Pani Papierek

  • Home
  • Książkach
    • Azjatyckie
    • Naukowe
    • Gatunkowe
      • Fantastyka
      • Kryminał
  • Filmach
  • Korei
    • 한국어
    • Ciekawostki
  • Instagram
  • Współpraca

 


„Bogowie otchłani” to jedna z tych książek, które (mimo kilku wyraźnych niedoskonałości) potrafią całkowicie wciągnąć i na długo zostać w głowie. Szczególnie jeśli najbardziej ceni się kreację niezwykłego magicznego świata i nie ma się nic przeciwko wielu POV.

Największą siłą tej powieści jest bez wątpienia kreacja świata. Andrea Stewart tworzy rzeczywistość niezwykle plastyczną i pełną wyobraźni: świat, w którym bogowie mają moc przekształcania materii, zamieniając pustynie w oazy i przywracając życie temu, co utracone. Ale nic nie dzieje się bez kosztów. „Odnowa” nie tworzy niczego z niczego: bazuje na tym, co już istnieje, często w brutalny sposób wykorzystując ludzkie życie. W efekcie dla wielu nie jest to wybawienie, lecz zagrożenie.

Na kartach powieści świetnie to czuć: ciągłe poczucie zagrożenia i walki o przetrwanie, uczenia się życia na nowych zasadach po kontakcie z katastrofą przemieniającą świat (ale pozostawiającą chociażby układy władzy, które świetnie się odradzają).

Fabuła od początku angażuje, śledząc losy dwóch sióstr, które mogą polegać wyłącznie na sobie. Rozdzielone przez tajemniczą, zmieniającą świat mgłę, trafiają do dwóch różnych rzeczywistości. Jedna z nich, jako uchodźczyni, zmuszona jest przetrwać w obcej krainie, pracując w niebezpiecznej kopalni, by zdobyć środki na powrót i odnalezienie siostry. Tylko czy ta druga wciąż jest sobą? Czy stała się potworem?

Motyw siostrzanej więzi stanowi emocjonalne centrum tej historii, ale autorka, podobnie jak w „Tonących królestwach”, osadza go w znacznie szerszym kontekście. Konflikty między ludźmi a bogami, napięcia polityczne, walka o władzę oraz wyraźny wątek ekologiczny tworzą wielowarstwową opowieść o świecie na skraju rozpadu i odnowy.

Narracja oparta na wielu perspektywach może początkowo wydawać się przytłaczająca i rozpraszać uwagę, jednak z czasem widać, że każda z tych historii dokłada kolejny element do większej całości, ukazując, że rozdzielenie sióstr nie jest jedynym problemem. Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych czytelników wiele POV jest minusem, utrudnia zaangażowanie się. Znam jednak wcześniejszą twórczość Stewart i liczę, że i tym razem każda z tych postaci będzie miała istotną rolę do odegrania, nie tylko rozdzielone siostry.

Tematycznie to opowieść o przymusowym przesiedleniu, o życiu w świecie kształtowanym przez ludzi u władzy, którzy nie uwzględniają podstawowych potrzeb innych. O eksploatacji zasobów bez refleksji nad konsekwencjami i o nieodwracalnych skutkach tych działań. Ale również o traumie (rozdzielenie, utrata członków rodziny) i o tym, jak różne mogą być drogi radzenia sobie z nią, co widać na przykładzie sióstr. Ostatecznie jest to historia o przetrwaniu i o tym, jak daleko jesteśmy w stanie się posunąć, by ocalić siebie lub kogoś bliskiego.

Jeśli miałabym wskazać słabszy element, byłyby to postacie. Przy tak wielu perspektywach część z nich pozostaje dość szkicowa, brakuje im głębi, przez co trudniej się z nimi w pełni związać. Jednocześnie widać w nich duży potencjał, który, mam nadzieję, zostanie rozwinięty w kolejnych tomach.

Jednocześnie nie będę ukrywać: jestem czytelniczką, dla której w fantastyce kluczowa jest kreacja magicznego świata, jego mitologii, polityki, konfliktów. I na tym polu “Bogowie otchłani” wypadają świetnie i powieść ta zwyczajnie mnie porwała! Miałam bardzo podobne odczucia przy serii “Tonące cesarstwo”, gdzie może nie do końca czułam się zaangażowana w losy samych postaci, ile losy przedstawionego świata. Poza wyjątkiem Jovisa i jego zwierzęcego przyjaciela, oni mnie kompletnie kupili w “Tonącym cesarstwie”.

Mimo pewnych niedociągnięć w kreacji postaci, „Bogowie otchłani” to dla mnie przede wszystkim przykład świetnie zaprojektowanego świata i historii z ogromnym potencjałem na rozwinięcie. Jeśli lubicie rozbudowane, wielowarstwowe fantasy z wyraźnym tłem społecznym i moralnymi dylematami, zdecydowanie warto dać tej książce szansę.

Już teraz wiem, że ta książka zostanie ze mną na długo, będę do niej wracać myślami, czekając na dalszy ciąg z niecierpliwością!




 


“Eldorado” jest dokładnie tym, czego można się było spodziewać i nawet nie próbuje ubrać się w inne szaty: to typowy western. Choć wprowadza polskie wątki to tematycznie czy fabularnie nie odbiega od tego, co nie raz widziało się w kinie dotyczącym Dzikiego Zachodu. Mamy więc miasteczko w opresji, tajemniczego rewolwerowca znikąd i nierówną walkę “dobra ze złem”, wszystko okraszone typową dla Saulskiego brutalnością pojedynków.

WESTERN JAKICH WIELE CZY HOŁD DLA GATUNKU?

Western to taki gatunek, który opiera się na pewnych charakterystycznych elementach - które w pewnym momencie historii kina były dekonstruowane w antywesternie i Spaghetti westernie, gdzie na pierwszy plan wysuwał się antybohater.

Western rozgrywa się na pograniczu cywilizacji i dzikiej natury, najczęściej na amerykańskim Dzikim Zachodzie w XIX wieku. Świat przedstawiony jest surowy i nieprzyjazny, a prawo ma ograniczony zasięg lub nie istnieje wcale. Centralną postacią bywa samotny rewolwerowiec, szeryf albo człowiek z przeszłością, który kieruje się własnym kodeksem honorowym.

Fabuła zwykle koncentruje się wokół konfliktu dobra ze złem: napadów bandytów, walki o miasteczko, zemsty lub obrony słabszych. Ważną rolę odgrywają pojedynki, strzelaniny, napięcie i motyw sprawiedliwości wymierzanej poza oficjalnym systemem prawa.

Wszystko to odnajdziemy w “Eldorado", książce która choć odhacza motywy typowe dla westernu, stanowi także niejako hołd dla tego gatunku: bez udziwnień, bez niepotrzebnych komplikacji, skupiając się na oddaniu klimatu opowieści dziejących się na Dzikim Zachodzie.

Poprawny Dziki Zachód

Eldorado” to książka, która nie wykracza poza gatunek, ale dość sprawnie ukazuje go na papierze. Już przy książkach samurajskich Saulskiego zwracałam na to uwagę - autor ma dar do opisywania brutalnych pojedynków w sposób dynamiczny, ale i nie pozbawiony “piękna” - piękna ruchu i wizualizacji przemocy: tryskającej krwi niczym u Tarantino.

Fabularnie jest prosto, nie ma tu zaskakujących zwrotów akcji czy tajemnic, chociaż smaczku miały dodać polskie korzenie głównego bohatera. Wyszło jednak tak, że w niektórych momentach powiązania między Polską, a Dzikim Zachodem w duchu przeszłości “goniącej” za naszym bohaterem wyszły trochę naciągane. Ale nadal pozostaje to pewnym smaczkiem w tym typowo westernowym daniu. I nie ma w tym nic złego - ta książka to klasyczny western, oddanie hołdu temu gatunkowi bez zbędnych udziwnień.

Powiem całkiem szczerze - w dzisiejszym skomplikowanym, pełnym konfliktów świecie czytanie klasycznego westernu o ratowaniu bezbronnych mieszkańców i staniu po stronie sprawiedliwości, o walce dobra ze złem, gdzie wiemy kto jest, po której stronie - było bardzo relaksujące.

Prosta historia, prosty przekaz mogą zapewnić kilka godzin rozrywki. Nawet jeśli ta książka w żaden sposób nie jest przełomowa czy naprawdę zapadająca w pamięć, przyjemnie było uciec do tego nieskomplikowanego świata rewolwerowców i bandytów.

Słowem podsumowania...

