Pani Papierek

  • Home
  • Książkach
    • Azjatyckie
    • Naukowe
    • Gatunkowe
      • Fantastyka
      • Kryminał
  • Filmach
  • Korei
    • 한국어
    • Ciekawostki
  • Instagram
  • Współpraca

 



„Wyjątkowi” to finałowy tom serii Brzydcy Scotta Westerfelda — i choć fabularnie spina historię w całość, zostawił mnie z lekkim niedosytem. To jedna z tych książek, którą czyta się szybko, wręcz pochłania, ale po zamknięciu okładki brakuje tego uczucia, że coś naprawdę we mnie zostało.

Seria wpisuje się w złote czasy młodzieżowych dystopii — lata, gdy na półkach królowały Igrzyska śmierci, Niezgodna czy Więzień labiryntu. Każda z tych historii opowiadała o młodych ludziach buntujących się przeciwko opresyjnemu światu. Westerfeld dodał do tego własny, bardzo ciekawy twist — świat obsesji na punkcie wyglądu i tego, jak łatwo perfekcja staje się narzędziem kontroli.

Nie da się ukryć — za to właśnie najbardziej lubię tę serię. Stawia pytania, które nadal są zaskakująco aktualne. Czy bycie „pięknym” i „idealnym” naprawdę nas uszczęśliwia? A może to tylko kolejna klatka, w którą sami pozwalamy się zamknąć? W tym kontekście ciekawe są losy głównej bohaterki, która w każdym z tomów przechodzi przemiany, i to nie tylko fizyczne. Operacja czyniąca ludzi pięknymi - lub wyjątkowymi - miesza także w mózgach, przez co w drugim tronie śledzimy losy Tally, która próbuje uwolnić się od "pustogłowia". W trzecim tomie staje się ona wyjątkową, a więc lepszą od innych. Czy uda jej się porzucić samodzielnie ten sposób myślenia, tym samy uwolnić się spod nowej formy kontroli? 

Groźna doskonałość

Na pierwszy rzut oka "Wyjątkowi" odpowiednio rozwijają wątki poruszane w serii. Tally przeszła przemianę od "brzydkiej" (ale mającej swoją osobowość) do pięknej, ale pustogłowej nastolatki. W tym tomie staje się ona jednak Wyjątkową - członkinią elity, chirurgicznie doprowadzoną do perfekcji. Zarówno jej ciało, jak i umysł mają być ostre - a za tą perfekcją ma kryć się groza. Jako elitarny oddział, Wyjątkowi mają budzić strach i znajdować się poza kontrolą. Brzmi to świetnie w teorii, ale w praktyce zabrakło mi większej dojrzałości - w wielu miejscach Tally, główna bohaterka, nadal zachowuje się jak "naiwna nastolatka", co zdecydowanie stępiło ostrze jej przemiany w groźną broń. Ten motyw stwarzał ogromny potencjał oparcia powieści o wewnętrzny konflikt  - między zaprogramowaną lojalnością i bezwzględnością, a resztkami ludzkich emocji. Zamiast tego fabuła skupiła się wokół pewnych powtarzalnych motywów - poszukiwania Nowego Dymu (rebeliantów), niebezpiecznych ucieczek i kolejnej konfrontacji z doktor Cable. 

Jednocześnie nie mogę odmówić powieści ciekawych scen akcji, szczególnie w środkowej części. Zgodnie z zasadą "więcej, szybciej, mocniej" pościgi czy włamania w tym tomie są iście spektakularne, a autor w pełni wykorzystuje "nadludzkie" ulepszenia swoich bohaterów.

Brak psychologicznej głębi

Największym problemem tego tomu jest brak psychologicznej głębi postaci. Bohaterowie drugoplanowi jak David, Zane czy doktor Cable zostają zmarginalizowani - wielka szkoda, bo ich reakcja na zmiany zachodzące w Tally byłaby kluczowa dla budowania głębi jej kolejnej przemiany. Rozwój protagonistki wydaje się mniej organiczny niż wcześniej - nie do końca rozumiem decyzję autora, by wiele pozostawić zakulisowo, w tym przemianę Tally. "Śliczni" kończą się mocno, ale początek "Wyjątkowych" nie ma już tego przytupu. Przemiana Tally w ostatnim tomie powinna być wstrząsająca, ale jej wahania między zaprogramowaną bezwzględnością a nagłymi przebłyskami wątpliwości czasem sprawiają wrażenie mechanicznych, a nie głęboko psychologicznych. W przeciwieństwie do "Ślicznych", gdzie jej walka z „pustogłowiem” była poruszająca, jej kondycjonowanie jako Wyjątkowej często wydaje się bardziej narzędziem fabularnym niż autentyczną ewolucją postaci. Ponadto, decyzja o kolejnej chirurgicznej przemianie Tally wprowadza powtarzalność: jest na nowo kształtowana, manipulowana. Jej emocjonalność jest ograniczona, uwięziona w lodowatej personie Wyjątkowej. O ile fabularnie to zrozumiałe, o tyle czytelnikowi trudno przez to naprawdę zaangażować się w jej losy. Tally staje się chłodna, wręcz obojętna, co odbiera wielu scenom ich potencjalną siłę. Na szczęście, pozostaje Shay, która dodaje pewnego konfliktu  - sceny z dawnymi przyjaciółkami, które zamieniły się we wrogów - i teraz znów się "przyjaźnią" (ale czy na pewno?) są naprawdę dobre - całość siada jednak, gdy Tally zostaje sama. 

Zakończenie pozostawiające mieszane uczucia

Klimat finału i rozwiązanie wątków są satysfakcjonujące w niektórych aspektach, ale frustrujące w innych. Ostateczna konfrontacja z Dr. Cable porusza ważne pytania o władzę i opór, ale zakończenie wydaje się pospieszne, zamykając wątek Tally w sposób, który nie do końca rozlicza się z etyczną złożonością serii. Książka pędzi ku finałowi na złamanie karku, przez co momenty, które powinny być emocjonalnym ciosem, wypadają zaskakująco płasko. W tym leży zmarnowany potencjał całości - książkę czyta się przyjemnie, łatwo jest się wciągnąć w akcję, ale nie zostaje z nami na dłużej po lekturze, jak to ma miejsce w przypadku "Igrzysk śmierci" czy serii "Podzieleni". 

Słowem podsumowania...

Ostatecznie "Wyjątkowi" to satysfakcjonujące domknięcie fabularne, ale niekoniecznie emocjonalne. Podziwiam świat wykreowany przez Westerfelda, choć zabrakło mi chwil refleksji. Jakby autor zapomniał, że Tally ma być koniec końców człowiekiem, a nie wyłącznie metaforą. Chociaż finałowy tom nie do końca spełnił moje oczekiwania - wypada zwyczajniej słabiej niż "Brzydcy" i  "Śliczni" - to książka warta przeczytania, chociażby żeby sprawdzić jak kończy się ta historia świata, w którym kontrola państwa obejmuje takie aspekty jak wygląd. Choć świat Westerfelda skłania do refleksji nad pięknem i kontrolą, brakuje mu filozoficznej głębi – pytania są stawiane, ale rzadko pogłębiane, bo akcja dominuje nad psychologią. Jest to co prawda poniekąd urokiem powieści młodzieżowych, mających dać nam przede wszystkim rozrywkę, jednak niektóre młodzieżówki lepiej odnajdują balans między akcją a refleksją ("Podzieleni"). To bardzo ciekawe, że powieść opisująca świat dążący do perfekcji mogę podsumować słowami: "wciągająca, ale niedoskonała kontynuacja"!

 


"Mattimeo" to trzecia opowieść z krainy Mchukwiatu, czyli serii Redwall Briana Jacquesa. Razem z "Bitwą o Rudy Mur" i "Krainą Kwiatu i Mchu" tworzy dopełniającą się trylogię o dzielnych myszach: legendarnym Marcinie Wojowniku, podążającym jego śladem Macieju oraz jego synu, Mattimeo. Każda z tych książek opowiada o odnajdywaniu odwagi w sercu by zmierzyć się z podłym przeciwnikiem, zagrażającym pokojowo żyjącym zwierzętom. "Mattimeo" czerpie co najlepsze z poprzednich tomów, jednocześnie opowiadając już nieco mroczniejszą historię, w której nie brak przemocy: tym razem nasi bohaterowie zmierzą się z okrutnym łowcą niewolników, a ich przygody będą na śmierć i życie. Już sama objętość (ponad 500 stron) wskazuje, że choć jest to zwierzęca fantastyka, to bardziej kierowana  jest do do nieco starszych dzieciaków (oraz wszystkich tych, którzy z animal fantasy nigdy nie wyrośli). Jak przystało na powieść z lat 80. nie jest tutaj zbyt cukierkowo, a śmierć w walce jest nieodłącznym elementem opowieści o wielkich wojownikach. Nie brakuje jednak uroku klasycznej opowieści o walce dobra ze złem, rycerskości i... ucztach. Bo jedzenie to nieodłączny element opowieści o krainie Mchukwiatu :) Jeśli szukacie klasycznej fantastyki dziecięcej (którą świetnie czyta się i w starszym wieku), pełnej przygód, niebezpieczeństw, ale i szczęśliwego zakończenia przy kufelku miodu pitnego i parującego ciasta - Mattimeo będzie w sam raz dla was!

W trzecim tomie ujęło mnie zostawienie miejsca nie-wojownikom na wykazanie się swą odwagą. W "Mattimeo" otrzymujemy trzy osie fabularne: uprowadzenie młodych zwierzątek, ratunkową pogoń oraz obronę opactwa. Wszyscy się spodziewają, że dzielny Maciej wojownik wraz ze swoją niezawodną drużyną uratuje syna i inne dzieciaki; ale jak poradzi sobie w więziony przez łowców niewolników nieco rozpieszczony Mattimeo? Czy potulna żona wojownika, Bławatka i pozostałe zwierzęta ochronią opactwo? Ten tom pokazuje, że każdego stać na męstwo, które ma różne oblicza. Czasem będzie to spryt, a czasem determinacja i nieokazywanie strachu, aby wesprzeć inne stworzenia i dodać im odwagi. 

