedziałabym, że to książka o młodym pokoleniu w Azji, które wcale nie różni się od młodych pokoleń na świecie - i o władzy, która próbuje utrzymać tradycje wykorzystując nowe technologie, nie zawsze dostrzegając istotne zmiany pokoleniowe.

OD ŻYWNOŚCI PO BUNT MŁODEGO POKOLENIA

Tytuł “2100. Jak Azja tworzy naszą przyszłość” może idealnie pasować do pierwszego rozdziału o “pożywieniu przyszłości”, jak i tworzeniu smart cities czy wykorzystaniu technologii do społecznej kontroli.

Jednak znaczna część książki dotyczy przemian społecznych i politycznych, jak kwestie demograficzne, odrzucanie dotychczasowej kultury pracy czy patriarchatu. Z punktu widzenia Europy niektóre z opisywanych zmian mogą wydawać się nawet nieco konserwatywne, a na pewno nie wyznaczające kierunek przyszłości.

A jednak Simone Pieranni pokazuje, że przyszłość wcale nie musi oznaczać futurystycznych technologii; klonowania psów czy latających samochodów. W końcu zrozumiałam punkt widzenia autora: walczy ze stereotypami dotyczącymi Azji, także tej Azji nowoczesnej.

Ta książka w rzeczywistości to nie wizja przyszłości rodem z SCI-FI, tylko ukazanie Azji w momencie przemian, w dużej mierze wywołanych technologią i globalizacją. Ta książka to tak naprawdę opowieść o młodym pokoleniu - nie tylko pochodzącym z Azji! - ścierającym się ze starym systemem. Systemem, który może adaptuje nowoczesne metody, ale nie zawsze dostrzega zachodzące zmiany na poziomie społeczeństwa. Widoczne jest to szczególnie w duktaturach i wielu państwach azjatyckich mających problem z wdrożeniem pełnej demokracji, gdzie bardzo nowoczesne systemy monitorowania cyfrowego, stają się narzędziem kontroli. Tak jak w Chinach, gdzie władze najbardziej boją się buntu młodych ludzi, więc na celownik biorą chociażby media społecznościowe.

"Zagadnienie pracy pozwala nam uchwycić podobieństwa między naszym światem, a światem, który często uznajemy za odległy o który czasem przedstawiany jest wręcz jak inna planeta.

Nie jest to prawda, dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek: nowe wymagania pokolenia młodych Japończyków, Chińczyków, Koreańczyków są bardzo podobne do wymagań młodych Europejczyków czy mieszkańców Stanów Zjednoczonych (...)

(...) nowe pokolenia są sobie o wiele bliższe niż prawdopodobnie jeszcze klika lat temu, że przemiany które obserwujemy, są globalne i że powinniśmy może zacząć patrzeć na kraje Azji w inny sposób, próbując znaleźć punkty styczne, które mogłyby stać się podstawą do budowania wspólnych inicjatyw.

(...)W ten sposób odkrylibyśmy prawdopodobnie wiele rzeczy, z których najbanalniejsze mogłoby być na przykład zrozumienie, że rozmawianie dziś o zderzeniu cywilizacji nie ma najmniejszego sensu."

Autor pozwala sobie na wiele refleksji, nie znaczy to jednak, że w książce brakuje merytoryki. Opisując pewne przemiany - np: zmiany w podejściu do małżeństw (też jednopłciowych), pracy, czy relacji obywatel-państwo, Pieranni kreśli zwięzłe, choć istotne tło tych zmian. Wiele jest tutaj odwołań do historii współczesnej - tego co działo się 50 czy 70 lat temu - by nakreślić kontekst dla zmian lub wręcz przeciwnie, pokazać te aspekty funkcjonowania państwa, gdzie nawet nowe technologie nie gwarantują odejścia od “tradycji” (na przykład przypadek dynastii politycznych w Azji). Książka napisana jest zwięźle (to tylko 230 stron!) i to bardziej “zajawki” na pewne tematy, a jednocześnie autorowi udaje się unikanie uproszczeń.

Warto mieć jednak uwagę, że tekst został napisany w 2024 roku, a świat tak bardzo się zmienia, że np: rządzące partie mogą już nie być aktualne.

REFLEKSJA O ŚWIECIE ZMIAN

Ten refleksyjny ton połączony z merytoryką, uwzględnianiem chociażby wpływu kolonializmu czy systemów filozoficznych (konfucjanizm, taoizm) na Azję naprawde do mnie przemówił. To nie jest twarde, naukowe non-fiction, oparte na dużej ilości danych.

Krótkie rozdziały i dość szeroki zakres tematyczny, powiązany jednak myślą przewodnią (znów, nie tyle “futurystyczną Azją”, którą znamy poprzez orientalizujące wyobrażenia w stylu cyberpunka, a po prostu Azją przemian, wdrażania technologii i ścierania się starego z nowym) idealnie się sprawdzają. Jest to przez to książka szybka do przeczytania, a przy tym skłaniająca do refleksji na temat podobieństw między Europą a Azją, a także tego, że nie każde zmiany zachodzą tak szybko i w takim wymiarze jakbyśmy sobie tego życzyli; gdzie nowoczesne rozwiązania sprawiają, że idziemy w kierunku dystopii, a nie utopii.

Jednocześnie ostrzegam: trzeba przeczytać ze trzy, cztery rozdziały, by podłapać rytm autora i dostrzec powiązania; początkowo książka może wydawać się nieco chaotyczna.

PRZEGLĄD TEMATYCZNY

Jakie tematy porusza ta książka? Zaczyna się od kwestii pożywienia przyszłości i związanych z tą kwestią dylematów moralnych oraz ekonomicznych. Następnie przechodzimy do miast przyszłości - i przy tej okazji poruszone zostają kwestie klimatyczne, społeczne oraz wykorzystania technologii do zbierania danych u mieszkańcach. Kolejne kwestie dotyczą praw mniejszości, kobiet czy zmieniającej się koncepcji rodziny. Poruszona zostaje także kwestia dynastii politycznych i biznesowych, bardzo charakterystycznych dla Azji. Ostatnie rozdziały poświęcone są zaś informacji, komunikacji oraz sztucznej inteligencji.

SŁOWEM PODSUMOWANIA

„2100. Jak Azja tworzy naszą przyszłość” nie jest książką o odległym, futurystycznym świecie, lecz o teraźniejszości w ruchu. Pieranni pokazuje Azję jako przestrzeń napięć między tradycją a zmianą, między technologicznym przyspieszeniem a społecznymi ograniczeniami — i robi to w sposób, który pozwala dostrzec, jak bardzo te procesy są nam bliskie. To opowieść o młodym pokoleniu próbującym negocjować swoje miejsce w systemach, które nie zawsze nadążają za ich oczekiwaniami; o państwach, które chętnie sięgają po nowoczesne narzędzia, ale rzadziej po równie nowoczesne idee. Choć książka ma formę reporterskiego eseju i momentami pozostawia niedosyt pogłębionej analizy, jej siłą jest umiejętność łączenia pozornie odległych światów i rozbrajania uproszczonych wyobrażeń o Azji. To lektura, która nie tyle prognozuje przyszłość, ile zachęca, by spojrzeć na zachodzące dziś zmiany jako na zjawiska globalne — i zastanowić się, dokąd one wszystkich nas prowadzą.

 


Na pierwszy rzut oka „Colorful” wydaje się prostą opowieścią o duszy, która otrzymuje drugą szansę na życie. Narrator — anonimowa dusza, która popełniła kiedyś zbrodnię — trafia do ciała czternastoletniego Makoto Kobayashiego, chłopca, który po nieudanej próbie samobójczej leży w szpitalu. Jego zadaniem jest spędzić czas w nowym ciele i przypomnieć sobie, jaki błąd popełnił w poprzednim życiu. Brzmi jak moralitet, lecz Ito Mori unika nachalnego dydaktyzmu. Zamiast tego snuje subtelną, pełną ciepła i empatii historię o dojrzewaniu, samotności i o tym, jak łatwo przeoczyć „kolory” codzienności. To opowieść o drugich szansach — dawanych sobie i innym — oraz o tym, że warto spróbować jeszcze raz, nawet jeśli wydaje się, że sięgnęło się dna. Wszystko to podane jest w prostej, młodzieżowej formie, która jednak niesie głębsze przesłanie.

Codzienność Makoto poznajemy z perspektywy duszy, która uczy się życia chłopca. Wiemy, że popełniła ona jakąś zbrodnie, ale dostaje szansę na reinkarnację - jeśli tylko przypomni sobie, co to było. Jeśli jest coś co można powiedzieć o naszym narratorze-duszy, to to, że dość szybko wyciąga wnioski mając znając jedynie urywki z życia Makoto - i reaguje na nie dość impulsywnie. Niczym nastolatek, w którego się wciela! Pobyt w tym ciele staje się więc lekcją: nie o wyjątkowości bohatera, lecz o zwykłym dorastaniu. Makoto nie zawsze wzbudza sympatię, ale nie to jest sednem powieści. Najważniejsze jest jego dojrzewanie — uczenie się życia, która potrafi przecież przytłoczyć, ale nie oznacza to, by od razu się poddawać. Tytuł „Colorful” mówi wiele: ktoś, kto widział świat jako bezbarwny, uczy się dostrzegać kolory — w szczerej rozmowie z ojcem, w otwarciu na przyjaźń, w drobnych gestach codzienności.

Autorka porusza wiele trudnych tematów – samotność, presję rówieśniczą, zawiedzione uczucia, poczucie niezrozumienia w rodzinie – lecz robi to z ogromną delikatnością. Nie analizuje ich w sposób psychologiczny, raczej dotyka powierzchni, by zostawić czytelnikowi przestrzeń na własne refleksje. Można przez to zarzucić książce brak głębi i silnego emocjonalnego zaangażowania czytelnika. Wydaje się jednak, że to świadomy zabieg: Makoto nie jest postacią wyjątkową, lecz kimś, w kim każdy może odnaleźć cząstkę siebie. Jego historia nie ma poruszać wielkimi gestami, ale przypominać, że sens życia często kryje się w małych momentach i w relacjach, które budujemy na co dzień.