„Eldorado” to świadomie klasyczny western, który nie próbuje na siłę redefiniować gatunku ani go dekonstruować. Zamiast tego oferuje solidnie opowiedzianą, prostą historię opartą na znanych motywach, uzupełnioną o interesujący, choć nienachalny polski wątek. To książka skierowana przede wszystkim do czytelników ceniących klarowny podział ról, wyrazisty konflikt i gatunkową konsekwencję. Nie jest to powieść przełomowa, ale jako hołd dla westernu spełnia swoje zadanie, dostarczając rozrywki i klimatu, którego dziś często brakuje.

 


Spektakl cierpienia jako rozrywka

„Gwiazdy w łańcuchach” to jedna z tych powieści, które trudno czytać bez narastającego dyskomfortu — i dokładnie o to w niej chodzi. Nana Kwame Adjei-Brenyah wykorzystuje konwencję dystopijnej fantastyki, by opowiedzieć o świecie, który wcale nie wydaje się aż tak odległy od naszego. To opowieść o społeczeństwie, w którym systemowa przemoc została sprzedana jako rozrywka, a dehumanizacja — jako coś normalnego, akceptowalnego, wręcz pożądanego.

Do napisania książki autora zainspirowali działacze społeczni i obrońcy praw człowieka, zajmujący się brutalnością policji i patologiami systemu więziennictwa w USA - na kartach powieści czuć, że to odpowiedź na ruch Black Lives Matter, a w wielogłosie przedstawionych w powieści postaw pobrzmiewa także rasizm czy mizoginia w odniesieniu do głównych bohaterek: Afroamerykanek i lesbijek.

Gdy wolnością staje się śmierć

W alternatywnej rzeczywistości powieści funkcjonuje program CAPE — Criminal Action Penal Entertainment — w którym skazani za morderstwo więźniowie mogą „dobrowolnie” zgłosić się do udziału w transmitowanych na żywo walkach gladiatorskich. Stawką jest wolność. Ceną — niemal pewna śmierć. Dla widzów to krwawy spektakl, dla sponsorów intratny biznes, dla polityków narzędzie kontroli społecznej. A dla uczestników? Ostatnia, rozpaczliwa forma wyboru (?) w systemie, który wcześniej odebrał im wszelką godność.

Dehumanizacja w blasku reflektorów

Najbardziej przerażające w tej wizji nie są same brutalne walki, lecz sposób, w jaki media i odbiorcy odbierają uczestników programu. „Gwiazdy” nie są już ludźmi — stają się gladiatorami, markami, bohaterami filmików i obiektami kibicowania. Można ich podglądać poza areną, komentować ich relacje, ciała i emocje, a potem domagać się coraz bardziej spektakularnej przemocy. Książka boleśnie punktuje mechanizm, w którym wystarczy odpowiednia narracja, by usprawiedliwić niemal wszystko — w końcu to „mordercy”, „potwory”, „zasłużyli”.

Autor bardzo świadomie pokazuje, jak łatwo odbiorca daje się wciągnąć w ten mechanizm. Jak szybko empatia ustępuje miejsca ekscytacji. I jak cienka jest granica między potępieniem przemocy a czerpaniem z niej przyjemności, jeśli tylko zostanie nam odpowiednio opakowana.

Wielogłos zamiast jednej prawdy

ednym z największych atutów powieści jest jej narracja ukazująca różne perspektywy. Poznajemy nie tylko same „gwiazdy w łańcuchach”, ale też innych uczestników tego systemu: aktywistów protestujących pod arenami, producentów programu, prawodawców, reklamodawców i widzów. Można zarzucić książce, że wprowadza zbyt wiele punktów widzenia (i potem ciężko się zaangażować) — ale właśnie o to chodzi. „Gwiazdy w łańcuchach” nie chcą dawać prostych odpowiedzi ani jednej, moralnie komfortowej interpretacji.

Powieść stawia pytania, które wydają się oczywiste… dopóki nie zaczniemy się nad nimi zastanawiać.

  • Czy można wybaczyć mordercom?
  • Czy każdy z nich był „zły”, czy może działał w obronie własnej, pod presją, w sytuacji bez wyjścia?
  • Czy człowiek poddany systemowym torturom naprawdę ma wybór, gdy decyduje się na udział w krwawym widowisku?

Autor nie moralizuje. Zamiast tego zmusza czytelnika do własnej oceny — i w tym tkwi jej siła.

Brutalność, która ma sens

Nie da się ukryć: to powieść bardzo brutalna. Przemoc jest dosłowna, graficzna i momentami wstrząsająca. Jednak w przeciwieństwie do wielu dystopii nie jest ona pustą prowokacją. Brutalność ma tu funkcję — pokazuje, do czego prowadzi system, który uprzedmiotawia ludzi i traktuje ich cierpienie jako zasób. Szczególnie poruszające są opisy więzi między „ogniwami” w łańcuchach, ich lojalności wobec siebie, żałoby po poległych i psychicznego kosztu każdej kolejnej walki.

Autor z dużą wrażliwością pokazuje, że za każdym pojedynkiem stoją ludzie — ze swoimi granicami, traumami, poczuciem winy i strachem. To właśnie ten kontrast między widowiskową przemocą a intymnością przeżyć bohaterów sprawia, że książka zostaje w głowie na długo.

Kapitalizm, rasizm i system więziennictwa

„Gwiazdy w łańcuchach” są również ostrą krytyką amerykańskiego systemu więziennictwa, rasizmu strukturalnego i kapitalizmu, który potrafi spieniężyć wszystko — nawet ludzką śmierć. Odwołania do funkcjonujących w tym świecie przepisów budują poczucie realizmu i pokazują, jak bardzo ten świat opiera się na logice „to się opłaca, więc jest dozwolone”.

Szczególnie przerażające jest to, jak technologia zostaje wykorzystana do udoskonalania tortur — do momentu, w którym śmierć na arenie wydaje się bohaterom bardziej humanitarną alternatywą. To wizja skrajna, ale boleśnie logiczna.

Słowem podsumowania

„Gwiazdy w łańcuchach” to powieść trudna, intensywna i niewygodna — ale jednocześnie niezwykle mocna i potrzebna. Brutalna, a jednocześnie intelektualnie angażująca. To książka, która nie pozwala czytać się obojętnie, bo zbyt często zmusza do konfrontacji z pytaniem: jak bardzo ten świat różni się od naszego?

To dystopia, która zostawia nas z gniewem, niepokojem i refleksją nad tym, jak łatwo przemoc staje się akceptowalna, gdy przestaje dotyczyć „nas”. I właśnie dlatego jest to lektura tak poruszająca — i tak potrzebna

 


„Głębia. Imprint” to powrót Marcina Podlewskiego do jednego z najambitniejszych uniwersów polskiego science-fiction – i jednocześnie otwarcie nowego cyklu (można go czytać bez znajomości poprzedniego), który już na starcie jasno komunikuje swoje ambicje. To niemal 900 stron space opery pisanej na serio: bez uproszczonych podziałów na dobro i zło, bez bezpiecznych archetypów załogi-rodziny i bez fabularnych skrótów. Zamiast tego dostajemy świat zbudowany z rozmachem i pieczołowitością – z własną polityką, religią, historią i językiem.

Jeśli szukać porównań, „Głębi” zdecydowanie bliżej do Diuny niż do Star Wars. To opowieść cięższa gatunkowo, niosąca ze sobą wyraźny filozoficzny i cywilizacyjny ciężar. Już od pierwszych stron widać, że nie będzie to lektura „na szybko” – i to zarówno jej największe wyzwanie, jak i największa zaleta. Nie jest to może książka dla każdego – szczególnie jeśli dopiero zaczyna się przygodę z twardym SF – ale dla osób poszukujących czytelniczych wyzwań oferuje przygodę, w która można się "zagłębić".

Lektura wymagająca – i świadomie taka

„Głębia. Imprint” wymaga od czytelnika pełnego skupienia i zaangażowania. Podlewski prowadzi narrację w sposób nielinearny: skacze między wątkami, postaciami, miejscami, a czasem także płaszczyznami czasowymi. Do tego dochodzi bogata terminologia stworzona specjalnie na potrzeby uniwersum – bez nachalnych przypisów i bez tłumaczenia wszystkiego wprost. Czytelnik musi być czujny, bo łatwo przeoczyć drobny szczegół, który kilkaset stron później okazuje się kluczowy.

Styl autora zdecydowanie nie ułatwia odbioru, ale trudno uznać to za wadę. W świecie „szybkich książek” i historii prowadzących czytelnika za rękę, „Głębia. Imprint” jest propozycją odwrotną: powolną, gęstą i wymagającą, stawiającą przed odbiorcą intelektualne wyzwania. To książka, która nie spieszy się z nagrodą, ale gdy ta w końcu przychodzi, satysfakcja jest ogromna.