Czytając powieść nie sposób się nudzić - na każdym kroku na naszych bohaterów czyhają wyzwania oraz nieodłączne dla tej serii zagadki w formie dawnych przepowiedni i wskazówek. Tak jak wspominałam, stawka w tym tomie jest wysoka, a zwierzęcy bohaterzy nie mają "fabularnego pancerza" - przez co "Mattimeo" dostarcza wielu emocji. W tym kontekście bardzo przypadło mi do gustu ogrzewające serce zakończenie w duchu "kręgu życia" i ukazania lat szczęścia i spokoju po burzliwych wydarzeniach opisanych na kartach powieści. W powieści nie brakuje także lekkości i humoru - w żadnej mierze nie jest to dołująca historia, pomimo tego, że jest nieco bardziej dojrzała i mroczna w porównaniu do poprzedniczek.

Jeśli jesteście już po lekturze poprzednich książek i spodobał Wam się styl autora (jak różne dialekty poszczególnych gatunków zwierząt!), to "Mattimeo" z pewnością Was nie zawiedzie. To kolejna odsłona opowieści o odwadze, przyjaźni i współpracy przeciwko okrutnym przeciwnikom, którzy myślą wyłącznie o sobie. Niepozorne i łagodne zwierzęta potrafią odnaleźć w sobie siłę, gdy ktoś zagraża ich spokojnemu życiu. Na kartach swych powieści Brian Jacques stworzył niezwykle zdeterminowane postacie - czy są to obrońcy czy złoczyńcy - przez co z zapartym tchem śledzi się ich losy. W "Mattimeo" nie zabraknie i epickich strać, i misji ratunkowych, i w końcu oblężenia i obrony. Można zarzucić serii, że każdy z tomów tak naprawdę skupia się wokół motywu "drogi do stania się bohaterem", ale ma to swój urok: szczególnie, że drogi Marcina, Macieja i Mattimeo choć prowadziły do tego samego celu, były na swój własny sposób wyboiste. Jako miłośniczka fantastyki przygodowej, opartej na questach, z przyjemnością zasiadam do lektury każdego kolejnego tomu Redwall.


Brian Jacques "Mattimeo" (1989)
Polskie wydanie: Nowa Baśń (2024)

 


"Kraina Kwiatu i Mchu" to druga księga - a w zasadzie prequel - serii łączącej klasyczną, epicką fantastykę z nietypowymi bohaterami: małymi leśnymi stworzeniami. Każdą z ksiąg można czytać oddzielnie, gdyż opowiadają zamknięte historie, dziejące się w tej samej krainie. "Kraina Kwiatu i Mchu", tak jak "Bitwa o Rudy Mur" to ponadczasowa fantastyka, wprowadzająca czytelnika w najpopularniejsze tropy w jej klasycznym odcieniu: walki dobra ze złem, heroizmu, kary za podłe uczynki oraz nagrody za moralną postawę. Tropy te wpisane są w zajmującą historię, pełną przygód - od bycia pochwyconym przez wroga, poprzez poszukiwanie mapy, wyprawę i oblężenie. Dodatkowo Brian Jacques uczynił swój las Mchukwiatu krainą niezwykle żywą, zamieszkałą przez różne stworzenia wyróżniające się nawet gwarą - oraz kulinariami, bo i opisów cudownych leśnych potraw na kartach tej powieści nie brakuje.  "Kraina Kwiatu i Mchu" to gwarancja przygody dla każdego czytelnika, niezależnie od wieku!

Tak jak w przypadku "Bitwy o Rudy Mur", "Kraina Kwiatu i Mchu" uwodzi kreacją świata przedstawionego. Prosty język miesza się z wymyślnymi imionami bohaterów i wspaniałymi opisami potraw. Krety mają swoją gwarę, a nietoperze powtarzają ostatnie frazy niczym echo - wszystko to nadaje powieści kolorytu. Dodatkowo wielu zróżnicowanych bohaterów sprawia, że z niezwykłą przyjemnością spędza się czas w lesie Mchukwiatu - poznając zwyczaje jego mieszkańców i towarzysząc im w przygodach.

"Kraina Kwiatu i Mchu" opowiada o legendarnym Marcinie Wojowniku i jego mieczu - z czasów kiedy mały myszek dopiero tworzył swą legendę. Podła królowa żbików Czartyca rządzi krwawą ręką, chcąc sobie podporządkować wszystkie leśne zwierzęta. Leśni mieszkańcy wraz z Marcinem odkrywają w sobie jednak odwagę i postanawiają się sprzeciwić wrogowi - co będzie wymagało szczegółowo zaplanowanego oblężenia oraz wyruszenia w niebezpieczną podróż do tajemniczego Salamandastronu, gdzie ma znajdować się prawowity władca lasu.

W powieści nie brakuje zwrotów akcji - spektakularnych ucieczek, starć z nieoczekiwanymi przeciwnikami czy wyprawy w nieznane. Towarzyszymy w nich nie tylko Marcinowi, ale i Królowi Złodziejmyszków Gwizdonowi, który ma talent do układania ballad, rezolutnym kretom, opiekuńczym jeżom czy budzącym respekt borsukom. Dobre leśne stworzenia współdziałają razem i się o siebie nawzajem troszczą - są także otwarci na przyjęcie żbika, bo to nie gatunek, ale postępowanie decyduje o tym, jak należy kogoś oceniać. Z kolei Czartyca i jej podwładni myślą wyłącznie o sobie, ciągle knują i nie mogą nikomu ufać. Ten kontrast między tymi dwoma grupami idealnie wpisuje się w klasyczny trop walki dobra/praworządności ze złem/chciwością. Ogromną zaletą jest prowadzenie akcji wielotorowo - przeplatających się opisów wyprawy, oblężenia i walki. Znów przywodzi mi to na myśl klasyczną fantastykę w duchu Tolkiena, gdzie każda z "drużyn" ma swoją rolę do odegrania, a napięcie związane z powodzeniem misji wzbudza każdy z wątków - wszystko to sprowadzone jednak do nieco mniejszej skali leśnych stworzeń i Lasu Mchukwiatu.

"Kraina Kwiatu i Mchu" okazała się jeszcze lepsza niż "Bitwa o Rudy Mur", świetnie rozkładając wydarzenia. Świat przedstawiony i dbałość o detale sprawiają czystą przyjemność podczas czytania - jak chociażby to, że borsuk ma miecz "dwułapny", a nie "dwuręczny". Pozwala to na prawdziwe zanurzenie się w tym świecie niezwykłych zwierzęcych bohaterów. W samej fabule nie uświadczymy zbyt wiele magii, choć nie brakuje proroctw czy pewnej aury magiczności związanej z mieczem - jednak jak zauważa sam Knur Waleczny zwycięstwo nie zależy od samego oręża, ale łapek, które go dzierżą - "magiczny" miecz byłyby niczym bez Marcina Wojownika. "Kraina Kwiatu i Mchu" zaskakuje - jako animal fantasy kojarzy się z czymś dla dzieci, dostarcza nam jednak pełnokrwistej fantastyki, spektakularnych starć i niebezpiecznych wypraw. Jeśli lubicie powieści pełen przygody, w których każdy, nieważne jak mały, może mieć serce wojownika to nie możecie przegapić tego tytułu!


Brian Jacques "Redwall. Kraina Kwiatu i Mchu" (1989)
Polskie wydanie: Nowa Baśń (2023)


 


"Ukryty wróg" to drugi tom cyklu Sfora, opowiadającego o apokalipsie oczami psów: z powodu Wielkiego Warczenia (trzęsienia ziemi?) z całego miasta zniknęli Długonodzy, a dla porzuconych psów zaczęła się walka o przetrwanie. W tym tomie wyraźnie da się odczuć ten postapokaliptyczny klimat - zdobywanie pożywienia i schronienia to nie jedyne wyzwanie stojące przed grupą porzuconych psów; zagrożenie ze strony natury jeszcze nie minęło, do tego dochodzą konsekwencje w postaci zatrutej wody - a w lesie trzeba mierzyć się z dzikimi sforami w dostęp do terenów łowieckich. Ten tom wypełniony jest akcją, ale i smutkiem - walka o przeżycie nie jest łatwa, szczególnie gdy na swej drodze trafi się na bezwzględnego Alfę...W "Ukrytym wrogu" nie brakuje napięcia, a główny bohater Fuks znajdzie się w trudnym położeniu - targany już nie tylko rozdarciem między swoją tożsamością samotnika, a rodzącą się lojalnością wobec sfory, ale także przytłoczony rolą szpiega. Różnorodność psich postaci, stojące przed nimi wyzwania oraz poważne podejście do apokalipsy sprawia, że "Ukrytego wroga" czyta się jeszcze lepiej niż tom pierwszy. To powieść, która wciąga, a kolejne strony przerzuca się z lękiem o dalsze losy psich bohaterów. Dostarcza ona sporo emocji - i to niezależnie od wieku czytelnika!

Nie będę ukrywać, że podoba mi się w jakim kierunku rozwija się ta seria. W drugim tomie da się wyczuć zwiększający się ciężar historii, opierającej się na motywie apokalipsy. Znane środowisko (miasto) zamienia się w ruiny, co zmusza to skupienia się na przeżyciu - i wcale nie jest to jednoczące; tworzą się grupy, które stanowią dla siebie takie samo zagrożenie, jak niesprzyjające warunki po apokalipsie. Jednak zamiast perspektywy ludzkiej, poznajemy apokalipsę oczami psów - i to jak zróżnicowanych. Dla psów domowych brak człowieka wydaje się prawdziwym końcem świata; dla psów bezpańskich to z kolei nowe warunki tej samej gry: przetrwania poprzez poleganie na sobie. Sprawia to, że całość jest bardzo interesująca - a jeszcze bardziej ubarwiona przez psie wierzenia i konflikt między psimi bogami a ludźmi, postrzeganymi jako boskie istoty. 