"Obraz rodziny Kobayashich w mojej głowie stopniowo zaczął nabierać innych barw. Nie chodzi mi o coś tak oczywistego, jak zamiana z czarnego na białe, ale raczej o ten rodzaj  sytuacji, kiedy sądziłeś, że coś jest jednokolorowe, a tymczasem gdy przyjrzałeś się bliżej, odkryłeś, że składa się z wielu różnych barw.
To co miałeś za jednolicie białe, skrywa też elementy czerni.
I czerwieni, błękitu oraz żółci.
Jasne odcienie i ciemne.
Ładne kolory i szkaradne.
W zależności od kąta patrzenia, zaczynasz dostrzegać wszystkie rodzaje barw".

Choć Colorful zaczyna się od próby samobójczej, trudno nazwać tę powieść smutną. Przeciwnie – to książka pełna światła i nadziei. Eto Mori z niezwykłą subtelnością pokazuje, że świat nie jest czarno-biały: życie składa się z odcieni dobra i zła, szczęścia i cierpienia, a kluczem jest umiejętność dostrzeżenia ich wszystkich. Optymizm tej historii nie wynika z prostych pocieszeń, ale z autentycznego zrozumienia ludzkiej słabości - każdy z nas czasami zaczyna postrzegać wszystko w czarnych barwach, ale warto dać samemu sobie drugą szansę. Bo nie ma ludzi idealnych.

"Żałowałem, że nie mogę jej powiedzieć, jak bardzo jej jasne kolory rozświetlały ponurą codzienność Makoto. Ludzie nieustannie są dla kogoś ratunkiem lub źródłem cierpienia, sami nawet tego sobie nieuświadamiając. Nasz świat ma tyle barw, że stale się w nich gubimy."

Najbardziej ujmuje mnie to, że „Colorful” przypomina o mocy empatii i otwartości. Makoto był samotny, bo sam się zamknął — nie próbował zrozumieć motywacji rodziców, a po bolesnych doświadczeniach z rówieśnikami zakładał, że kolejne relacje będą takie same. Dzięki drugiej szansie uczy się słuchać i dostrzegać drugiego człowieka. To zaskakująco proste, ale prawdziwe przesłanie: czasem wystarczy jedno „otwarcie się”, by świat znów nabrał barw. Co w kontekście Japonii - i problemu Hikikomori jest niezwykle ważne. 

Słowem podsumowania

„Colorful” urzeka swoją prostotą i szczerością. Nie oferuje dramatycznych zwrotów akcji ani wnikliwej psychologicznej analizy, ale subtelnie dotyka uniwersalnych tematów: samotności, dorastania, błędów i drugich szans. Dla młodych czytelników — i dla tych, którzy dawno przestali patrzeć na życie barwami — to lektura pełna otuchy: zachęta, by przyjąć inną perspektywę i dostrzec, że może nie jest tak źle, jak się wydawało.

 


"Cud Bramy Lwa" Mai Mochizuki to dla mnie idealne potwierdzenie powiedzenia "do trzech razy sztuka". Po dwóch tomach „Kawiarni pod Pełnym Księżycem” wiedziałam już, czego się spodziewać: magicznej atmosfery, odrobiny kotów-filozofów i całkiem sporej dawki astrologii, która momentami bardziej nużyła niż otulała. Choć oba poprzednie tomy miały w sobie urok, brakowało im tego, co w literaturze iyashikei cenię najbardziej – emocjonalnego ciepła i prawdziwego ukojenia. Dlatego trzeci tom okazał się dla mnie największym zaskoczeniem (i ulubieńcem serii). Mam wrażenie, że tym razem Mai Mochizuki znalazła właściwy balans między magią a refleksją, między deserami a horoskopami – i wreszcie pozwoliła swoim bohaterom naprawdę wybrzmieć. To wciąż ta sama kawiarnia, w której można spotkać gadające koty i odrobinę lepiej zrozumieć siebie, ale tym razem magia nie tylko otula, lecz także naprawdę działa.

"Jesteśmy jak małe łódki na morzu. Czasem towarzyszą nam niewielkie fale, ale zdarza się, że przychodzi sztorm. Ważne jest, jak ustabilizować łódkę. Jeśli pozostaniemy w zgodzie z sobą, to nieważne, co powiedzą inni, możemy iść do przodu i żyć."

Tym razem Mai Mochizuki skupia się na trzech bohaterach, których losy splatają się w subtelny, a zarazem niezwykle poruszający sposób – matce, jej przyjacielu z dzieciństwa oraz dorosłej córce. Dzięki temu historia zyskuje głębię, której brakowało w poprzednich tomach. Śledzimy losy aktorki próbującej odbudować swoje życie po publicznie potępionym romansie ze starszym mężczyzną, jej relację z matką, która zawsze ją wspierała, a także cofamy się do młodości samej matki i jej przyjaciela – ludzi, którzy również musieli nauczyć się akceptować własne wybory i tęsknoty. Motywem przewodnim staje się pytanie „co by było, gdyby?” oraz próba pogodzenia się z drogą, którą się obrało.

"Spróbowałam pysznej kawy Affogato. Intensywna słodycz lodów z lekko gorzką kawą, doskonale! Pomyślałam, że ten smak jest jak życie. Dotychczas pragnęłam tylko słodyczy i starałam się brać jedynie to, co najlepsze. A wtedy pomyślałam: "Posmakuj też gorzkiego, zmierz się z tym".

Ogromnym plusem jest ograniczenie astrologicznych dygresji – wciąż obecnych, ale już nieprzytłaczających. Dzięki temu emocje bohaterów wreszcie dochodzą do głosu, a całość nabiera autentycznego ciepła. Szczególnie postać matki – kobiety, która bezinteresownie wspiera innych, ale jednocześnie ma odwagę wybrać własne szczęście – sprawia, że ten tom naprawdę otula i pozostawia po sobie coś więcej niż tylko przyjemne wrażenie. To opowieść o miłości, wybaczaniu i o tym, że troska wobec innych nie musi oznaczać rezygnacji z siebie.

"Wtedy dotarło do mnie, jak silnym uczuciem mnie darzy, i serce zabiło mi mocniej. Powody, dla których człowiek się zakochuje, są zaskakująco proste. On (...) zna mnie, to, co pokazuję na zewnątrz, i to, co skrywam w sobie. zna także moje błędy z przeszłości, po prostu wie o mnie wszystko. Kiedy ktoś taki powiedział, że mnie kocha, czułam, że akceptuje mnie całą, taką, jaka jestem."

Słowem podsumowania...

„Cud Bramy Lwa” to dla mnie najpełniejsza i najbardziej dojrzała część cyklu – taka, w której wreszcie wszystkie elementy znalazły swoje miejsce. Kocia kawiarnia wciąż kusi aromatem magicznych deserów, ale tym razem nie jest tylko scenerią dla rozmów o horoskopie urodzeniowym – staje się przestrzenią prawdziwego spotkania, zrozumienia i pojednania ze samym sobą. Bohaterowie przestają być ilustracją dla idei, a stają się ludźmi z krwi i kości, z którymi naprawdę można współodczuwać.

Mai Mochizuki udało się coś, czego brakowało w poprzednich tomach: stworzyć opowieść, która nie tylko otula, ale też porusza. To książka o miłości, która dojrzewa wraz z życiem, o akceptacji tego, co było, i o odwadze, by mimo wszystko wybrać własne szczęście. Jeśli poprzednie części przypominały filiżankę ładnej, ale nieco zbyt chłodnej kawy, to „Cud Bramy Lwa” jest jak idealne affogato – słodko-gorzkie, ciepłe i pozostawiające w ustach smak, do którego chce się wracać.


 


Czy zdarza Wam się trafić na książkę idealnie skrojoną pod Was? W której zwyczajnie się zakochujecie, choć wcale nie jest najlepszą książką świata - ani nawet najlepszą, którą przeczytaliście? O takiej książce można powiedzieć, że ma to coś - coś specjalnego dla danego czytelnika, przez co zajmuje miejsce w jego czytelniczym sercu.

I ja mam tak właśnie z dwoma tomami "Kamogawa. Tropiciele smaków". Ot, kolejny japoński healing novel (iyashikei)- książkowy nostalgiczny otulacz, który wycisza i poprawia nastrój. I choć przeczytałam takich książek sporo, to właśnie Tropiciele smaków trafili w dziesiątek, w sam środek mojej czytelniczej tarczy. Oczarowała mnie zwykła-niezwykła historia ojca i córki, którzy prowadzą restaurację specjalizującą się w tropieniu smaków z dzieciństwa. Wszystko w tej powieści - i drugim tomie - emanuje ciepłem: od potraw, od których ślinka cieknie po relację głównych bohaterów, gdzie typowa szorstkość w stosunkach ojca z córką zastąpiła miłość do jedzenia i wspólna pamięć o matce. Do restauracji zaś przychodzą ludzie na życiowym zakręcie, których nagle naszła ogromna ochota na smaki z przeszłości - a ich skosztowanie daje ukojenie, spokój oraz w zadziwiający sposób niesie rozwiązanie problemu. 

Na tropie smaków z przeszłości

"Kamogawa" w swej prostej narracji stawia bardzo ważne pytanie: czy tęsknimy za samymi smakami z przeszłości, czy raczej za osobami, które te dania dla nas przygotowywały? Na pozór to książka o jedzeniu - opisów potraw jest tutaj sporo, a i sama para detektywów-restauratorów wyrusza na śledztwa dań. A jednak za tymi potrawami zawsze ktoś stoi - ktoś kto je przygotował albo z kim je jedliśmy. I właśnie to kryje się we wnętrzu tej powieści - opowieść o relacjach.

Oczarowało mnie w tej powieści połączenie japońskiego healing novel z powieścią w gruncie rzeczy detektywistyczną - nasi bohaterowie muszą przesłuchać świadków, wyruszyć tropem smaków z przeszłości, by odkryć jakie składniki kryły się za tym wyjątkowym dla kogoś daniem. A potem w ruch idzie magia kulinarna, by odtworzyć nie tylko smak, ale i atmosferę spożywanych posiłków.

Każda z opisywanych spraw - śledztw - ma także pewien schemat, który jednak nie sprawia wrażenia powtarzalności (jak to ma miejsce w "Zanim wystygnie kawa"), a pewnego rytmu. Składają się na niego chociażby powtarzane przed i po posiłku grzecznościowe formułki, prezentacja dań przez detektywa, a następnie opowieść o samym śledztwie. Historia nie kończy się jednak na wyjściu zadowolonego gościa - zostajemy jeszcze chwilę z ojcem i córką, których każde śledztwo zbliża do siebie, co celebrują jedząc wspólny posiłek.

