Pani Papierek

  • Home
  • Książkach
    • Azjatyckie
    • Naukowe
    • Gatunkowe
      • Fantastyka
      • Kryminał
  • Filmach
  • Korei
    • 한국어
    • Ciekawostki
  • Instagram
  • Współpraca

 


Są takie powieści, które od pierwszych stron wciągają nie tylko fabułą, ale także klimatem — tym gęstym, dusznym napięciem, które podpowiada, że w murach elitarnej szkoły dzieje się coś dużo mroczniejszego, niż chcieliby przyznać jej uśmiechnięci uczniowie i eleganccy nauczyciele. Ptaki w klatce właśnie takie są. Od początku czuć, że to historia o czymś więcej niż jednym konkretnym przypadku zaginięcia — zastanawiamy się czemu nauczyciele bagatelizują sprawę, czemu koledzy kłamią na temat znajomości z dziewczyną, a i nasza główna bohaterka, nowa uczennica, skrywa tajemnice. Jednak na rozwiązanie przyjdzie poczekać — Ptaki w klatce to powieść rozwijająca się powoli, wymagająca cierpliwości, by dojsc do jej sedna — choć znając brutalną rzeczywistość, można się domyślić w jakim kierunku to pójdzie. 

To powieść, która wpisuje się w klasyczną „dark academia” z nową dziewczyną w elitarnej szkole, jednak zamiast młodzieżowych tematów związanych z pierwszą miłością i szkolnymi przyjęciami (tak typowymi dla YA)  z każdą kolejną stroną odkrywa, że chodzi o coś znacznie poważniejszego — o przemoc strukturalną, o głęboko zakorzeniony rasizm i mizoginię, o kulturę gwałtu i o milczenie, które niszczy życie kolejnych pokoleń dziewcząt. Czy tytułowym Ptakom w klatce uda się uwolnić i wywalczyć prawdę?

Mrok w szkolnych murach

Uwielbiam motyw „new girl in a private school” i tutaj autorce udało się wyciągnąć z niego absolutnie wszystko, co najlepsze. Razem z główną bohaterką zagłębiamy się w szkolne życie, panujące tam struktury oraz tajemnice. Sade Hussein — czarna, muzułmańska dziewczyna, która doświadczyła więcej tragedii niż niejeden dorosły — trafia do Alfred Nobel Academy, miejsca luksusowego, prestiżowego… ale także gnijącego od środka. Sama również skrywa mroczną przeszłość — przerzucając kolejne strony chcemy zatem zarówno poznać Sade, jak i rozwiązać napotykane przez nią zagadki. Autorka podkręca jeszcze na początku atmosferę, sugerując, że Sade jest przeklęta, a ludzie naokoło niej giną. 

Przemówiło do mnie, że Faridah Àbíké-Íyímídé daje nam czas, żeby poczuć atmosferę tej szkoły: lekcje, dormitoria, kliki popularnych uczennic, rządzący wszystkim chłopcy z sekcji pływackiej, nauczyciele z autorytetem aż nazbyt podejrzanym. To dark academia w najlepszym wydaniu: skrywająca nie tylko kryminalną zagadkę, ale także skupiająca się na środowisku szkolnym i  naukowych dyskusjach, toczonych w feministycznym ujęciu (np: interpretacje Makbeta) — dzięki czemu szkoła nie jest wyłącznie pretekstowym miejscem akcji. Bardzo to lubię, bo dark academia daje możliwość nie tylko prowadzenia kryminalnej zagadki pełnej suspensu, ale także szerszych rozważań filozoficzny, moralnych wokół tematów związanych z lekcjami bohaterów  — nawet za cenę tempa akcji.

A kiedy znika współlokatorka Sade, Elizabeth, robi się naprawdę niebezpiecznie i książka, warstwa po warstwie, niespiesznie, odkrywa kolejne jakże przerażające przez swoją realność tajemnice. Czy przywileje pozwalają zamieść każdą zbrodnię pod dywan? Czy pod warstwą elitarności skrywa się przemoc? Czy system potrafi zadbać ofiary, a może liczy się sama reputacja?

Siła relacji

Ptaki w klatce to nie tylko powieść o opresyjnym systemie, w którym tak naprawdę trzeba walczyć o przetrwanie należąc do mniejszości. Autorka przeciwstawia temu siłę płynącą ze wspólnoty. Samotnie człowiek często skazany jest na porażkę, zaś przyjaźń, wsparcie drugiej osoby może budować. Od początku autorka poświęca wiele miejsca na budowanie relacji. Sade, sierota, ucząca się w domu postrzega udanie się do prestiżowej szkoły z internatem jako szansę na wyrwanie się z klatki samotności. Napotyka tam oczywiście inne, bardzo poważne problemy — ale nie musi być w tym sama. 