Dwie fabularne osie, jeden ciężar znaczeń

Powieść przenosi nas do Galaktyki Andromedy, nowego domu ludzkości po Wielkim Exodusie. To świat zdominowany przez żelazną władzę Imperium Exodusu, gdzie relacje z Obcymi reguluje enigmatyczny Dar, a Maszyny i Siddarthowie współpracują na mocy pradawnych paktów. Nad wszystkim jednak unosi się tajemnica Głębi i ślizgu głębinowego, pozwalającego na podróże, a także imprinterów, spadkobierców mitu o Wybawcy. Brzmi skomplikowanie, ale na szczęście losy tej Galaktyki śledzimy przez pryzmat bohaterów, których dużo łatwiej zrozumieć - bo są bardzo ludzcy, mający swoje pragnienia i obawy.

Na tym bogatym tle rozgrywają się dwa równoległe wątki. Pierwszy to losy Eltie Grunt, kapitan, która na pokładzie nielegalnie zmodyfikowanego żaglowca, nazywanego "Ważką" ze względu na wygląd, wyrusza w niebezpieczną (i nielegalną!) misję ku Rozdarciu – miejscu na rubieżach Głębi, owianego aurą grozy i zakazów, gdzie wybrałby się tylko szaleniec. Drugi prowadzi nas na planetę nękaną przez kosmiczne bestie, gdzie duchowny Zakonu Śpiącej staje w obliczu przebudzenia potężnego bytu..

Autor mistrzowsko prowadzi narrację, by te dwie linie stopniowo ku sobie zmierzały. Ich ostateczne splecenie zmienia optykę całej opowieści, lecz – wbrew oczekiwaniom – nie oferuje łatwych rozwiązań. Wręcz przeciwnie, z każdym pozornym odkryciem rodzi się nowa niewiadoma, gwarantując czytelnikowi głód poznania dalszego ciągu i znalezienia wszystkich odpowiedzi.

Bohaterowie z krwi i kości

Jedną z najmocniejszych stron „Imprintu” są postacie. Podlewski poświęca im dużo uwagi, cofając się do ich przeszłości, pokazując motywacje, traumy i wybory, które ich ukształtowały. Akcja przez to spowalnia, a objętość książki rośnie – ale w zamian dostajemy bohaterów prawdziwie „z krwi i kości”. Świat Głębi poznajemy nie tyle poprzez encyklopedyczne opisy galaktyki, ile poprzez jednostkowe doświadczenia postaci pierwszo- i drugoplanowych.

Centralną figurą powieści jest Eltie Grunt – bohaterka daleka od klasycznego wzorca kosmicznego herosa. Nie jest wybrańcem, chronionym przez fabularny pancerz. To kapitan, która zna mechanizmy rządzące galaktyką i doskonale rozumie ich brutalność. Z czasem dowiadujemy się, jakie wydarzenia ją ukształtowały i z jakimi wewnętrznymi demonami musi się mierzyć. Eltie nie jest Mary Sue – to raczej Han Solo z traumatyczną przeszłością i znacznie większym bagażem doświadczeń.

Satysfakcja zamiast łatwej przyjemności

„Głębia. Imprint” to książka, w której naprawdę można się pogubić. Ale to również taka powieść, która nagradza cierpliwość: w pewnym momencie elementy zaczynają się łączyć, wątki splatać, a wcześniejsze drobiazgi nabierają nowego znaczenia. To historia nie tylko o indywidualnych losach bohaterów, ale też o ludzkości jako całości – o tym, że mimo postępu technologicznego wciąż zmagamy się z tymi samymi problemami. Wielkie odkrycia mogą dawać siłę, jak możliwość międzygwiezdnych podróży, ale równie łatwo prowadzą do degeneracji i zniszczenia.

Nie chcę zdradzać zbyt wiele, bo ogromną przyjemnością jest samodzielne odkrywanie kolejnych warstw tej opowieści. Wystarczy powiedzieć, że „Głębia. Imprint” to ambitna, wymagająca space opera, która nie próbuje przypodobać się każdemu. Dla jednych będzie zbyt ciężka i zbyt gęsta, dla innych – dokładnie taka, jakiej szukali.

To książka, która stawia przed czytelnikiem wyzwanie. I właśnie dlatego zostaje w głowie na długo po przewróceniu ostatniej strony.

 



„Rycerz cieni” to książka, która od początku jasno daje do zrozumienia: czas na wypełnienie pewnych luk. Nie znajdziemy tu wielkich postępów w głównej osi fabularnej, nie ma też konfrontacji z Caydeanem ani spektakularnych zwrotów akcji rodem z poprzednich części. I choć brzmi to jak wada, paradoksalnie — to właśnie ta spokojniejsza, bardziej kameralna odsłona była tej serii potrzebna. To tom na złapanie oddechu, poukładanie wątków i powrót do miejsc oraz postaci, które wcześniej przemykają niczym cameo w przeładowanym uniwersum Marvela. Można temu tomowi zarzucić, że jest fillerem, że nie posuwa akcji do przodu, a przez to wywołuje w czytelnik frustrację — jednak moim zdaniem był to filler niezbędny, pewien rodzaj kroku wstecz do korzeni serii, kiedy Rezkin nie był imperatorem i musiał bardziej działać jako skrytobójca, jako osoba skrywająca się w cieniu, a liczba postaci była ograniczona.

Patrząc na całość cyklu, „Rycerz cieni” boleśnie uświadamia, że Kel Kade nie mierzyła sił na zamiary. Zbyt rozbudowane uniwersum, zbyt wiele postaci, coraz bardziej rozmywany główny wątek — to wszystko ciążyło fabule już od tomu trzeciego, a a w każdym kolejnym stawało się coraz bardziej widoczne. Trzeba mieć niezwykły talent, by to udźwignąć i złożyć w spójną, angażującą całość, co się Kel Kade niekoniecznie udało. Mam wrażenie, że autorka miała ambicje napisac epicką fantastykę, a wyszło je typowe guilty pleasrue: dostarczające co prawda sporo rozwyrki, ale wymagające przymykania oka na wiele wad. To, co  w tej serii działało najlepiej od początku: prostota, humor i nieskomplikowana przygoda, na szczęście po części wracają w tym tomie — i dlatego uważam, że krok wstecz był tej serii potrzebny, nawet kosztem posuwania fabuły do przodu. 

Myślę, że to tom mogący dzielić czytelników. Ci, którzy pokochali serię za tempo, epickość i festiwal motywów fantasy — mogą poczuć się znudzeni. Akcja zwalnia, fabuła nie pędzi jak wcześniej, a Rezkin… cóż, często schodzi na drugi plan. Jako tytułowy rycerz cieni działa z ukrycia, a jego zwykli towarzysze dostają więcej czasu antenowego. I paradoksalnie wychodzi to książce na dobre: Wesson, Frisha, Azeria oraz duet Yserria & Malcius mają w tym tomie pełnoprawne, angażujące wątki, które trzymają historię w ryzach podczas nieobecności Reza. Problem polega na tym, że jeśli jedziemy na tej serii głównie „dla Rezkina”, możemy poczuć niedosyt. 

Niestety, „Rycerz cieni” powiela też wszystkie najbardziej irytujące bolączki cyklu. Tempo bywa poszarpane, część wydarzeń jest streszczona w dwóch zdaniach („zrobili to i tamto – idźmy dalej”), a logika podróży bohaterów pozostawia wrażenie, że wszyscy teleportują się wedle uznania. Rezkin nadal pozostaje męską wersją Mary Sue — z tomu na tom odblokowuje nowe umiejętności niczym w grze RPG („musimy go wysłać jako szpiega?”, „ok, dajmy mu iluzje”). Romantyczny wątek również nie unika problemów: Azeria pojawia się nagle, a relacja z Rezkinem rozwija się w tempie „bo tak”.

Przy tych wszystkich wadach książka pozostaje jednak… zaskakująco przyjemna. „Rycerza cieni” czyta się jak typowe guilty pleasure fantasy: nie dla logiki, nie dla epickości, ale dla tej specyficznej mieszanki akcji, humoru, sentymentu i lekko (mało powiedziane) przerysowanego świata. To nie jest najlepsza część serii. Nie jest też najgorsza. Ale jest konieczna — tak, by przed kolejnymi zwrotami akcji i epicką walką Rezkina z Caydeanem, na którą liczę, znów poczuć, że wiemy, dokąd w ogóle zmierzamy.