Jedzenie jako pamięć

Nie wiem jak Wy, ale ja kiedy myślę o swojej babci to od razu czuję na języku jej jabłecznik, naleśniki, rosół - których nie ważne jakbym się starała nie umiem odtworzyć. Czy to jednak sam jabłecznik był cudowny, czy raczej towarzysząca mu atmosfera: beztroskie dzieciństwo, wakacje spędzane u babci, która tak się o mnie troszczyła.

W swym sednie powieść "Kamogawa" bada, jak jedzenie ucieleśnia pamięć. Każdy rozdział przedstawia klienta z nierozwiązanym pragnieniem: smakiem z dzieciństwa, daniem związanym z utraconą miłością, posiłkiem stanowiącym więź rodzinną. Dochodzenia rodziny Kamogawa – bardziej intuicyjne niż policyjne – prowadzą do odkrycia przepisów nie jako technicznych formuł, lecz jako nośników emocji i nostalgii, a także pewnego zamknięcia. Wszak odkrywszy przepis możemy wracać do tych chwil niczym do wspomnień, dzięki czemu osoba, która kojarzy się z danym posiłkiem ciągle jest z nami.

Proza Hisashi Kashiwai jest powściągliwa, oddająca spokojny rytm życia w Kioto. Unika melodramatyzmu; zamiast tego historie rozwijają się z rozmyślną powolnością, pozwalając, by to drobne szczegóły – składnik, ulotny wyraz twarzy, zapamiętany zapach – niosły emocjonalny ładunek. Tak jak potrawy przedstawiane w książce nie są tylko jedzeniem - a osobistą historią, niosącą pewien ciężar - tak i gotowanie przedstawione w tej powieści nie jest tylko technicznym połączeniem składników; jest sposobem na połączenie się ze wspomnieniami, z tożsamością, poczuciem przynależności.

Słowem podsumowania

 "Kamogawa. Tropiciele smaków" to nie jest książka dla każdego – nie znajdziecie tu nagłych zwrotów akcji czy mocnych emocji, ale spokojną, nostalgiczną opowieść, która koi jak miska gorącego ramenu (czy rosołku) w zimny dzień. To powieść dla tych, którzy lubią zanurzyć się w codziennych detalach - takich jak rodzaj ceramiki, cenią sobie literaturę pełną ciepła i refleksji, a przede wszystkim dla czytelników, którzy wierzą, że jedzenie to coś więcej niż tylko smak – że to wspomnienie, emocja i więź z drugim człowiekiem.

Polecam ją wszystkim miłośnikom literatury japońskiej, fanom healing novels i czytelnikom szukającym książki, która otuli, uspokoi i zostawi w sercu ciepło - takie uczucie, jakie towarzyszy nam po zjedzeniu bardzo smacznego posiłku, w bardzo dobrym towarzystwie. Dla mnie powiesć  Kamogawa stała się takim właśnie „comfort read” – historią, do której chce się wracać, jak do ulubionego dania z dzieciństwa. 

 


"Dziwne obrazki" autorstwa Uketsu to śmiałe i nowatorskie dzieło w gatunku kryminału, które kwestionuje tradycyjne konwencje narracji, stawiając wizualne wskazówki w centrum zagadki - a nie postać detektywa. Na pierwszy rzut oka pomysł wydaje się prosty: seria tajemniczych rysunków kryje klucz do rozwikłania wielowątkowej zagadki. Okazuje się jednak, że to misternie skonstruowane, intelektualnie stymulujące doświadczenie, które zaciera granicę między fikcją a śledztwem - jako czytelnicy dostajemy wszystkie wskazówki na obrazkach i  możemy się immersyjnie zaangażować w rozwiązanie sprawy.

Uketsu czerpie z mistrzów japońskiego kryminału, którzy nie bali się wychodzić poza gatunkowe ramy jak Ranpo Edogawa, i stawia sobie za cel dotarcie do czytelników mniej przyzwyczajonych do tradycyjnych książek — łączy prostotę z głębią, podważa pewne oczekiwania i stawia na interakcję - tak ważny element kultury nowych mediów.

I ty możesz być detektywem

Wyjątkowość "Dziwnych obrazków" tkwi w interaktywności powieści. W przeciwieństwie do tradycyjnych kryminałów, gdzie poszlaki ukryte są w dialogach lub narracji, Uketsu umieszcza wszystko, czego potrzebuje czytelnik, bezpośrednio w ilustracjach. To sprawia, że lektura zamienia się w aktywne śledztwo – książka zaprasza od pierwszych stron czytelnika do wytężenia wzroku, by dostrzec każdą kreskę, cień i pozornie nieistotny detal. Efekt? Niepowtarzalne wrażenie, jakbyśmy nie tyle czytali powieść, co rozwiązywali skomplikowaną łamigłówkę logiczną i sami łączyli poszczególne wątki - co daje ogromną satysfakcję, nawet jeśli odkryjemy rozwiązanie przed końcem książki.

Minimalistyczna proza stanowi dyskretne tło dla wizualnych wskazówek, potęgując uczucie niepokoju. Styl Uketsu jest powściągliwy, momentami wręcz chłodny, co paradoksalnie wzmacnia psychologiczne napięcie kryjące się pod powierzchnią. Przedstawione zbrodnie to nie tylko intelektualne zagadki – niosą ze sobą emocjonalny ciężar, a subtelność, z jaką autor odsłania motywacje i konsekwencje, zasługuje na uznanie. Jest coś bardzo japońskiego w tej pozornej emocjonalnej powściągliwości, która kumuluje się do momentu "cichego" wybuchu w postaci makabrycznych zbrodni. Choć pozbawiona sentymentalizmu, książka uchwyca samotność, poczucie winy i desperację, które często poprzedzają przemoc. Ten psychologiczny realizm nadaje łamigłówkom głębi — nie są one tylko intelektualnym wyzwaniem, ale też ludzką tragedią.

Triumf struktury, choć nie bez powtórzeń
"Dziwne obrazki" wciągają także strukturą. Punkt wyjścia jest zwodniczo prosty: zbiór pozornie niepowiązanych ilustracji, z których każda wiąże się z własną małą tajemnicą. Ale z czasem zaczyna wyłaniać się szersza narracja — sieć powiązanych ze sobą zbrodni, motywów i oszustw, ukrytych na widoku. Każdy rozdział poświęcony jest innemu obrazkowi, innej tajemnicy - ale jako czytelnicy domyślamy się, że w jakis sposób się łączą, co znów zachęca do wysilenia szarych komórek i snucia teorii.
Niestety pełna satysfakcja płynąca z interaktywności i immersyjności jest nieco zaburzona przez powtarzalność niektórych informacji oraz nadmierne wyjaśnianie. Uketsu jakby nie do końca ufa inteligencji czytelnika. Tutaj muszę przyznać, że Ranpo Edogawa znacznie lepiej radził sobie z wplataniem wyjaśnień w fabułę tak, żeby czytelnik zrozumiał, a jednocześnie nie czuł się jak dziecko, któremu trzeba wszystko wyjaśnić i powtórzyć. Te nadmiernie szczegółowe podsumowania w "Dziwnych obrazkach", choć mogą być pomocne dla osób czytających w biegu, nieco osłabiają satysfakcję płynącą z samodzielnego dochodzenia do rozwiązania. Elegancja minimalizmu zostaje tu nieco zachwiana, gdy każda nitka fabularna zostaje zawiązana po dwa razy, a powieść niepotrzebnie wydłużona.

Mimo to finał jest niezwykle satysfakcjonujący. To, jak wszystkie wątki splatają się w końcowych partiach, świadczy o pieczołowitości Uketsu. Odsłonięcie tajemnicy nie tylko wydaje się zasłużone – wręcz nieuniknione, jakby rozwiązanie od początku czekało na odkrycie. Dzięki temu ten niesmak związany z powtórzeniami i nadmiernym wyjaśnianiem odchodzi w zapomnienie. 

Słowem podsumowania...

"Dziwne obrazki" to nie tylko kryminał – to eksperyment literacki, który pyta: ile poszlak może kryć się na prostym obrazku? Okazuje się, że zaskakująco dużo. Choć momentami zbyt przewidywalny w wyjaśnieniach, całość jest tak świeża i wciągająca, że drobne niedociągnięcia łatwo wybaczyć. Powieść ma w sobie coś z "Domu z liści" (choć na dużo mniejszą skalę eksperymentu) - obie książki zapraszają czytelnika do aktywnego udziału. Czytanie "Dziwnych obrazków" sprawiło mi ogromną frajdę - szczególnie w tych fragmentach, w których przedstawiane są wskazówki. Ile to czasu człowiek spędził wpatrując się w obrazki i szukając rozwiązań nim przeszedł do przeczytania wyjaśnień! "Dziwne obrazki" to lektura obowiązkowa dla wszystkich miłośników łamigłówek - którzy chcą się sprawdzić w roli detektywa-amatora. Uketsu daje nam wszystkie poszlaki na tacy, a i tak finałowe rozwiązanie potrafi zaskoczyć!

 


W Kotach z Shinjuku Durian Sukegawa udowadnia, jak wielka siłą tkwi w niepozornych opowieściach z nurtu iyashikei (healing novels). Na powierzchni to skromna opowieść o mężczyźnie trafiającym do baru, w którym stali bywalcy grają w zwyczajną, a jednak niezwykłą grę: koto-lotka. Polega ona na stawianiu zakładów, który z okolicznych bezdomnych kotów pojawi się w okienku. Jednak pod spodem skrywa się opowieść o społecznych wyrzutkach - osobach, które nie potrafią do końca dopasować się do japońskiego, sztywnego społeczeństwa. Są one jak te bezpańskie koty. Durian Sukegawa jest autorem, który dostrzega godność w tych na marginesie i w cichych, zapomnianych zakamarkach świata; który potrafi oddać głos emocjom, jakie nosimy w sobie pod powierzchnią codzienności.