Poświęcenie czasu na budowanie relacji — od tych platonicznych do bardziej romantycznych — znów spowalnia akcję. Jednak dla mnie stanowi niezwykle ważny fundament tej powieści. To właśnie relacje — przyjaźnie, zaufanie, powolne budowanie więzi — niosą tę historię, będąc jej sercem.

Słowem podsumowania

Ptaki w klatce to powieść, która długo dojrzewa — niespieszna, gęsta, stopniowo zaciskająca pętlę wokół bohaterów i czytelnika. Im głębiej w nią brniemy, tym wyraźniej widzimy, że nie jest to tylko historia o zniknięciu uczennicy ani kolejna szkolna zagadka do rozwiązania. To literackie rozprawienie się z systemem, który uczy dziewczęta milczenia, wstydu i strachu, a jednocześnie opowieść o sile więzi, które mogą ocalić, nawet jeśli świat wokół pęka w szwach.

Faridah Àbíké-Íyímídé stworzyła mroczną, poruszającą i boleśnie aktualną powieść, która pokazuje, że dark academia może być czymś więcej niż klimatem — może być narzędziem do mówienia o przemocy i mizoginii i o tym, jak bardzo potrzebujemy siebie nawzajem, by przetrwać. Jeśli szukacie historii powolnej, budowanej na emocjach i relacjach, historii, która dusi atmosferą, ale jednocześnie niesie w sobie promień solidarności — Ptaki w klatce będą lekturą dla Was. Polecam zwłaszcza tym, którzy kochają dark academia z feministycznym pazurem, którym nie przeszkadza powolne tempo, wynagradzane złożonością bohaterów — oraz wszystkim, którzy chcą przeczytać opowieść ważną, stanowiącą głos pokolenia "ptaków", które chcą się wyrwać z klatki milczenia. 



 


Holly Jackson odniosła sukces z "Przewodnikiem po zbrodni według grzecznej dziewczynki po zbrodni", jednak przy "Ocalało pięciu" pokazała, że potrafi od tego sukcesu się odciąć i napisać młodzieżowy thriller w zupełnie innym stylu. Tym razem zamiast bystrej nastolatki z nosem do rozwiązywania małomiasteczkowych zbrodni, Holly Jackson zabiera nas w przerażającą podróż kamperem, gdzie ekstremalna sytuacja - znalezienie się w pułapce - wystawi nastolatków na próbę człowieczeństwa. Cała powieść rozgrywa się w ciągu ośmiu godzin, wewnątrz zepsutego kampera, w którym sześcioro przyjaciół utknęło w szczerym polu — pod czujnym okiem snajpera.

Holly Jackson w pełni wykorzystuje ograniczenia tego pomysłu, zamieniając fizyczny brak ruchu w motor narracji. Książka czerpie energię z formuły uwięzienia w czterech ścianach (tutaj na przestrzeni dziewięciu i pół metra kampera): brak ucieczki, brak przeskoków w czasie, brak wytchnienia. Każdy trzask wewnątrz pojazdu i każdy cień poza zasięgiem reflektorów może oznaczać niebezpieczeństwo. Napięcie nie słabnie ani na moment, a bohaterowie — i czytelnik — trafiają do psychologicznego tygla. Dużo tutaj dialogów i wewnętrznych monologów głównej bohaterki, Red - które co prawda mogą nieco nużyć w środkowej części, jednak moim zdaniem dobrze oddały duszną atmosferę znajdowania się w ekstremalnej sytuacji, która z jednego zrobi potwora, a innego skłoni do wycofania się i skupienia na wzorze zasłonek. Choć początek potrzebuje trochę rozpędu to od momentu utknięcia w zamknięciu nie mogłam oderwać się od książki, a sam finał okazał się bardzo nieprzewidywalny!

Strach w zamknięciu

Umieszczenie całej akcji w kamperze w ciągu jednej nocy to odważny wybór, ale Jackson wykorzystuje klaustrofobiczne otoczenie na swoją korzyść. Kamper to nie tylko tło – to tykająca bomba, która wymusza konfrontacje i wyznania, które w innych okolicznościach nigdy by nie wypłynęły. Ograniczona przestrzeń i upływający czas wzmacniają każde słowo, każde kłamstwo, każdy moment paniki. Wiemy, że ktoś skrywa tajemnicę - a jednocześnie bohaterowie w desperacji szukają możliwości ucieczki. Czy nastąpi moment, w którym ktoś się złamie i wyjawi sekret, by ocalić życie przyjaciół? I czy na końcu pozostaną przyjaciółmi - gdy ekstremalna sytuacja ukaże ich prawdziwe oblicza?

Jak w poprzednich powieściach Jackson, intryga jest precyzyjnie skonstruowana. Wskazówki pojawiają się w odpowiednich momentach, fałszywe tropy podrzucane są w idealnym rytmie. Zagrożenie zewnętrzne to tylko połowa napięcia — druga połowa rodzi się z powolnego, nieuchronnego rozpadu zaufania między przyjaciółmi. Ograniczona przestrzeń potęguje wagę każdego kłamstwa i zdrady.