Ps.: Mam nieodparte wrażenie, że "Kroniki mroku" to trochę taki fantasy tasiemiec (nie wiem czy w Wasyzm pokoleniu tez używa się tego słowa do określenia ciągnących się w nieskończoność seriali, które zdają się nie zbliżać do końca). Nie jest to nic wybitnego, ale kto w życiu sobie dla rozrywki i "odmóżdżenia" tasiemca serialowego nie pooglądał? Czytam teraz serię o Mercy Thompson i to tez taki trochę książkowy tasiemiec, ale krucze, bawię się świetnie :)


 


Na pierwszy rzut oka „Katabaza” może wydawać się fantastyczną opowieścią o zstępowaniu do piekła – historią w duchu dawnych mitów, w której bohaterka wędruje przez kolejne kręgi podziemi, by uratować kogoś, kogo utraciła. Jednak R.F. Kuang bardzo szybko odsłania, że ta podróż nie ma wiele wspólnego z tradycyjną fantastyką drogi. Piekło, do którego schodzi Alice, nie przypomina (wyłącznie) wizji Dantego, lecz labirynty akademickich instytucji: biblioteki zamienione w krąg potępionych, egzaminy jako test moralny, naukowe paradoksy jako bariery nie do pokonania. Każdy krok w dół jest tak naprawdę krokiem w głąb siebie — autopsją własnych wyborów, lęków i uzależniającej ambicji. „Katabaza” to powieść o ambicji i wypaleniu, o gniewie i tęsknocie, o tym, jak bardzo można zagubić się w dążeniu do doskonałości — oraz o tym, że czasem najtrudniejszą drogą jest ta, która prowadzi do prawdy o sobie.

Kuang snuje historię nieśpieszną, pełną dygresji i filozoficznych myśli, pisaną z jej charakterystycznym sarkazmem, feministycznym gniewem i ostrzem krytyki wymierzonym prosto w środowisko akademickie. Zamiast pędzącej fabuły dostajemy narrację, która zmusza, by się zatrzymać — by podumać nad tym, ile kosztuje droga po tytuł naukowy, ile trzeba oddać, by wciąż być „wystarczająco dobrą”, i jaki rodzaj piekła sami dla siebie tworzymy. To nie tyle opowieść o ratowaniu kogoś innego, ile o ratowaniu siebie z systemu, który pochłania po cichu, codziennie, od środka.

I choć mnie zachwyciła, to muszę przyznać — „Katabaza” nie jest książką dla każdego. Jeśli ktoś oczekuje pędzącej akcji, klasycznej fantastyki drogi albo powieści przygodowej, jak sugerowałby opis, szybko może poczuć rozczarowanie. To Kuang w najbardziej „kuangowej” wersji: intelektualna, kąśliwa, pełna akademickiej ironii, filozoficznych rozważań i nieoczywistych emocji. I właśnie dlatego tak bardzo do mnie trafiła.

Piekło jako zwierciadło świata bohaterów

Jednym z największych atutów powieści jest sposób, w jaki Kuang tworzy świat piekielnych kręgów. Zamiast klasycznych wizji Dantego (do których się odwołuje) dostajemy piekło, które bardziej przypomina… życie akademickie. Odzwierciedla ono świat bohaterów, obnażając jego patologie. Pierwszy krąg wyglądają jak uczelniana biblioteka, a zadania stawiane przed bohaterami przypominają trudne egzaminy czy akademickie kolokwia. Im dalej, tym mniej jest jednak „akcji”, a więcej filozofii,  i introspekcji.

Autorka bawi się tradycją, łącząc znane motywy europejskie z elementami mitologii indyjskiej i chińskiej, tworząc wizję piekła, która jest jednocześnie znajoma i obco fascynująca - jednocześnie popisując się swoją erudycją. To nie jest fantastyka nastawiona na światotwórstwo w stylu epickiej fantastyki – to piekło jako metafora życia, ambicji i akademickiej przemocy strukturalnej.

Alice i jej chorobliwa ambicja

Kuang po raz kolejny udowadnia, że nie interesują ją sympatyczne postacie. Alice trudno polubić – jest ambitna do granic autodestrukcji, skupiona na celu, gotowa poświęcić wszystko: zdrowie, relacje, siebie samą. Jednak właśnie ta niejednoznaczność sprawia, że działa.

Czy Alice zawsze była taka?
Czy musiała stać się taka, by w środowisku akademickim w ogóle przetrwać?

Te pytania drążą czytelnika, a mnie – jako osobę ze środowiska naukowego – szczególnie uderzyły. Kuang obnaża to, czego często nie nazywa się głośno: skorumpowaną ambicję, toksyczną rywalizację, mizoginię i strukturalne wypalenie doktorantów i młodych badaczy. Dla mnie Alice była boleśnie prawdziwa.

W tle przewija się też subtelny wątek romantyczny i kilka scen akcji – bardziej jako przerywniki niż kluczowe elementy fabuły. Dla mnie mogłoby ich nie być, ale rozumiem ich funkcję: dać oddech między kolejnymi warstwami rozważań.

Tematyka: akademickie piekło i female rage

„Katabaza” to powieść o zstąpieniu do piekła, ale największe piekło znajduje się w człowieku – i w instytucji, która oczekuje całkowitego poświęcenia. Kuang kieruje swoje ostrze krytyki w stronę:

  • akademickiej rywalizacji, która niszczy ludzi, a nie rozwija naukę,

  • mizoginii i seksizmu, które wciąż są obecne na uniwersytetach,

  • toksycznej relacji promotor–doktorant,

  • wypalenia i kultury „pracuj do upadłego”,

  • fetyszu wiedzy, który potrafi zabijać tyle samo, co ignorancja.

Nie brakuje tu też female rage – wściekłości skierowanej nie tylko na mężczyzn z akademickiej elity, ale też na samą siebie, na własne wybory i wewnętrzne kompromisy. Pod tym względem „Katabaza” mocno przypomina mi „Yellowface” i „Babel”: to książki, które nie chcą być „łagodne”. Mają prowokować, krytykować pewne środowiska i patologie (Yellowface - środowisko wydawnicze, Babel - kolonialne zawłaszczanie języka, elitaryzm akademicki).

Styl – piękno intelektualnego chaosu

To powieść, która bywa powolna, przegadana, pełna dygresji, matematycznych i filozoficznych paradoksów. Niektórych to odrzuci. Ja natomiast zanurzyłam się w ten tok myślenia i płynęłam z nim jak z prądem. Można Kuang zarzucić przesadne intelektualizowanie i pewną pretensjonalność - ja jednak wyczuwam w tym erudycję, ogrom wiedzy i researchu, który stoi za każdą z jej książek. I wcale mi nie przeszkadza, że "chwali się tym" na stronach powieści, wplatając różne naukowe dygresje w fabułę.

Moim zdaniem „Katabaza” świetnie działa jako audiobook – jej rytm, zaduma i powolne odsłanianie sensów idealnie nadają się do słuchania podczas długi spacerów.

Słowem podsumowania

„Katabaza” to niełatwa, ale niezwykle satysfakcjonująca powieść. To historia o zstąpieniu do piekła, które okazuje się labiryntem ludzkich ambicji, wyrzutów sumienia i zniszczonych granic. Kuang po raz kolejny dowodzi, że fantastyka może być intelektualną zabawą.

„Katabaza” zostanie ze mną na długo. Jest dla mnie powieścią o zstępowaniu do własnych lęków i o odzyskiwaniu siebie. O ambicji, która potrafi zjeść człowieka od środka. O kobietach w akademii, które nie mają prawa być przeciętne, słabe, zmęczone. A mnie czytając towarzyszyła jedna myśl: jak ja dobrze to znam z własnego doświadczenia pisania doktoratu.

Dla kogo jeszcze jest Katabaza?

  • dla osób, które lubią literaturę intelektualną, powolną i pełną filozofii

  • dla fanów „Babel” oraz „Yellowface”

  • dla osób związanych z akademią – uderzy najmocniej

  • dla tych, którzy lubią female rage i introspekcję

  • dla czytelników, którzy lubią, gdy świat magiczny opiera się na wiedzy, logice, mitach i nauce

Nie polecam jej komuś, kto szuka szybkiego tempa, lekkiej rozrywki lub historii napakowanej akcją i romansem. 

 



Lotosowe cesarstwo to zwieńczenie trylogii Płonące królestwa – cyklu, który od samego początku łączył bogactwo orientalnych motywów (Indie, królestwo Wielkich Mogołów)  z emocjonalną introspekcją i polityczną intrygą. Tasha Suri po raz kolejny udowadnia, że potrafi pisać z ogromną wrażliwością, a jej proza, pełna metafor i nasyconych obrazów, ma w sobie niemal medytacyjny rytm - cykl Płonące królestwa w tym aspekcie jest bardzo podobny do Kronik Ambhy. Lotosowe cesarstwo to książka spokojna, powolna w lekturze – i właśnie ta powolność okaże się dla wielu czytelników próbą cierpliwości. Nie będę ukrywać - dużo lepiej "wchodziła" mi w wersji audio podczas spokojnych spacerów niż wieczorami na kanapie, gdzie oczy same się zamykały.