We mnie już sam punkt wyjścia - porzucenie psów - wywoływał wielkie emocje. W tym tomie jest ich jeszcze więcej, bo wkrada się rywalizacja pomiędzy grupami psów, a także bezwzględność dzikiej sfory. Rodzi to wiele dylematów, przed którymi zostaje postawiony Fuks - bezdomny pies, który w pierwszy tomie zdecydował się pomóc grupce udomowionych psiaków. Fuks dostrzega wady i zalety funkcjonowania mocno hierarchicznej dzikiej sfory - a także przyjacielskiej sfory psów domowych. Sami psi bohaterowie potrafią wywołać cały wachlarz emocji - czasem irytując swym zachowaniem, czasem stawiając przed czytelnikiem pytania o to, co jest właściwe, a co jest brakiem wyobraźni.

"Ukryty wróg" to naprawdę udana kontynuacja ciekawej serii dla młodszego czytelnika. Mimo pewnych uproszczeń to porywająca przygoda, która i u starszego czytelnika wzbudzi wiele emocji. Rozdarcie głównego bohatera zostało w tej części świetnie ukazane, a świat przedstawiony - w tym psie mity - został powiększony. Ten tom zdecydowanie rozbudza apetyt na kolejny, upewniając mnie w przekonaniu, że każdy miłośnik animal fantasy oraz "Wojowników" powinien zapoznać się ze Sforą.


Erin Hunter "Ukryty wróg" (2013)
Polskie wydanie: Nowa Baśń (2019)

 


"Książę znikąd" to baśniowa opowieść w klimatach filmów animowanych od Studio Ghibli, która potrafi oczarować i młodszego, i starszego czytelnika. Na jej kartach śledzimy niezwykła przygodę młodej Rody, która pewnego dnia zaczyna dostawać anonimowe listy. W jednym z nich znajduje się poleceniem, by dziewczynka udała się na skraj otaczającej jej miasto niebezpiecznej mgły, by tam uratować kruka. W ten sposób Roda poznaje Ignisa, tajemniczego chłopca. Czy w jego towarzystwie odważy się przekroczyć granicę znanego jej świata, wspiąć na szczyt mgły i złapać przelatującą co dziesięć lat kometę? W powieści odnalazłam wszystko to, za co uwielbiam fantastykę dla nieco młodszych czytelników: ducha przygody, siłę współpracy i ogrom magii w najmniej spodziewanych miejscach/istotach. Wykreowany na kartach powieści świat intryguje i przeraża, zapraszając do eksploracji jeśli starczy nam odwagi. Wyobraźnia zdaje się niczym nieograniczana i poza granicami bezpiecznego Brume możemy wraz z młodymi bohaterami spotkać najróżniejsze istoty, a niespodzianki i przygody czekają za każdym rogiem - wraz z tajemniczym Nigdzie. Nigdy nie wyrosnę z takich opowieści, pełnych przygody, dziecięcego zachwytu - z odrobinką melancholii i słodko-gorzkich tonów, by ostatecznie dostarczyć nam pełne nadziei zakończenie. 

"Książę znikąd" zachwyca niezwykłym światem. Brume jest jak każde małe miasteczko, a życie Rody to szkoła i jazda na rowerze. Jest w tym świecie jednak coś niezwykłego: poza granicami wszystkich miast czają się potwory i w przeszłości wielki czarodziej odgrodził je mgłą. Podróż poza mgłę jest bardzo niebezpieczna i decyduje się na nią niewiele osób. Jedną z nich jest ciocia dziewczynki, podróżniczka, która uczy Rodę ciekawości świata. Nic więc dziwnego, że gdy życie bliskich Rody jest zagrożone dziewczynka jest gotowa, by wyruszyć w nieznane. Już sama eksploracja tego świata jest wciągająca - a natężenie przygód jest na takim poziomie, że naprawdę nie sposób się nudzić.

Do tego dochodzą pełne życia postacie: Roda jest tym typem bohaterki, której losy śledzi się z przyjemnością. Towarzyszy jej Ignis, osierocony chłopiec, naznaczony traumą z przeszłości. Stanowią idealną parę, która na swej drodze odkrywa siłę płynącą z przyjaźni. Tytułowy Książę oraz ciocia Dora stanowią ciekawe odbicia młodocianych bohaterów. Dynamika relacji między tymi czterema postaciami nadaje charakteru opowieści: od pełnego zabawy przekomarzania się do ciężaru, który niesie ze sobą prawda.

Ostatnim elementem jest zaś sama fabuła. W powieści elementy przygodowe przeplatane są z tajemnicą - i mogę zapewnić, każdy będzie zaskoczony przez fabularne zwroty akcji. Każda kolejna wskazówka i budowanie napięcia prowadzą do niezwykle satysfakcjonującego finału. "Książę znikąd" to oryginalne połączenie ponadczasowych, baśniowych tropów z dość niespodziewanym gatunkiem - którego, by nie spojlerować, tutaj nie podam.

Tak jak "Ruchomy zamek Hauru" (zarówno w wydaniu filmowych, jak i powieści Diany Wynne Jones), "Książę znikąd" to baśniowa fantastyka kierowana do każdego czytelnika, który ma w sobie jeszcze odrobinę tego dziecięcego zachwytu nad magią. Pełna tajemnic, zwrotów akcji i przygody porywa czytelnika już od pierwszych stron w niezwykłą podróż: nie tylko w głąb nieznanych miejsc, ale przede wszystkim samych postaci, które będą musiały skonfrontować się z własnymi pragnieniami i obawami. To piękna opowieść o przyjaźni oraz dokonywaniu wyborów.

"To, czego nie można naprawić, czasem można uratować."

 

Rochelle Hassan "Książę znikąd" (2022)
Polskie wydanie: Nowa Baśń (2023)

 


Po latach postanowiłam odświeżyć sobie cykl "Wojownicy" - z pewną obawą, czy nie jestem już na niego za stara. Jednak z miłości do powieści przygodowych i animal fantasy chyba tak naprawdę się nie wyrasta - bo tym właśnie jest "Ucieczka w dzicz". By dobrze się przy niej bawić należy zawiesić dorosłe myślenie, które podpowiada nam, że w rzeczywistości koty nie mają dziewięciu żyć i z pewnością nie tworzą dobrze zorganizowanych klanów mieszkających w lesie. Trzeba mieć otwarty umysł - a przede wszystkim serce - by dać się zwyczajnie porwać przygodzie, podążając za młodym kotkiem, który postanawia porzucić ciepłe pielesze i odkryć w sobie duszę wojownika. Wtedy dostaniemy powieść o lojalności, odwadze, ale i zdradzie. Na przykładzie perypetii młodego kociaka "Ucieczka w dzicz" pokazuje, by nie oceniać innych zbyt pochopnie oraz czerpać radość ze współpracy. Nie dziwię się, że dla wielu dzieci ta seria jest tym, czym Harry Potter dla mojego pokolenia - książką, która wciągnęła do magicznego świata czytania. Jeśli dorosły nadal ma w sobie coś z dziecka to również zostanie porwany przez opowieść o walecznych kotach.

W "Ucieczce w dzicz" nie brakuje intryg - to nie jest wyłącznie prosta opowieść o kocie, który uczy się polować w lesie. Klany mają swoją politykę, a walka o władzę zwykle prowadzi do korupcji. I choć dla dorosłego czytelnika nie będzie tu wielu zaskoczeń czy niespodziewanych zwrotów akcji, to nie można odmówić powieści budowania pewnego poczucia zagrożenia. Do samego końca miałam nieprzyjemne przeczucie, że jeden z kocich bohaterów zginie przede wszystkim przez to, że podejrzewałam źródło niebezpieczeństwa. To oczywiście stwierdzenie na wyrost, ale "Wojownicy" mają w sobie coś z "Gry o tron", tyle że dla dzieci i o kotach. W powieści nie brakuje scen brutalnych, których nie spodziewalibyśmy się w ugrzecznionych książkach dla dzieci - w starciach każdy z kotów może zginąć, a mentor może się okazać wrogiem.

Jeśli miałaby coś zarzucić powieści to niepotrzebne komplikowanie imion. Owszem stanowią one pewien element kreacji świata przedstawionego, w którym w zależności od pozycji w klanowej hierarchii otrzymuje się odpowiednie imię plus przydomek (i tak przywódcy będą nazywani gwiazdami, a uczniowie łapami), jednak w pewnym momencie można się pogubić przy tych wszystkich Kruczych, Ognistych, Burych itd. Łapach. Pewnie dla młodych czytelników jest to o tyle dobre, że uczy uważnej lektury - zresztą dzieci mają świetną pamięć do imion, wystarczy spojrzeć jak doskonale kojarzą te wszystkie bajkowe postacie. To nam, dorosłym, zapycha się już dysk twardy zwany pamięcią i tych imion zwyczajnie nam się spamiętywać nie chce.

"Ucieczka w dzicz" to nie jest książką dla każdego dorosłego - warto mieć na uwadze, że kierowana jest do młodszego odbiorcy. Ponadto bohaterami są dzikie koty - które jak to zwierzęta mieszkające w lesie - muszą coś jeść. Dla kogo zatem będzie ta powieść? Dla miłośników animal fantasy, czyli tych którym nie przeszkadzają gadające koty budujące własne społeczeństwo i kulturę, a także tych którzy lubia powieści przygodowe dla nieco młodszych czytelników. "Ucieczka w dzicz" to wspaniała przygoda, pełna różnorodnych postaci i małych-wielkich wyzwań.


