Pani Papierek

  • Home
  • Książkach
    • Azjatyckie
    • Naukowe
    • Gatunkowe
      • Fantastyka
      • Kryminał
  • Filmach
  • Korei
    • 한국어
    • Ciekawostki
  • Instagram
  • Współpraca

 


Jest to trochę reportaż-esej o Azji dziennikarza, który widać, że zna się na temacie, spędził w Azji sporo czasu i chce się podzielić swoimi przemyśleniami nie tyle o Azji przyszłości, ile o Azji w przemianie. Nie mamy tutaj samych nowinek technologicznych, ale także refleksje na temat przemian społecznych, politycznych, kulturowych. Powiedziałabym, że to książka o młodym pokoleniu w Azji, które wcale nie różni się od młodych pokoleń na świecie - i o władzy, która próbuje utrzymać tradycje wykorzystując nowe technologie, nie zawsze dostrzegając istotne zmiany pokoleniowe.

OD ŻYWNOŚCI PO BUNT MŁODEGO POKOLENIA

Tytuł “2100. Jak Azja tworzy naszą przyszłość” może idealnie pasować do pierwszego rozdziału o “pożywieniu przyszłości”, jak i tworzeniu smart cities czy wykorzystaniu technologii do społecznej kontroli.

Jednak znaczna część książki dotyczy przemian społecznych i politycznych, jak kwestie demograficzne, odrzucanie dotychczasowej kultury pracy czy patriarchatu. Z punktu widzenia Europy niektóre z opisywanych zmian mogą wydawać się nawet nieco konserwatywne, a na pewno nie wyznaczające kierunek przyszłości.

A jednak Simone Pieranni pokazuje, że przyszłość wcale nie musi oznaczać futurystycznych technologii; klonowania psów czy latających samochodów. W końcu zrozumiałam punkt widzenia autora: walczy ze stereotypami dotyczącymi Azji, także tej Azji nowoczesnej.

Ta książka w rzeczywistości to nie wizja przyszłości rodem z SCI-FI, tylko ukazanie Azji w momencie przemian, w dużej mierze wywołanych technologią i globalizacją. Ta książka to tak naprawdę opowieść o młodym pokoleniu - nie tylko pochodzącym z Azji! - ścierającym się ze starym systemem. Systemem, który może adaptuje nowoczesne metody, ale nie zawsze dostrzega zachodzące zmiany na poziomie społeczeństwa. Widoczne jest to szczególnie w duktaturach i wielu państwach azjatyckich mających problem z wdrożeniem pełnej demokracji, gdzie bardzo nowoczesne systemy monitorowania cyfrowego, stają się narzędziem kontroli. Tak jak w Chinach, gdzie władze najbardziej boją się buntu młodych ludzi, więc na celownik biorą chociażby media społecznościowe.

"Zagadnienie pracy pozwala nam uchwycić podobieństwa między naszym światem, a światem, który często uznajemy za odległy o który czasem przedstawiany jest wręcz jak inna planeta.

Nie jest to prawda, dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek: nowe wymagania pokolenia młodych Japończyków, Chińczyków, Koreańczyków są bardzo podobne do wymagań młodych Europejczyków czy mieszkańców Stanów Zjednoczonych (...)

(...) nowe pokolenia są sobie o wiele bliższe niż prawdopodobnie jeszcze klika lat temu, że przemiany które obserwujemy, są globalne i że powinniśmy może zacząć patrzeć na kraje Azji w inny sposób, próbując znaleźć punkty styczne, które mogłyby stać się podstawą do budowania wspólnych inicjatyw.

(...)W ten sposób odkrylibyśmy prawdopodobnie wiele rzeczy, z których najbanalniejsze mogłoby być na przykład zrozumienie, że rozmawianie dziś o zderzeniu cywilizacji nie ma najmniejszego sensu."

Autor pozwala sobie na wiele refleksji, nie znaczy to jednak, że w książce brakuje merytoryki. Opisując pewne przemiany - np: zmiany w podejściu do małżeństw (też jednopłciowych), pracy, czy relacji obywatel-państwo, Pieranni kreśli zwięzłe, choć istotne tło tych zmian. Wiele jest tutaj odwołań do historii współczesnej - tego co działo się 50 czy 70 lat temu - by nakreślić kontekst dla zmian lub wręcz przeciwnie, pokazać te aspekty funkcjonowania państwa, gdzie nawet nowe technologie nie gwarantują odejścia od “tradycji” (na przykład przypadek dynastii politycznych w Azji). Książka napisana jest zwięźle (to tylko 230 stron!) i to bardziej “zajawki” na pewne tematy, a jednocześnie autorowi udaje się unikanie uproszczeń.

Warto mieć jednak uwagę, że tekst został napisany w 2024 roku, a świat tak bardzo się zmienia, że np: rządzące partie mogą już nie być aktualne.

REFLEKSJA O ŚWIECIE ZMIAN

Ten refleksyjny ton połączony z merytoryką, uwzględnianiem chociażby wpływu kolonializmu czy systemów filozoficznych (konfucjanizm, taoizm) na Azję naprawde do mnie przemówił. To nie jest twarde, naukowe non-fiction, oparte na dużej ilości danych.

Krótkie rozdziały i dość szeroki zakres tematyczny, powiązany jednak myślą przewodnią (znów, nie tyle “futurystyczną Azją”, którą znamy poprzez orientalizujące wyobrażenia w stylu cyberpunka, a po prostu Azją przemian, wdrażania technologii i ścierania się starego z nowym) idealnie się sprawdzają. Jest to przez to książka szybka do przeczytania, a przy tym skłaniająca do refleksji na temat podobieństw między Europą a Azją, a także tego, że nie każde zmiany zachodzą tak szybko i w takim wymiarze jakbyśmy sobie tego życzyli; gdzie nowoczesne rozwiązania sprawiają, że idziemy w kierunku dystopii, a nie utopii.

Jednocześnie ostrzegam: trzeba przeczytać ze trzy, cztery rozdziały, by podłapać rytm autora i dostrzec powiązania; początkowo książka może wydawać się nieco chaotyczna.

PRZEGLĄD TEMATYCZNY

Jakie tematy porusza ta książka? Zaczyna się od kwestii pożywienia przyszłości i związanych z tą kwestią dylematów moralnych oraz ekonomicznych. Następnie przechodzimy do miast przyszłości - i przy tej okazji poruszone zostają kwestie klimatyczne, społeczne oraz wykorzystania technologii do zbierania danych u mieszkańcach. Kolejne kwestie dotyczą praw mniejszości, kobiet czy zmieniającej się koncepcji rodziny. Poruszona zostaje także kwestia dynastii politycznych i biznesowych, bardzo charakterystycznych dla Azji. Ostatnie rozdziały poświęcone są zaś informacji, komunikacji oraz sztucznej inteligencji.

SŁOWEM PODSUMOWANIA

„2100. Jak Azja tworzy naszą przyszłość” nie jest książką o odległym, futurystycznym świecie, lecz o teraźniejszości w ruchu. Pieranni pokazuje Azję jako przestrzeń napięć między tradycją a zmianą, między technologicznym przyspieszeniem a społecznymi ograniczeniami — i robi to w sposób, który pozwala dostrzec, jak bardzo te procesy są nam bliskie. To opowieść o młodym pokoleniu próbującym negocjować swoje miejsce w systemach, które nie zawsze nadążają za ich oczekiwaniami; o państwach, które chętnie sięgają po nowoczesne narzędzia, ale rzadziej po równie nowoczesne idee. Choć książka ma formę reporterskiego eseju i momentami pozostawia niedosyt pogłębionej analizy, jej siłą jest umiejętność łączenia pozornie odległych światów i rozbrajania uproszczonych wyobrażeń o Azji. To lektura, która nie tyle prognozuje przyszłość, ile zachęca, by spojrzeć na zachodzące dziś zmiany jako na zjawiska globalne — i zastanowić się, dokąd one wszystkich nas prowadzą.

 


Jeśli szukacie lektury idealnej na Halloween, „Klątwy, duchy i zbrodnie” Renaty Kuryłowicz to książka, która wciąga od pierwszych stron. To zbiór prawdziwych spraw kryminalnych – takich, w których rzeczywistość miesza się z tym, co nadprzyrodzone. Autorka opisuje przypadki morderstw i tragedii, które próbowano tłumaczyć opętaniem, działaniem duchów czy... pomyleniem ofiary ze zjawą. Pojawiają się tu też historie sprawców, którzy po latach przyznawali się do winy, bo „nawiedzały ich duchy”.

Renata Kuryłowicz prowadzi czytelnika między faktami a legendą z dużą świadomością – powołuje się na źródła, relacje, ale też uczciwie zaznacza, gdzie przebieg wydarzeń jest niejasny lub może być efektem sensacyjnych doniesień lub zwyczajnie chęcią zarobienia na sprawie medialnej - bo czy jest coś, co bardziej przyciąga nagłówki gazet niż możliwość wyjaśnienia zbrodni za pomocą ingerencji Zła niż zwykłej niepoczytalności?  

Każdy rozdział ma inny motyw: od duchów morderców i ofiar, przez egzorcyzmy i opętania, aż po polowania na czarownice i klątwy towarzyszące kultowym horrorom. W jednym rozdziale znajdziemy historię „duchów morderców i duchów ofiar”, które miały nawiedzać sprawców i doprowadzać ich do przyznania się do winy. W innym – przypadki osób, które zginęły, bo ktoś uwierzył, że są duchami, wampirami czy wiedźmami. Są tu także rozdziały o egzorcyzmach, opętaniach i polowaniach na czarownice, które autorka interpretuje nie tylko w kontekście wiary w siły nieczyste, lecz także w świetle społecznych mechanizmów wykluczenia i strachu przed innością. Jednym z najbardziej fascynujących fragmentów jest rozdział o „mrocznej turystyce” – zjawisku odwiedzania miejsc związanych ze śmiercią i tragediami, popularnym zwłaszcza wśród miłośników true crime. Z kolei rozdział o „filmowych klątwach” to prawdziwa gratka dla fanów horroru – znajdziemy tam historie niepokojących przypadków towarzyszących produkcjom takim jak Egzorcysta, Omen, Duch czy Dziecko Rosemary. Książkę zamyka bardzo współczesny rozdział o creepypastach – internetowych opowieściach grozy, które pokazują, że potrzeba snucia mrocznych historii nie zniknęła, tylko przeniosła się do sieci.