Podobnie jak w poprzednich tomach, autorka stawia na psychologiczny portret bohaterów – przede wszystkim Priyi i Malini – niż na wartką akcję. Ich relacja, oparta na pragnieniu i niemożności jego spełnienia, szybko staje się osią opowieści, przyćmiewając wątki polityczne i przygodowe. Dla jednych będzie to emocjonalny rdzeń powieści, dla innych – źródło frustracji. Niestety ja odniosłam wrażenie, że rozwój tych bohaterek w ostatnim tomie wyhamował, by dopiero na koniec odegrały większą rolę - przez co rozdziały dotyczące ich perspektyw nieco mnie nużyły. Na szczęście, dało to pole do "zabłyśnięcia" innym postaciom, które w Lotosowym cesarstwie nabrały głębi. Na szczególną uwagę zasługuje wątek Bhumiki – bohaterki kruchej, a jednocześnie niezwykle silnej. Jej relacja miłosna, pełna czułości i autentycznego ciepła, stanowi udany kontrapunkt dla zmagań Priyi i Malini, opartych głównie o namiętność i poczucie zdrady. Również Rao, z jego walką z żałobą i wiarą, to jedna z postaci, które najmocniej zapadają w pamięć.

Chociaż największą wadą tej powieści jest jej tempo - to uwodzi ona pięknym stylem Tashy Suri i feministycznym wydźwiękiem, oddając sprawczość w ręce kobiet - gotowych przeciwstawić się tradycji i religii, nie tylko w imię wyższych celów jak ratowanie świata, ale także własnych pragnień. To właśnie tutaj budowane jest największe napięcie tej powieści - wokół tematu poświęcenia życia/swoich pragnień, splatając się z refleksją nad religią, władzą i losem kobiet w patriarchalnym świecie. 

Jednym z największych atutów Suri jest umiejętność tworzenia świata moralnych półcieni. Nie ma tu prostego podziału na dobro i zło – każda decyzja ma swoją cenę, a każda ofiara niesie pytanie o sens. . Malini, walcząca o własne przeznaczenie, staje się uosobieniem tej walki — zarówno duchowej, jak i politycznej — a jednocześnie jej decyzje nie zawsze są szlachetne. 

Tasha Suri pisze pięknie – ale nie porywająco. Jej styl zachwyca detalem i atmosferą, lecz wymaga cierpliwości. Świat Płonących królestw fascynuje bogactwem, rytuałem, i cielesną bliskością natury, ale tempo narracji często przypomina leniwie płynącą rzekę, w której łatwo się zagubić. Ostatnia część cyklu jest niewątpliwie emocjonalnym i estetycznym domknięciem historii, lecz niekoniecznie jej najbardziej angażującym rozdziałem. Myślę, że dla wielu czytelników ta książka wyda się zbyt powolna. Zwłaszcza pierwsze dwie trzecie książki to długie, introspektywne rozdziały, skupione bardziej na uczuciach niż na wydarzeniach. Zaś ostatnie to ich przeciwieństwo - powieść na pewno by zyskała, gdyby te "żywsze" wydarzenia lepiej rozłożyć.

Słowem podsumowania

Lotosowe cesarstwo to spokojne, pełne melancholii zakończenie cyklu, który od początku wyróżniał się bogactwem emocji i wyjątkową wrażliwością. Tasha Suri nie szuka łatwego efektu — zamiast fajerwerków proponuje powolne zanurzenie w świecie pełnym symboli, duchowości i wewnętrznych konfliktów. To książka, którą warto smakować powoli, doceniając piękno języka i subtelność metafor, nawet jeśli momentami nuży tempem. Nie jest to finał spektakularny, lecz raczej ciche domknięcie historii – pełne smutku, siły i refleksji.

Polecam tę powieść czytelnikom, którzy w fantasy szukają nie tylko przygody, ale też emocjonalnej głębi, kobiecej perspektywy i moralnej złożoności. Jeśli jednak stawiacie bardziej na akcję, dramatyczne wydarzenia czy humor – to Płonące królestwa mogą nie być najlepszym wyborem.



Szpet wiatru to drugi tom cyklu Szepty rodu Eld Veriani, w którym śledzimy losy młodej dziewczyny o imieniu Zoya. Po przygodach z pierwszego tomu - kiedy to udało jej się zdobyć moc i odzyskać utraconą tożsamość - dziewczynie przyjdzie zmierzyć się z jeszcze większymi wyzwaniami. Szept wiatru rozgrywa się w zasadzie w dwóch lokalizacjach - w stolicy i na dzikich terytoriach za niebezpieczną Zaporą - i, wierzcie mi, w obu z nich dzieje się wiele, a wyzwania są poważne. Wszak nie tylko walką z potworami się żyje - trzeba umieć jeszcze lawirować wśród społecznych zasad, między ekscentrycznym królem, a zupełnie obcym plemieniem. Zoya ma jednak dar odnajdywania się we wszelakich sytuacjach, nie tracąc przy tym nic ze swojego ostrego języka - nawet jeśli trzeba opieprzyć króla za jego lekkomyślne zachowanie!

Pierwszy tom, Szept ognia, nie był książką złą - ale jak na poziom twórczość Pauliny Hendel wypadł dość przeciętnie. Zabrakło mi w nim tego "czegoś", co wyróżniałoby historię na tle innych opowieści o młodych dziewczynach walczących ze smokami i rozkochującymi w sobie dwóch młodzieńców jednocześnie. Warto jednak dawać drugą szansę, bo Szept wiatru pod każdym względem jest lepszy - jakby zarówno Autorka, jak i Zoya nabrały wiatru w żagle. Odnajdziemy tutaj wszystko to, za co cenię Autorkę: niecodzienną przygodę, świetnie skrojone postacie, lekkość pióra oraz dużą dawkę humoru - bez popadania jednak w parodię gatunku. Szept wiatru to solidna fantastyka, w której nie brakuje magii, wszelakiej maści potworów i fantastycznego świata, mającego własne zwyczaje. Zakończenie zaś rozbudza jedynie apetyt na więcej - a mnie pzoostaje mieć nadzieję, że trzeciego tomu doczekamy się równie szybko!

Kiedy świat staje się większy - ale bez przesady

Niejednokrotnie w swoich recenzjach powieści z gatunku fantasy podkreślałam jak ważna jest dla mnie kreacja świata. Pod tym kątem Szept wiatru z pewnością nie zawodzi. Jednocześnie wiele książek fantasy ma tendencję do zbytniego rozrastania się świata w każdym kolejnym tomie, zgodnie z zasadą podnoszenia stawek. I czasem to rozbudowywanie świata wprowadza niepotrzebne rozmycie głównego wątku, nie mówiąc już o tym, że potrafi przyprawić o ból głowy nowymi nazwami (im trudniejsza do wymówienia tym lepiej), a książkę doładować 100+ stronami opisów. 

Paulina Hendel znalazła jednak złoty środek - Szpet wiatru rozbudowuje świat, ale nie dodając nowe krainy, a stopniowo odkrywając to, co zostało już wprowadzone. Dzięki temu dowiadujemy się znacznie więcej na temat tego, co kryje się za zaporą, bestiariusz zostaje rozbudowany o nowe potwory (przy czym nie zapominamy o tych starych), a nawet świat dobrze znany Zoi zostaje rozbudowany poprzez podróż do stolicy i poznanie monarchy. 

Kolejne odkrywane kawałki pozwalają nam uzupełnić wiedzę o świecie przedstawionym - o zwyczaje panujące na dworze czy za zaporą. Co więcej ten tom daje nam sporo możliwości do porównywania tych dwóch światów: cywilizowanego i dzikiego, pozornie bezpiecznego i niosącego pewną śmierć. 

Jest w tej kreacji świata wspominana przeze mnie lekkość - miejsce akcji wydaje się żywe i barwne, ale bez przytłaczania. Powiedziałabym nawet, że jest w tym coś z urban fantasy, pewna dobrze znana współczesność - ale świetnie wpleciona i bardzo pasująca do stworzonego przez Paulinę Hendel świata fantasy.

Zoya na pierwszym planie

Pierwszy tom niebezpiecznie skręcał w kierunku romantasy - z obowiązkowym romantycznym trójkątem. Bałam się, że w drugim otrzymamy sporo scen cielesnych, a romantyczne wzdychania przesłonią magiczne wątki. Nic bardziej mylnego! Uważam, że tej powieści na dobre wyszło rozdzielenie zakochanej pary - bo Zoya solo dostała przestrzeń, by dojrzeć i stać się obiecującą młodą kobietą, która mogłaby rzec - cytując Megarę z animowanego Herkulesa - "dam sobie radę - jestem duża i silna. Sama wiążę sobie sandały i w ogóle". Już w pierwszym tomie Zoya pokazywała charakterek - ale także traciła głowę dla facetów. W Szepcie wiatru, będąc z dala od ukochanego pokazała na co naprawdę ją stać - na odwagę, gotowość do poświęceń, a także sporą dawkę inteligencji. Bardzo podoba mi się taka kreacja bohaterki - silnej, ale nie aroganckiej, zdolnej do empatii, ale nie cierpiącej za narody. 