Co ciekawe, tą krótką i niepozorną powieść można odczytywać także w kontekstach społecznych. Ukazuje ona chociażby toksyczną kulturę pracy w Japonii, która odciska piętno na naszym bohaterze, jak i skomplikowane relacje międzyludzkie - kiedy ludzie tak bardzo zawodzą, że bardziej ceni się towarzystwo kotów. Sukegawa portretuje Japonię zderzeń: między korporacyjnym wyścigiem szczurów a ludźmi, którzy z niego wypadli - lub są na granicy wypadnięcia. Podobnie z miejscem akcji, starym pubem w miejscu, które ma zostać poddane rewitalizacji - gdzie stare zderza się z nowym.

Wbrew kociemu tytułowi nie można nazwać tej powieści typowym otulaczem - jest ona przepełniona smutkiem, ale w takim japońskim wydaniu. Nie ma więc tutaj dramatycznych wydarzeń, a zwykła szara codzienność, która w pewnym momencie staje się zbyt ciężka i łamie naszych bohaterów - szczególnie gdy odbiera im się tą odrobinę szczęścia w postaci "głupiej" gry w koto-lotka. Choć sama historia wydaje się bardzo prosta to stanowi studium samotności - ale i budowania delikatnych, niespodziewanych więzi, które czynią życie znośnym. Nawet jeśli tą relacją jest opieka nad bezpańskimi kotami i  docenienie ich charakterów za pomocą poezji.

Emocjonalne wypalenie

Koty z Shinjuku to opowieść o wypaleniu - emocjonalnym i zawodowym - mężczyzny w średnim wieku. Przypadkowe wejście do baru (jap. izakaya), fascynacja gra w koto-lotka i poznanie interesującej, ale równie niedopasowanej społecznie dziewczyny są punktami zwrotnymi w jego życiu. Nie ma tutaj ani odrobiny magii - niezwykłych kawiarni, pralni i księgarni; elementem "niezwykłym" jest margines społeczny, dzielnica, która w oczach wielkich biznesmenów powinna zostać zaorana i zamieniona w kolejne miejsce pełne nowoczesnych budynków, bez uwzględnienia potrzeb osób już przebywających w tym miejscu.

Wydarzenia w książce na nowo rozbudzają emocje w naszym bohaterze - subtelne jak przystało na japońską literaturę, ale silnie rezonujące z czytelnikiem. Czy uda mu się wyrwać z dotychczasowego życia czy poniesie sromotną porażkę?

Smutek, który ma sens


Najbardziej poruszającym aspektem Kotów z Shinjuku jest smutek. Powieść nie ucieka przed bólem czy osobistym żalem, które ciężko w pełni przezwyciężyć. Pytaniem pozostaje jak wielkim cieniem położą się na bohaterach - i czy mimo tego bólu uda im się odnaleźć choć odrobinę nadziei na szczęście i spełnienie. Jest w tej opowieści coś głęboko japońskiego: szacunek dla ciszy, melancholii, subtelne wykorzystanie przestrzeni i zwierząt jako luster emocji, skupienie się na geście, a nie deklaracji. Choć akcja dzieje się w Shinjuku, dzielnicy kojarzonej z neonami i tętniącym życiem, miejsce wydaje się kameralne i wyciszone, a także w pewnym sensie "znoszone" niczym stary płaszcz - niczym bohaterowie, którzy nie uczestniczą z siłą w społeczeństwie, tylko właśnie pozostają na uboczu (przynajmniej emocjonalnie).

Niezwykle ciekawe jest wykorzystanie bezpańskich kotów, w których nasi bohaterowie odnajdują siebie.  Kot, swoją kocią obojętnością i chwilami czułości, staje się kotwicą: przypomnieniem, że ukojenie nie polega na wymazaniu bólu, lecz na nauce życia z nim jedynie poprzez wprowadzenie drobnych zmian, nawiązanie nowych relacji. Tym samym obecna w tej powieści melancholia nie przytłacza, bo zapewnione są też chwile ulgi - chociażby w postaci gry w koto-lotka czy tworzenia kociej poezji. 

Piękno zwyczajności i blask nadziei


Największą siłą Sukegawy jest umiejętność dostrzegania poezji w codzienności i zwyczajności. Na pierwszy rzut oka ani bohaterowie, ani miejsce niczym się nie wyróżniają; co więcej - brakuje im czaru i charyzmy. Zachodzące zmiany są subtelne i nie stoi za nimi nic magicznego, niezwykłego - czy szokującego. A jednak delikatna relacja, która potrafi "uleczyć" (w pewnym stopniu) człowieka ma w sobie coś z magii - i właśnie to opisuje  Sukegawa w prosty i oszczędny sposób.

Na końcu tej smutnej, ale czułej opowieści pojawia się coś jeszcze: ulga, akceptacja, a może nawet krucha nadzieja. Taka, która nie oznacza zmiany o 180 stopni, ale tkwi w małych decyzjach, by dalej iść przez życie. Prawdziwie iyashikei musi nieśc ulgę czy katharsis - i tak dzieje się tutaj, choć bez wielkich haseł i spektakularnych przemian. To bardzo subtelna, powściągliwa proza, która jednak rezonuje z czytelnikiem o odpowiedniej wrażliwości.

Słowem podsumowania...

W czasach, gdy dominują szybkie fabuły i wymuszony optymizm, Koty z Shinjuku wyróżniają się swoim spokojem. Sukegawa nie pogania czytelnika – pozwala mu we własnym tempie zagłębiać się w historię, dostrzegać ukryty sens pod pozornie zwykłą opowieścią o codzienności. Książka, która z pozoru mówi o niczym szczególnym, a w rzeczywistości opowiada o wszystkim, co najważniejsze. Smutna i cicha, ale przynosząca ukojenie. Pełna czułości wobec tych, którzy nie pasują do narzuconych społecznych ram – wyrzuceni na margines niczym bezpańskie koty, znajdują sens w najprostszych relacjach. Mnie oczarowała, na długo rezonując w moim czytelniczym sercu.


 


"Masło" to powieść, która nie każdemu przypadnie do gustu - kto spodziewa się soczystego psychologicznego thrillera z kobiecą wersją Hannibala Lectera poczuje się zawiedziony. U podstawy tej powieści znajduje się co prawda historia kryminalna - i to nawiązująca do rzeczywistych wydarzeń - jednak wraz z czytaniem przekonujemy się, że sednem opowieści nie jest poznanie, czy Manako Kajii rzeczywiście zabiła mężczyzn - czy może zrobiła to męska zależność od kobiecej kuchni. "Masło" to tak naprawdę powieść o kobietach, ich relacjach - między sobą i ze społeczeństwem, które nakłada na nie pewne oczekiwania. Książka kreśli przerażający obraz współczesnej Japonii, pełnej samotności, w której można popasc w szaleństwo lub odnaleźć siłę w przyjaźni i kobiecej solidarności. Na kartach powieści śledzimy trzy bohaterki: deklarującą nienawiść do feminizmu Manako (która w rzeczywistości gardzi każdym poza sobą), samotną dziennikarkę Rikę i jej przyjaciółkę Reiko, która stara odnaleźć się w bezdzietnym małżeństwie. Czy Manako uda się odnieść kolejne zwycięstwo i zniszczyć Rikę i Reiko? A może jej manipulacje doprowadzą do wyzwolenia kobiet z oków, które pod społeczną presją same na siebie nałożyły? To powieść nieoczywista, pełna subtelnych napięć, która stawia pytania o rolę kobiecości, samotności i jedzenia w świecie rządzonym przez normy i stereotypy. Na ponad 500 stronach Asako Yuzuki mistrzowsko balansuje między opisami kulinarnych doznań a narastającym, choć subtelnym napięciem, tworząc historię, która wciąga do ostatniej strony. 

Relacja z jedzeniem, relacja z samym sobą

Jednym z tematów powieści jest relacja z jedzeniem. Yuzuki bada, jak jedzenie/gotowanie może być narzędziem manipulacji, ale także formą wyrazu i buntu. Samo gotowanie wydaje się pewną metaforą relacji: gotując dla kogoś, okazujemy mu miłość. Tak wydaje się naszej zabójczyni: poprzez gotowanie ukazywała swe poświęcenie dla mężczyzn, które miało być jednocześnie wyrazem jej kobiecości. A jednak na twierdzeniu Manako pojawia się znacząca rysa: kobieta gotowała to, na co sama miała ochotę. I możliwe, że tym wpędzała mężczyzn do grobu. To pokazuje, że tak naprawdę ich nie kochała. 

Istotnym tematem powieści jest także samotność - która również łączy się z jedzeniem. Przedstawieni w książce single jedzą dania gotowe; po co wkładać wysiłek w gotowanie tylko dla siebie? Jak się jednak przekonuje Rika, główna bohaterka, ma pełne prawo do rozpieszczania samej siebie jedzeniem. A szczęściem płynącym z dobrej kuchni można się także dzielić z przyjaciółmi i wcale samotnym nie być. 

Zatem w "Maśle" jedzenie pełni podwójną funkcję: jest zarówno narzędziem uwodzenia, jak i ucieczką od samotności. Manako gotuje, bo chce dzielić się smakiem i emocjami, ale jednocześnie pozostaje zamknięta w świecie, w którym kobieta musi grać określoną rolę, by przetrwać. Z kolei Rika, początkowo zdystansowana i sceptyczna, z czasem zaczyna odkrywać, że jej własne życie również jest naznaczone samotnością i lękiem przed odrzuceniem. Otwierając się na smaczne jedzenie, otwiera się na innych, zapraszając ich do swego świata. 

Autorka subtelnie ukazuje, jak jedzenie może stać się formą komunikacji, ale także mechanizmem obronnym. Czy Manako rzeczywiście manipulowała mężczyznami, czy może sama była ofiarą systemu, w którym kobiety są oceniane przez pryzmat swojej zdolności do „karmienia” – zarówno w sensie dosłownym, jak i emocjonalnym? Z kolei Rika, która zaczyna odkrywać radość płynąca z jedzenia, musi mierzyć się z docinkami dotyczącymi jej wagi. Jakby kobiecie nie wypadało być pulchniejszą - ale zarazem szczęśliwszą - bo powinna jedynie spełniać oczekiwania innych.

Kobiecość jako przepis na sukces – czy na przetrwanie?