Mocne strony powieści bywają też jej słabością. Prowadzenie akcji w czasie rzeczywistym, choć wciągające, czasem odbiera miejsce na pogłębienie emocji — pewne wątki emocjonalne pozostają powierzchowne, a niektóre odkrycia fabularne pojawiają się wręcz mechanicznie. Kilka postaci zaczyna jako dobrze znane archetypy (porywczy, mózg grupy, mediator), choć Holly Jackson stara się je stopniowo komplikować. Finałowy zwrot akcji może czytelników podzielić - jedni uznają go za pomysłowy, inni za zbyt wydumany. 

Zło wewnątrz grupy

To, co podobało mi się najbardziej w tej powieści to narastający konflikt w grupie. Czający się na zewnątrz snajper schodzi na dalszy plan wobec tego, co dzieje się we wnętrzu kampera. Holly Jackson ma talent do pisania nastolatków, którzy brzmią autentycznie, a nie jak dorośli wcielający się w młodzież. Red i Oliver wyróżniają się jako postaci szczególnie fascynujące, zwłaszcza Oliver, którego rosnące złowrogie zachowanie stanowi mroczne odbicie zewnętrznego zagrożenia w postaci snajpera - ostatecznie największym zagrożeniem jest znalezienie się poza kamperem, a taką decyzję mogą podjąć jedynie osoby wewnątrz. Czy zdecydują się na wyrzucenie jednego z przyjaciół "na pewną śmierć?". To, jak Jackson bada traumę, poczucie winy i instynkt przetrwania poprzez tych bohaterów, jest po prostu genialne. 

Dynamika grupy to kolejny mocny punkt – wrzuceni w niewyobrażalną sytuację bohaterowie zmieniają sojusze, sekrety wychodzą na jaw, a zaufanie rozpada się w czasie rzeczywistym. Obserwowanie, jak ci ludzie zmieniają się pod presją, jest bardziej fascynujące niż sama zagadka.

Słowem podsumowania...

Największą siłą "Ocalało pięciu" jest atmosfera. Jackson znakomicie oddaje pierwotny strach przed byciem ściganym i klaustrofobię uwięzienia, wzmacniając to paranoją związaną z brakiem zaufania do bliskich. To książka, którą można pochłonąć w jeden wieczór — nie dlatego, że jest lekka, ale dlatego, że została skonstruowana tak, że przerwanie lektury grozi utratą budowanego napięcia. Może nie ma  śledczej złożoności "Przewodnika po zbrodni...", ale zagadka nie stanowi tutaj motora napędowego narracji. Choć początek może wydawać się nieco powolny, gdy bohaterowie zostają zamknięci, zostajemy wynagrodzeni. Holly Jackson umacnia swoją pozycję jako autorka thrillerów YA, po którą trzeba sięgać, oferując historię, która jest zarówno opowieścią o przetrwaniu, jak i o sekretach, które ludzie skrywają – oraz o tym, jak daleko są w stanie się posunąć, by je chronić.

 


"Dziwne obrazki" autorstwa Uketsu to śmiałe i nowatorskie dzieło w gatunku kryminału, które kwestionuje tradycyjne konwencje narracji, stawiając wizualne wskazówki w centrum zagadki - a nie postać detektywa. Na pierwszy rzut oka pomysł wydaje się prosty: seria tajemniczych rysunków kryje klucz do rozwikłania wielowątkowej zagadki. Okazuje się jednak, że to misternie skonstruowane, intelektualnie stymulujące doświadczenie, które zaciera granicę między fikcją a śledztwem - jako czytelnicy dostajemy wszystkie wskazówki na obrazkach i  możemy się immersyjnie zaangażować w rozwiązanie sprawy.

Uketsu czerpie z mistrzów japońskiego kryminału, którzy nie bali się wychodzić poza gatunkowe ramy jak Ranpo Edogawa, i stawia sobie za cel dotarcie do czytelników mniej przyzwyczajonych do tradycyjnych książek — łączy prostotę z głębią, podważa pewne oczekiwania i stawia na interakcję - tak ważny element kultury nowych mediów.

I ty możesz być detektywem

Wyjątkowość "Dziwnych obrazków" tkwi w interaktywności powieści. W przeciwieństwie do tradycyjnych kryminałów, gdzie poszlaki ukryte są w dialogach lub narracji, Uketsu umieszcza wszystko, czego potrzebuje czytelnik, bezpośrednio w ilustracjach. To sprawia, że lektura zamienia się w aktywne śledztwo – książka zaprasza od pierwszych stron czytelnika do wytężenia wzroku, by dostrzec każdą kreskę, cień i pozornie nieistotny detal. Efekt? Niepowtarzalne wrażenie, jakbyśmy nie tyle czytali powieść, co rozwiązywali skomplikowaną łamigłówkę logiczną i sami łączyli poszczególne wątki - co daje ogromną satysfakcję, nawet jeśli odkryjemy rozwiązanie przed końcem książki.