I - nawet nie wiecie jak się z tego powodu cieszę! - Zoya to taka bohaterka, która umie myśleć o czekających ją zadaniach, a nie sto razy rozpamiętywać jaki to namiętny i wyjątkowy jest jej chłopak. Wiadomo - to nie skała i czasem za nim zatęskni, ale nie w taki sposób, żeby zepchnąć fabułę na dalszy plan. Wiele powieści romantasy jest strasznie spowalnianych przez monologi wewnętrzne głównych bohaterek, rozpamiętujący po raz nie wiem który spotkania z tym jedynym i zastanawiających się, czy kocha, czy nienawidzi. Tutaj tego nie ma - a i tak zostaje sporo chemii, chociaż bardziej między Zoyą i smokami niż jej chłopem (może poleciała nie na jego piękne oczy i namiętne usta, ale właśnie na posiadanie smoka?). Zmierzam do tego, że elementy romansowe tutaj są, ale w odpowiedniej dawce. 

Przygoda pełną parą

Czytając Szept wiatru nie sposób się nudzić. Dzieje się wiele, a Autorka co krok nas zaskakuje. I to nie tylko zwrotami akcji, ale także zabawą z pewnymi schematami, a co za tym idzie naszymi oczekiwaniami. Tam gdzie spodziewamy się powagi wkrada się humor, a tam gdzie myślimy, że będzie długa pogadanka król daje bohaterom strzały i mówi "przekonajcie się na własnej skórze!". Ta cała lekkość i humor nigdy nie przekraczają jednak pewnej granicy - w odpowiednich momentach potrafi pojawić się ciężar i powaga. To powieść, która z pewnością wciąga - od samego początku była niezmiernie ciekawa w jaką stronę podąży fabuła. Książkę wciągnęłam w kilka dni - choć dla osoby dysponującej czasem może to być lektura i na jeden dzień, biorąc pod uwagę, że to powieść trudna do odłożenia :)

Słowem podsumowania

Szept wiatru to przykład fantasy, które łączy w sobie wartką akcję, dobrze rozpisaną bohaterkę i świat, który zachwyca szczegółami, ale nie przytłacza. Paulina Hendel w drugim tomie cyklu pokazuje pełnię swojego talentu – wciąga czytelnika, bawi, wzrusza i nie pozwala się nudzić. To lektura obowiązkowa dla wszystkich fanów przygodowego fantasy z wyrazistymi bohaterkami (w zasadzie każda z kobiecych bohaterek w tym tomie zachwyca - i ma swój charakterek!). Jeśli pierwszy tom nie do końca was przekonał – warto dać serii drugą szansę. Szept wiatru jest dojrzalszy, dynamiczniejszy i zdecydowanie bardziej wciągający. To książka, która zapewni świetną rozrywkę, a jednocześnie sprawi, że z jeszcze większą niecierpliwością wypatruje się kolejnej części.

 


John Gwynne zamyka trylogię o Krwiozaprzysiężonych z impetem godnym bojowego młota Thora – bezwzględnie, brutalnie i absolutnie wspaniale. Gniew bogów,  ostatnia część epickiej fantastyki inspirowanej nordyckimi sagami daje czytelnikom wszystko, czego mogą pragnąć: apokaliptyczne bitwy, monstrualnych wrogów, gniew bogów i – co najważniejsze – emocjonalne zaangażowanie w losy uwielbianych (lub znienawidzonych) bohaterów. Całość czyta się z zapartym tchem, podziwiając kunszt Gwynne'a w opowiadaniu inspirujących historii połączonych z militarnym rozmachem, co krok zaskakujących czytelnika. Wszak w brutalnym świecie Vigriðu, w którym pałający żądzą zemsty bogowie odradzają się, nikt nie jest bezpieczny. Choć po drodze można uronić łezkę, to finał jest bardzo satysfakcjonujący, a ostatnie strony kojące ducha. Jest dokładnie tak, jak powinno być w finałowym tomie: mocniej, brutalniej, ale jednocześnie z pamięcią o zamykaniu poszczególnych wątków. Można by rzec: tam, gdzie wiele trylogii potyka się na ostatnim etapie, Gwynne przebija się przez finał niczym berserk w formacji tarcz, z uniesionym toporami i dotrzymanymi przysięgami.

Mistrzowska lekcja epickiego, mrocznego fantasy


Akcja książki rozpoczyna się dokładnie w miejscu, gdzie zakończyła się Głód bogów, rzucając czytelnika z powrotem w chaos targanej burzami krainy Vigrið – inspirowanego nordycką mitologią świata, gdzie bogowie chodzą po ziemi, potwory wypełzają z głębin, a zemsta płonie jak smoczy ogień. To bez wątpienia najbardziej naładowana akcją część trylogii – i chociaż taka intensywność mogłaby przytłoczyć inne dzieła, Gwynne umiejętnie osadza widowiskowość w tym, co zawsze było jego największą siłą: bohaterach.

Są tu oblężenia, zasadzki, bitwy morskie i pojedynki, które mogą śmiało stanąć obok najlepszych scen bitewnych w historii gatunku. Starcie morskie szczególnie się wyróżnia – namacalne, brutalne i niemal filmowe. Opisy starć - zarówno jeden na jednego, jak w w dużych formacjach sprawiają wrażenie autentycznych i dynamicznych: każdy opisywany cios, unik są przemyślane i tworzące pewną choreografię walki uchwyconą w słowach. Czy to w walce toporem i tarczą, czy między bogami a trollami – opisy nigdy nie tracą przejrzystości, nawet jeśli na polu bitwy króluje chaos.

I tak, to naładowanie tego tomu scenami walki mogłoby przytłoczyć, gdyby nie emocjonalna waga, która za nimi stoi. Każdy z bohaterów ma swoje motywacje - szlachetne bądź nie - by angażować się w walkę, przez co każde starcie ma znaczenie.

Bohaterowie, którzy stają się rodziną


Największą siłą Gwynne’a są jego postaci. Więzi między Krwiozaprzysiężonymi – zaciekła opiekuńczość Orki, nieugięta ambicja Elvary, lojalność Einara Półtrolla czy urok Varga  – sprawiają, że to nie jest tylko opowieść o wojnie z potężnymi bóstwami, chcącymi unicestwić świat. To historia wybranej, odnalezionej rodziny, przysiąg silniejszych niż krew. I w tym - relacjach między bohaterami - tkwi serce tej trylogii. Tak jak wspominałam, ta część pełna jest akcji, ale nie pozbawiona jest momentów oddechu - chwil takich jak wspólne posiłki bohaterów, w trakcie których wyrażane są obawy, ale także nadzieje. Dzięki skupieniu na losach bohaterów - a nie płonącego świata - wydarzenia takie jak zdrada rozdzierają serce; zaś zemsta jest niezwykle satysfakcjonująca. 

Pomysłowo, brutalnie i nieprzewidywalnie


Świat stworzony przez Gwynne’a pozostaje równie dopracowany - i autentyczny. Choć mocno inspirowany nordyckimi sagami, pełen jest oryginalnych reinterpretacji, dzięki czemu zaskakuje. Zaś legendarna podbudowa - dawna wojna bogów przynosząca zniszczenie i wizja jej powrotu - sprawiają, że świat wydaje się bogaty. Powieść z pewnością wpisuje się w ponure dark fantasy. Gwynne nie unika zdrady, okrucieństwa ani najciemniejszych zakamarków ludzkiej (i nieludzkiej) natury. To kwintesencja moralnej niejednoznaczności tej opowieści, świata, w którym chwała i okrucieństwo idą ręka w rękę.

A jednak – pośród tej furii – jest też piękno. Gwynne ożywia mitologię pełną niezwykłej magii, szalonych pomysłów i znakomitych scen, zapadających w pamięć swym rozmachem. Zaś brutalność i okrucieństwo równoważone są wspomnianymi relacjami tworzonymi między bohaterami - mimo całego mroku i nadchodzącej apokalipsy, w postaciach ciągle tli się nadzieja na spokojniejsze jutro. 

Słowem podsumowania... 