Erin Hunter "Ucieczka w dzicz" (2003)
Polskie wydanie: Nowa Baśń

 


„Redwall” to epicka fantastyka pozornie w mikro skali – ale nie dajcie się zwieść! Choć powieść kierowana jest do nieco młodszego czytelnika, a jej bohaterami są myszy, szczury i inne leśne zwierzęta, to nie ujmuje jej niczego: odnajdziemy w niej najważniejsze elementy klasycznej fantastyki w klimatach średniowiecznych. Nic dziwnego, że „Redwall” stało się klasykiem animal fantasy i dla wielu byłą ta książką, która jak Harry Potter czy Opowieści z Narni wciągała w czytanie. Choć została opublikowana po raz pierwszy w 1986 roku to wcale się nie zestarzała – chociaż ma w sobie coś, czego dzisiaj już nie uświadczymy w literaturze dla nieco starszych dzieci: potrafi być mroczna i brutalna, a czarny charakter nie cofnie się przed niczym by siać śmierć i zniszczenie dla własnej satysfakcji. Wszystkie te elementy sprawiają, że „Redwall” to nie tylko książka dla dzieci, które już powoli wyrastają z „Wojowników”, a zakochały się w „zwierzęcej” fantastyce, ale także dla dorosłych, którzy docenią wielowątkową opowieść i bogactwo języka.

Na początku powieści poznajemy niezdarnego myszka Macieja, potykającego się w za dużych sandałach, który ma wielkie marzenia o staniu się wojownikiem. Gdy do Mchukwiatu (ach te nazwy!) przybywa Cluny, szczurzy przywódca o złej sławie, odwaga Macieja zostanie wystawiona na próbę. Różnica między prawymi mieszkańcami opactwa, a atakującymi ich wrogami pod wodzą Cluny’ego została wyraźnie zaznaczona: zwierzęta w opactwie współpracują razem, broniąc się, zaś szczurzy przywódca dba wyłącznie o siebie i swój bezlitosny wizerunek. Obok głównego wątku – oblężenia opactwa i misji Macieja stanowiącej w zasadzie sprawdzian odwagi, pojawiają się chociażby przebiegłe lisy-szamani, przerażający i tajemniczy wąż czy plemię wróbli kierowane przez szalonego króla.

W powieści zachwyca bogactwo języka: wróble czy krety mają własne dialekty, a szczury pomysłowe imiona, które mają budzić grozę. Czachopysk, Karmaząb, Mrokoszpon, Parzykieł czy Serokrad to niektóre z nich. Postaci są bardzo charakterystyczne i zapadają w pamięć – czy jest to czarny charakter w postaci szczura Cluny’egoz ogonem niczym bicz, czy mała wojownicza wróbliczka Bojodzióbka i jej mama Burolotka, przyjaciółki, które poznaje się w potrzebie.

„Redwall” w idealny sposób łączy motywy baśniowe z epicką fantastyką, gdzie pojedynki, próby odwagi i zagadki łączą się… z niezwykle smakowitymi opisami jedzenia. Nie zabrakło także i grozy w postaci węża, kryjącego się w lesie, uważanego za legendę, którą straszy się dzieci.  Autor odwołuje się do klasycznego motywu walki dobra ze złem, by opowiedzieć historię o odwadze – a także współczuciu czy byciu miłym, co stanowi prawdziwą siłę Macieja i mieszkańców opactwa - wobec złoczyńców, którzy tych cech nie posiadają. W powieści nie brakuje humoru, który równoważy poważniejsze sceny. Jest to powieść wypełniona duchem heroicznej przygody, czymś czego zawsze oczekuję od młodzieżowej fantastyki. „Redwall” to książka dla każdego miłośnika fantastyki, niezależnie od wieku (pod warunkiem, że będzie w stanie przeczytać prawie 500 stronicową powieść)! Dodatkową gratką jest samo wydanie - w twardej oprawie, z piękną okładką i mapą w środku. Choć jest to pierwszy tom, to opisana w nim historia stanowi zamkniętą całość - jestem jednak pewna, że kto przeczyta "Bitwę o Rudy Mur" będzie chciał sięgnąć po kolejne opowieści o dzielnych zwierzętach-wojownikach z lasu Mchukwiatu!


Brian Jacques "Redwall. Bitwa o Rudy Mur" (1986)

Polskie wydanie: Nowa Baśń (2023)

Przełożył Wojtek Cajgner

 


Los nie był przychylny dla Fuksa - zabrany od swoich braci i sióstr trafił do domu pełnego przemocy, z którego uciekł na wolność, gdzie musiał nauczyć się jak żyć jako samotnik. Nauczył się jak sobie radzić w mieście, dopóki nie trafił do Domu Pułapki - to właśnie tam doświadczył Wielkiego Warczenia, po którym świat nie był już taki sam. Zniknęli wszyscy Długonodzy, pozostawiając psy za sobą..."Opuszczone miasto" to pierwszy tom otwierający cykl, w którym głównymi bohaterami są psy. To z ich perspektywy poznajemy świat po apokalipsie, co jest najmocniejszym punktem całej powieści. Jak psy mogłyby postrzegać zjawiska, które dla nas są oczywiste? Czy brak ludzi dla psów domowych oznacza koniec świata? Ten punkt wyjściowy jest niezmiernie ciekawy, zapraszający do sięgnięcia po tę książkę - którą inaczej bezie czytać dziecko, a inaczej dorosły. "Opuszczone miasto" mogłoby być powieścią świetną, zabrakło w niej jednak nieco więcej ducha przygody, znanego chociażby z popularnej serii "Wojownicy" pisarskiego zespołu Erin Hunter. I choć nie wszystko w tym tomie zagrało, to rozbudził on moją ciekawość - i nadzieję na to, że dalej ta historia się bardziej rozkręca.

Na samym wstępie należy podkreślić, że punkt wyjściowy powieści jest genialny: apokalipsa oczami psa. Co więcej przedstawiony w tej powieści świat został przefiltrowany przez swoistą psią kulturę - w której czworonogi mają własne mity i wierzenia. Wielkie Warczenie to apokalipsa wywołana przez walkę między Psem Ziemią a Psem Piorunem. Fuks, dobrze znający psie legendy - w odróżnieniu od udomowionych pupili, którzy zatracili Psiego Ducha - ma przeczucie, że to nie koniec. Dręczące go koszmary zapowiadają nadejście Nawałnicy Psów, ostatecznego starcia. Już dla samej kreacji świata, nakreślenia psiej kultury warto po tą powieść sięgnąć. Na tym poziomie zadbano o najmniejsze szczegóły, i cały świat ludzki jest przedstawiony z psiej perspektywy. Stąd mnóstwo ciekawych określeń jak Długonodzy, hałaskrzynie czy nazywanie ubrań futrami. Dodatkowym plusem jest wprowadzenie zróżnicowanych psów - od domowych pupili, przez samotniki i psy bojowe. Każda z tych grup inaczej odbiera kataklizm w postaci Wielkiego Warczenia - do tego dochodzi także perspektywa czytelnika, który domyśla się, że chodzi o trzęsienie ziemi (a może wybuch bomby?). Jednak niezależnie od grupy pojawia się pytanie: gdzie podziali się ludzie? Czemu zostawili psy? Na to pytanie może sobie odpowiedzieć jedynie czytelnik - i to raczej dorosły, na podstawie pozostawionych wskazówek. Choć myślę, że dla miłośnika zwierząt takiego jak ja postawa ludzi i tak pozostawia gorzki posmak.

Obok motywu przewodniego powieści, którym jest nauka przetrwania wobec apokalipsy/nieobecności ludzi, "Opuszczone miasto" ukazuje przemianę Fuksa. To pies samotnik, który nie chce przynależeć do żadnej sfory. Wpada jednak na grupę psów domowych i przebywając z nimi uczy się jak być liderem i dbać o innych. Jego postawa pokazuje rozdarcie między tym jak sami siebie postrzegamy, a tym do czego mamy predyspozycje, a  do czego nie chcemy się przyznać przed samym sobą. Do samego końca Fuks pozostaje skonfliktowany między rolą, w  której się sprawdza, a chęcią pozostania samotnikiem. Osobiście uważam, że w pewnym momencie zaczyna to męczyć, nie mając uzasadnienia - z drugiej jednak strony taka postawa kojarzy się z pewnym nastoletnim buntem. Pozostałe tomy pozostawiają miejsce dla bohaterów, aby dojrzali.

Czego mi w tej historii zabrakło? Większej ilości zróżnicowanych przygód. Wyzwania stojące przed naszymi psami skupiały się wobec zdobywania pożywienia - co jest jak najbardziej realistyczne, ale na dłuższą metę powtarzalne. Myślę jednak, że młodszemu czytelnikowi nie będzie to przeszkadzać. Najsłabszym elementem jest zatem sama fabuła, która jest zwyczajnie nieciekawa - wyraźnie widać, że jest to wstęp do większej historii. 

"Opuszczone miasto" to powieść, która może się podobać niezależnie od wieku. Najmocniejszymi stronami tej książki są relacje między psami oraz kreacja świata - przedstawienie apokalipsy z psiej perspektywy. Choć w tym tomie zabrakło ciekawszej fabuły, to nie przeszkadza to, żeby się wciągnąć - szczególnie jeśli jest się miłośnikiem zwierząt. Przedstawiona w książce wizja świata nie jest cukierkowa, więc polecałabym ją starszym dzieciom niż pierwsza klasa podstawówki. Dorosły czytelnik będzie za to czerpać przyjemność ze słowotwórczej zabawy i próby odgadnięcia o czym mówią psy. Ja nie mogłam się oderwać i nie mogę się doczekać, aż poznam dalsze losy nietypowej sfory - tego jak sobie poradzą z przeciwnościami losu, czy odnajdą ludzi - a może zdecydują się już na zawsze żyć w dziczy?