Choć początkowo brakowało mi większej tajemnicy, szybko zrozumiałam, że to nie jest książka o taniej sensacji. To raczej opowieść o tym, jak bardzo ludzie potrzebują dopisywać do zbrodni coś metafizycznego, by oswoić to, co niewytłumaczalne. Dotyczy to także brutalnych zbrodni - gdzie łatwiej nam myśleć, że za okrucieństwem stoi demon, niż drugi człowiek. Obok samych zbrodni, często przerażające były wyroki sądów! Ogromnym atutem są komentarze autorki – szczególnie te dotyczące sytuacji kobiet czy społecznych uprzedzeń – które dodają tekstowi głębi, ale nie narzucają gotowych interpretacji.

To książka, którą można czytać rozdział po rozdziale (i to w zasadzie w dowolnej kolejności), zagłębiając się w coraz to inne historie kryminalne z dreszczykiem. Idealna na jesienne wieczory, gdy za oknem wieje wiatr, a w głowie kołacze się pytanie: czy naprawdę wszystko da się wyjaśnić racjonalnie? Czemu łatwiej jest sięgać ludziom po egzorcyzmy niż pomoc psychiatry? Kiedy zachowania drugiego człowieka powinny nas naprawdę niepokoić? Dla miłośników true crime to lektura obowiązkowa, ale i fani zjawisk paranormalnych znajdą tutaj coś dla siebie!

 


Książka "Snape. Prawdziwa twarz tajemniczego mistrza eliksirów" to w zasadzie skrupulatne, pogłębione studium postaci z serii książek o Harrym Potterze. Severus Snape to postać fascynująca, bo trudna do oceny: dręczony w młodości sam dręczy uczniów - a jednocześnie na swój pokrętny sposób o nich dba, często przekazując im wiedzę na temat obrony przed czarną magią, gdy tego przedmiotu uczy niekompetentny nauczyciel pokroju Lockharta. Człowiek rozdarty swoją obsesją względem Lily i nienawiścią względem Jamesa - przez co dba o przeżycie Harry'ego, mającego "oczy swej matki", jednocześnie znęcając się nad nim psychicznie, widząc w nim skłonności ojca do łamania zasad. Snape wymyka  się łatwej ocenie i pełnemu zrozumieniu, będąc złożonym paradoksem serii: złoczyńcą, który jest bohaterem, tyranem, który jest obrońcą, człowiekiem głębokiej nieodwzajemnionej miłości, który para się nieustannym okrucieństwem. Nic dziwnego, że taka niejednoznaczna postać doczekała się analizy - próby zrozumienia jego motywacji, zachowania, relacji z innymi postaciami z książki.

Taka analiza nie jest zadaniem łatwym, nawet mając gotowy materiał źródłowy: wszak w książkach o Harrym Potterze nawet narrator jest stronniczy niczym Dumbledore. Metoda Lorrie Kim jest systematyczna i drobiazgowa; autorka pracuje tom po tomie, aby przeanalizować działania Snape’a, jego interakcje z innymi, a także, co niezwykle istotne, jego przemilczenia. Pokazuje, jak każdy jego szyderczy uśmiech, każdy pozornie złośliwy czyn wobec Harry’ego, Hermiony i Neville’a, jest starannie skonstruowaną grą mającą na celu utrzymanie jego przykrywki. Jednocześnie autorka potrafi wskazać także te momenty, kiedy Snape'a wyraźnie poniosły emocje. W tym kontkeście niezwykle ciekawa jest analiza "Więźnia Azkabanu" z punktu widzenia powracającej do mistrza eliksirów traumy. Oprócz analizy samego kanonu - czyli książek - autorka dodaje także szerszy komentarz społeczny, w tym wątki feministyczne i intersekcjonalne (np: analizując scenę, w której Lupin doradził Neville'owi, aby walcząc ze Snapem-boginem wyobraził go sobie w ubraniach babci).

Lorrie Kim za cel postawiła sobie ukazanie dwuznaczności, a także odkupienia Snape'a. Materiał źródłowy nie zawsze daje nam pełne odpowiedzi, co do motywacji bohatera - wtedy autorka spekuluje, a popiera to ciekawymi argumentami - a od nas zależy czy się z nią zgodzimy. 

W całej książce najbardziej podobała mi się rehabilitacja Snape'a jako nauczyciela – nie tylko surowego, ale też skutecznego, uczącego umiejętności niezbędnych w trudnych czasach. W przekonujący sposób Lorrie Kim dowodzi, że pomimo swojego okropnego sposobu bycia Severus był w istocie najskuteczniejszym nauczycielem obrony przed czarną magią, jakiego Harry kiedykolwiek miał. Od wpajania uczniom podstawowych zaklęć, takich jak Expelliarmus – zaklęcie, które ostatecznie uratuje świat – po jego zaawansowane lekcje magii niewerbalnej i niewymagającej różdżki, każda lekcja ma praktyczne, często ratujące życie zastosowanie, które Kim skrupulatnie śledzi aż do jej kluczowego momentu w kulminacji serii.

I choć jako całość książka naprawdę mi się podobała, to ma kilka wad. Ta sama drobiazgowość, która czyni argumentację Kim tak przekonującą, jest również źródłem głównej słabości książki. Każdy rozdział zaczyna się od długiego, naszpikowanego cytatami streszczenia, które nie zawsze odnosi się bezpośrednio do omawianej postaci. Dla zagorzałego fana Pottera – oczywistego odbiorcy tak niszowego studium postaci – to obszerne powielanie dobrze znanych wątków fabularnych może wydawać się zbędne, skłaniając do pobieżnego przejrzenia tekstu niż głębokiego zaangażowania. W tym względzie nie pomaga powtarzająca się struktura każdego rozdziału, który oczywiście porządkuje analizę, ale w czytaniu staje się monotonna. Jest w tej książce takie naukowe zacięcie, które nie do końca sprawdza się w nienaukowym tekście. W porównaniu do książki o sekretach Dumbledore'a odniosłam także wrażenie, że nie dowiedziałam się wcale tak wiele nowego - wiele teorii dla potteromaniaczki jak ja było już znanych. Za to naprawdę doceniam wspomianą perspektywę spojrzenia na Snape'a jako skutecznego - słowo dobrego biorąc pod uwagę faworyzowanie niektórych uczniów i nękanie innych byłoby na wyrost - pedagoga; była to dla mnie zupełnie nowa perspektywa oceny Snape'a, nie tylko jako podwójnego agenta, ale właśnie "zwykłego" nauczyciela.

Mimo tych drobnych wad uważam książkę za godną polecenia każdemu fanowi serii. To poruszające studium dla tych, którzy chcą lepiej zrozumieć tragiczny heroizm Severusa Snape’a. Lorrie Kim pokazuje inny punkt widzenia niż przedstawiony w głównej osi narracyjnej książki, stawiającej Harry'ego w centrum: odsłania kurtynę by pozwolić nam dostrzec prawdziwy kształt tragedii Snape’a: historię ogromnej miłości i poświęcenia ukrytą za maską apatyczności i złośliwości. Ta książka nie daje gotowych odpowiedzi – raczej prowokuje, byśmy sami na nowo ocenili Severusa Snape’a. W tym tkwi jej największa siła: nie tyle przekonuje, co zaprasza do własnej interpretacji i refleksji nad moralną złożonością bohaterów, których wydawało się, że znamy na wylot.

 



"Zabójczy tandem" to pełna ironicznego, miejscami absurdalnego humoru opowieść o parze staruszków z talentem do ładowania się w kłopoty. Myślałam, że będzie to komedia kryminalna, a to raczej komedia omyłek - i jakby na to nie patrzeć powieść drogi. Nikt tu nie skupia się na rozwiązaniu zagadki śmierci współpasażera - staruszkowie Sabina i Antoni mają inne sprawy na głowie niż zabawa w Pannę Marple. Ich celem jest skuteczna ucieczka z domu spokojnej starości do domku Sabiny - miejsca, które może wcale nie istnieć. Są jednak nad wyraz zdeterminowani - i nic ich nie powstrzyma: ani śmierć w pociągu, ani kąpiel w gnojówce. 

Jest to powieść lekka, w której nie brakuje przygody - coś w sam raz na wakacje (szczególnie na podróż PKP). Humor jest dość specyficzny - od tego czy do nas trafi zależy stopień dobrej zabawy, wszak "Zabójczy tandem" opiera się na przerysowanym humorze i absurdalnych sytuacjach, które przydarzają się parze zrzędliwych, ale jakże uroczych staruszków. Ogromną zaletą tej powieści jest to, że ciągle coś się dzieje, a przez to nie ma miejsca na nudę. Ja bawiłam się nieźle, choć zabrakło mi większej ekspozycji wątku kryminalnego. To książka do przeczytania, kiedy potrzebujecie niezobowiązującej lektury na 1-2 wieczory - gdzie całosć należy traktować z przymrużeniem oka i po prostu dać się porwać szalonym i zaskakującym perypetiom staruszków w niecodziennej podróży. 