Gniewem bogów Gwynne pokazuje jak się powinno pisać zakończenia epickich trylogii. Jest więcej i mocniej, ale jednocześnie ostatni tom nie gubi głębi. Pozornie to opowieść o walce z przeciwnościami losu i wskrzeszonymi bogami, pałającymi żądzą zniszczenia - w swym rdzeniu jest to jednak historia o przysięgach. O tych składanych rodzinie, towarzyszom, idei i samemu sobie. O cenie ich dotrzymania i odwadze, jakiej to wymaga. I taki jest ostatni tom - dotrzymaniem przysięgi złożonej czytelnikom, że warto się w tą historię zaangażować!

 


„Szpet ognia” Pauliny Hendel to powieść fantasy, która nie próbuje rewolucjonizować gatunku, ale za to oferuje solidną dawkę rozrywki, opakowaną w lekki styl i sympatycznych (choć czasem irytujących) bohaterów. To książka, która nie zaskakuje, ale skutecznie wciąga – głównie dzięki dynamicznej akcji, humorowi i ciekawemu bestiariuszowi, który nadaje światu pewnego charakteru. Jednocześnie to nic więcej - zabrakło mi w tej powieści większej kreatywności, by wyróżniła się na tle gatunku, a nadanie jej młodzieżowego tonu uprościło całość. Gdzie się podziała Autorka "Cmentarza osobliwości", cozy fantastyki z pewną głębią? "Szept ognia" to powieść odrobinę zbyt odtwórcza, by naprawdę zapadła w pamięć, ale ratuje ją lekki styl autorki. Może być to dobra lektura na lato - kiedy upały sprawiają, że nie jesteśmy zbyt wymagający i wystarcza nam, że książka szybko się czyta.

Świat i fabuła: znajome motywy, którym zabrakło więcej pazura


To, co uwiera mnie najbardziej w tej książce to bezpieczeństwo. Paulina Hendel napisała książkę przyjemną, ale nic poza tym - wykorzystała znane motywy, z którymi można było zrobić więcej, można się było z nimi zabawić. Zamiast tego całość została rozegrana dość bezpiecznie, czerpiąc garściami z tego co jest popularne - np: smoki - ale nie nadając temu nowego wymiaru. I tak, w tej powieści równie dobrze smoków mogłoby nie być, bo nie odgrywają one większej roli dla kreacji świata czy fabuły - równie dobrze można by je zastąpić każdym innym stworzeniem.

Czytając, co krok łapałam się na tym, że gdzieś to już było. Mroczna magiczna zapora chroniąca świat przed potworami? Trylogia Griszów Bardugo. Trójkąt miłosny ze szlachetnym blondynem i mrocznym brunetem (sunshine i grumpy) czy zwykła dziewczyna zyskująca nagle moce? Co druga powieść romantasy. Te motywy można ograć, ale nie kiedy gra się z nimi bezpiecznie. Weźmy taki trójkąt miłosny, który w tej powieści aż bije po oczach schematycznością - a co gdyby Zoya, główna bohaterka, na koniec nie wybrała żadnego faceta? Albo któryś z nich okazał się podłym manipulatorem? To by była zabawa z oczekiwaniami, choć może rozczarowałaby miłośników romanatsy (do których ja nie należę)

Sam świat przedstawiony również nie wyróżnia się, szczególnie jeśli czytało się już naprawdę wiele powieści fantasy. Nie oznacza to jednak, że Autorka nie włożyła żadnego trudu w jego kreację. Największą siłą świata przedstawionego są stworzenia, które go zamieszkują – od skałorożców przez pomroczniki po cierniorogi – ich nazwy i opisy nadają historii kolorytu. Starcia z nimi są zaś jednymi z lepszych scen - zacierałam ręce za każdym razem, kiedy na naszych bohaterów czyhało niebezpieczeństwo, by poznać nowego stwora i zobaczyć jak tym razem sobie poradzą.

Bohaterowie: zadziorna Zoya i narzekający mag


Zoya to typowa „irytująca, ale urocza” protagonistka – zbuntowana, niepokorna i momentami dziecinna, ale też sympatyczna dzięki swojemu poczuciu humoru. Jej przemiana z pionka w świadomą uczestniczkę wydarzeń jest wyraźna, choć nie zawsze subtelna. Najlepiej wypada dynamiczna relacja z czarnoksiężnikiem, z którym dzieli ciało – ich wewnętrzne dialogi są jednym z najzabawniejszych elementów książki. Niestety, pozostali bohaterowie (w tym męskie postaci) są dość schematyczni. Cierpi na tym powieść, gdyż większość fabuły dotyczy podróży naszej bohaterki z Solenem i Kaelem, i gdy tylko znika głos w głowie Zoi potrafi zrobić się nudno. Nasi męscy protagoniści są takie papierowi, że jak dla mnie Zoya nie miała z czego wybierać - chyba, że lubi chodzące książkowe archetypy z romantasy bez krztyny własnego charakteru :P Do tego trójkąt miłosny jest słabo rozwinięty, a „iskra” między postaciami rodzi się bardziej z konwencji niż z naturalnej chemii.

Styl i tempo: lekkość i dynamika


Chociaż narzekam w tej recenzji sporo - głównie wynika to zwyczajnie z rozczarowania, bo po autorce spodziewałam się zwyczajnie więcej - to "Szpet ognia" nie jest powieścią złą. Hendel pisze z dużą swobodą, unikając przegadania i nadmiaru wątków. Akcja toczy się szybko, ale nie chaotycznie, a humor (zwłaszcza w postaci dogryzania między kuzynami czy sarkazmu maga) działa znakomicie. To jedna z tych książek, które czyta się jednym tchem – po początkowym wahnięciu tempo przyspiesza, a kolejne strony mijają niemal niezauważalnie. Dopiero na końcu czujemy pewne rozczarowanie - ja do ostatniej strony czekałam, że nastąpi zwrot o 180 stopni i zostanę zaskoczona, a te wspominane znane motywy okażą się jedynie zmyłką.

Słowem podsumowania...

"Szpet ognia" to lekka i przyjemna powieść - i gdyby był to debiut to byłabym zadowolona. Jednak w przypadku Pauliny Hendel mam porównanie, przez co opowieść o Zoi nieco rozczarowuje, jakby autorka poszła na łatwiznę łącząc swój niezły styl ze znanymi motywami, nie dając nam niczego więcej. Największym minusem „Szpetu ognia” jest jego przewidywalność. Jeśli czytaliście wiele powieści fantasy, domyślicie się głównych zwrotów akcji już na wczesnych stronach. To wciąż sprawnie napisana historia, ale po Hendel spodziewałam się zwyczajnie czegoś więcej - "Cmentarz osobliwości" ciągle siedzi mi w głowie, choć przeczytałam go kilka lat temu; zaś "Szpet ognia" nie będzie pierwszą książką, która przyjdzie mi do głowy na hasło "smoki". 

To powieść przede wszystkim dla młodszych czytelników, którzy dopiero odkrywają fantasy, lub dla fanów gatunku szukających lekkiej, zabawnej przygody bez zawiłości. To pozycja, która nie przytłacza, ale też nie zostawia trwałego śladu; dobra rozrywka, ale bez polotu. Mam nadzieję, że Paulina Hendel jeszcze nas zaskoczy – bo ten świat i ten styl aż się proszą o coś odważniejszego.

 


„Stara kobieta i smok” to lektura pokaźnych gabarytów – ponad 850 stron! – która udowadnia, że taką objętość zdolny pisarz może doskonale wykorzystać. Ta powieść to fantastyka epicka w pełnym tego słowa znaczeniu, która do tematu magii i smoków dodaje zapomnianą technologię, tworząc w efekcie oryginalne połączenie. Autor solidnie kreśli podstawy przedstawianego świata, dbając o szczegóły – od funkcjonowania gildii łowców smoków, przez wierzenia i religię (stanowiące odpowiedź na napięcie między naturą a technologią, w której potężne bóstwo karze ludzi za działania na szkodę planety), aż po ciekawe cechy samych smoków. A to wszystko zostało połączone wciągającą fabułą i dobrze napisanymi bohaterami. Dzięki temu – mimo objętości – nie można się przy tej powieści nudzić, a strony przewracają się same.

Świat, który wciąga bez reszty

Nie będę ukrywać, że w fantastyce najważniejsza jest dla mnie kreacja świata - stawiam ją wyżej niż fabułę. Świat fantastyczny ma intrygować - może stanowić odbicie naszego, może być całkowicie odmienny, ale musi mieć w sobie to coś, żebym chciała się w niego zagłębić.