Erin Hunter "Sfora. Opuszczone miasto" (2012)
Polskie wydanie: Nowa Baśń (2018)


 


"- Czemu jestem nieszczęśliwa? - powtórzyła miękko. -Bo miasto sprawia, że stajesz się taki, jakim oni chcą cię widzieć. A ja chcę być sobą. Oto dlaczego."

"Śliczni" to udana kontynuacja powieści "Brzydcy", nakreślającej dystopijną wizję przyszłości, w której ludzie są kontrolowani poprzez wygląd. W wieku szesnastu lat każdy zostaje poddany operacji plastycznej, która nie tylko zmienia wygląd zewnętrzny, ale także - cytując powieść - doprowadza do "ślicznomózgowia". W świecie pięknych nie ma zazdrości, kłótni i wojen - nie ma także wolnej woli. Każdy ma czuć się tak samo  - "pysznie" - niczym się nie martwiąc. Czy taka egzystencja daje jednak prawdziwe poczucie szczęścia? Dedykowana młodzieży seria porusza istotne kwestie związane z wyglądem i potrzebą przynależności do grupy w sposób bardzo rozrywkowy, pełen akcji i porywów serca. Taka forma sprawdza się idealnie, wciągając czytelnika. Powieść mogłaby być co prawda nieco bardziej dramatyczna jak "Igrzyska śmierci" - nie ma w niej tego napięcia związanego z rzeczywistym zagrożeniem dla bohaterów - co jeszcze bardziej skłaniałoby do stawiania pytań, ale i tak prowokuje do myślenia o znaczeniu idealnego wyglądu i cenie, jaką można za niego zapłacić. To powieść w starym, dobrym stylu, pozbawiona erotyki, nieco uproszczona. Mnie to odpowiadało - czyta się szybko i przyjemnie - w odróżnieniu od wielu innych tytułów młodzieżowej fantastyki, na siłę rozciąganych do 600 stron. Choć może nie jest to seria tak zapadająca w pamięć jak najgłośniejsze tytuły młodzieżowych dystopii, to ma w sobie coś, co naprawdę wciąga - i to niezależnie od wieku.

"Śliczni" świetnie rozwijają najmocniejszą stronę tej serii, czyli intrygującą wizję przyszłości. Tym razem poznajemy Miasto Nowych Ślicznych - miejsce, które wydaje się nastoletnim brzydkim niezwykle pociągające. W kreacji tego miejsca zadbano o takie szczegóły jak język - śliczni używają własnego slangu, który jest powtarzany do znudzenia. Wszyscy chcą się czuć "pysznie", chcą się "dośliczniać" i unikać "przegięcia". W połowie książki ten slang, powtarzany na każdej stronie może stać się nużący - jednak moim zdaniem idealnie dopełnił kreację życia ślicznych - które ma być płytkie i powierzchowne. Skoro niczym się nie przejmują, to czemu mieliby dbać o językowe zróżnicowanie? Wszyscy nie tylko wyglądają tak samo, ale mają tak samo myśleć i mówić.

Kolejnym ciekawym aspektem był motyw buntu. W jaki sposób śliczni, którzy mają być jednocześnie grzeczni mogą się buntować? W powieści przedstawiono to jako jedną z grup - Krimów. Aby do nich przynależeć należy psocić, oczywiście w niewinny sposób. Można się także buntować poprzez ingerencje w ciało - oczywiście ingerencje dośliczniające - jak świecący tatuaż pulsujący zgodnie z rytmem ciała czy różnokolorowe oczy. W ten ciekawy sposób przedstawiono młodzieńcze buntowanie się nie jako wyraz indywidualności, ale zachowanie grupowe. Oczywiście w powieściach dystopijnych bunt nie ogranicza się do pozornej rebelii wobec zasad - przedstawiają protagonistów, którzy rzeczywiście się buntują, podważając ustalony porządek. Na tej płaszczyźnie bunt w "Ślicznych" oznacza podjęcie ryzyka i zażycie lekarstwa, które może cofnąć zmiany w mózgu, które zmieniały nastolatków w potulnych młodych dorosłych. Rebelia ma zatem oznaczać poszukiwanie siebie - choć niedoskonałego, to wolnego - a nie wyglądanie i zachowywanie się jak wszyscy inni. Motyw ten wiąże się z jeszcze jedną ciekawą kwestią - potrzebą poszukiwania silnych emocji towarzyszących buntowi. Dla większości ślicznych oznacza to niewinne psoty, ale niektórzy idą dużo dalej okaleczając swoje idealne ciało. W powieści odnajdziemy także wątek głodzenia się w celu odzyskania kontroli nad ciałem - co wcale nie jest dobrym rozwiązaniem... "Śliczni" pokazują, że nawet w świecie gdzie każdy ma wyglądać idealnie, stworzone przez system ciało nie daje szczęścia.

Niestety w porównaniu do "Brzydkich", "Śliczni" wypadają nieco gorzej - niektóre rozwiązania wydają się wtórne, a zbyt długie przebywanie w Mieście Nowych Ślicznych potrafi się nieco dłużyć. Wydaje się, że ta część cierpi na syndrom środkowego tom, stanowiąc pomost między intrygującym wstępem i ekscytującym finałem. Ponadto niektóre kwestie, o których wspominałam mogłyby zostać bardziej podkreślone - aby mocniej wybrzmieć dla młodych czytelników podczas samego czytania, a nie potem w trakcie analizy - bo nie każdy będzie analizował, co mógł znaczyć wątek cięcia się czy głodzenia. 

Mimo tych drobiazgów, świetnie się bawiłam czytając o dalszych przygodach Tally - która podjęła ryzyko stania się śliczną, by potem przetestować działanie leku mającego ją z tego uzdrowić. Kreacja bohaterów i świata wypadła świetnie, a mnóstwo akcji nie pozwala się nudzić - choć pierwsza połowa może się nieco dłużyć. To powieść godna uwagi wszystkich tych, którzy lubią młodzieżowe dystopie i tęsknią za takimi książkami jak "Igrzyska śmierci" czy "Niezgodna".


Scott Westerfeld "Śliczni" (2005)
Polskie wydanie: Nowa Baśń (2022) 


 


"Brzydcy" to pierwszy tom dystopijnej serii dla młodzieży opowiadającej o świecie, w którym wszelkie ludzkie zło miało zostać wyeliminowane przez zapewnienie równości - gdy każdy wygląda tak samo pięknie, nie ma zazdrości, która pcha człowieka do upadku. Czytając ten tytuł bawiłam się - jak powiedzieliby Śliczni, spędzający całe dnie na imprezowaniu - pysznie. Dzięki nowemu wydaniu tej powieści z 2005 roku można wrócić do "złotej ery" młodzieżowych dystopii w stylu "Igrzysk śmierci", "Więźnia labiryntu" czy "Niezgodnej". Zamiast erotyzmu obecnych powieści spod znaku YA, "Brzydcy" skupiają się stawianiu istotnych pytań dręczących młodych ludzi - dotyczących samoakceptacji, chęci przynależności do grupy, znaczenia przyjaźni. W całości przewijają się także wątki ekologiczne. Wszystko to jest podane w przyjemny sposób - historia wciąga, a prosty język pozwala skupić się na przygodach bohaterów. Mimo pewnych uproszczeń autorowi udało się stworzyć ciekawy, a jednocześnie tajemniczy świat, kontrastujące miasta Ślicznych i Brzydkich, a nawet język pasujący do każdej z grup. To powieść, która mimo upływającego czasu nie zestarzała się ani odrobinę i może wciągnąć czytelnika niezależnie od wieku. 

W powieści najbardziej zaintrygował mnie wykreowany świat. Ludzie tym razem zostali podzieleni według wieku, odpowiadającego kolejnym fazom rozwoju. I tak tytułowi Brzydcy to faza przejściowa między uroczymi szkrabami mieszkającymi z rodzicami, a Ślicznymi młodymi dorosłymi, którzy żyją bez żadnych trosk póki nie staną się Średnimi Ślicznymi rozpoczynając karierę zawodową. Brzydcy są nastolatkami, którzy nie żyją już z rodzicami - mieszkają sami w Brzydalowie, gdzie mają chodzić do szkoły i przestrzegać reguł, czekając aż w dniu szesnastych urodzin zostaną nagrodzeni operacją usuwającą ich naturalne wady. Oczywiście znając ten gatunek możemy się domyśleć, że ten idealny system wcale taki nie jest, a za operacjami kryje się coś więcej. 

Nieco gorzej wypadają postacie, choć można przymknąć oko na ich stereotypowe cechy. Główna bohaterka, Tally jest naiwna i niedojrzała - ale jaka ma być nastolatka żyjąca w świecie, w którym od najmłodszych lat wmawia się dzieciom, że są brzydkie i jedynie operacja plastyczna jest w stanie to zmienić? Liczę na jej rozwój w kolejnych tomach, szczególnie Tally poznaje co kryje się pod lukrową pokrywą jej świata - i na własnej skórze przekonuje się jak boli zdrada. Wątek romantyczny jest typowy dla tego typu literatury - na szczęście nie przyćmiewa głównej linii fabularnej. 