Para nie do pary

Niewątpliwie najmocniejszą stroną "Zabójczego tandemu" jest para staruszków, która nie pozwoli sobie w kaszę dmuchać. Jak wiadomo najlepiej sprawdzają się duety niedopasowane, w myśl zasady, że przeciwieństwa się przyciągają. Sabina wiedzie prym wśród wrednych staruszek - należy jej się miano "miss żmijowatości". Przy tym jest nieugięta - dosłownie dąży do celu po trupach - i zwyczajnie lepiej z nią nie zadzierać. Fascynuje ona jednak biednego Antoniego, który choć ma wątłe ciało, stara się pielęgnować w sobie ducha rycerskości. Idealnie sprawdzają się w powieści rozdziały pisane naprzemiennie z perspektywy Sabiny i Antoniego, gdyż każde z nich ma inny ogląd sytuacji. Są to postacie nie tylko odpowiednio przerysowane, by bawić - emanują także dobrą energią i zwyczajnie chce im się kibicować w walce z przeciwnościami losu, by w końcu dotarli do upragnionego domku i zaczęli na nowo życie "na wolności".

Nie ma to jak zacząć podróż z trupem

Podróż PKP rządzi się swymi prawami - Sabina jest na to gotowa. Na to, że pociąg będzie mieć opóźnienie czy na to, że współpasażerowie raczej podróży umilać nie będą. Nawet na trupa w pociągu Sabina jest gotowa - nawet bardziej niż na nieproszonego towarzysza podróży w postaci Antoniego. A sam trup wcale nie musi być takim złym pasażerem - przynajmniej milczy. Gdy jednak podejrzenia o dokonanie zbrodni mogą spaść na Sabinę, ta robi to, co należy zrobić - ucieka z pociągu wraz z Antonim zaczynając wielką podróż we dwoje. Jedna absurdalna sytuacja goni drugą, a my z łatwością wpadamy w wir tej zaskakującej podróży - bo nie sposób przewidzieć w jakich kłopotach znów znajdą się staruszkowie i jaki znajdą sposób na poradzenia sobie - szczególnie, że mottem życiowym Sabiny zdaje się być "po trupach do celu".

Wesołe jest życie staruszka

Ostatnim kluczowym elementem "Zabójczego tandemu" - obok pozornie niedobranej pary bohaterów (kto lubi motyw love-hate relationship?) i absurdalnych przygód, które pędzą na złamanie karku - jest humor. Jak przystało na komedię kryminalną musi być go sporo - tutaj jest naprawdę celny w dialogach i monologach wewnętrznych (w tym rozmowach Sabiny z Bogiem, którego kobieta zdaje się mieć na wyłączność). Należy jednak wziąć pod uwagę, że opiera się on mocno na przerysowaniu - a nie każdego to bawi. Humor to najtrudniejszy element do oceny - wszak jest niezwykle subiektywny. Z ręką na sercu  - nie zaśmiałam się w głos ani razu czytając "Zabójczy tandem", ale jeśli chodzi o komedie kryminalne jestem bardzo wymagająca - i jak na razie zachwyciła mnie jedynie twórczość Joanny Chmielewskiej (po której zresztą zostałam nazwana!). Za to jestem pewna, że książka spodoba się mojej mamie - wyjadaczce komedii kryminalnych, która nigdy nie przejdzie obojętnie obok nowej książki Iwony Banach, Alka Rogozińskiego czy Anety Jadowskiej. I choć ja nie zaśmiewałam się w głos to bawiłam się dobrze - byłam ciekawa w jaki nowy sposób Sabina wykorzysta biednego Antoniego do ratowania sytuacji. Mój wymóg absurdalnych i przerysowanych sytuacji został spełniony, żebym czerpała przyjemność z tej książki!

Słowem podsumowania...

„Zabójczy tandem” to lektura lekka, szalona i pełna zwrotów akcji, w której trup w pociągu to dopiero początek prawdziwych kłopotów. To nie kryminał dla tych, którzy szukają intrygi w stylu Agathy Christie, lecz raczej komedia drogi – absurdalna, energiczna i z przymrużeniem oka. Polecam szczególnie czytelnikom, którzy cenią absurdalny humor i przerysowane sytuacje lub szukają niezobowiązującej, dynamicznej lektury na wakacje czy podróż pociągiem. To powieść, która z pewnością spodoba się miłośnikom gatunku - wszystkim, którzy z uśmiechem czytają komedie kryminalne. Mimo że wątek kryminalny schodzi na dalszy plan, "Zabójczy tandem" to udana, wartka i oryginalna propozycja. To książka, którą należy czytać z przymrużeniem oka, dając się ponieść niepohamowanej determinacji staruszków. Ich podróż, choć zaczyna się od trupa, jest przede wszystkim pełną energii i dobrej zabawy ucieczką od nudy!


 


Już dawno nie wciągnęłam się w żadną książkę tak, jak w "Czarcie ziele", co przypomniało mi co wyróżnia dobry kryminał: powinien być nieodkładalny. Powieść Jill Johnson to mistrzowsko skonstruowany thriller, który splata botaniczną fascynację z dreszczowcem pełnym ostrych zwrotów akcji. Ta historia jest równie odurzająca, jak śmiertelne rośliny, które tak plastycznie opisuje – od ekscentrycznej bohaterki po intrygę, ta powieść wyróżnia się w gatunku: jest piekielnie inteligentna, zaskakująco edukacyjna i niemożliwa do odłożenia. Na uznanie zasługuje także to, że autorka pozostawiła nam odpowiednią ilość tropów, by samemu rozwiązać zagadkę - i to nawet krok przed bohaterką - co wcale nie odebrało przyjemności z czytania. Osobiście nie lubię kryminałów, które nam czytelnikom nie dają żadnych szans, nie zostawiają nam nawet minimalnych poszlak. Nie tylko śledztwo, ale przede wszystkim postać samotnej botaniczki, której dobre imię został zszargane napędza powieść - od pierwszych stron jesteśmy ciekawi przeszłości profesor Rose, chcemy poznać jej namiętności i pasję, by w końcu wraz z nią rozwiązać sprawę.

Fabuła, która elektryzuje

Punkt wyjścia fabuły przypomina klasyk kina suspensu, czyli "Okno na podwórze" (1954) Alfreda Hitchcocka. W filmie uziemiony na wózku bohater z nudów podgląda sąsiadów, by ujrzeć sceny, które mogą sugerować zbrodnie. Do końca jednak nie wie, czy mu się tylko nie wydawało. W powieści "Czarcie ziele" jest jednak dużo ciekawiej - nie ujmując nic mistrzowi suspensu. Bohaterka podgląda innych z poczucia samotności i wyobcowania, aż trafia na niezwykle piękną sąsiadkę, która zaczyna ją fascynować. Obserwując fragmenty jej życia profesor Rose zauważa wielu niebezpiecznych mężczyzn (a może tak tylko ich ocenia, sama będąc nią zainteresowana?), kręcących się wokół sąsiadki - do dnia kiedy dziewczyna znika.  Od tego momentu akcja nabiera zawrotnego tempa. Rozpoczyna się misterny taniec: fałszywe tropy, kradzieże rzadkich, trujących roślin z ogrodu botaniczki, zwłoki uśmiercone znajomą toksyną. W miarę jak ktoś niszczy jej cenny ogród, a przeszłość wychodzi na jaw, profesor Rose wpada w sidła policyjnego śledztwa. Czy jest narratorem niewiarygodnym, nieświadomym pionkiem w grze, czy niewinną ofiarą manipulacji? Johnson trzyma w napięciu aż do ostatniej, wybuchowej sceny - a my jako czytelnicy doskonale się bawimy. 

Niepokorna, niezapomniana protagonista

Główna bohaterka - profesor Eustacia Rose to fenomenalna postać. Ma w sobie coś z Sherlocka Holmesa, choć we współczesnym wydaniu: jej geniusz dorównuje jej społecznej niezręczności. Gdy ją poznajemy wiemy, że z jakiegoś powodu utraciła swą reputację i straciła pracę na uniwersytecie - mimo ogromnej wiedzy na temat toksycznych roślin. Ponadto żyje w izolacji i żałobie po zmarłym ojcu, pocieszenie odnajdując jedynie w rutynie zajmowania się swym niebezpiecznym ogrodem. 

 Eustacia to oryginalna, niesztampowa bohaterka –  neuroatypowa, jawnie obsesyjna i w tym wszystkim absolutnie urzekająca. Jej fascynacja truciznami nie jest czysto akademicka; sięga głębiej, w rejony żałoby, zemsty i rodzinnych tajemnic. Ocenia ludzi porównując ich do roślin - oczywiście tych niebezpiecznych. Chociaż może być niewiarygodną narratorką, może być podejrzaną - to od samego początku czytelnik kibicuje tej "dziwnej" kobiecie w męskim garniturze jej ojca. Choć w dużej części społeczeństwa wzbudza ona politowanie - w czytelniku wzbudza sympatię.

Botanika jako bohater


Obok fascynującej Eustacii Rose, botanika stanowi jeden z największych atutów powieści. Nie stanowi ona jedynie tła, ale istotny element historii - a także tożsamości naszej bohaterki. Z ksiązki dowiadujemy się wiele o toksycznych roślinach - ale nie w formie nudnego wykładu. Wiedza ta została przefiltrowana przez fascynację naszej botaniczki - i jestem pewna, że po lekturze wiele osób spojrzy na otaczające nas rośliny inaczej.

Reprezentacja 


Na uwagę zasługuje także naturalne i niewymuszone wplecenie w fabułę reprezentacji osób LGBTQ+ oraz neuroatypowych. Jest tu sporo autentyzmu w portretowaniu Eustacii, bez queerbaitingu. 

Słowem podsumowania...

„Czarcie ziele” to thriller z najwyższej półki – inteligentny, świeży i zaskakująco wielowarstwowy. Jill Johnson udowadnia, że można połączyć literacką jakość z gatunkową przyjemnością, oferując czytelnikom nie tylko wciągającą intrygę, ale też nieoczywistą bohaterkę i pasjonującą lekcję botaniki. To opowieść o obsesji, wyobcowaniu i sile wiedzy, która – podobnie jak trucizna – może leczyć lub zabijać. Dla miłośników kryminałów, w których równie ważna co zagadka jest psychologia i styl, to pozycja obowiązkowa. A Eustacia Rose? Taka bohaterka zostaje w pamięci na długo po zamknięciu książki, zapadając w pamięć niczym Sherlock Holmes, panna Marple czy Hercules Poirot. 