Tak jest w tej powieści. Marcin Przybyłek połączył najlepsze elementy epickiego fantasy, science-fiction i motywów postapokaliptycznych, tworząc świat nie tylko oryginalny, ale i głęboko przemyślany. Autor przedstawia nam przyszłość, w której zaawansowana technologia dawno już przeminęła, pozostawiając po sobie tylko mgliste wspomnienia i ruiny dawnej świetności. To świat po zagładzie niezwykle zaawansowanej technologicznie cywilizacji, której okruchy są nadal widoczne - pozwala to na wprowadzenie do typowych znanych z fantastyki rozwiązań ciekawe innowacje, obecne chociażby w samej broni czy wierzchowcach naszych bohaterów. 

W tej niezwykłej scenerii rozwija się fabuła oparta o dobrze znany motyw drogi, w której pogromczyni smoków Lian i jej uczeń Jazona pakują się w misję odnalezienia pewnych artefaktów. Ta niezwykłość świata, skrywane przez niego tajemnice - a także sami bohaterowie - sprawiają, że ten motyw wcale nie wydaje się wtórny - i nie towarzyszy nam nuda, która często pojawia się przy zbyt rozwleczonej drodze bohatera. Przybyłek nie poprzestaje na samej fabule – jego świat jest żywy, pełen mitów, politycznych rozgrywek i społecznych napięć. Wykroewany został nawet specjalny język tego świata, co potwierdza, że mamy do czynienia z przestrzenią dopracowaną w najdrobniejszych szczegółach. To właśnie ten poziom immersji sprawia, że „Stara kobieta i smok” wyróżnia się na tle innych powieści fantastycznych. A ja po przeczytaniu podłapałam kilka słówek, które teraz weszły do mojego słownika!

Powieść drogi z drugim dnem

Tak jak wspomniałam, fabularnie "Stara kobieta i smok" jest powieścią opartą o motyw drogi. Autor unika jednak schematyczności, ukazując podróż bohaterów nie tylko jako fizyczne przemieszczanie się, ale także stopniowe odkrywanie tajemnic świata, jego historii i mechanizmów, które nim rządzą. Każdy przystanek na trasie Liany i Jazona wnosi coś nowego – czy to w postaci spotkania z niezwykłymi postaciami, czy też poprzez odkrycie kolejnych warstw świata przedstawionego - a w końcu rozwoju naszych bohaterów.

„Stara kobieta i smok” to nie tylko przygoda – to także opowieść o przemijaniu, dziedzictwie i poszukiwaniu sensu w świecie, który dawno stracił swoją dawną świetność. Autor zręcznie balansuje między akcją a momentami refleksji, dzięki czemu książka pozostaje w pamięci na długo po zakończeniu lektury.

Postaci, które zapadają w pamięć

Liana i Jazon to bohaterowie, których różnice generacyjne i życiowe doświadczenia tworzą fascynującą dynamikę. Liana, zmęczona życiem, oraz Jazon, pełen młodzieńczego zapału i wiary w możliwość zmiany, doskonale się uzupełniają. Ich relacja jest jednym z najsilniejszych punktów książki. Autor świetnie przedstawia starość, nie bojąc się odnosić do fizycznych aspektów - kiedy dumna bohaterkę zawodzi jej własne, niegdyś piękne i silne ciało. Doskonale została także nakreślona młodość - pierwsze zauroczenia, patrzenie w przyszłość z optymizmem. Jednocześnie autor pozostawił Jazonowi przestrzeń, by ten mógł dojrzeć. 

Na uwagę zasługują także smoki. Nie są to ani klasyczne potwory, ani szlachetne istoty znane z innych opowieści. Ich rola w świecie jest niejednoznaczna, zdają się być strażnikami, karzącymi ludzi za łamanie praw bogini "której imienia nie wolno wymawiać". Sama ich obecność wprowadza napięcie i nutę niepewności, a przede wszystkim fascynuje.

Słowem podsumowania...

„Stara kobieta i smok” to powieść, która zachwyca zarówno pomysłowością, jak i wykonaniem. Marcin Przybyłek stworzył świat, w który chce się wracać, a historia Liany i Jazona porusza nie tylko przez swoją warstwę przygodową, ale i przez głębsze, egzystencjalne pytania. To powieść, która całkowicie mnie pochłonęła i dostarczyła ogromną ilość przyjemności płynącej z zagłębiania się w drobiazgowo wykreowany świat fantastyczny - w którym możemy jednak dostrzec pewne lęki współczesności (natura kontra technologia). Już teraz wiem, że to nie ostatnie moje spotkanie z twórczością tego autora!

Starsze posty Strona główna

ABOUT AUTHOR

안녕하세요! Z wykształcenia doktor nauk politycznych i magister filmoznawstwa, hobbistycznie zapalona czytelniczka! Zapraszam na bloga o książkach, filmach oraz Półwyspie Koreańskim - czyli moich największych pasjach!

Categories

  • abyssos 1
  • agora 2
  • akurat 2
  • albatros 4
  • artrage 2
  • azjatyckie 91
  • beYA 1
  • bliski wschód 1
  • Books4YA 4
  • chiny 11
  • ciekawostki 7
  • copernicuscenterpress 2
  • cyberpunk 1
  • czarna owca 1
  • czarne 3
  • czytelnik 1
  • dark academia 1
  • dark fantasy 7
  • dialog 8
  • dlaczemu 2
  • dolnośląskie 1
  • dystopia 4
  • esej 4
  • europa wschodnia 1
  • fabryka słów 115
  • fae 1
  • fantastycznyorient 18
  • fantastyka 188
  • filia 2
  • film 3
  • filtry 1
  • format 1
  • foxgames 1
  • galeriaksiążki 1
  • gra książkowa 1
  • gramatyka 3
  • groza 19
  • harde 1
  • healing novel 6
  • hi:story 1
  • horror 19
  • idiom 3
  • indie 5
  • indonezja 1
  • instagram 5
  • iyashikei 2
  • jaguar 2
  • japonia 36
  • kdrama 1
  • kirin 7
  • klasyka 1
  • komedia kryminalna 5
  • komiks 3
  • korea 45
  • koreański 9
  • kryminał 24
  • krytyka polityczna 1
  • książki 188
  • kwiaty orientu 2
  • literatura dziecięca 5
  • literatura młodzieżowa 30
  • literatura piękna 21
  • literatura podróżnicza 2
  • luna 1
  • marginesy 2
  • matronat 1
  • mitologia 2
  • mova 3
  • mustread 2
  • muza 5
  • naukowe 8
  • new adult 3
  • nonfiction 8
  • nowa baśń 14
  • nyks 1
  • obyczajowa 1
  • papierowyksiężyc 2
  • patronat 4
  • planetaczytelnika 1
  • podróżnicza 1
  • powieść gotycka 2
  • powieść historyczna 12
  • prószyński 5
  • przygodowa 1
  • recenzja 175
  • relacja 7
  • replika 4
  • reportaż 14
  • retelling 1
  • retrobuki 18
  • romans 7
  • romantasy 1
  • sensacja 2
  • sf 20
  • słownictwo 8
  • space opera 1
  • sqn 6
  • szczeliny 2
  • świat książki 1
  • tajfuny 1
  • tajwan 2
  • thriller 7
  • urban fantasy 15
  • uroboros 13
  • vesper 3
  • w.a.b. 5
  • warbook 9
  • weird fiction 1
  • weneedya 2
  • western 1
  • wielka litera 1
  • wietnam 1
  • wydawnictwo ix 1
  • wydawnictwo kobiece 1
  • wydawnictwo literackie 2
  • wydawnictwo mięta 7
  • Wydawnictwo Noir sur Blanc 1
  • wydawnictwo poznańskie 2
  • wydawnictwo spisek pisarzy 1
  • wydawnictwo wab 2
  • wydawnictwo wilga 1
  • wydawnictwonoca 1
  • wyszukane 1
  • yaponia 3
  • you&ya 15
  • youngadult 26
  • yumeka 6
  • zielona sowa 2
  • znak 13
  • zygzaki 1

Matronat

Matronat
Trylogia Hierarchia magii

Matronat

Matronat
Trylogia Magów szkła

POPULAR POSTS

  • Smocza perła - recenzja
  • Pięć małych świnek (recenzja)
  • Naturalista (recenzja)
  • Gwiazdy w łańcuchach
  • #retrobuki 2000-2009
  • Muzyka otchłani
  • Polka w Korei (recenzja)
  • Space Sweepers (승리호)
  • Bogowie otchłani
  • Koreańskie społeczeństwo - przewodnik po książkach
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Szukaj na tym blogu

Blog Archive

Ważne

Wszystkie zamieszczone tutaj teksty oraz grafiki są moją własnością i nie wyrażam zgody na ich kopiowanie bez mojej zgody.

FOLLOW ME @ INSTAGRAM

Gdzie mnie znaleźć

  • Instagram
  • Lubimy czytać
  • Goodreads

Featured Post

#retrobuki

Copyright © 2016 Pani Papierek. Created by OddThemes