Sama historia jest na tyle wciągająca, że pozwala przymknąć oko na niedociągnięcia. W pierwszym tomie autor nie odkrywa wszystkich kart, ale zdradza na tyle sekretów, że od razu chce się sięgnąć po kolejny tom - nie tylko po to, by odkryć dalsze losy Tally, ale także by dowiedzieć się więcej o wykreowanym świecie. To ciekawa dystopia, która nie tylko tworzy przerażającą wizję przyszłości, w której pozornie nie ma konfliktów dzięki zrównaniu wszystkich ludzi za sprawą wyglądu, ale także wskazuje na błędy przeszłości, w której ludzkość się wyniszczała poprzez chciwość i brak poszanowania dla natury. Czy utrata osobowości, stanie się jednym z wielu to nie zbyt wysoka cena za urodę? A może to coś, czego tak naprawdę pragniemy, nie chcąc odstawać od reszty - nawet jeśli ceną ma być zdrada przyjaciółki? Choć jest to powieść, która kierowana jest do młodych czytelników, to bawiłam się z nią świetnie - czytanie było powrotem do gatunku, który uwielbiałam sama będąc nastolatką/młodą dorosłą. Sama lektura nie jest wymagająca - to prosta historia, napisana bardzo przystępnym językiem - za to prowokuje do stawiania istotnych pytań na temat społeczeństwa. To jest dokładnie to, czego szukam w młodzieżowych dystopiach!


Scott Westerfeld "Brzydcy" (2005)
Polskie wydanie: Nowa Baśń (2022)
Tłumaczenie: Paulina Braiter-Ziemkiewicz

 


"Nie jestem białasem. Może jestem zerem, ale jestem wart więcej niż nic. Nie jestem białasem. Stratą miejsca i czasu. Niczym."

"Dlaczego on nie rozumiał, że nie mówiłam o nim? To tylko słowo. Słowo, którego użył tato. Ale to słowo zraniło mojego najlepszego przyjaciela. To słowo raniło teraz mnie, tak mocno. Do tej pory nie zdawałam sobie sprawy, jak wielką siłę mają słowa". 

"Iksy i zera" Malorie Blackman to napisana w 2001 roku młodzieżówka, którą z łatwością można wrzucić do worka z łatką "dystopia". Opowiada o alternatywnej historii, w której to Europa została podbita przez Afrykę, a segregacja rasowa uczyniła z białych - nazywanych zerami - niewolników, a po zniesieniu niewolnictwa - obywateli drugiej kategorii. Czy jednak odwrócenie ról, aby uwypuklić napięcia między gorszymi zerami i uprzywilejowanymi iksami to dystopijne science fiction? "Iksy i zera" to niezwykle mocna powieść, która na długo rezonuje w Czytelniku. Jednocześnie napisana jest w prosty sposób - w połączeniu z trudnymi i ciągle aktualnymi problemami tworzy idealną książkę dla młodzieży - wartościową i prowokującą do myślenia. Takie powinny być lektury szkolne, a dyskusja o dyskryminacji rasowej to byłby krok ku realizacji przesłania powieści - rzeczywistego zniesienia nierówności etnicznych, które powodują jedynie degradację społeczeństwa.

"Jak mogę być naprawdę szczęśliwy wiedząc, że mógłbym dokonać o tyle więcej, stać się kimś o tyle większym, niż kiedykolwiek mi pozwolą?"

Powieść "Iksy i zera" to w pewnej mierze romans. Niech nie zwiedzie Was jednak intuicja, podpowiadająca, że jest to kolejna wariacja na temat Romea i Julii - zakazanej miłości między ubogim zerem Callumem i uprzywilejowaną córką polityka iksa, Sephy. Nie ma tutaj miejsca na "serce rozpadające się na milion kawałków". Zamiast tego rodzące się uczucie między Callumem i Sephy, powoli kiełkujące od dziecięcej przyjaźni, zestawione zostaje z brutalnością otaczającego ich świata, w którym nie ma miejsca na taką zakazaną miłość. Malorie Blackman nie poszła na skróty, ukazując, że miłość wszystko przezwycięży - można walczyć z uprzedzeniami rodziny i przyjaciół, ale co z tymi głęboko zakorzenionymi w nas samych? Callum i Sephy starają się traktować siebie jako przyjaciół poza podziałami, ale czasem trudno jest im odrzucić to, że jedno jest zerem, a drugie iksem - czasem są to zwyczajnie naturalne reakcje, których nauczyło ich życie. Czyni to ich związek wielowymiarowym i skomplikowanym, a oni sami muszą nauczyć się wyjść poza te ramy - czy dojdzie do tego za nim będzie za późno? 

"Nie chciałem jej nienawidzić, ponieważ była iksem i różniła się ode mnie. Więc dalej wyglądałem przez okno, spychając w głąb siebie kłębek urazy. Głębiej i głębiej. Jak zawsze."

Powieść składa się z krótkich rozdziałów, pozbawionych zbędnych opisów - prezentujących perspektywę Sephy i Calluma. Choć oboje są w podobnym wieku - dziewczyna ma 14 lat, a chłopak jest od niej o rok starszy - to warunki wychowania sprawiają, że Callum wydaje się być bardziej dojrzałym - przez co Sephy może wyjść na irytującą, "rozpieszczoną księżniczkę". Pozostawia to jednak miejsce dla bohaterki do zrozumienia jaki brutalny jest świat. Callum również nie jest pozbawiony wad. Co więcej ich wzajemne uczucie nie jest oparte na fizyczności, pięknym i nieskazitelnym wyglądzie - ale na długoletniej przyjaźni i poczuciu, że nikt inny ich nie rozumie. Stąd też największe konflikty rodzą sytuacje, w których Callum i Sephy nie mogą zrozumieć swojego zachowania - bo nie są w stanie wyobrazić sobie w pełni życia jako druga strona - iks lub zero.

Bardzo spodobało mi się tempo i rozwój fabuły. Od małych i mogłoby się wydawać niewiele znaczących sytuacji dyskryminacji do ukazania jak młodzi ludzie się radykalizują. Od tego jak nie widząc szans na normalne życie - edukację, znalezienie pracy, poczucie bezpieczeństwa - człowiek może zwrócić się w kierunku terroryzmu. Gdzie żadna ze stron nie widzi w przeciwnej człowieka. Te drobne wydarzenia z pierwszej części uzmysławiają Czytelnikowi na jak wiele przejawów uprzywilejowania nie zwracamy uwagi - ot, sytuacja, w której dziewczyna o jasnej karnacji musi przykleić na twarz plaster w jedynym dostępnym kolorze - dopasowanym do koloru skóry uprzywilejowanej części społeczeństwa. To odwrócenie ról prowokuje do zastanowienia się nad światem realnym - co jeśli to ja byłbym/byłabym obywatelem drugiej kategorii wyłącznie przez kolor skóry?

"- Jeśli możesz mieć tylko jedno z dwóch, które więcej dla ciebie znaczy? Być kimś, czy coś zmienić?"

Struktura powieści, która mnie zachwyciła w swej prostocie, nie każdemu może przypaść do gustu. Przede wszystkim powieść nie skupia się na tym jak doszło do tego, że Afryka podbiła Europę. Skupia się wyłącznie na skutkach - segregacji rasowej - i ich wpływie na zwykłych nastolatków. "Iksy i zera" nie mają być fantastyką, z rozbudowanym światem; to powieść, która odwraca nasz świat, uwypuklając skłonność człowieka do dzielenia innych ludzi - na lepszych i gorszych. Historia tego świata nie ma znaczenia - jest pisana przez zwycięzców, co obrazuje scena lekcji historii w szkole: po wymienieniu znanych odkrywców, nauczyciel pyta się, co ich łączy. Pierwsza odpowiedź dotyczy płci - wszyscy byli mężczyznami - ale nauczyciela zadowala dopiero odpowiedź o kolorze skóry, bo jego wywód na temat historii ma na celu jedno: udowodnić, że wszystkie osiągnięcia należą do osób afrykańskiego pochodzenia, co czyni zera gorszymi, tymi, którzy nic nie osiągają. Oczywiście w tej narracji przymyka się oko na fakt, że zera mogą się uczyć tylko do czternastego roku życia. 

"Iksy i zera" to opowieść o dorastaniu w świecie silnej segregacji rasowej, która naznacza bohaterów od narodzin, a także wpływa na podejmowane przez nich decyzje - przez co trudno zrealizować im największe marzenie o ucieczce do świata, w którym po prostu mogą być sobą i ze sobą. Zakończenie jest przejmujące, a całość przez długi czas pozostaje z Czytelnikiem. To powieść, która jest genialna w swojej prostocie i niedopowiedzeniach, prowokujących do przemyśleń. To nie romans, przy którym mamy wzdychać, powieść lekka i przyjemna. "Iksy i zera" to dowód, że powieści dla młodzieży mogą być czymś więcej, a przez to można je czytać w każdym wieku. To jedna z ciekawszych powieści tego gatunku, wyróżniająca się na tle oklepanych schematów!


Malorie Blackman "Iksy i zera" (Noughts & Crosses), 2001
Polskie wydanie: Nowa Baśń, 2022
Tłumaczenie: Danuta Górska


 


"-To życie kogoś, kto ceni przedmioty bardziej niż ludzi. Własność bardziej niż uczucia. Na przykład ta kanapa, na której siedzisz. Widzisz, została perfekcyjnie zaprojektowana. Każdy szew. Każdy ścieg. A ludzie nie są perfekcyjni. Popełniają błędy. Nie spełniają oczekiwań (...) Widzisz, meble można naprawić. A ludzi nie. Niezależnie od tego, jak bardzo się starasz."

 "Cowboy Bebop. Requiem dla czerwonej planety" to powieściowy prequel serialu, który możemy obejrzeć na Netflix. Autorem powieści jest Sean Cummings, który jest...jednym ze scenarzystów serialu! To bardzo ważna informacja - po pierwsze książka nawiązuje do serialu aktorskiego, a nie bezpośrednio do kultowego anime, a po drugie - czyta się ją jak kolejny odcinek. Jeśli podobał Wam się serial aktorski nie ma co się dwa razy zastanawiać: "Requiem dla czerwonej planety" to idealne lekarstwo na serialowego kaca. Z pewnością nie jest to powieść doskonała, ale mi dostarczyła całkiem sporo rozrywki - a to właśnie chodzi w tego typie literaturze.