 


Wśród książek nawiązujących do uniwersum Harry’ego Pottera znajdziemy zarówno kompendia wiedzy, jak Nieoficjalna wielka księga zaklęć, jak i bardziej analityczne opracowania, np. Harry Potter i zakon filozofów, który interpretuje serię pod kątem filozofii. Jednak Dumbledore. Życie i kłamstwa najsłynniejszego dyrektora Hogwartu wyróżnia się na ich tle jako najbardziej szczegółowa analiza jednej z najbardziej enigmatycznych postaci sagi. Śmiało mogę powiedzieć, że to moja ulubiona książka nawiązująca do HP!

Irvin Khaytman, będący członkiem fandomu, nie tylko wielokrotnie przeczytał materiał źródłowy, ale także przeanalizował liczne fanowskie teorie, dzięki czemu krok po kroku rekonstruuje motywacje Dumbledore’a. W każdej z części serii bada jego decyzje i rolę w fabule, stawiając kluczowe pytanie: kim naprawdę był Albus Dumbledore? Wielkim czarodziejem i mentorem czy raczej mistrzem manipulacji? Z książki Dumbledore. Życie i kłamstwa wyłania się obraz człowieka pełnego sprzeczności, a przedstawiona analiza pozwala nam poukładać sobie w głowie pełniejszy obraz tej fascynującej postaci literackiej. 

Portret mistrza strategii i manipulacji

Khaytman systematycznie przechodzi przez kolejne etapy życia Dumbledore’a, rozkładając jego charakter na czynniki pierwsze. Co istotne, książka nie jest ani laurką, ani surową krytyką, lecz rzetelną analizą jego decyzji i motywacji. Autor odważnie kwestionuje wybory dyrektora Hogwartu, zwracając uwagę na jego skłonność do ukrywania prawdy i prowadzenia wielowarstwowej gry.

W dużej mierze skupia się na relacji Albusa z Harrym, zadając fundamentalne pytanie: czy Dumbledore wykorzystywał młodego czarodzieja, czy jednak na swój pokrętny sposób był jego mentorem?

 "Od razu obserwujemy, jak Dumbledore pudruje rzeczywistość półprawdami: oznajmia McGonagall, że Harry będzie żył z Dursleyami, ponieważ należy chronić go przed skutkami niezamierzonej sławy. W kolejnych latach tego rodzaju zachowanie okaże się typową zagrywką Dumbledore'a: jest przekonujący, do pewnego stopnia prawdomówny, ale koniec końców bardzo daleki od wyjawienia wszystkiego. Szczerze mówiąc, mniej pobłażliwi czytelnicy mogliy powiedzieć, że Dumbledore jest hipokrytą w temacie szczerości, jako że do uczniów mówi: Ja jednak wierzę, że prawda jest lepsza od kłamstwa."

Analiza oparta na kanonie i interpretacji

Przemówiło do mnie podejście autora do analizy: opierając się ściśle na kanonie, czyli powieściach, przedstawia interpretację własną (i fandomu, przywołując analizy innych potterowych entuzjastów). Siłą tej książki jest to, że nie opiera się wyłącznie na subiektywnych teoriach – Khaytman skrupulatnie trzyma się kanonu, a jednocześnie przedstawia interpretacje swoje i innych członków fandomu. Domysły pojawiają się jedynie tam, gdzie Harry Potter zostawia luki, a nawet wtedy są one dobrze uargumentowane.

Przykładem może być analiza kary, jaką Harry i Hermiona otrzymali w Kamieniu Filozoficznym – wysłanie w nocy do Zakazanego Lasu. Khaytman zauważa, że jedynym logicznym wytłumaczeniem jest to, iż Dumbledore chciał, by uczniowie dowiedzieli się o kamieniu:

"To tak naprawdę jedyne wiarygodne wyjaśnienie tej kary. Pomysł z wysłaniem czwórki pierwszoroczniaków do Lasu w środku nocy, w sytuacji kiedy - realnie rzecz biorąc - nie jest w stanie w żaden sposób pomóc w odnalezieniu martwego jednorożca, jest absurdalny, nawet jak niewyśrubowane standardy Hogwartu. I z pewnością nie jest w stylu McGonagall."

Zawsze miałam problem z tą sceną – wydawała mi się zupełnie niepasująca do McGonagall! Nie przyszło mi do głowy, że za wszystkim mógł stać Albus. Właśnie to jest największa zaleta tej książki – czytając ją, odkrywamy znane historie na nowo, z zupełnie innej perspektywy.

Na uwagę zasługuje również styl autora – książka jest napisana w przystępny sposób, unikając naukowego zadęcia, co sprawia, że czyta się ją bardzo lekko. Dodatkowym atutem jest piękne wydanie, które prezentuje się wyjątkowo elegancko na półce fana HP.

Słowem podsumowania...

Książka Dumbledore. Życie i kłamstwa... nie tylko przedstawia nową perspektywę na dyrektora Hogwartu, ale również skłania do refleksji nad całym światem Harry’ego Pottera. Po lekturze można spojrzeć na Albusa z większym podziwem lub większym sceptycyzmem, a przy okazji zupełnie inaczej ocenić wiele wydarzeń z sagi.

To nie jest klasyczna biografia – to fascynująca analiza literacka, która wzbogaca uniwersum J.K. Rowling o krytyczną interpretację. Dla fanów Harry’ego Pottera to pozycja obowiązkowa, gwarantująca mnóstwo nowych przemyśleń - i w pewnym sensie odkrycia sagi o HP na nowo!


 


"Dom z liści" to powieść niezwykła, a sam proces jej czytania jest wyjątkowym doświadczeniem. To książka-performance, książka-labirynt -  zacierająca granice między gatunkami, formą, ale i autorstwem. Cała książka, już od strony tytułowej gra z nami, stawiając nam pytania. Czym jest "Dom z liści"? Przypominającą pracę naukową analizę (nieistniejącego?) filmu dokumentalnego o nawiedzonym domu (a może popadającej w szaleństwo rodzinie?), opracowaną przez Zampano? A może opowieścią Johnny'ego Wagabundy, który znalazł zapiski Zampano, poskładał je do kupy i opatrzył własnymi przypisami - często dotyczącymi tego, co się u niego dzieje? A może w końcu ostateczne autorstwo należy przypisać czytelnikowi, który aktywnie musi uczestniczyć w procesie przedzierania się przez ten labirynt, uczestnicząc w performansie czytania "Domu z liści"? Każdy wszak może czytać tę książkę inaczej - najpierw rozdziały, potem przypisy, potem dodatki. A może od razu przypisy, od razu dodatki? Ja jeszcze podkreślałam w tej książce interesujące fragmenty, dokładając kolejną cegiełkę - osoba czytając po mnie "Dom z liści" będzie się zastanawiać, czemu te, a nie inne fragmenty są podkreślone. Dodatkowo uczucie niepokoju zwiększa poczucie popadania w szaleństwo - autora filmu dokumentalnego, Zampano, Wagabundy i w końcu nas, czytelników, próbujących poskładać to wszystko w całość. 

Zarówno pod względem poruszanych tematów, jak i formy "Dom z liści" to literacki labirynt, eksplorujący motyw strachu, miłości, obsesji i niezbadanych, tajemniczych przestrzeni - zarówno w nas samych, jak i poza nami. To powieść, która wymyka się łatwej kategoryzacji, łącząc horror, thriller psychologiczny, akademicki (pseudo)tekst naukowy i nawet romans z eksperymentalną formą, która wymaga wspomnianego zaangażowania czytelnika. "Dom z liści" jest bardzo immersyjny, bo swoja formą przypomina filmy typu found footage, tylko w wersji literackiej: mamy wrażenie, że analizowany film rzeczywiście istnieje (ta towarzysząca lekturze chęć obejrzenia dokumentu o Navidsonie i przerażającym domu!), że ktoś rzeczywiście dokonał jego analizy naukowej, ze wszystkimi przypisami i teoriami, a następnie ktoś inny złożył te rozsypane notatki do kupy i wydał - a my w rękach trzymamy autentyczny tekst Zampano, zredagowany przez Wagabundę. To zacieranie granicy między fikcją a odnalezieniem autentycznych zapisków szaleńca potęguje wrażenie niepokoju, które nieodłącznie towarzyszy czytaniu tej powieści. W swej istocie "Dom z liści" jest opowieścią o tym, jak zmagamy się z nieznanym, odzwierciedlająca tą dezorientację zarówno na poziomie tematycznym, jak i uczucia, które towarzyszy czytelnikowi - bo ta książka jest tak inna, że nie może wzbudzać innych uczuć.

"Dom z liści" mógłby być kolejną opowieścią grozy o nawiedzonym domu, gdyby nie ta zaskakująca, niezwykle angażująca forma. Przypominająca powieść szkatułkową to opowieść o rodzinie Navidsona, który przeprowadza się do niepokojącego domu - domu, którego zewnętrzne wymiary nie pokrywają się z wewnętrznymi; domu w którym z dania na dzień pojawiają się nowe pokoje i korytarze; domu, który stanowi wyzwanie dla małżeństwa. Autobiograficzny film dokumentalny o Navidsonie jest z kolei analizowany przez Zampano, który wszędzie w swym mieszkaniu pozostawił notatki. Czy zmarł śmiercią naturalną, czy stały za tym jakieś niezwykłe siły? A co z Johnnym, który natrafia na notatki Zampano i postanawia złożyć je w całość - choć uważa ich autora za grafomana, opatrując przypisami - z których wynika, że sam zaczyna doświadczać działania tajemniczych sił. Choć może to wszystko dzieje się wyłącznie w jego głowie? Poczucie chaosu, dezorientacji - i w końcu strachu, uczuć, które towarzyszyły bohaterom - potęguje fragmentaryczna forma. Im dalej się zagłębiamy w tekst, tym bardziej słowa wirują (czasami dosłownie), sprawiając, że czytanie jest wyzwaniem. I to jakim - zarówno fizycznym, jak i intelektualnym - musimy przeskakiwać między sekcjami, rozszyfrowywać tajemnicze adnotacje, poruszać się po niekonwencjonalnej typografii. W samym czytaniu tej książki jest coś klaustrofobicznego, gdy ta labiryntowa forma przytłacza - co znów współgra z tematem, czyli opowieścią o domu Navidsonów, którzy w labiryncie jego korytarzy tracili kontrolę (tak jak my czytając "Dom z liści").