Tematyka gotowania łączy się w powieści z rolą kobiety we współczesnym świecie. Sercem "Masła" są trzy różne i skomplikowane bohaterki. Główna bohaterka, młoda dziennikarka Rika, dostaje zadanie napisania artykułu o tajemniczej kobiecie – Manako Kajii, oskarżonej o zwabianie mężczyzn swoją kuchnią i wyłudzanie od nich pieniędzy. Manako to postać fascynująca i niejednoznaczna: z jednej strony uosabia kobiecą zmysłowość i władzę nad mężczyznami, z drugiej – jest samotną, świadomą gry na społecznych oczekiwaniach kobietą. Autorka stawia nam pytania, czy Kajii jest ofiarą tego systemu - czy może wykorzystuje go dla siebie samej. Manako tylko się wydaje, że odgrywa rolę idealnej "tradycyjnej" kobiety, nienawidzącej feminizmu - z czasem zrzuca maskę, pod którą skrywa się samotna, ale i złamana kobieta. Czy manipulacje przyniosą jej ostateczne zwycięstwo?

Obok Manako, dla której "tradycyjna" kobiecość, rozumiana jako karmienie mężczyzn, stała się obsesją, śledzimy losy Reiko. Kobieta początkowo z energią wchodzi w rolę kobiety, jakiej oczekuje od niej japońskie społeczeństwo: wychodzi za mąż, rezygnuje z kariery, w której była naprawdę dobra, i poświęca się zajmowaniu domem i oczekiwaniem na dziecko. Świetnie gotuje - ale w przeciwieństwo do Manako, robi to z myślą o innych. Czy w tym wszystkim nie zagubi jednak siebie? 

Trzecia jest Rika, kobieta "nowoczesna" - singielka poświęcająca się pracy, będąca dobra w tym co robi, ale niekoniecznie doceniana. Przecież za jej sukcesami w zdobywaniu informacji dla dziennikarskich śledztw pewnie stoi łóżko. Śledztwo w sprawie Manako sprawia, że Rika zaczyna dostrzegać, że czegoś jej w życiu brakuje - że tak naprawdę jest martwa za życia. Tym brakującym składnikiem wcale nie musi być jednak mężczyzna - a przyjaźń, pokazująca, że nawet bez romantycznych relacji nie musimy być samotni jeśli dopuścimy do siebie ludzi.

Asako Yuzuki z niezwykłą precyzją pokazuje, jak kobiety w Japonii muszą nieustannie balansować między oczekiwaniami a własnymi pragnieniami. I jak ciężko jest zadowolić innych. Idealny przykładem jest tutaj obsesja na punkcie wagi - w sprawie Manako ludzi bardziej szokowała jej "puszystość" niż popełnione przez nią zbrodnie! Bo jak "gruba" kobieta mogła uwodzić mężczyzn - do tego stopnia, by zajadali się masłem na śmierć? Co ciekawe, Yuzuki nie daje łatwych odpowiedzi na  temat kobiecości, nie wskazuje, która z postaw jest pożądana. Zamiast tego skupia się na relacjach między kobietami - tym, że siostrzaństwo daje siłę, a zazdrość i manipulacje prowadzą do samotności. 

Styl, który smakuje długo po lekturze

Proza Yuzuki jest pełna smaków, zapachów i tekstur – czytając Masło, niemal czujemy aromat topniejącego masła, słyszymy skwierczenie na patelni i wyobrażamy sobie bogactwo dań, które pojawiają się na kartach powieści. Nie brakuje tutaj sensualności związanej z jedzeniem; interesujące jest także pewne napięcie erotyczne między kobietami, które kompletnie brak w ich relacjach z mężczyznami. Jej styl jest precyzyjny, a dialogi naturalne i pełne ukrytych znaczeń. Książce można co prawda zarzucić, że jest zbyt długa, że za mało w niej akcji - a za dużo kulinarnych odniesień. Wolne tempo i dygresje również mogą niektórych zniechęcać. Jednak dla mnie ta opowieść o kobietach we współczesnym świecie okazała się bardzo angażująca. Wypowiedzi Manako potrafiły wywołać sporo emocji - jak kobieta może tak myśleć! - jednak autorka sprawnie odziera ją z masek, by ukazać w finale przesłanie tej powieści. 

Słowem podsumowania...

"Masło" to powieść, która pozornie opowiada o zbrodni, ale w rzeczywistości jest japońską feministyczną refleksją nad kobiecością, samotnością i społecznymi oczekiwaniami. To historia, która skłania do myślenia o tym, jakie role kobiety pełnią w społeczeństwie – i czy mogą się od nich uwolnić. To książka dla tych, którzy szukają literatury gęstej od znaczeń, ale jednocześnie lekkiej w formie – niczym idealnie ubite masło, które rozpływa się w ustach, pozostawiając długi posmak refleksji.

 


Po raz czwarty Toshikazu Kawaguchi udowodnił, że doskonale "czuje" uzdrawiające powieści spod znaku Iyashikei. Każda kolejna odsłona serii "Zanim wystygnie kawa" ma dla mnie ten czar; spokojne tempo i powtórzenia zasad związanych z podróżami w czasie nadają całości pewien rytm, a poszczególne historie są poruszające. Ten tom - zgodnie z tytułem - tematyzuje motyw pożegnania. I choć obowiązuje zasada, że teraźniejszości nie da się zmienić wizytą w przeszłości, to na kartach powieści okazuje się, jak odpowiednie pożegnanie pozwala odnaleźć spokój ducha. Nawet jeśli nie przywróci to życia zmarłym, to pozwoli żyć pełnią życia tym, których wcześniej blokowały wyrzuty sumienia. Każdy tom powieści można czytać niezależnie - możecie odwiedzić niezwykła kawiarnię po raz pierwszy z "Zanim się pożegnamy" lub czytać po kolei i obserwować rozwój warsztatu autora. Najbardziej przejmującą i wzruszającą opowieścią w "Zanim się pożegnamy" jest historia kobiety, która pragnęła pożegnać się ze swoim psem - trzeba być z kamienia, aby nie płakać podczas czytania! Na szczęście każda z historii przynosi ostatecznie spokój, a książka, tak jak jej poprzedniczki, niezwykle koi.

Uzdrawiająca moc literatury

Azjatyckie healing novels stanowią przykład literatury, w której ważniejsze niż literacki kunszt jest oddziaływanie na odbiorcę. Można tym powieściom zrzucić zbytnią prostotę, brak psychologicznej głębi postaci, powtarzalność - ale ich sens kryje się gdzie indziej. Od samych postaci ważniejsze są ich zmartwienia, wywołujące smutek; rozwiązania zaś często niesie spojrzenie w głąb siebie i pogodzenie się z przeszłością, by w końcu odnaleźć spokój ducha i szczęście. Kojące oddziaływanie healing novels jest ważne w Azji Wschodniej, gdzie kultura nakazuje ukrywać prawdziwe uczucia i stawiać kolektyw ponad siebie; gdzie jednocześnie obecny jest wyścig szczurów i przesadny konsumpcjonizm. Tęsknota za spokojem i spojrzeniem w głąb siebie, pogodzeniem się z własnymi uczuciami znajduje ujście w healing novels.

Siła oddziaływania serii "Zanim wystygnie kawa" kryje się w ogromnej prostocie codzienności połączonej z odrobiną nostalgii i magii. Mała, staroświecka kawiarnia funkcjonuje jako przestrzeń , w której niemożliwe staje się możliwe. Klienci kawiarni, których historie splatają się w książce, mogą podróżować w czasie, by powiedzieć to, czego nie zdążyli, ale zawsze w ramach jasno określonych zasad – i to właśnie te ograniczenia sprawiają, że emocjonalne napięcie pozostaje tak intensywne. Podróż w czasie, w której nie można zmienić teraźniejszości jest tak naprawdę metaforą podróży w głąb siebie, by pogodzić się ze swymi uczuciami, wywołanymi traumatycznym wydarzeniem związanym z bliską osobą - jej śmiercią, chorobą, odejściem. 

Jak filiżanka kawy

Czytając czwarty tom serii utwierdziłam się w przekonaniu, że kawa znaczy tutaj coś więcej niż tylko napój. Bohaterowie powieści – zarówno nowi, jak i powracający z poprzednich części – są narysowani z wielką czułością, a ich dylematy są oddane z empatią, ale bez zbędnego sentymentalizmu. Czytelnik może utożsamić się z ich pragnieniami związanymi z podróżą w przeszłość, czy to wyrażenia miłości, przeprosin, czy ostatniego pożegnania. Każda historia jest jak filiżanka kawy: zarówno gorzka, jak i słodka, pozostawiająca długi posmak refleksji.

Uniwersalność z odrobiną japońskości

"Zanim się pożegnamy", tak jak i cała seria, to prosta powieść dotykająca uniwersalnych treści. Tęsknota, miłość, pożegnanie - związane z poczuciem nierozwiązanej sprawy z przeszłości - są czymś bliskim większości ludzi, niezależnie od miejsca zamieszkania. Codzienność naszych bohaterów nie jest ściśle związana z Tokio i akcja mogłaby dziać się w dowolnym miejscu na ziemi. Nie oznacza to jednak, że w powieści nie odnajdziemy niczego typowo japońskiego, jak chociażby towarzyszące lekturze uczucie nostalgii i kontemplacji. Książka subtelnie odzwierciedla również japońskie wartości kulturowe, takie jak znaczenie harmonii wa (dążenie do spokoju i równowagi w relacjach) oraz świadomość przemijania mono no aware (powiązanie piękna z przemijaniem i melancholią). Te koncepcje, choć zakorzenione w japońskiej tradycji, rezonują jednak uniwersalnie, jako doświadczenia typowe dla człowieka.

Dla miłośników książkowych otulaczy

Chociaż "Zanim się pożegnamy" jest niewątpliwie poruszająca, jej epizodyczna struktura może wydać się niektórym czytelnikom płytka (nie wchodzimy w głębię psychologiczną postaci, które raczej reprezentują pewne archetypy relacji np: matka-dziecko, córka-ojciec), a powtarzanie reguł podróży w czasie irytujące. Ścisłe przestrzeganie zasad przenoszenia się w przeszłość, choć kluczowe dla integralności narracji, czasami ogranicza spontaniczność opowiadanych historii, które zawsze przebiegają w określony sposób. Niemniej jednak fani serii oraz osoby zaznajomione z nurtem Iyashikei prawdopodobnie uznają te aspekty za element uroku książki, a nie jej wady - i ja się właśnie do tej grupy zaliczam.