Powieść Cummingsa jest wpisana w pewne uniwersum i bez niego wypada przeciętnie. To tak jak z powieściami z uniwersum Star Wars - kto nigdy nie widział żadnego filmu raczej się tymi książkami nie zainteresuje. Czy można przeczytać "Requiem dla czerwonej planety" bez znajomości serialu? Jak najbardziej. W książce nie znajduje się ani jeden spojler, więc można ją także przeczytać przed serialem. Tylko po co? Powieść powstała z myślą o fanach Fearlessa/Spike'a, którzy chcą przeżyć z nim jeszcze jedną przygodę - tym razem osadzoną w jego młodości, kiedy to Vicious był jego najlepszym kumplem. 

Sama historia jest prosta i dość przewidywalna - jednak jej siła tak naprawdę tkwi w przekomarzaniu się pary głównych bohaterów - potwierdzających, że przeciwieństwa się przyciągają. Dialogi są napisane z humorem, choć nie obeszło się od całkiem sporej dawki wulgaryzmów (ale jakim językiem mają się posługiwać kosmiczni gangsterzy?). Jak przystało dla tego uniwersum nie zabrakło i odrobiny absurdu - choć trzeba przyznać, że Autor, tak jak i serial, jest dużo bardziej zachowawczy niż anime, przez co zwyczajnie może trafić do szerszej publiczności, lubiącej połączenie wątków łowców głów, gangsterów i kosmicznych podróży. 

"Cowboy Bebop" - czy to wydaniu animowanym, aktorskim, czy teraz książkowym - to opowieść mająca bardzo ciekawy klimat. Niby mamy przyszłość, planety zostały skolonizowane przez ludzi - a jednocześnie zamiast dominującej technologii bohaterowie jeżdżą starymi samochodami, używają pistoletów i słuchają jazzu - a kiedy broń zawiedzie, zawsze zostaje dobre, stare kung-fu! Jest to prawdziwy miszmasz rożnych motywów, które mogą wydawać się absurdalne i nielogiczne, ale jakoś razem grają - co przełożyło się na kultowy status anime. Moim zdaniem powieść Cummingsa idealnie się wpisała w ten klimat, a na brak logiki, prosty język i przewidywalność naprawdę można przymknąć oko - całość ma przede wszystkim bawić.

"Vicious nie spał całą noc, jego wzrok nieustannie był wbity w drzwi frontowe i strzegącego je portiera. Z kolei Fearless smacznie spał ze stopami położonymi na desce rodzielczej. Spał tak mocno, że nawet nie zauważył, że kompan trzy razy wyszedł z samochodu, by wrócić z kawą. Vicious był pod wrażeniem. Fearless nie spał jak dziecko. On spał jak niedźwiedź zahibernowany w dźwiękoszczelnym schronie przeciwatomowym."

"Requiem dla czerwonej planety" czytało mi się naprawdę przyjemnie - nie raz zaśmiałam się z tekstów rzucanych przez bohaterów. Już otwierający akapit bardzo mi się spodobał - rozważania na temat użycia słowa "bryzga" do opisania wyciekającej krwi podczas sprzątania miejsca zbrodni. Od razu skojarzył mi się z jednym z moich ulubionych filmów - "Pulp Fiction" - i rozmowami prowadzonymi przez bohaterów granych przez Johna Travoltę i Samuela L. Jacksona. Jeśli miałabym się czegoś przyczepić to serialowa okładka. Z jednej strony to istotny sygnał, że książka nawiązuje do serialu - z drugiej jednak niepotrzebnie przedstawia postacie, które Fearless pozna dopiero jako Spike - a więc postacie, których w powieści nie ma. Mnie to w ogóle nie przeszkadzało, jednak warto to podkreślić. Na koniec podkreślę, że nie wiem, czy bawiłabym się równie dobrze nie znając serialu aktorskiego - szczerze w to wątpię. Polecam zatem najpierw obejrzeć (najlepiej kilka odcinków, bo to typ serialu, który potrzebuje trochę czasu żeby wkręcić widza) - i jeśli klimat się spodoba sięgnąć po powieść. Dobra zabawa murowana!

Sean Cummings "Cowboy Bebop. Requiem dla czerwonej planety"  (2021)
Polskie wydanie: 2021, Nowa Baśń
Tłumaczenie: Marta Ziegler


 


"- No to po co są czary? - spytał zapalczywie Lir. - Co komu po magii, skoro nie można z jej pomocą uratować jednorożca? 

Szmendryk nawet nie odwrócił głowy, tylko odparł trochę smutno, a trochę drwiąco:

-Od tego są bohaterowie. (...)

-Tak, oczywiście - powiedział. - Bohaterowie są właśnie od tego. Czarodzieje mogą tyle co nic, więc twierdzą, że w ogóle jest im wszystko jedno, ale bohaterowie istnieją po to, żeby miał kto umierać za jednorożce."

"Ostatni jednorożec" Petera S. Beagle'a to baśniowa powieść fantasy napisana w 1968 roku. Choć czas wpłynął na to, że stała się nieco zapomniana, to warto po nią sięgnąć - jak każda dobra baśń jest w gruncie rzeczy ponadczasowa. Powieść opowiada o Jednorogini, nieśmiertelnym jednorożcu, która pewnego dnia odkrywa, że została ostatnim przedstawicielem swojego gatunku. W ten sposób ta majestatyczna istota bez uczuć odkrywa co to jest samotność - choć swych pobratymców nie widziała od wieków. Sama myśl o byciu ostatnim jednorożcem popycha ją do podjęcia misji odnalezienia swoich braci. 

Napisana przez Petera S. Beagle'a opowieść to baśń dla dorosłych, ocierająca się o surrealizm, ale i niejednokrotnie puszczająca oko do fanów fantastyki. W ten sposób prosta opowieść jest snuta niejako na opak: jednorożec wcale nie stanowi uosobienia dobra i niewinność, jest istotą obojętną na losy świata; czarodziej nie potrafi czarować, a towarzysząca mu niewiasta nie jest pięknością w opałach. Sam czarodziej Szmendryk niejednokrotnie burzy "czwartą ścianę", używając pojęcia z teatru - mówiąc o schematach panujących w baśniach. To postać będąca "świadoma", że znajduje się w baśni!

"- Przecież gdyby go nie zostawili, nie wyrósłby na księcia. Pierwszy raz jesteś w baśni, czy co? - Czarodziej mówił z pijacka dobrodusznością, a oczy błyszczały mu jak dopiero co wyłudzone pieniądze. - Bohater musi wypełnić przepowiednię, a łotr ma mu przeszkadzać, chociaż w innego rodzaju legendach częściej bywa na odwrót. Bohater już z chwilą narodzin powinien wpaść w tarapaty, bo inaczej nie zostanie prawdziwym bohaterem. Jak to dobrze, że znamy nareszcie pochodzenie Księcia Lira. Od dawna czekałem, aż z tej opowieści wyłoni się główna postać."

Szmendryk nie tylko zdradza schematy, ale także kieruje naszą uwagę na możliwą interpretacje - gdzie wbrew tytułowi opowieść dotyczy nie jednorożca, ale przemiany człowieka w bohatera. Wszystkie te zabiegi bardzo mi się podobały - uwielbiam wszelkie zabawy z oczekiwaniami Czytelnika. Jednocześnie sprawiają one, że "Ostatniego jednorożca" nie czyta się szybko; to powieść, która wymaga, aby poświęcić jej uwagę i sięgać poza fabułę. 

Niech nikogo nie zmyli piękna okładka nowego wydania od Wydawnictwa Nowa Baśń oraz ilustracje pasujące do książki dla dzieci - "Ostatni jednorożec" dla najmłodszych może okazać się książką zwyczajnie zbyt trudną. Oprócz surrealistycznego tonu, cała powieść wypełniona jest jakimś smutkiem - przedstawiony świat nie wpisuje się w dziecięce postrzeganie dobra i zła. To świat szarości, odarty ze złudzeń pomimo fantastycznych wydarzeń - świat dorosłych. Z tych powodów uważam, że to dojrzały Czytelnik najbardziej doceni "Ostatniego jednorożca", słodko-gorzką baśń o nadziei. Może i we własnym życiu po lekturze będzie chciał odnaleźć jednorożca, odrobinę magii?

"- Kim ona jest Molly? - spytał książę. - Co z niej za kobieta, że wierzy... nawet nie wierzy, tylko wie, przecież widziałem w jej twarzy tę pewność, że potrafi dotykiem leczyć rany - i płacze, nie lejąc łez?

-Wszystkie kobiety potrafią płakać, nie lejąc łez - odparła Molly przez ramię - a większość umie leczyć dotykiem. To zależy od rodzaju rany. Poprzestańmy na tym, wasza książęca mość, że jest kobietą, bo to już wystraczająco zawiła zagadka."

Dostępne w Polsce rozszerzone wydanie zawiera nowelę "Dwa serca", napisaną lata później. Pozwala ona powrócić do dobrze znanych bohaterów oczami dziecka-narratora. I właśnie tej noweli dużo bliżej do baśni dla dzieci. 

"Ostatni jednorożec" to powieść, która idealnie trafiła w mój gust - już od pierwszych stron wiedziałam, że to jest to. Przypomina dziwny sen, w którym nie warto doszukiwać się logiki, tylko płynąć od sceny do sceny razem z bohaterami. Ta baśń na opak pozostawia szerokie pole do interpretacji i przemyśleń, zostając z nami na długo po przeczytaniu. Może nie ma w sobie lekkości i humoru "Ruchomego zamku Hauru" - innej baśniowej powieści wartej polecenia - to oczarowuje swoją innością. Polecam wszystkim miłośnikom nie tylko fantastyki, ale także powieści nieoczywistych, łamiących gatunkowe reguły!