Pod tą niezwykłą formą kryje się opowieść o eksploracji tego, co nieznane. Tytułowy dom, z jego ciągle rozszerzającymi się, pozbawionymi światła, przytłaczającymi korytarzami zdaje się być metaforą niezbadanych, tajemniczych terytoriów ludzkiej egzystencji - ciemnych zakątków psychiki, pełnych żalu, traumy i strachu. Sam film o domu Navidsonów to nie tyle historia o nawiedzonym miejscu, co raczej o związku dwojga ludzi wystawionych na próby: ich zmagania z domem odzwierciedlają ich próby ratowania związku, bo miłość, tak jak dom może być schronieniem, bezpiecznym portem - ale także polem bitwy. Istotnym tematem powieści jest obsesja, szaleństwo, popadanie w paranoję. Chodzi tutaj nie tylko o Navidsona i jego konfrontacje z niepokojącym domem, ale także Johnny'ego. Za pośrednictwem przypisów poznajemy jego upadek - popadanie w paranoję, wywołaną lekturą rękopisu Zampano. Johnny nie miał bezpośrednio styczności z domem, a i tak został pochłonięty przez samo opracowanie tekstu. A co z nami, czytelnikami? Nam pozostaje przedzieranie się przez te warstwy niepokoju i próba odszyfrowania, co mogło wydarzyć się autentycznie w świecie przedstawionym, a co jest jedynie wymysłem szaleńca.

Niezwykle silne są uczucia, które wywołuje obcowanie z "Domem z liści". Groza dotyczy tutaj odwoływania się do pierwotnych lęków - poczucia zagubienia, bezsilności, bycia nieistotnym. Dom, który zamiast schronienia i ciepła wywołuje strach staje się niejako alegorią kruchości życia, nieprzewidywalności.

Jak możecie się już domyślić, "Dom z liści" nie jest łatwą lekturą - to powieść wymagająca, dezorientująca, momentami głęboko niepokojąca. Jednocześnie jeśli nie jest Wam straszna niezwykła forma - to jest to powieść niezwykle satysfakcjonująca. Pod niecodzienna formą skrywa się eksploracją uniwersalnych tematów związanych ze strachem. "Dom z liści" to powieść, która pozostaje w pamięci na długo - można by rzec: prześladując czytelników na długo po przerzuceniu ostatniej strony. Czy tak czuł się Johnny Wagabunda, nasz "redaktor",  po przeczytaniu zapisków Zampano? Czy już wtedy zaczął popadać w obłęd? Czytając "Dom z liści" mierzymy się nie tylko z formą powieści, ale i licznymi metaforami. To powieść wyzwanie, książka tylko dla odważnych - czy uda nam się wszystko rozszyfrować? Jeśli jesteście otwarci na nowe literackie doświadczenia - to warto wyruszyć w niezapomnianą, a jednocześnie niepokojącą podróż w głąb historii o jednym domu, który opętał Navidsona, Zampano, Johnny'ego... a może także kolejnego czytelnika, kolejną osobę, która pośrednio z domem obcowała?


 


"Cztery pory roku w Japonii" to utrzymana w klimacie healing novel czy książkowych ogrzewaczy serca opowieść o osobach znajdujących się na życiowym rozdrożu i odnajdujących siebie - a wszystko to w spokojnym rytmie zmieniających się pór roku. To niezwykle relaksująca powieść, która nie tylko angażuje historią, ale zapewnia chwilę wytchnienia. Aż chciałoby się powiedzieć "a może by tak rzucić to wszystko i wyjechać do Onomichi". Konstrukcja książki to powieść w powieści - śledzimy losy Flo, tłumaczki, która czuje, że życie zaczyna jej się wymykać: nie odnajduje już radości w swej codzienności, a jednocześnie nie czuje się gotowa na wielkie zmiany. Gdy myśli, że w niczym nie odnajdzie już pasji natrafia na niepozorną książeczkę, która nadaje jej nowy cel. Flo postanawia przetłumaczyć znalezioną książkę, a następnie odnaleźć jej autora. Drugą opowieścią jest treść tłumaczonej książki - "Dźwięków wody". Wraz z Flo poznajemy historię relacji babci z wnukiem - wzajemnego poznawania siebie i otwierania się na drugą osobę. Bohaterami "Czterech pór roku w Japonii", oprócz tłumaczki, babci i wnuka, zdaje się i samo Onomichi, spokojne miasteczko z kocią alejką. To idealna książka na literacką podróż z dala od zgiełku miasta w świat wyjęty z japońskiego filmu animowanego w duchu "skrawków życia". Nic tylko puścić soundtrack z filmów Studio Ghibli i zabrać się za tą wyciszającą lekturę!

Chociaż "Cztery pory roku w Japonii" rozpoczynają się od wprowadzenia Flo, to tłumaczka w przeważającej części książki ustępuje miejsca Ayako i Kyo - parze bohaterów "Dźwięków wody", czyli fikcyjnej powieści tłumaczonej przez kobietę. Dzięki temu możemy poznać historię, która rozbudziła w naszej bohaterce na nowo pasję do tłumaczenia. Czy i nas ta opowieść porwie?

Podzielona na cztery części, odpowiadające porom roku, historia skrywającej tajemnicę staruszki Ayako i jej wnuka, Kyo, któremu nie poszły egzaminy zdecydowanie mnie poruszyła. Od początku czułam się zaintrygowana - czy szorstka babcia, nosząca w sobie ból związany z samobójczą śmiercią syna, odnajdzie nić porozumienia z rozgoryczonym chłopakiem, czującym się jak porażka? Czy znajdą wspólny język i docenią swoje towarzystwo? Czy Kyo odważy się wybrać swoją pasję - rysowanie - ponad to, czego się od niego oczekuje, czyli studia medyczne? I kim jest wygadana dziewczyna, przypadkiem poznana w pociągu zmierzającym do sennego Onimochi?

Wszystko to dzieje się w spokojnym Onomichi, tak różnym od Tokio. W miejscu, gdzie stali bywalcy kawiarni Ayako są przyjaźnie nastawieni; gdzie wystarczy odłożyć telefon i się rozejrzeć, by dostrzec piękne widoki. Czytanie opisów codziennego życia Ayako w Onimochi, jej wędrówek górską ścieżką - na której czekają koty, wprowadzało w lekko melancholijny nastrój - czy takie miejsca są jeszcze na mapie naszego świata? A jednocześnie niosły wspomniane już ukojenie i wyciszenie, przenosząc nas podczas czytania do tego spokojnego miejsca, w którym można znaleźć ścieżkę łączącą serca tak różnych osób, jak babcia i jej wnuk. Duża tu zasługa Autora, którego opisy Onimochi zdają się przenosić nas do tego miejsca.

Czytając rozdziały poświęcone Ayako i Kyo moją uwagę zwrócił jeden drobny - ale jakże znaczący -  szczegół: poszczególne części zostały oddzielone czarną lub białą kropką, przypisaną odpowiednio wnukowi i babci. Pojedyncza kropka oznacza część poświęconą jednemu z nich. Gdy jednak akapit dotyczy ich relacji kropki znajdowały się w dwóch ustawieniach: obok siebie (konflikt) oraz połączone w znak yin i yang (harmonia). To wizualna drobnostka, ale tak bardzo pasowała do opowiadanej historii: Ayako i Kyo są tak różni, a jednak ich relacja może stać się harmonijną całością. 

W powieści nie brak tego słodkogorzkiego, melancholijnego nastroju wielu książek i filmów japońskich. Każdy z bohaterów - Flo, Ayako, Kyo - musi skonfrontować się z porzuconymi marzeniami, by następnie odkryć spokój ducha.

"Wiedziała, że na szczyt prowadzi wiele dróg. A czas i doświadczenie nauczyły ją, że niektóre góry są łatwiejsze do zdobycia niż inne".

To powieść o ludziach, którzy napotykają trudności, ale ostatecznie się nie poddają - idąc małymi kroczkami do przodu. I ta ich droga ostatecznie ogrzewa serce czytelnika, jak przystało na healing novels. Mnie oczarowała - choć dotyka trudnych tematów, jak samobójstwo i depresja, to ostatecznie koi. Bohaterowie doświadczają samotności i zagubienia, ale także miłości i siły jaką daje odnalezienie wartości własnego życia. To prosta, ale poruszająca powieść, którą powinien zainteresować się każdy, kto lubi czytać o "okruchach życia", niespiesznych, wyciszających historiach.

Nick Bradley "Cztery pory roku w Japonii" (2023)
Polskie wydanie: Znak (2024)

 


"Nietuzinkowy sklep całodobowy" przynależy do tej odsłony literatury azjatyckiej, którą określamy mianem ciepłej i pokrzepiającej. To prosta historia, przedstawiająca przypadkowe spotkanie starszej pani i bezdomnego, które następnie wpływa na pracowników i klientów tytułowego sklepiku. Przesłaniem całej powieści jest dawanie drugich szans oraz nieocenianie innych na pierwszy rzut oka: przypominający niedźwiedzia bezdomny mężczyzna czy niepozorna staruszka mogą okazać się wyzwalaczami, dającymi innym siłę i pokrzepienie - poprzez samą swoją obecność, wysłuchanie w ciężkich chwilach czy okazanie wsparcia. Jednak tak jak w przypadku "Zanim wystygnie kawa" pod tymi pokrzepiającymi historiami kryje się pewien ciężar, pozostający gdzieś na marginesie i nieprzytłaczający, póki nie zastanowimy się nad drugim dnem. W "Nietuzinkowym sklepie całodobowym" obecne są problem, który trapią Koreę Południową: od ciągle obecnego echa kryzysu finansowego z 1997 roku, który doprowadził nie tylko do bankructwa wiele firm, ale także kryzysu męskości (wraz z utratą pracy tracono uprzywilejowaną pozycję w domu), niepewności zawodowej młodych ludzi, pogonią za pięknem, wymaganym od kobiet równie mocno, co wiedzy wyniesionej ze studiów, konfliktu gospodarczego z Japonią z 2019 roku, czy w końcu pandemii COVID-19. Te wszystkie problemy pozostają jednak tłem dla codziennego życia naszych bohaterów. Nawet rozpadające się rodziny stają się pewną normą - skąd też bierze się siła przyciągania niezwykłego sklepiku i rodzinnych relacji w nim panujących, zapewniających komfort i bezpieczeństwo w gorzkim współczesnym (nie tylko koreańskim) świecie. W tym tkwi siła tej powieści, która oczarowała Koreańczyków - pełna jest nadziei na lepsze jutro.