Minimalistyczna proza stanowi dyskretne tło dla wizualnych wskazówek, potęgując uczucie niepokoju. Styl Uketsu jest powściągliwy, momentami wręcz chłodny, co paradoksalnie wzmacnia psychologiczne napięcie kryjące się pod powierzchnią. Przedstawione zbrodnie to nie tylko intelektualne zagadki – niosą ze sobą emocjonalny ciężar, a subtelność, z jaką autor odsłania motywacje i konsekwencje, zasługuje na uznanie. Jest coś bardzo japońskiego w tej pozornej emocjonalnej powściągliwości, która kumuluje się do momentu "cichego" wybuchu w postaci makabrycznych zbrodni. Choć pozbawiona sentymentalizmu, książka uchwyca samotność, poczucie winy i desperację, które często poprzedzają przemoc. Ten psychologiczny realizm nadaje łamigłówkom głębi — nie są one tylko intelektualnym wyzwaniem, ale też ludzką tragedią.

Triumf struktury, choć nie bez powtórzeń
"Dziwne obrazki" wciągają także strukturą. Punkt wyjścia jest zwodniczo prosty: zbiór pozornie niepowiązanych ilustracji, z których każda wiąże się z własną małą tajemnicą. Ale z czasem zaczyna wyłaniać się szersza narracja — sieć powiązanych ze sobą zbrodni, motywów i oszustw, ukrytych na widoku. Każdy rozdział poświęcony jest innemu obrazkowi, innej tajemnicy - ale jako czytelnicy domyślamy się, że w jakis sposób się łączą, co znów zachęca do wysilenia szarych komórek i snucia teorii.
Niestety pełna satysfakcja płynąca z interaktywności i immersyjności jest nieco zaburzona przez powtarzalność niektórych informacji oraz nadmierne wyjaśnianie. Uketsu jakby nie do końca ufa inteligencji czytelnika. Tutaj muszę przyznać, że Ranpo Edogawa znacznie lepiej radził sobie z wplataniem wyjaśnień w fabułę tak, żeby czytelnik zrozumiał, a jednocześnie nie czuł się jak dziecko, któremu trzeba wszystko wyjaśnić i powtórzyć. Te nadmiernie szczegółowe podsumowania w "Dziwnych obrazkach", choć mogą być pomocne dla osób czytających w biegu, nieco osłabiają satysfakcję płynącą z samodzielnego dochodzenia do rozwiązania. Elegancja minimalizmu zostaje tu nieco zachwiana, gdy każda nitka fabularna zostaje zawiązana po dwa razy, a powieść niepotrzebnie wydłużona.

Mimo to finał jest niezwykle satysfakcjonujący. To, jak wszystkie wątki splatają się w końcowych partiach, świadczy o pieczołowitości Uketsu. Odsłonięcie tajemnicy nie tylko wydaje się zasłużone – wręcz nieuniknione, jakby rozwiązanie od początku czekało na odkrycie. Dzięki temu ten niesmak związany z powtórzeniami i nadmiernym wyjaśnianiem odchodzi w zapomnienie. 

Słowem podsumowania...

"Dziwne obrazki" to nie tylko kryminał – to eksperyment literacki, który pyta: ile poszlak może kryć się na prostym obrazku? Okazuje się, że zaskakująco dużo. Choć momentami zbyt przewidywalny w wyjaśnieniach, całość jest tak świeża i wciągająca, że drobne niedociągnięcia łatwo wybaczyć. Powieść ma w sobie coś z "Domu z liści" (choć na dużo mniejszą skalę eksperymentu) - obie książki zapraszają czytelnika do aktywnego udziału. Czytanie "Dziwnych obrazków" sprawiło mi ogromną frajdę - szczególnie w tych fragmentach, w których przedstawiane są wskazówki. Ile to czasu człowiek spędził wpatrując się w obrazki i szukając rozwiązań nim przeszedł do przeczytania wyjaśnień! "Dziwne obrazki" to lektura obowiązkowa dla wszystkich miłośników łamigłówek - którzy chcą się sprawdzić w roli detektywa-amatora. Uketsu daje nam wszystkie poszlaki na tacy, a i tak finałowe rozwiązanie potrafi zaskoczyć!