Petera S. Beagle "Ostatni jednorożec" (1968), "Dwa serca" (2005)
Polskie wydanie: 2018, Nowa Baśń
Tłumaczenie: Michał Kłobukowski

 


"Sophie uczyła się najlepiej. Dużo czytała i szybko zdała sobie sprawę, że jej przyszłość zapowiada się nieciekawie. To ją rozczarowało, ale na razie dzielnie opiekowała się rodzeństwem i przygotowywała Martę, żeby w odpowiednim czasie wyruszyła szukać szczęścia."

 Sophie żyje w baśniowym świcie, w którym magia nikogo nie dziwi - a ona sama doskonale zna reguły tego świata (a przynajmniej w to wierzy!). Jako najstarsza córka nie spodziewa się niczego ekscytującego, z pokora przyjmując swoją rolę, nawet jeśli oznacza to...nudę. Wszystko się zmienia, gdy Wiedźma z Pustkowia zamienia ją w staruszkę, a Sophie zyskuje nową perspektywę.

Diana Wynne Jones napisała "Ruchomy zamek Hauru" w 1986 roku - ale powieść ta nie zestarzała się nawet o dzień! To ponadczasowa opowieść o poszukiwaniu własnego szczęścia oraz nie ocenianiu po pozorach. Hauru ma być nikczemnym czarnoksiężnikiem, a Sophie młodą kobietą zaklętą w staruszkę. Kalcyfer to natomiast straszliwy demon - jednak w rzeczywistości każdy z nich musi odkryć jak być po prostu sobą. 

Już po pierwszej stronie wiedziałam, że będzie to czytelniczy strzał w dziesiątkę. Uwielbiam obnażanie i przełamywanie schematów. "Ruchomy zamek Hauru" ma być baśnią, a w baśniach najstarsza córka może co najwyżej być wredną starszą siostrą. Sam motyw zamiany głównej bohaterki również służy przełamaniu schematów baśni - w których króluje kult młodości (wystarczy spojrzeć na animacje spod znaku Myszki Miki). Tym samym od samego początku jesteśmy zaintrygowani - z jednej strony wiemy czego się spodziewać, z drugiej na pewno będzie to przedstawione na opak! Wystarczy spojrzeć na pierwsze spotkanie Sophie z Kalcyferem:

"Wszystkie książki, które przeczytała, ostrzegały przed zawierana umów z demonami. A ten wydawał się szczególnie zły. Miał także długie purpurowe zęby..."

 Spotkanie - które szybko przerodziło się...w smażenie jajecznicy z boczkiem "na głowie" ogniowego demona!

"Ruchomy zamek Hauru" to powieść, której najmocniejszą stroną są bohaterowie - choć ich przygody są równie ciekawe i wymyślne! Muszę jednak podkreślić, że postacie i dynamika relacji między nimi jest tak świetnie zbudowana, że równie dobrze czyta się opisy pojedynków ze złą Wiedźmą, co...sprzątania w ruchomym zamku.

"- Dość - przerwał jej Hauru. - Jesteś okropnie wścibską, obrzydliwie czystą, odrażająco pracowitą staruszką i ciągle się szarogęsisz. Opanuj się. Zamęczasz nas wszystkich.

- Ale to chlew - zaprotestowała Sophie. - Nic nie poradzę, że taka jestem!

- Możesz, możesz - zapewnił Hauru. - A mój pokój podoba mi się, jaki jest. Musisz przyznać, że mam prawo mieszkać w chlewie, jeśli chce."

W odróżnieniu od niezapomnianego filmu animowanego Hayao Miyazakiego, który powstał na podstawie tej powieści, Hauru i Sophie mają dużo więcej charakteru. Czarnoksiężnik uwodzi kobiety, spędza pół dnia w kąpieli i dramatyzuje, gdy...psuje mu się fryzura. Sophie też nie jest słodką dziewczynką, szczególnie gdy odkrywa swoją siłę jako staruszka. Przekomarzanie się tych bohaterów sprawia, że w powieści równie dobrze mogłoby nie być żadnej akcji - tylko dialogi! Nie sposób ich nie polubić.

"Typowe! - zwrócił się do Sophie. - Pędzę tutaj na złamanie karku i zastaje cię jak spokojnie sprzątasz!"

"Ruchomy zamek Hauru" zagościł w wielu sercach dzięki filmowi animowanemu Studia Ghibli - warto jednak sięgnąć po książkowy oryginał. Hayao Miyazaki przepięknie zwizualizował tę opowieść i nadał jej baśniowy klimat. Fabularnie wypada jednak lepiej powieść - historia w filmie została uproszczona i odpowiednio zmieniona. Moim zdaniem i powieść, i film są świetne i idealnie się dopełniają!

"- Przestań, kobieto! - zawołał. - Zostaw w spokoju biedne pająki.

- Te pajęczyny są okropne! - oświadczyła Sophie, ściągając całe kłęby z sufitu.

- Więc je zdejmij, ale zostaw pająki - polecił Hauru.

Pewnie łączyły go jakieś nikczemne powinowactwo z pająkami, pomyślała Sophie."

To powieść piękna, magiczna, a przy tym po prostu zabawna. Wciąga od pierwszej strony i na długo zapada w pamięć. Co więcej, to historia dla każdego - bo na "Ruchomy zamek Hauru" nikt nie jest za stary! Już w trakcie lektury wiedziałam, że zajmie specjalne miejsce w moim sercu i na pewno niejednokrotnie do niej wrócę.

Starsze posty Strona główna

ABOUT AUTHOR

안녕하세요! Z wykształcenia doktor nauk politycznych i magister filmoznawstwa, hobbistycznie zapalona czytelniczka! Zapraszam na bloga o książkach, filmach oraz Półwyspie Koreańskim - czyli moich największych pasjach!

Categories

  • abyssos 1
  • agora 2
  • akurat 2
  • albatros 4
  • artrage 2
  • azjatyckie 91
  • beYA 1
  • bliski wschód 1
  • Books4YA 4
  • chiny 11
  • ciekawostki 7
  • copernicuscenterpress 2
  • cyberpunk 1
  • czarna owca 1
  • czarne 3
  • czytelnik 1
  • dark academia 1
  • dark fantasy 7
  • dialog 8
  • dlaczemu 2
  • dolnośląskie 1
  • dystopia 4
  • esej 4
  • europa wschodnia 1
  • fabryka słów 115
  • fae 1
  • fantastycznyorient 18
  • fantastyka 188
  • filia 2
  • film 3
  • filtry 1
  • format 1
  • foxgames 1
  • galeriaksiążki 1
  • gra książkowa 1
  • gramatyka 3
  • groza 19
  • harde 1
  • healing novel 6
  • hi:story 1
  • horror 19
  • idiom 3
  • indie 5
  • indonezja 1
  • instagram 5
  • iyashikei 2
  • jaguar 2
  • japonia 36
  • kdrama 1
  • kirin 7
  • klasyka 1
  • komedia kryminalna 5
  • komiks 3
  • korea 45
  • koreański 9
  • kryminał 24
  • krytyka polityczna 1
  • książki 188
  • kwiaty orientu 2
  • literatura dziecięca 5
  • literatura młodzieżowa 30
  • literatura piękna 21
  • literatura podróżnicza 2
  • luna 1
  • marginesy 2
  • matronat 1
  • mitologia 2
  • mova 3
  • mustread 2
  • muza 5
  • naukowe 8
  • new adult 3
  • nonfiction 8
  • nowa baśń 14
  • nyks 1
  • obyczajowa 1
  • papierowyksiężyc 2
  • patronat 4
  • planetaczytelnika 1
  • podróżnicza 1
  • powieść gotycka 2
  • powieść historyczna 12
  • prószyński 5
  • przygodowa 1
  • recenzja 175
  • relacja 7
  • replika 4
  • reportaż 14
  • retelling 1
  • retrobuki 18
  • romans 7
  • romantasy 1
  • sensacja 2
  • sf 20
  • słownictwo 8
  • space opera 1
  • sqn 6
  • szczeliny 2
  • świat książki 1
  • tajfuny 1
  • tajwan 2
  • thriller 7
  • urban fantasy 15
  • uroboros 13
  • vesper 3
  • w.a.b. 5
  • warbook 9
  • weird fiction 1
  • weneedya 2
  • western 1
  • wielka litera 1
  • wietnam 1
  • wydawnictwo ix 1
  • wydawnictwo kobiece 1
  • wydawnictwo literackie 2
  • wydawnictwo mięta 7
  • Wydawnictwo Noir sur Blanc 1
  • wydawnictwo poznańskie 2
  • wydawnictwo spisek pisarzy 1
  • wydawnictwo wab 2
  • wydawnictwo wilga 1
  • wydawnictwonoca 1
  • wyszukane 1
  • yaponia 3
  • you&ya 15
  • youngadult 26
  • yumeka 6
  • zielona sowa 2
  • znak 13
  • zygzaki 1

Matronat

Matronat
Trylogia Hierarchia magii

Matronat

Matronat
Trylogia Magów szkła

POPULAR POSTS

  • Smocza perła - recenzja
  • Pięć małych świnek (recenzja)
  • Naturalista (recenzja)
  • Gwiazdy w łańcuchach
  • #retrobuki 2000-2009
  • Muzyka otchłani
  • Polka w Korei (recenzja)
  • Space Sweepers (승리호)
  • Bogowie otchłani
  • Koreańskie społeczeństwo - przewodnik po książkach
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Szukaj na tym blogu

Blog Archive

Ważne

Wszystkie zamieszczone tutaj teksty oraz grafiki są moją własnością i nie wyrażam zgody na ich kopiowanie bez mojej zgody.

FOLLOW ME @ INSTAGRAM

Gdzie mnie znaleźć

  • Instagram
  • Lubimy czytać
  • Goodreads

Featured Post

#retrobuki

Copyright © 2016 Pani Papierek. Created by OddThemes