"Nietuzinkowy sklep całodobowy" to z jednej strony powieść mocno zakorzeniona w Korei Południowej - z tymi wszystkimi subtelnymi nawiązaniami do sytuacji w 2020 roku - a przy tym uniwersalna ze swym przesłaniem. Problemy komunikacyjne zdarzają się wszędzie, i niezależnie od szerokości geograficznej poszukujemy wsparcia w postaci osoby, która nas wysłucha i zrozumie - tak jak bezimienny bezdomny mężczyzna, który dzięki danej mu szansie zmienia coś na dobre wokół siebie: jakby dobre uczynki miały moc rozprzestrzeniania się i inspirowania innych. 

Powieść początkowo bardzo intryguje - nasz tajemniczy bezdomny nie ma nie tylko domu, ale i tożsamości. Nad całością wisi więc zagadka dotycząca tego, kim jest niedźwiedziowaty mężczyzna - i w tym kontekście ostatni rozdział przedstawiony z jego perspektywy stanowi idealną klamrę. Zaś po środku odnajdziemy rozdziały poświęcone osobom wokół starszej właścicielki sklepu i jej niezwykłego towarzysza. Historie są pozornie zwyczajne, ale w rzeczywistości odpowiadają pewnym lękom: o utracenie więzi z dorosłymi dziećmi, o poniesienie porażki i powrót w rodzinne strony po porzuceniu marzeń, o opuszczenie bezpiecznego miejsca i pójście naprzód, by rozwinąć skrzydła - co przecież może zakończyć się porażką.

 "Nietuzinkowy sklep całodobowy" jest powieścią otulającą, ale w koreańskim stylu: w smaku słodko-gorzkim. Przesłanie o dawaniu drugich szans koi serce, ale niektóre wydarzenia pozostawiają gorzki posmak. Wszak nasz tajemniczy bezdomny z jakiegoś powodu uciekł od społecznych obowiązków, rodziny i znalazł się na ulicy - gdzie jak sam mówi nie wszyscy patrzyli na niego z odrazą i współczuciem, niektórzy patrzyli z zazdrością. Nazwałabym więc tę powieść bardziej "pokrzepiającą", "dającą nadzieję" niż typowym otulaczem. Skłania do refleksji na temat poszukiwania szczęścia w relacjach z innymi. Jak zauważa bohater: "szczęście nie jest czymś nieosiągalnym", tylko "polega na dzieleniu się sercem z ludźmi wokół". Skłania do refleksji nad życiem w pędzie i społecznym naciskom na bogacenie się - pieniądze wcale szczęścia nie dają, gdy niszczą relacje z najbliższymi.


Kim Ho-yeon "Nietuzinkowy sklep całodobowy" (2021)
Polskie wydanie: Znak (2024)

 


Zapraszam do lektury tekstu nietypowego, dla którego punktem wyjścia jest książka "Znaki miłości" Carolyne Faulkner, autorki współczesnego przewodnika po astrologii "Znaki" - by następnie zagłębić się w tematykę odczytywania miłosnej harmonii na Półwyspie Koreańskim. Choć książka "Znaki miłości" skupia się wokół dobrze znanym w naszym kręgu kulturowym horoskopie - to prezentuje w swoim podejściu coś azjatyckiego. Już w "Znakach" autorka obalała powszechny mit, że można podzielić ludzkie osobowości według 12 znaków zodiaku. Według autorki znaki stanowią jedynie wskazówkę do odblokowania drzemiącego w nas potencjału. Co więcej, istotny jest cały kosmogram - ułożenie planet i Księżyca w momencie naszego urodzenia. Horoskop urodzeniowy, wyliczany w oparciu o datę, godzinę i miejsce urodzenia pozwala zauważyć, że nie każdy lew czy baran będzie taki sam. Podobnie w chińskiej tradycyjnej astrologii ustalano horoskop danej osoby nie tylko w oparciu o rok urodzenia ("chińskie" znaki zodiaku), ale dzień i miesiąc oraz godzinę urodzenia. Oprócz samego znaku istotne są towarzyszące mu żywioły. Przykładowo ja nie urodziłam się po prostu w roku konia, ale w roku białego konia - z kolei dzień moich rodzin jest wiązany z żywiołem wody i tygrysem, więc jestem wodnym tygrysem z roku białego konia - jak widać to znacznie więcej elementów niż sam pojedynczy znak. Podobna interpretacje oferuje Carolyne Faulkner - odczytywanie horoskopu składającego się z większej ilości czynników, co ma wpływać na predyspozycje, które mamy. Jeśli tematyka astrologii  Was interesuje - bo przecież nie każdego przekona - to polecam wpierw sięgnąć po "Znaki", a dopiero potem po "Znaki miłości.

Przyjrzyjmy się najpierw książce "Znaki miłości". Składa się ona z części wprowadzającej w tematykę i części zasadniczej czyli omówienia połączeń wszelakich znaków zodiaków. To taki rodzaj książki, że można swobodnie skakać po interesujących nas tematach - i wpierw sprawdzić, czy według horoskopu pasujemy do naszego partnera. Omówienie każdego "połączenia" kończy się listą porad w postaci pytań, czy potrafimy nad takim związkiem pracować, by osiągnąć równowagę. Autorka stara się obalić mit o niekompatybilności znaków. Całość napisana jest w bardzo przystępny sposób - choć nie będę ukrywać, że w wielu akapitach przyjmuje nieco coachingowy ton, co mnie osobiście odstrasza. Nie będę ukrywać, że nie do końca to do mnie trafiają pewne hasła, ale treść pozwala spojrzeć na relacje w nieco inny sposób. A czytanie o dopasowaniach znaków to sama frajda - kto tego nie lubi, nawet jeśli nie do końca w to wierzy?

Przechodząc do tematu innego postrzegania rzeczywistości - obchody Księżycowego Nowego Roku w społecznościach azjatyckich pokazują, że znaki zodiaku mają swoje miejsce i we współczesnym świecie. Warto podkreślić, że przypisane poszczególnym znakom cechy stanowią pewną możliwość - pewien potencjał, który można wykorzystać jeśli zdajemy sobie z niego sprawę. W życiu codziennym pytanie o znak zodiaku (chińskiego) pozwala określić wiek; do tego dla zabawy można sprawdzać swoja kompatybilność ze względu na znaki. 

W zodiaku chińskim jest 12 zwierząt (kor. 띠): szczur, wół, tygrys, królik, smok, wąż, koń, owca, małpa, kogut, pies i świnia. Każde ze zwierząt ma mieć charakterystyczne cechy, tak jak i ludzie urodzeni w danym roku. Ale to nie wszystko - jest jeszcze 12 "ziemskich gałęzi" (kor. 십이지) oraz 10 "niebiańskich pni" (kor. 십간); stąd mamy połączenia jak "rok drewnianego szczura". W tym roku mamy rok niebieskiego smoka. Smok reprezentuje siłę, szczęście oraz zdrowie, ma być symbolem podejmowania wyzwań. Ma być to czas wielkich przemian - co ciekawe w tym kontekście można interpretować nawet wydarzenia polityczne, takie jak amerykańskie wybory prezydenckie! Co więcej taki sprzyjający rok może przyczynić się do... zwiększonych starań o dziecko - by urodziło się pod znakiem przynoszącym sukces. Działa to także w drugą stronę - uważa się, że kobiety urodzone w roku konia są uparte, więc lepiej nie brać ich na żonę - ani nie rodzić dziewczynek w takim roku. Jeśli chodzi o żywioły to w tym roku wypada rok drewnianego smoka - w kulturze koreańskiej temu żywiołowi przypisywany jest kolor niebiesko-zielony, zaś sam żywioł kojarzony jest z rozwojem, niezawodnością. W połączeniu ze smokiem ma być zapowiedzią wzrostu, rozwoju - na co bardzo czekają Koreańczycy, licząc, że ich gospodarka znów zacznie wzrastać. Wschodnioazjatycki - czy koreański - zodiak pełen jest symboli, łącząc astrologię, tradycję i folklor. Tak jak my patrzymy z nadzieją na nowy rok, tak rok drewnianego smoka napawa nadzieją na odbudowę i odzyskanie siły po ostatnich latach, które stanowiły nie lada wyzwanie.

W kontekście miłości horoskop małżeński odgrywał kiedyś istotna rolę - a i dziś, tak dla pewności, można wybrać się do specjalisty zajmującego się odczytywaniem saju (사주). Jest to technika odczytywania losu człowieka w oparciu o 60-letni cykl wspomnianych wcześniej połączeń "ziemskich gałęzi" i "niebiańskich pni". Saju palja (사주팔자) to filary każdego człowieka, czyli data i godzina narodzin. Wszystkie te elementy (plus yin i yang!) są wykorzystywane, by określić los (lub potencjał) w wybranej dziedzinie, takiej jak kariera czy wiedza. Jedna z najpopularniejszych dziedzin jest jednak życie miłosne - a dokładnie miłosne dopasowanie, małżeńska harmonia.