 


Już dawno nie wciągnęłam się w żadną książkę tak, jak w "Czarcie ziele", co przypomniało mi co wyróżnia dobry kryminał: powinien być nieodkładalny. Powieść Jill Johnson to mistrzowsko skonstruowany thriller, który splata botaniczną fascynację z dreszczowcem pełnym ostrych zwrotów akcji. Ta historia jest równie odurzająca, jak śmiertelne rośliny, które tak plastycznie opisuje – od ekscentrycznej bohaterki po intrygę, ta powieść wyróżnia się w gatunku: jest piekielnie inteligentna, zaskakująco edukacyjna i niemożliwa do odłożenia. Na uznanie zasługuje także to, że autorka pozostawiła nam odpowiednią ilość tropów, by samemu rozwiązać zagadkę - i to nawet krok przed bohaterką - co wcale nie odebrało przyjemności z czytania. Osobiście nie lubię kryminałów, które nam czytelnikom nie dają żadnych szans, nie zostawiają nam nawet minimalnych poszlak. Nie tylko śledztwo, ale przede wszystkim postać samotnej botaniczki, której dobre imię został zszargane napędza powieść - od pierwszych stron jesteśmy ciekawi przeszłości profesor Rose, chcemy poznać jej namiętności i pasję, by w końcu wraz z nią rozwiązać sprawę.

Fabuła, która elektryzuje

Punkt wyjścia fabuły przypomina klasyk kina suspensu, czyli "Okno na podwórze" (1954) Alfreda Hitchcocka. W filmie uziemiony na wózku bohater z nudów podgląda sąsiadów, by ujrzeć sceny, które mogą sugerować zbrodnie. Do końca jednak nie wie, czy mu się tylko nie wydawało. W powieści "Czarcie ziele" jest jednak dużo ciekawiej - nie ujmując nic mistrzowi suspensu. Bohaterka podgląda innych z poczucia samotności i wyobcowania, aż trafia na niezwykle piękną sąsiadkę, która zaczyna ją fascynować. Obserwując fragmenty jej życia profesor Rose zauważa wielu niebezpiecznych mężczyzn (a może tak tylko ich ocenia, sama będąc nią zainteresowana?), kręcących się wokół sąsiadki - do dnia kiedy dziewczyna znika.  Od tego momentu akcja nabiera zawrotnego tempa. Rozpoczyna się misterny taniec: fałszywe tropy, kradzieże rzadkich, trujących roślin z ogrodu botaniczki, zwłoki uśmiercone znajomą toksyną. W miarę jak ktoś niszczy jej cenny ogród, a przeszłość wychodzi na jaw, profesor Rose wpada w sidła policyjnego śledztwa. Czy jest narratorem niewiarygodnym, nieświadomym pionkiem w grze, czy niewinną ofiarą manipulacji? Johnson trzyma w napięciu aż do ostatniej, wybuchowej sceny - a my jako czytelnicy doskonale się bawimy. 

Niepokorna, niezapomniana protagonista

Główna bohaterka - profesor Eustacia Rose to fenomenalna postać. Ma w sobie coś z Sherlocka Holmesa, choć we współczesnym wydaniu: jej geniusz dorównuje jej społecznej niezręczności. Gdy ją poznajemy wiemy, że z jakiegoś powodu utraciła swą reputację i straciła pracę na uniwersytecie - mimo ogromnej wiedzy na temat toksycznych roślin. Ponadto żyje w izolacji i żałobie po zmarłym ojcu, pocieszenie odnajdując jedynie w rutynie zajmowania się swym niebezpiecznym ogrodem. 

 Eustacia to oryginalna, niesztampowa bohaterka –  neuroatypowa, jawnie obsesyjna i w tym wszystkim absolutnie urzekająca. Jej fascynacja truciznami nie jest czysto akademicka; sięga głębiej, w rejony żałoby, zemsty i rodzinnych tajemnic. Ocenia ludzi porównując ich do roślin - oczywiście tych niebezpiecznych. Chociaż może być niewiarygodną narratorką, może być podejrzaną - to od samego początku czytelnik kibicuje tej "dziwnej" kobiecie w męskim garniturze jej ojca. Choć w dużej części społeczeństwa wzbudza ona politowanie - w czytelniku wzbudza sympatię.

Botanika jako bohater


Obok fascynującej Eustacii Rose, botanika stanowi jeden z największych atutów powieści. Nie stanowi ona jedynie tła, ale istotny element historii - a także tożsamości naszej bohaterki. Z ksiązki dowiadujemy się wiele o toksycznych roślinach - ale nie w formie nudnego wykładu. Wiedza ta została przefiltrowana przez fascynację naszej botaniczki - i jestem pewna, że po lekturze wiele osób spojrzy na otaczające nas rośliny inaczej.

Reprezentacja 


Na uwagę zasługuje także naturalne i niewymuszone wplecenie w fabułę reprezentacji osób LGBTQ+ oraz neuroatypowych. Jest tu sporo autentyzmu w portretowaniu Eustacii, bez queerbaitingu. 

Słowem podsumowania...

„Czarcie ziele” to thriller z najwyższej półki – inteligentny, świeży i zaskakująco wielowarstwowy. Jill Johnson udowadnia, że można połączyć literacką jakość z gatunkową przyjemnością, oferując czytelnikom nie tylko wciągającą intrygę, ale też nieoczywistą bohaterkę i pasjonującą lekcję botaniki. To opowieść o obsesji, wyobcowaniu i sile wiedzy, która – podobnie jak trucizna – może leczyć lub zabijać. Dla miłośników kryminałów, w których równie ważna co zagadka jest psychologia i styl, to pozycja obowiązkowa. A Eustacia Rose? Taka bohaterka zostaje w pamięci na długo po zamknięciu książki, zapadając w pamięć niczym Sherlock Holmes, panna Marple czy Hercules Poirot. 