Słowem podsumowania...

"Zanim się pożegnamy" to świetna kontynuacja serii, uosabiająca istotę powieści uzdrawiających. Delikatnie zachęca czytelników do refleksji nad własnym życiem, naprawy zerwanych więzi oraz przyjęcia nieuchronności pożegnań. W świecie, który często pełen  jest pośpiechu, seria "Zanim wystygnie kawa" oferuje literackie ukojenie i przypomina, że choć kawa szybko stygnie, jej smak długo pozostaje w pamięci – jak najcenniejsze wspomnienia. Jestem oczarowana tą serią, która stanowi dla mnie literacki wyznacznik Iyashikei.

 


Noc smoka to finałowy tom trylogii Cień Kitsune, który zgrabnie spina wszystkie wątki i dostarcza rollercoaster emocji - nie sądzę, by ktokolwiek spodziewał się takiego zakończenia! Julie Kagawa umiejętnie wykorzystała inspiracje japońskim folklorem i mitologią, by stworzyć bogaty i interesujący świat, w którym na każdym kroku czają się demony - jednak siłą powieści są postacie. Każda z nich ma swoją rolę do odegrania, w tym Suki, której tragiczne losy przyciągnęły uwagę na początku pierwszego tomu, by potem oddać pola głównym bohaterom. Czytanie tej trylogii to fascynująca przygoda w duchu powieści młodzieżowych, w której jest jednak miejsce na wysoką stawkę - a co za tym idzie śmierć bohaterów. Nie zdradzam kto i jak, ale czytając Noc smoka warto przygotować chusteczki. Chociaż trylogia ta wykorzystuje znane tropy, to od początku ujęła mnie postaciami, przypominając mi koreańskie seriale fantasy (czuję, że może spodobać się miłośnikom serialu Alchemia dusz) czy japońskie anime. 

Porównując trylogię Cień kitsune do koreańskich seriali fantasy w stylu Alchemii dusz odnajduję wiele podobieństw. W obu przypadkach mamy interesujący świat nadprzyrodzony, który mimo bogactwa różnych elementów nigdy nie dominuje nad postaciami i ich ścieżką. Autorka w pełni wykorzystała japońskie inspiracje, by na drodze naszych bohaterów postawić różne kami i yokai, integrując ich obecność z fabułą. Z tego świata nadprzyrodzonego wywodzi się stawka: zapobiegnięcie dostaniu się w nieodpowiednie ręce magicznego zwoju, który może przywołać potężnego smoka spełniającego życzenia. Nasi bohaterowie muszą nie tylko zmagać się z chciwymi ludźmi, ale przede wszystkim istotami nadprzyrodzonymi chcącymi zniszczyć świat i wyrwać się z jigoku, piekła. W Nocy smoka dochodzi do kulminacji tego wątku - jednak Autorka pozostawiła jeszcze kilka niespodzianek, które sprawiają, że przyzwanie smoka ma jeszcze większe konsekwencje niż można było się spodziewać. To ten rodzaj powieści, kiedy wydaje nam się, że zmierzamy do finału, a tu nagle okazuje się, że zostało całkiem sporo stron - wypełnionych taką akcją, że do ostatniej strony czyta się z wypiekami na twarzy.

Tak jak w przypadku Alchemii dusz - czy nawet anime/mangi Dragon Ball - quest stanowi element spajający bohaterów, ale przebywanie w ich towarzystwie sprawia, że stają się bardziej interesujący niż sama misja. W trylogii Cień Kitsune poznajemy Yumeko, której droga to nie tylko dostarczenie zwoju do świątyni, ale przede wszystkim podróż pozwalająca na zaakceptowanie swej natury i odkrycie w niej siły. Na początku pierwszego tomu Yumeko jest naiwną i figlarną dziewczyną, w której żyłach płynie krew magicznego lisa. Podczas przygód dziewczyna uczy się korzystać ze swoich zdolności z mądrością, co daje jej niezwykłą siłę. Jednocześnie nie gubi gdzieś swojego uroku, stanowiąc spoiwo łączące grupę. Tatsumi to z kolei ponury samuraj, prześladowany przez więź z potężnym demonem Hakaimono. On również przechodzi przemianę, w duchu odkupienia i poświęcenia, ale także samoakceptacji. Romans między tymi postaciami nie jest oparty wyłącznie na zasadzie "przeciwieństwa się przyciągają": oboje dojrzewają do tego uczucia, a relacje między nimi wydają się szczere. Przez to Noc smoka, stanowiąca kulminację ich zmagań jest wzruszająca: czy tych dwoje ma szansę być razem? Postacie drugoplanowe również mają w sobie wiele "życia" - każde z nich ma momenty słabości i triumfu, stanowią nie tylko integralną część drużyny, ale są interesującymi postaciami także indywidualnie. Weźmy na przykład ronina, który z założenia miał wprowadzać humor - jednocześnie na drodze do finału ukazuje różne oblicza lojalności, męstwa, a także miłości. Siłą tej powieści są relacje - romantyczne i przyjacielskie - które sprawiają, że zmagania bohaterów mają bardzo emocjonalny wymiar.

Chociaż pierwszy tom (mimo dość mrocznego i tragicznego wstępu) miał w sobie jakąś lekkość, to Noc smoka niczym koreański serial funduje nam słodko-gorzkie zakończenie. Trzeba przyznać, że nie spodziewałam się tak poruszającego zakończenia. Sprawiło mi ono wiele satysfakcji - losy naszych bohaterów wydawały się nieuniknione i autorka nie poszła na skróty dając im łatwy happy end. 

Jeśli miałabym wskazać jakieś słabości tej trylogii, to opiera się ona - jak wiele młodzieżówek - na znanych tropach. Mamy wybrańca, nadchodzącą zagładę świata i grupę sojuszników, składających się z pozornie niedobranych osób. Wykorzystanie motywów japońskich również nie jest bardzo nowatorskie, choć osobom, które nie czytają zbyt wiele "azjatyckiej" fantastyki mogą wydać się świeże. A jednak Autorce udało się dodać do tych znanych elementów ładunek emocjonalny, który sprawia, że całość czyta się bardzo przyjemnie - łatwo jest się zaangażować w losy bohaterów i całkowicie przepaść w tych powieściach. Jeśli chodzi o finałowy tom, Noc smoka, to tempo książki nie jest równe: pierwsza część powoli buduje napięcie i skupia się w dużej mierze na relacjach, natomiast ostatni akt pełen jest akcji i odsłaniania tajemnic. Dzieję się to w takim tempie - podbitym jeszcze emocjonalnym wirem, że może to przytłoczyć, pozostawiając niewiele miejsca na "złapanie oddechu".

Noc smoka, oraz cała trylogia Cień Kitsune nie są powieściami stanowiącymi rewolucję dla gatunku fantastyki young adult, ale mają w sobie to coś, co sprawia, że mogą zająć wyjątkowe miejsce w sercu czytelnika. W odróżnieniu od wielu książek z tego gatunku, Autorka poświęciła wiele miejsca na budowanie postaci i relacji między nimi (zarówno na płaszczyźnie przyjaźni w grupie, jak i powoli rozwijającego się romansu), że łatwo jest zaangażować się w ich losy - a potem przeżywać wszystkie ich zmagania. Mimo oparcia na znanych tropach, Noc smoka potrafi zaskoczyć. Dodatkowo Autorka umiejętnie korzysta z japońskich wierzeń, przywołując również mniej znane istoty nadnaturalne, yokai, by stworzyć pełen magii i zagrożeń świat. Na pochwałę zasługuje także spięcie wszystkich wątków i postaci w całość, dzięki czemu nie ma się wrażenie zbędnych fragmentów. Bawiłam się świetnie czytając Cień Kitsune i z czystą przyjemnością wrócę ponownie do tej trylogii. 


Julie Kagawa Noc smoka (2020)
Polskie wydanie: Fabryka Słów (2024)


 


Mai Mochizuki w drugim tomie serii Kawiarnia pod Pełnym Księżycem ponownie zaprasza czytelników do magicznej kawiarni, w której zapach niezwykłych deserów miesza się z introspekcyjnymi opowieściami klientów. To kolejny przykład na naszym rynku wydawniczym japońskiej powieści z nurtu iyashikei, "uzdrawiających" powieści, opartych na podobnym schemacie: ukazywania skrawków życia osób czujących się w pewien sposób zagubionych, które napotykają na swej drodze niezwykłe miejsce lub osobę i w wyniku tej interakcji odnajdują spokój ducha. Powieści tego typu można oceniać nie na skali literackiej oryginalności, ale stopnia dawania ukojenia. Ich celem nie jest wszak zapisywanie się w historii literatury, ale otulenie czytelnika, zapewnienie wyciszenia i wewnętrznej harmonii: mamy poczuć się lepiej czytając opowieści o zwykłych osobach, które uświadamiają sobie tytułowe Prawdziwe życzenie. W przypadku tej serii japońskich otulaczy, Mai Mochizuki połączyła charakterystyczny dla iyashikei realizm magiczny w postaci kociej kawiarni i niebiańskich deserów z zachodnią astrologią jako narzędziem odkrywania własnych pragnień i budowania lepszej wersji siebie. 

Pomimo urokliwego założenia (nadal uważam, że ta seria idealnie sprawdziłaby się na ekranie, gdzie ślinka by nam ciekła na widok deserów), książka pozostawiła mnie z mieszanymi uczuciami - próba tłumaczenia astrologii wydaje się jednym krokiem za daleko, wprowadzając niepotrzebną barierę: sceptycyzm. Wielu z nas potrafi zawiesić niewiarę i z przyjemnością czytać o wielkich, gadających kotach serwujących Czekoladową Czarną Dziurę - ale gdy pojawiają się wyjaśnienia związane z wpływem horoskopu urodzeniowego na nasz charakter, mocne i słabe strony to niewiara wraca. Ot, ciekawy paradoks: akceptujemy istnienie magicznej kawiarni, ale dla wielu czytelników astrologia wydaje się zbyt kontrowersyjna i trudna do zaakceptowania, przez co łatwo zamknąć się na przemiany, które przechodzą postacie. Osobiście uważam, że - choć sama w astrologię nie wierzę - wykorzystanie astrologii jako narzędzia do introspekcji bohaterów to intrygujący pomysł, który wprowadza świeżość do gatunku iyashikei. Nie leży mi jednak wykonanie: fragmenty dotyczące astrologii przypominają monotonny wykład i zwyczajnie nużą; dodatkowo zdają się przyćmiewać magię samej kawiarni, w której serwowane są niezwykłe dania, dobrane z myślą o każdym kliencie. To ten koncept wydaje się ciekawszy - i w pełni wystarczający!, a schodzi na drugi plan. Tak samo dzieje się z postaciami i ich historiami - które również zdaja się służyć koncepcji astrologicznej bardziej niż stworzeniu więzi z czytelnikiem, co akurat w iyashikei jest ważne.