Zgodność małżeńska to gunghap (
궁합) - może być wewnętrzny i zewnętrzny gunghap - czyli czy partnerzy pasują do siebie "powierzchownie" (odczytanie w oparciu o sam znak zodiaku, czyli rok urodzenia) czy są "idealnie" dopasowani. Kiedyś odczytanie złego gunghap, czyli małżeńskiej niezgodności mogło doprowadzić do zerwania zaręczyn. Dziś większość par odczytuje swoje gunghap raczej z ciekawości. Odczytanie może być także traktowane jako rada: "to nie będzie łatwy związek, bądźcie gotowi nad sobą pracować!", a nie całkowite odradzanie zawarcia małżeństwa. Rozpadu związku nie można zatem zrzucać na brak dopasowania, ale brak pracy nad nim. Podobne przesłanie towarzyszy wspomnianej książce. "Znaki miłości" można odczytywać właśnie jako ciekawostkę, ale także zachętę do pracy nad sobą oraz nad relacją, a nie odgórne założenie, że przez znaki zodiaku dla pewnych par nie ma szans na powodzenie, że los jest z góry przesądzony.




 


"Mój Rzym" to książka, która mnie zaskoczyła: nie będę ukrywać, że okładka skojarzyła mi się z kolorowymi przewodnikami dodawanymi do kobiecych magazynów, w których więcej jest zdjęć niż informacji. To jednak mylne skojarzenie - choć w środku znajdziemy ilustracje - to "Mój Rzym" jest niezwykłym osobistym przewodnikiem po nieoczywistych miejscach. Autorka nie tylko nas zabiera poza szlaki turystyczne, ale także w przeszłość - nakreślając historię, przemiany i znaczenie danych zakątków Rzymu. A wszystko to podane w bardzo przystępny sposób. Jak wskazuje tytuł to spojrzenie na miasto okiem Autorki - spojrzenie pełne pasji i miłości. Widać, że Autorka odnalazła swoje miejsce na ziemi, w którym mieszka od lat, którego atmosferą zdaje się oddychać! Uwielbiam takie przewodniki - zamiast suchych faktów, starają się przemycić na stronach pewien klimat i jak nic zachęcają do przejścia się opisywanymi zaułkami.

Książka podzielona jest na kilka rozdziałów, poświęconych poszczególnym częściom miasta. Polecam tak właśnie czytać, po rozdziale - czytana od razu może wydać się nieco monotonna, gdy wszystkie te nazwy i historie się mieszają. Zresztą rozdziały wydają się wręcz idealnie skrojone pod filiżankę kawy i włoski deser. Wyłaniający się z kart tej książki Rzym to rzeczywiście Wieczne Miasto, gdzie przeszłość miesza się z teraźniejszością, jest obecna nawet w tych miejscach, gdzie wiele się zmieniło. Jednocześnie wraz z naszą przewodniczką odkrywamy Rzym nieoczywisty, pełen małych kawiarni i sklepów rzemieślniczych, pełen historii mieszkających tam rodzin czy miejskich legend.

"Mój Rzym" to książka zarówno dla tych, którzy marzą o podróży do Włoch, jak i tych, którzy Wieczne Miasto już odwiedzili - zapewniam, że po jej lekturze zapragniecie tam powrócić i zejść z utartych szlaków, na którzy odhacza się najważniejsze zabytki. Całość uzupełniona jest zdjęciami - wiele z nich pochodzi z prywatnego archiwum Autorki - a także mapkami. Naprawdę przyjemnie się przewodnik w takim wydaniu czyta - to tak, jakby zwiedzać miasto z przewodnikiem z krwi i kości, osobą, która miasto zna, a nie wydrukowaną książką. I choć jest to osobisty przewodnik to pierwsze skrzypce gra Rzym, który w każdym akapicie pozostaje "głównym bohaterem", choć o różnych obliczach. "Mój Rzym" jest dokładnie tym, czym obiecuje być: spacerem po niezwykłych zakątkach Wiecznego Miasta.


Magdalena Wolińska-Riedi "Mój Rzym. Spacerem po niezwykłych zakątkach Wiecznego Miasta" (2023)
Wydawnictwo: Znak

 


"Polka w Korei. Jak się żyje w kraju k-popu, kimchi i Samsunga" to książka, która jest dokładnie tym, czym obiecuje być: zbiorem anegdot i ciekawostek w oparciu o doświadczenie Autorki, które nie ogranicza się wyłącznie do mieszkania w Korei Południowej - wszak Agnieszka Klessa-Shin, znana jako Pyra w Korei prowadzi popularny kanał YT. Własne spostrzeżenia przeplata z garścią informacji oraz praktycznymi wskazówkami - w książce znajdziemy nawet słowniczek! Czy "Polka w Korei" pogłębiła moją wiedzę o tym państwie? W zasadzie nie, poza anegdotami związanymi z faktycznym życiem codziennym takim jak wynajem mieszkania, większość zawartych informacji była mi dobrze znana. Czy to źle? Absolutnie nie - całość czytałam z ogromną przyjemnością, a Autorka potwierdzała moje własne doświadczenia. To książka napisana z pasją, ale nie z różowymi okularami - ukazująca zarówno niezwykłość Korei Południowej, jak i pełno sprzeczności i absurdów, które czynią Koreę tak wyjątkową - i tak różną od Polski. To książka, którą z czystym sumieniem mogę polecić zarówno osobom, które zaczynają się interesować Półwyspem Koreańskim, będąc w fazie zachwytów na k-popem i k-dramami, jak i tym, którzy o Korei nie wiedzą nic, ale są otwarci na poznawanie nowych miejsc w formie bardzo przystępnej dla turystów. I jak się okazało w moim przypadku - nawet osoba, która napisała doktorat na temat Korei Południowej może czerpać z tej książki wielką przyjemność - bo taka perspektywa codziennego życia z perspektywy Polki jest równie fascynująca jak dogłębne analizy naukowe (choć podejrzewam, że poza kręgiem akademickim nikt takiej literatury fascynująca nie nazwie).

"Polka w Korei" składa się z 6 zwięzłych części (w moim odczuciu, choć książka liczy 400 stron), uzupełnionych o zdjęcia z prywatnego archiwum Autorki oraz "krótkie poradniki" przedstawiające chociażby podstawowe maniery przy stole czy możliwe formy noclegów. Część pierwsza stanowi wprowadzenie, przedstawiające różne ciekawostki "wprowadzające": od języka koreańskiego, poprzez walutę i takie zasady, jak unikanie mówienia do kogoś na "ty". W tej części znajdziemy także dość krótkie wzmianki dotyczące polityki - "klątwy prezydentów" czy podziału Półwyspu Koreańskiego - ale wszystko utrzymane w formie ciekawostki, a nie pełnego faktów opracowania. Od pierwszych stron dominuje perspektywa "co mnie w Korei zaskoczyło" i to właśnie z tej perspektywy pisane jest wprowadzenie. 

Kolejna cześć to "Korea na co dzień", w której możemy dowiedzieć się dlaczego na koreańskich drogach jest niebezpiecznie, czemu każdy się spieszy, a także jakich problemów nastręcza poszukiwanie mieszkania. Nie zabraknie także garści ciekawostek o psach, medycynie czy kulturze pracy. Część trzecia to "Korea niezwykła" czyli wybór ciekawostek, tradycyjnych przesądów i wierzeń, które mogą zaskoczyć osoby z innych kręgów kulturowych. Kolejne dwie części z kolei dotyczą tego, co zazwyczaj przyciąga nas do Korei w pierwszej kolejności - kuchni i kultury popularnej. Znów bez analiz fenomenu koreańskiej fali, a raczej obrazując codzienność - w której k-pop to zwykła muzyka lecąca w radio. Całość zamyka przewodnik opisujący ciekawe atrakcje w różnych rejonach kraju. Dodatek stanowią rozmówki polsko-koreańskie oraz słowniczek.

Książce można zarzucić, że skacze z tematu na temat mimo próby ułożenia tego we wspomniane części. I tak rozdział zaczynający się krajobrazu Korei Południowej i czterech pór roku kończy się rozważaniami dotyczącymi prezydentów, a większość zagadnień traktuje raczej pobieżnie. Ma to jednak swój urok opowieści, wszak książka w dużej mierze opiera się na anegdotach. "Polka w Korei" nie ma ambicji bycia analitycznym reportażem - to raczej literatura podróżnicza - i szczerze, chciałabym być zaopatrzona w taką książkę przed moją pierwszą wizytą w Seulu!

Ogromną wartością dodaną z mojej perspektywy jest całkiem sporo słownictwa - którego nie nauczymy się z podręczników. W dodatku zapisanego w nawiasie przy użyciu koreańskiego alfabetu. I choć o wielu zjawiskach wiedziałam, to nie znałam ich nazw - często potocznych, funkcjonujących właśnie w żywym języku.

"Polka w Korei" to książka, która spodoba się tym, którzy marzą o wyprawie do Korei Południowej. Będzie to dla nich ciekawy przewodnik turystyczno-kulturowy. Dla osób, które wiedzą już co nieco na temat Korei najciekawiej wypadną ciekawostki z życia codziennego. Niezwykle przystępna forma, a także ładne wydanie sprawia, że to również książka po prostu przyjemna - dobrze się ją czyta i przegląda. W zasadzie odradzam ją jedynie tym, którzy już o Korei Południowej wiedzą wiele - dla których takie hasła jak uczucie han, nunchi czy kultura ppalli ppalli nie stanowią zagadki i poszukują analitycznego tekstu o koreańskiej kulturze, społeczeństwie czy polityce - "Polka w Korei" taka książką nie jest. Jednak jak pokazuje mój przypadek - szeroka wiedza o Półwyspie Koreańskim wcale nie oznacza, żeby książkę skreślić - naprawdę przyjemnie się Autorce potakiwało i porównywało własne doświadczenia. I kto by pomyślał, że nie tylko mnie zaskoczyło to, że w Korei jest wszędzie pod górkę, a nad głową zwisają zwoje ciężkich kabli? :)

Agnieszka Klessa-Shin "Polka w Korei" (2023)
Wydawnictwo: Znak Literanova


"Astrologia dynamiczna łączy nauczanie duchowe i astrologiczne z badaniami na temat współczesnych ludzkich zachowań z perspektywy trenera rozwoju osobistego. Z takiego punktu widzenia twój horoskop urodzeniowy nie jest odgórnie narzuconym opisem tego, kim jesteś, ale zestawem zasad, do których masz się stosować. Astrologia staje się narzędziem służącym tworzeniu interpretacji, dzięki którym to ty podejmujesz decyzje. Wiedza o gwiazdach umożliwi ci harmonijne współdziałanie z ich energią."