 


"Toast dla odważnych" to debiutancka powieść, która w założeniu miała łączyć popularne motywy: elitarną szkołę, rozwiązywanie zagadek i grupę przyjaciół związanych "na śmierć i życie". W efekcie otrzymaliśmy coś na kształt "dark academia spotyka Scooby-Doo", z naciskiem na amatorskich detektywów, a nie na klimat grozy. Książka okazała się dla mnie zbyt młodzieżowa – brakowało suspensu, głębszej charakterystyki bohaterów i prawdziwego napięcia wokół zbrodni. Myślę jednak, że czytelnicy w sugerowanym przedziale wiekowym (15+) mogą być bardziej wyrozumiali.


Powieść ma niewątpliwą lekkość (paradoksalnie, jak na temat seryjnego mordercy) i ciekawy pomysł, ale wykonanie pozostaje powierzchowne. Autorka wykazuje potencjał, jednak jako dorosła czytelniczka czułam niedosyt.

Pretekstowa elitarna akademia

Muszę przyznać, że początek powieści jest naprawdę dobry. Towarzyszymy Valentinie, która została wybrana jako uczennica prestiżowej i tajemniczej szkoły. Autorka nie wyjaśnia jednak czemu Valentina i  inne postacie trafiły do szkoły - i co w zasadzie ta placówka oferuje.

Akademia jest tutaj pretekstem, aby zamknąć bohaterów i odciąć ich od świata: według zasad uczniowie zostają pozbawieni dostępu do telefonów czy komputerów, nie mogą także opuszczać murów placówki. W ten sposób o dziejących się w mieście zbrodniach dowiadują się z przemyconych gazet - a swoich spostrzeżeń nie mogą na bieżąco konfrontować z dochodzeniem policji. W zamyśle jest to świetny pomysł, ale trzeba go dobrze umotywować. Zabrakło mi nakreślenia pewnej tożsamości, specyfiki szkoły, która sprawiałaby, że uczniowie zgadzają się na odcięcie od świata. Na plus warto odnotować, że Autorka nie zapomina o tym, że jej bohaterowie to uczniowie - a na drodze ich śledztwa czasami stają lekcje.

Detektywi-amatorzy

Fabuła powieści kręci się wokół motywu, który osobiście uwielbiam: rozwiązywania zagadek przez grupę przyjaciół. Tak jak w wielu przygodowych opowieściach tego typu dorośli zawodzą i to dzieciaki muszą wykrzesać z siebie odwagę, by stawić czoła złu.

Kluczowe w takich opowieściach jest stworzenie pewnej atmosfery zagrożenia. Nie oznacza to wcale dodawania brutalnych, opisowych scen - musimy jednak czuć, że badając sprawę nasze postacie pchają się tam, gdzie nie powinny być i może za to spotkać ich kara znacznie gorsza niż szlaban. To udało się w tej powieści jedynie połowicznie. Niby mamy takie sceny, w których młodzi uczniowie stają twarzą w twarz z zagrożeniem, ale konsekwencje wydają się zbyt błahe, by naprawdę obawiać się o ich życie. W konsekwencji zagrożenie jest jedynie iluzoryczne i przez to nie buduje napięcia.  

Wiąże się to z największym problemem tej powieści - zagadkowymi zbrodniami. Niewiele o nich wiemy, poza tym, że odbywają się według pewnego schematu, który prowadzi do szkoły. Teoretycznie wisi nad uczniami widmo, że któryś z nich będzie następny na liście  - i w tym momencie Autorka wyprowadza akcję poza szkołę. To ogromnie zmarnowany potencjał budowania napięcia opartego nad odcięciu, zamknięciu. 

W samej zagadce za mało jest poszlak, jest za mało intrygująca, by naprawdę napędzać akcję. Na minus działa tutaj także nieco zbyt szybkie tempo - książka jest zwyczajnie za krótka, by wejść głębiej w motywacje, relacje i wątki. Cierpi na tym także kreacja bohaterów - wszystkie te elementy wydają się zbyt pobieżne, nie mają czasu, by się odpowiednio rozwinąć. 

Całość wynagradza zakończenie, które jest niezłe - chociaż zabrakło mi większego mylenia tropów po drodze, by rozstrzygnięcie naprawdę zaskakiwało.

Słowem podsumowania...