Chociaż wątek astrologiczny nadal pozostaje piętą achillesową, zamiast siłą tej serii, to Prawdziwe życzenie podobało mi się bardziej ze względu na tematykę. Za tytułem tej powieści kryje się idea, że aby lepiej zrozumieć siebie - a tym samym znaleźć rozwiązanie na trapiące nas wewnętrzne problemy i wątpliwości - należy poznać swoje prawdziwe życzenie. Jak pokazuje Autorka dla wielu z nas prawdziwym pragnieniem nie są bogactwo czy sława, ale harmonijne i zdrowe relacje rodzinne. Dzięki skupieniu na uniwersalnych tematach związanych z rodziną Prawdziwe życzenie w większej mierze rezonuje z czytelnikiem i pozwala zaangażować się w opowiadane historie - losów postaci z tomu pierwszego już w ogóle nie pamiętam. Autorka z większą wrażliwością przedstawia proces odbudowy relacji, przez co bohaterowie stają się bliżsi, a ich historie bardziej poruszające. Nie jest to co prawda poziom "Zanim wystygnie kawa", ale dostrzegam progres.

Japońskie iyashikei, healing novels, są gatunkiem specyficznym, który nie każdemu przypadnie do gustu. Pewna powtarzalność koncepcji może wywoływać monotonię przy czytaniu kolejnej książki z tego nurtu. W przypadku Kawiarni pod Pełnym Księżycem oparcie introspekcji postaci o zachodnią astrologię może być kolejną barierą. Jednocześnie jestem w pełni w stanie zrozumieć czemu takie książki są fenomenem w Azji: w kulturach dużo mniej sceptycznie nastawionych do astrologii, w których skupienie na wpasowaniu się w społeczność jest na tyle istotne, że hasło "spójrz w głąb siebie" naprawdę może być przełomowe. Tak jak pisałam na wstępie, ten rodzaj literatury można oceniać poprzez stopień ukojenia. Prawdziwe życzenie w porównaniu z Zanim wystygnie kawa czy koreańskim Nietuzinkowym sklepem całodobowym pozostawiło w moim przypadku pewien niedosyt. Brakuje mi w tej serii jakiegoś kojącego ciepła, które odnajdziemy chociażby w książce Wszystko, czego szukasz, znajdziesz w bibliotece czy filmie animowanym Mój sąsiad Totoro - jakby była zbyt wykalkulowana, skrojona pod astrologiczne tezy. Jednocześnie uważam, że Prawdziwe życzenie poprzez skupienie na uniwersalnych relacjach rodzinnych stanowi rozwinięcie serii w dobrym kierunku – może to nie tyle pełnia (zachwytu), ile wciąż rosnący półksiężyc (taki sucharek na koniec recenzji ^__^).

Mai Mochizuki "Prawdziwe życzenie" (2021)
Polskie wydanie" W.A.B. (2024)

 


"Opowieść księgarki z Tokio" to kolejna japońska powieść z nurtu iyashikei (healing) - "uzdrawiających" tekstów kultury (nie muszą być to wyłącznie książki!), które mają jeden cel: przynieść poczucie spokoju, pewnej ulgi emocjonalnej; innymi słowy ma koić odbiorców. Powieści z tego gatunku potrafią być schematyczne - opierają się często na motywie "okruchów życia", codziennych sytuacji, w których bohaterowie czują się zagubieni. Jednak na swej drodze odnajdują niezwykła kawiarnię/księgarnię/bibliotekę, a interakcja z tym miejscem/właścicielem pozwala bohaterom spojrzeć na życie inaczej, odnaleźć spokój. Ważniejsza jest tutaj atmosfera  i jednostkowe doświadczenie naszego bohatera (często pewnego archetypu, z którym czytelnik może się utożsamić) niż rozbudowana fabuła. Ważne jest, by w jakiś sposób lektura takiej książki podnosiła na duchu, dawała nadzieję, że jakoś się ułoży. Jak zatem w te ramy wpisuje się "Opowieść księgarki z Tokio"?

To powieść, która wiele czerpie z iyashikei, ale ma w sobie ciekawy twist: tym razem to nie postacie wchodzące w kontakt z księgarką wychodzą na pierwszy plan, ale ona sama. Nie skupiamy się tutaj na problemach osób, które nasza tytułowa księgarka poznaje, ale jej własnej drodze do "uzdrowienia" poprzez relacje z innymi. Nanako znalazła się na życiowym zakręcie: jej małżeństwo się rozpada, a praca w księgarni nie daje już takiej sytuacji. Kobieta czuję potrzebę zmian, otwarcia się na nowe doświadczenia - a przecież nie jest to wcale łatwe. Spontanicznie postanawia zapisać się do portalu randkowego, który umożliwia spotykanie nieznajomych. Nanako nie chce jednak randkować, a zwyczajnie poznawać ludzi - i poprzez te relacje otworzyć siebie. Kobieta, mająca ogromną pasję do książek, postanawia wykorzystać te krótkie, trzydziestominutowe spotkania, by dowiedzieć się czegoś o drugiej osobie i zaproponować jej książkę do przeczytania - ale także wynieśc coś dla siebie z kązdego takiego spotkania. Celem kobiety nie jest odnalezienie miłości, a raczej nawiązanie kontaktów, relacji. Całości smaczku dodaje fakt, że jest to powieść autobiograficzna, która zaczęła się od wpisów na stronie internetowej, które przyciągnęły uwagę Japończyków.

"Z czasem moje polecanie książek przybrało taką właśnie formę. Najpierw mówiłam o uroku danej osoby. Potem łączyłam ten urok z książką, którą chciałam polecić. Opowiadałam, co może dać tej osobie. Wydawało mi się, że nawet ta "nieprzeczytana jeszcze" książka może kiedyś stać się talizmanem dla konkretnego człowieka."

W książce tej mamy zatem niekonwencjonalne podejście: nasza postać, która ma nieść ukojenie innym (poprzez polecanie książek dopasowanych do ich sytuacji życiowej), sama przeżywa nietypową podróż. Pomysł wyjściowy - połączenie randkowania z polecaniem książek również jest intrygujący. Szczególnie, że na swej drodze Nanako spotka różnych ludzi - od mężczyzn zainteresowanych tylko seksem po osoby, które rzeczywiście liczą na polecenie książek, wierząc, tak jak nasza księgarka, w moc literatury. Odpowiednia książka we właściwym momencie może zdziałać cuda, niepotrzebna jest tu żadna magia! Na kartach powieści autorka zastanawia się nad znaczeniem odpowiednio dobranych książek, tak by stały się przewodnikami, towarzyszami na całe życie odbiorcy. Dotyka także kwestii samego polecania, gdzie nie wystarczy powiedzieć "to dobra książka", ale należy się pochylić nad tym, dlaczego będzie dobra dla tej konkretnej osoby.

Jednocześnie "Opowieść księgarki z Tokio" ma w sobie wiele charakterystycznych cech iyashikei. Jedną z nich jest uniwersalność. W zakresie tematycznym książka porusza takie uniwersalne kwestie jak miłość, samotność, życiowy kryzys (w małżeństwie, w pracy), czy w końcu pokonanie nieśmiałości i nawiązywanie nowych znajomości. Osoby, które napotyka na swej drodze Nanako prezentują pewne problemy - nie ma tu miejsca na zagłębianie się w ich rys psychologiczny. 

Siłą tej powieści jest właśnie droga naszej bohaterki: droga ku otwartości na nowe doświadczenia, ale także na odkrywanie samej siebie. Na zastanowienie się, czego pragnie, co jej daje szczęście. Drugim zaś filarem jest wiara w moc książek jako mostu łączącego ludzi - nawet w czasach szybkich znajomości online. Istotne jest także miejsce, czyli księgarnia. Nie chodzi jednak o jedną konkretną księgarnię, ale atmosferę, której bohaterka poszukuje: otoczenia książek oraz pasjonatów czytania. W odpowiedniej księgarni można być sobą, można się "zresetować", jak ujmuje to sama bohaterka. 

Całość napisana jest w bardzo prosty sposób; co więcej - w odróżnieniu od wielu innych książek tego nurtu - nie ma tu zbyt wielu "prawd objawionych" w postaci komfortowych haseł - gotowych cytatów do zawieszenia nad łóżkiem. Chociaż opowiada o roku z życia tytułowej księgarki, nie uniknęła typowej dla  iyashikei powtarzalności, związanej z 70 spotkaniami i poleceniami książek (choć bardzo różnorodnych tematycznie).

"Opowieść księgarki z Tokio" nie jest powieścią bardzo zapadającą w pamięć, wstrząsającą czytelnikiem - bo i nie o to chodzi w tego rodzaju książkach. Ważne jest to uczucie ukojenia w trakcie lektury - pewien optymizm bijący ze stron, mówiący o tym, że mimo kryzysu można odnaleźć spokój - i to w stylu japońskim: cichy, związany z codziennym życiem, bez fajerwerków i obrotów o sto osiemdziesiąt stopni. Mnie takie ukojenie przyniosła - miło było wraz z autorką zadumać się nad znaczeniem polecania książek i poszukiwania relacji. Minimalistyczny styl idzie tutaj w parze z introspekcją - skupieniem się na wewnętrznej przemianie bohaterki w życiu codziennym. Jeśli jesteście miłośnikami dramatycznych historii, to ta książka nie jest dla Was. Jeśli czujecie przesyt japońskimi healing novels, "Opowieść księgarki z Tokio" nie oferuje większej oryginalności. Ale jeśli szukacie książki, która pozwala na zwolnienie tempa, na łagodniejsze spojrzenie na życie, przypominającą o docenianiu piękna zwykłych chwil i małych zmian - to warto sięgnąć po ten autobiograficzny bestseller z Japonii.