"Znaki. Spójrz w gwiazdy, odkryj siebie" Carolyne Faulkner to przewodnik po astrologii dynamicznej. Autorka krok po kroku tłumaczy czym jest kosmogram, domy, planety, dzięki czemu można inaczej spojrzeć na horoskop i znaki zodiaku. Prawidłowe odczytanie naszego kosmogramu nie ma prowadzić do poznania przyszłości - ale spojrzenia w głąb siebie, odkrycia ukrytego potencjału. Warto zaznaczyć, że nie jest to książka kierowana do sceptyków, ale do laików - osób, które chciałyby zainteresować się tematem, ale nie wiedzą od czego zacząć. I właśnie dla takiego odbiorcy "Znaki" okażą się prawdziwą perełką!

Należy Autorce przyznać, że napisała świetny przewodnik dla osób, które niewiele wiedzą o kosmogramach i astrologii dynamicznej. Wszystkie pojęcia zostają wyjaśnione, a cały proces odczytywania kosmogramu, który pozornie wydaje się skomplikowany, rozbity jest na poszczególne elementy. Dodatkowo w książce zawarte jest miejsce na notatki - do czego zachęca Autorka. Dzięki temu całość przypomina nieco wykład, z którego rzeczywiście możemy się krok po kroku czegoś nauczyć. Choć sama wcześniej nie słyszałam o kosmogramie to wyjaśnienia i prosty język pozwalały na łatwe przyswojenie treści. Jest to z pewnością ogromny atut - nie każdy przewodnik jest tak przyjazny laikowi!

Same opisy znaków zodiaku również są interesujące - choć potrafią być kontrowersyjne. Każdy z nich ma swoje pozytywne i negatywne aspekty, a zdaniem Autorki, ich poznanie pozwoli nam na pracę ze sobą - wykorzystanie własnego potencjału w różnych sferach życia - za co odpowiadają domy i planety. Innymi słowy astrologia dynamiczna wskazuje, że na naszą osobowość wpływa masa czynników, a nie tylko potocznie przyjęty słoneczny znak zodiaku. I nawet jeśli nie do końca wierzymy, że układ planet w momencie naszych narodzin ma wpływ na naszą osobowość - to Autorce udało się jedno: przekonanie, że warto spojrzeć w głąb siebie, zastanowić się nad mocnymi i słabymi stronami. Ponadto Carolyne Faulkner nieustannie zachęca do poszukiwań, do eksplorowania nie tylko przedstawionych zagadnień, ale właśnie samego siebie czy bliskich - aby zrozumieć dlaczego mogą zachowywać się tak, a nie inaczej. I choć opisuje pewne typy - co wymaga uogólnień - to wbrew pozorom ukazuje jak bardzo jesteśmy różnorodni.

Tak jak zaznaczyłam na początku, "Znaki" skierowane są raczej do osób posiadających znikomą lub początkującą wiedzę na temat znaków zodiaków i astrologii niż do sceptyków. Tej grupy Faulkner nie przekona - bo i nie o to chodzi. Ja podeszłam do tematu neutralnie, z pewną dozą ciekawości. I o ile cała skala możliwości odczytania kosmogramu okazała się niezwykle interesująca, to niektóre argumenty Autorki wydały mi się zbyt naciągane. Wynika to pewnie z mojego doświadczenia z pracami naukowymi - ale można w niektórych miejscach zarzucić Autorce dobieranie odpowiednich przykładów, żeby pasowały do tezy. Przykładem jest odczytanie kosmogramu Salvadora Dalego - Autorka przytacza przykłady jego zachowania, które można wytłumaczyć ustawieniem planet i gwiazd w momencie jego narodzin - jednocześnie w tym samym akapicie wspominając o jego wychowaniu. Czy zatem jego podejście do seksualności wynikało z astrologii czy surowego wychowania przez ojca? Autorce można także zarzucić zbyt dużą "obecność" - powoływanie się na własne doświadczenia i jej klientów. 

"Znaki" to przede wszystkim doskonały przewodnik - treść podana jest w sposób łatwy i angażujący, nie skupia się na teorii, ale zachęca do pracy nad własnym kosmogramem już od samego początku. Dla osób, które intryguje ten temat, ale jeszcze nie są ekspertami - pozycja obowiązkowa! Jeśli wciągnie w temat - to zapewniam, że niejednokrotnie będzie się do tego praktycznego podręcznika wracać. Książka spodoba się także tym, którzy cenią samorozwój - i chcieliby poznać kolejne podejście do odblokowania własnego potencjału. "Znaki" to również niezła zabawa - właśnie przez prostotę podejścia - i świetnie sprawdzi się we wspólnym czytaniu ze znajomymi. I chociaż staram się nie oceniać książek po okładce - to trzeba przyznać, że to wydanie naprawdę zachwyca! 

Starsze posty Strona główna

ABOUT AUTHOR

안녕하세요! Z wykształcenia doktor nauk politycznych i magister filmoznawstwa, hobbistycznie zapalona czytelniczka! Zapraszam na bloga o książkach, filmach oraz Półwyspie Koreańskim - czyli moich największych pasjach!

Categories

  • abyssos 1
  • agora 2
  • akurat 2
  • albatros 4
  • artrage 2
  • azjatyckie 91
  • beYA 1
  • bliski wschód 1
  • Books4YA 4
  • chiny 11
  • ciekawostki 7
  • copernicuscenterpress 2
  • cyberpunk 1
  • czarna owca 1
  • czarne 3
  • czytelnik 1
  • dark academia 1
  • dark fantasy 7
  • dialog 8
  • dlaczemu 2
  • dolnośląskie 1
  • dystopia 4
  • esej 4
  • europa wschodnia 1
  • fabryka słów 115
  • fae 1
  • fantastycznyorient 18
  • fantastyka 188
  • filia 2
  • film 3
  • filtry 1
  • format 1
  • foxgames 1
  • galeriaksiążki 1
  • gra książkowa 1
  • gramatyka 3
  • groza 19
  • harde 1
  • healing novel 6
  • hi:story 1
  • horror 19
  • idiom 3
  • indie 5
  • indonezja 1
  • instagram 5
  • iyashikei 2
  • jaguar 2
  • japonia 36
  • kdrama 1
  • kirin 7
  • klasyka 1
  • komedia kryminalna 5
  • komiks 3
  • korea 45
  • koreański 9
  • kryminał 24
  • krytyka polityczna 1
  • książki 188
  • kwiaty orientu 2
  • literatura dziecięca 5
  • literatura młodzieżowa 30
  • literatura piękna 21
  • literatura podróżnicza 2
  • luna 1
  • marginesy 2
  • matronat 1
  • mitologia 2
  • mova 3
  • mustread 2
  • muza 5
  • naukowe 8
  • new adult 3
  • nonfiction 8
  • nowa baśń 14
  • nyks 1
  • obyczajowa 1
  • papierowyksiężyc 2
  • patronat 4
  • planetaczytelnika 1
  • podróżnicza 1
  • powieść gotycka 2
  • powieść historyczna 12
  • prószyński 5
  • przygodowa 1
  • recenzja 175
  • relacja 7
  • replika 4
  • reportaż 14
  • retelling 1
  • retrobuki 18
  • romans 7
  • romantasy 1
  • sensacja 2
  • sf 20
  • słownictwo 8
  • space opera 1
  • sqn 6
  • szczeliny 2
  • świat książki 1
  • tajfuny 1
  • tajwan 2
  • thriller 7
  • urban fantasy 15
  • uroboros 13
  • vesper 3
  • w.a.b. 5
  • warbook 9
  • weird fiction 1
  • weneedya 2
  • western 1
  • wielka litera 1
  • wietnam 1
  • wydawnictwo ix 1
  • wydawnictwo kobiece 1
  • wydawnictwo literackie 2
  • wydawnictwo mięta 7
  • Wydawnictwo Noir sur Blanc 1
  • wydawnictwo poznańskie 2
  • wydawnictwo spisek pisarzy 1
  • wydawnictwo wab 2
  • wydawnictwo wilga 1
  • wydawnictwonoca 1
  • wyszukane 1
  • yaponia 3
  • you&ya 15
  • youngadult 26
  • yumeka 6
  • zielona sowa 2
  • znak 13
  • zygzaki 1

Matronat

Matronat
Trylogia Hierarchia magii

Matronat

Matronat
Trylogia Magów szkła

POPULAR POSTS

  • Smocza perła - recenzja
  • Pięć małych świnek (recenzja)
  • Naturalista (recenzja)
  • Gwiazdy w łańcuchach
  • #retrobuki 2000-2009
  • Muzyka otchłani
  • Polka w Korei (recenzja)
  • Space Sweepers (승리호)
  • Bogowie otchłani
  • Koreańskie społeczeństwo - przewodnik po książkach
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Szukaj na tym blogu

Blog Archive

Ważne

Wszystkie zamieszczone tutaj teksty oraz grafiki są moją własnością i nie wyrażam zgody na ich kopiowanie bez mojej zgody.

FOLLOW ME @ INSTAGRAM

Gdzie mnie znaleźć

  • Instagram
  • Lubimy czytać
  • Goodreads

Featured Post

#retrobuki

Copyright © 2016 Pani Papierek. Created by OddThemes