"Toast dla odważnych" to powieść z potencjałem, który nie zostaje jednak w pełni rozwinięty. Kryminał z wątkami dark academia wymaga dreszczyku napięcia, a sama szkoła nie może pełnić jedynie funkcji tła. Książkę czyta się dobrze, bo jest napisana w lekki i przyjemny sposób, ale nie wywołuje większych emocji. Dla porównania czytając "Czarny staw" Roberta Ziębińskiego o grupce dzieciaków rozwiązujących zagadkę nawiedzonego stawu, miałam ochotę wznieść toast za odwagę, a przede wszystkim spryt bohaterów; tutaj tak nie miałam. Zabrakło mi głębi - w kreacji bohaterów czy motywacji zbrodniarza, a także w tworzeniu samej atmosfery. W ostatecznym rozrachunku "Toast dla odważnych" okazał się dla mnie powieścią zbyt infantylną, w której wątek kryminalny został słabo poprowadzony. Oczekiwałam po tej powieści więcej przygody, więcej zabawy i wodzenia mnie za nos.


  



"Cicho, we śnie" to jeden z kryminałów o weneckim komisarzu Guido Brunettim. Książki te można czytać niezależnie i w dowolnej kolejności - dla mnie "Cicho, we śnie" było pierwszą, ale z pewnością nie ostatnią książką Donny Leon! "Cicho, we śnie" należy do kategorii spokojnych kryminałów, pozbawionych epatowania przemocą. Zamiast tego dostajemy wnikliwego komisarza oraz Wenecję, miasto-bohatera powieści. Powieść łączy wnikliwą krytykę społeczną - w tym przypadku dotyczącą instytucji Kościoła - z bogatą, nastrojową atmosferą; przy czym krytyka ta jest naprawdę sprawnie wpleciona w fabułę i charakterystykę postaci. Co ciekawe, w tej powieści całkowicie pochłonęła mnie nie tyle sama zagadka, co Wenecja. Donna Leon z miejsca akcji uczyniła żywego, oddychającego bohatera – równie tajemniczego i złożonego jak sprawa, którą Brunetti musi rozwiązać. Przechadzanie się uliczkami, pływanie kanałami, opisy budynków - tworzą niezwykła atmosferę. 

Akcja powieści skupia się na dochodzeniu Brunettiego w sprawie podejrzanych zgonów starszych pacjentów w katolickim domu opieki, co od razu nasuwa pytania o moralność, władzę i instytucjonalną korupcję. To, co zaczyna się jako cicha sprawa, szybko zamienia się w labirynt sekretów, zmuszając Brunettiego do konfrontacji z niepokojącym splotem wiary i chciwości oraz widmem tajemniczej i bardzo potężnej kościelnej organizacji.

"Popatrzył na nią przekonany, że jednak stroi żarty, ale wyraz twarzy miała surowy, a nawet posępny.
- Wierzy pani, signorina, że coś może jej zagrażać?
- Nie jest to organizacja znana z miłosierdzia wobec wrogów.
- A uważa się pani za jej wroga?
- Zdecydowanie tak."

Proza Leon jest elegancka, ale bezkompromisowa – obnaża słabości zarówno jednostek, jak i systemów, unikając przy tym moralizatorstwa. Leon pisze o kontrowersyjnych tematach, takich jak korupcja we Włoszech czy w Kościele, ale nie w prowokacyjnym tonie; raczej uwydatnia pewne mechanizmy wpisując je nie tylko w śledztwo, ale także osobiste doświadczenie komisarza i jego rodziny. W ten sposób otrzymujemy ciekawe połączenie kryminału z krytyką społeczną – jednak bez nachalnego dydaktyzmu, za to z głębokim humanizmem.

Miasto jako bohater

Prawdziwą gwiazdą tej książki  jest Wenecja. Miasto zostało oddane z tak żywymi, namacalnymi szczegółami, że niemal czuje się wilgoć kamiennych alejek calli, słyszy plusk wody w kanałach i wyczuwa ciężar wieków obecny w każdej scenie. Wenecja Leon to nie pocztówkowe miasto dla turystów, ale miejsce pełne sprzeczności: piękne, lecz niszczejące, intymne, a jednak pełne tajemnic. Atmosfera jest tak sugestywna, że staje się odbiciem tematów powieści – to, co ukryte pod powierzchnią, często okazuje się mroczniejsze i bardziej złożone, niż się wydaje. W to wszystko zostaje wpleciona rodzina komisarza, z ich zwyczajami - ale także uprzedzeniami. 

Uczynienie z Wenecji jednego z bohaterów stanowi wyróżnik, dzięki któremu powieść zapada w pamięć. Zachwyca sposób, w jaki Leon wplata powolny, pełen tajemnic rytm miasta w samą tkankę opowieści. W powieści tajemnica rozwija się powoli i świadomie, zapraszając czytelnika do delektowania się podróżą, a nie do pogoni za rozwiązaniem. Dzięki temu wraz z komisarzem błądzimy uliczkami i zaglądamy do domów, szukając tajemnic ukrytych pod fasadą. Napięcie ma charakter psychologiczny, a nie sensacyjny, a cała powieść jest bardzo spokojna. Donna Leon przypomina nam, że największe dreszcze nie zawsze wywołują wybuchy przemocy, lecz raczej powolne, przerażające uświadomienie sobie, że zło może kwitnąć tam, gdzie najbardziej się go nie spodziewamy. Takim miejscem może być nawet katolicki dom opieki nad osobami starszymi, których tytułowe odejście "cicho, we śnie" może wiązać się z czymś więcej.