Nanako Hanada "Opowieść księgarki z Tokio" (2018)
Polskie wydanie: Relacja (2024)

 


"Cztery pory roku w Japonii" to utrzymana w klimacie healing novel czy książkowych ogrzewaczy serca opowieść o osobach znajdujących się na życiowym rozdrożu i odnajdujących siebie - a wszystko to w spokojnym rytmie zmieniających się pór roku. To niezwykle relaksująca powieść, która nie tylko angażuje historią, ale zapewnia chwilę wytchnienia. Aż chciałoby się powiedzieć "a może by tak rzucić to wszystko i wyjechać do Onomichi". Konstrukcja książki to powieść w powieści - śledzimy losy Flo, tłumaczki, która czuje, że życie zaczyna jej się wymykać: nie odnajduje już radości w swej codzienności, a jednocześnie nie czuje się gotowa na wielkie zmiany. Gdy myśli, że w niczym nie odnajdzie już pasji natrafia na niepozorną książeczkę, która nadaje jej nowy cel. Flo postanawia przetłumaczyć znalezioną książkę, a następnie odnaleźć jej autora. Drugą opowieścią jest treść tłumaczonej książki - "Dźwięków wody". Wraz z Flo poznajemy historię relacji babci z wnukiem - wzajemnego poznawania siebie i otwierania się na drugą osobę. Bohaterami "Czterech pór roku w Japonii", oprócz tłumaczki, babci i wnuka, zdaje się i samo Onomichi, spokojne miasteczko z kocią alejką. To idealna książka na literacką podróż z dala od zgiełku miasta w świat wyjęty z japońskiego filmu animowanego w duchu "skrawków życia". Nic tylko puścić soundtrack z filmów Studio Ghibli i zabrać się za tą wyciszającą lekturę!

Chociaż "Cztery pory roku w Japonii" rozpoczynają się od wprowadzenia Flo, to tłumaczka w przeważającej części książki ustępuje miejsca Ayako i Kyo - parze bohaterów "Dźwięków wody", czyli fikcyjnej powieści tłumaczonej przez kobietę. Dzięki temu możemy poznać historię, która rozbudziła w naszej bohaterce na nowo pasję do tłumaczenia. Czy i nas ta opowieść porwie?

Podzielona na cztery części, odpowiadające porom roku, historia skrywającej tajemnicę staruszki Ayako i jej wnuka, Kyo, któremu nie poszły egzaminy zdecydowanie mnie poruszyła. Od początku czułam się zaintrygowana - czy szorstka babcia, nosząca w sobie ból związany z samobójczą śmiercią syna, odnajdzie nić porozumienia z rozgoryczonym chłopakiem, czującym się jak porażka? Czy znajdą wspólny język i docenią swoje towarzystwo? Czy Kyo odważy się wybrać swoją pasję - rysowanie - ponad to, czego się od niego oczekuje, czyli studia medyczne? I kim jest wygadana dziewczyna, przypadkiem poznana w pociągu zmierzającym do sennego Onimochi?

Wszystko to dzieje się w spokojnym Onomichi, tak różnym od Tokio. W miejscu, gdzie stali bywalcy kawiarni Ayako są przyjaźnie nastawieni; gdzie wystarczy odłożyć telefon i się rozejrzeć, by dostrzec piękne widoki. Czytanie opisów codziennego życia Ayako w Onimochi, jej wędrówek górską ścieżką - na której czekają koty, wprowadzało w lekko melancholijny nastrój - czy takie miejsca są jeszcze na mapie naszego świata? A jednocześnie niosły wspomniane już ukojenie i wyciszenie, przenosząc nas podczas czytania do tego spokojnego miejsca, w którym można znaleźć ścieżkę łączącą serca tak różnych osób, jak babcia i jej wnuk. Duża tu zasługa Autora, którego opisy Onimochi zdają się przenosić nas do tego miejsca.

Czytając rozdziały poświęcone Ayako i Kyo moją uwagę zwrócił jeden drobny - ale jakże znaczący -  szczegół: poszczególne części zostały oddzielone czarną lub białą kropką, przypisaną odpowiednio wnukowi i babci. Pojedyncza kropka oznacza część poświęconą jednemu z nich. Gdy jednak akapit dotyczy ich relacji kropki znajdowały się w dwóch ustawieniach: obok siebie (konflikt) oraz połączone w znak yin i yang (harmonia). To wizualna drobnostka, ale tak bardzo pasowała do opowiadanej historii: Ayako i Kyo są tak różni, a jednak ich relacja może stać się harmonijną całością. 

W powieści nie brak tego słodkogorzkiego, melancholijnego nastroju wielu książek i filmów japońskich. Każdy z bohaterów - Flo, Ayako, Kyo - musi skonfrontować się z porzuconymi marzeniami, by następnie odkryć spokój ducha.

"Wiedziała, że na szczyt prowadzi wiele dróg. A czas i doświadczenie nauczyły ją, że niektóre góry są łatwiejsze do zdobycia niż inne".

To powieść o ludziach, którzy napotykają trudności, ale ostatecznie się nie poddają - idąc małymi kroczkami do przodu. I ta ich droga ostatecznie ogrzewa serce czytelnika, jak przystało na healing novels. Mnie oczarowała - choć dotyka trudnych tematów, jak samobójstwo i depresja, to ostatecznie koi. Bohaterowie doświadczają samotności i zagubienia, ale także miłości i siły jaką daje odnalezienie wartości własnego życia. To prosta, ale poruszająca powieść, którą powinien zainteresować się każdy, kto lubi czytać o "okruchach życia", niespiesznych, wyciszających historiach.

Nick Bradley "Cztery pory roku w Japonii" (2023)
Polskie wydanie: Znak (2024)
Starsze posty Strona główna

ABOUT AUTHOR

안녕하세요! Z wykształcenia doktor nauk politycznych i magister filmoznawstwa, hobbistycznie zapalona czytelniczka! Zapraszam na bloga o książkach, filmach oraz Półwyspie Koreańskim - czyli moich największych pasjach!

Categories

  • abyssos 1
  • agora 2
  • akurat 2
  • albatros 4
  • artrage 2
  • azjatyckie 91
  • beYA 1
  • bliski wschód 1
  • Books4YA 4
  • chiny 11
  • ciekawostki 7
  • copernicuscenterpress 2
  • cyberpunk 1
  • czarna owca 1
  • czarne 3
  • czytelnik 1
  • dark academia 1
  • dark fantasy 7
  • dialog 8
  • dlaczemu 2
  • dolnośląskie 1
  • dystopia 4
  • esej 4
  • europa wschodnia 1
  • fabryka słów 115
  • fae 1
  • fantastycznyorient 18
  • fantastyka 188
  • filia 2
  • film 3
  • filtry 1
  • format 1
  • foxgames 1
  • galeriaksiążki 1
  • gra książkowa 1
  • gramatyka 3
  • groza 19
  • harde 1
  • healing novel 6
  • hi:story 1
  • horror 19
  • idiom 3
  • indie 5
  • indonezja 1
  • instagram 5
  • iyashikei 2
  • jaguar 2
  • japonia 36
  • kdrama 1
  • kirin 7
  • klasyka 1
  • komedia kryminalna 5
  • komiks 3
  • korea 45
  • koreański 9
  • kryminał 24
  • krytyka polityczna 1
  • książki 188
  • kwiaty orientu 2
  • literatura dziecięca 5
  • literatura młodzieżowa 30
  • literatura piękna 21
  • literatura podróżnicza 2
  • luna 1
  • marginesy 2
  • matronat 1
  • mitologia 2
  • mova 3
  • mustread 2
  • muza 5
  • naukowe 8
  • new adult 3
  • nonfiction 8
  • nowa baśń 14
  • nyks 1
  • obyczajowa 1
  • papierowyksiężyc 2
  • patronat 4
  • planetaczytelnika 1
  • podróżnicza 1
  • powieść gotycka 2
  • powieść historyczna 12
  • prószyński 5
  • przygodowa 1
  • recenzja 175
  • relacja 7
  • replika 4
  • reportaż 14
  • retelling 1
  • retrobuki 18
  • romans 7
  • romantasy 1
  • sensacja 2
  • sf 20
  • słownictwo 8
  • space opera 1
  • sqn 6
  • szczeliny 2
  • świat książki 1
  • tajfuny 1
  • tajwan 2
  • thriller 7
  • urban fantasy 15
  • uroboros 13
  • vesper 3
  • w.a.b. 5
  • warbook 9
  • weird fiction 1
  • weneedya 2
  • western 1
  • wielka litera 1
  • wietnam 1
  • wydawnictwo ix 1
  • wydawnictwo kobiece 1
  • wydawnictwo literackie 2
  • wydawnictwo mięta 7
  • Wydawnictwo Noir sur Blanc 1
  • wydawnictwo poznańskie 2
  • wydawnictwo spisek pisarzy 1
  • wydawnictwo wab 2
  • wydawnictwo wilga 1
  • wydawnictwonoca 1
  • wyszukane 1
  • yaponia 3
  • you&ya 15
  • youngadult 26
  • yumeka 6
  • zielona sowa 2
  • znak 13
  • zygzaki 1

Matronat

Matronat
Trylogia Hierarchia magii

Matronat

Matronat
Trylogia Magów szkła

POPULAR POSTS

  • Smocza perła - recenzja
  • Pięć małych świnek (recenzja)
  • Naturalista (recenzja)
  • Gwiazdy w łańcuchach
  • #retrobuki 2000-2009
  • Muzyka otchłani
  • Polka w Korei (recenzja)
  • Space Sweepers (승리호)
  • Bogowie otchłani
  • Koreańskie społeczeństwo - przewodnik po książkach
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Szukaj na tym blogu

Blog Archive

Ważne

Wszystkie zamieszczone tutaj teksty oraz grafiki są moją własnością i nie wyrażam zgody na ich kopiowanie bez mojej zgody.

FOLLOW ME @ INSTAGRAM

Gdzie mnie znaleźć

  • Instagram
  • Lubimy czytać
  • Goodreads

Featured Post

#retrobuki

Copyright © 2016 Pani Papierek. Created by OddThemes