Komisarz jako przewodnik

Główny bohater to nie tylko komisarz, który ma na celu rozwiązać zagadkę - ale przede wszystkim przewodnik. Brunetti jest człowiekiem zasad, który porusza się w świecie często pozbawionym moralnych pewników. Jego inteligencja i głęboka humanistyczna wrażliwość czynią go idealnym przewodnikiem po moralnie niejednoznacznym świecie Leon. Postacie drugoplanowe, szczególnie jego wyrazista żona Paola i intrygująca Signorina Elettra, asystentka szefa Brunettiego, dodają opowieści ciepła i głębi. Obie kobiety nie boją się wyrażać swego zdania, stając się nieocenionymi "współpracowniczkami" Brunettiego. Postacie są autentyczne, takie z krwi i kości.

Słowem podsumowania...

"Cicho, we śnie" to więcej niż powieść detektywistyczna - to rozważania na temat "cichego zła", kryjącego się pod fasadą szlachetności. Powieść nie zamyka wszystkich wątków w klasyczny sposób, co niektórym czytelnikom może pozostawić niedosyt — jednak właśnie to nadaje jej autentyczności - opisywana korupcja przerasta ramy intrygi kryminalnej. O ile sama zagadka nie jest szczególnie porywająca, powieść wynagradza to atmosferą - a w szczególności uczynieniem z Wenecji żywego miejsca, a nie wyłącznie tła akcji.  Wenecja z kart powieści – piękna, ale skorodowana przez korupcję – staje się metaforą świata, gdzie nawet instytucje z pozoru święte kryją mroczne sekrety. Dla miłośników spokojnych kryminałów mocno osadzonych w pewnej lokalizacji to lektura obowiązkowa – najlepiej z mocnym espresso w ręku i wyobrażonym echem weneckich odgłosów za oknem.

 


"Rozbłyski ciemności" to bezpośrednia kontynuacja "Szeptów ciemności": niezwykle ciekawego połączenia kryminału noir, grozy i urban fantasy, osadzonego w alternatywnej wersji Polski lat 20. XX wieku. Mrok tych powieści nie dotyczy wyłącznie zagrażającej ludziom ciemności - ale także mroku duszy. W obu tomach nasz bohater-detektyw mierzy się z elitami pełnymi dewiacji, które za nic mają sobie ludzkie życie. Już "Szepty ciemności" mnie zachwyciły, a drugi tom jest jeszcze lepszy! "Rozbłyski ciemności" to powieść dynamiczna, pełna zwrotów akcji i bardzo wciągająca - ostrzegam, że warto się za nią brać jak się ma czas na czytanie. Autor ma niezwykły dar stopniowego powiększania intrygi - zaczyna się od niewinnego zlecenia, które okazuje się czymś dużym - i oczywiście bardzo niebezpiecznym, a wszystkie wątki splatają się w jedną całość. Daje to ogromną satysfakcję podczas czytania, kiedy wszystkie elementy układanki się składają i zaskakują (a także szokują w przypadku tej mrocznej powieści). Dodajmy do tego interesujące postacie i świetne dialogi, a otrzymamy książkę trudną do odłożenia, wciągającą od pierwszej do ostatniej strony - i rozbudzającą apetyt na poznanie finału tej historii. 

"Rozbłyski ciemności" kontynuują klimat pierwszej części, snując gęstą opowieść o mroku. Zachwyca mnie tutaj podejście do ciemności: nie jest to jedynie estetyka, ale istotny temat. Z jednej strony opisywany alternatywny świat międzywojenny został zaatakowany przez tajemniczą ciemność - przez co po zmroku należy chronić się w blasku światła. Jednak mrokiem nie jest tylko tajemnicza siła; najciemniejszy mrok skrywa się w człowieku, gotowym na eksperymenty na dzieciach i handel ludźmi dla zysków. Tematycznie nie jest to powieść lekka, choć trzeba przyznać, że w drugim tomie jest mniej brutalnych opisów - wiele jest jednak pozostawionych wyobraźni.

Autor świetnie równoważy ten mroczny klimat odrobiną czarnego humoru, zdeterminowanym detektywem, któremu z łatwością się kibicuje oraz społecznością. Tak, elitom pełnym zdeprawowania przeciwstawiona zostaje społeczność zgromadzona wokół detektywa: on pomaga innym, i w zamian może liczyć na pomoc. Choć Jerzy to inteligentny, sprawny, wygadany i dobrze kombinujący człowiek, to nie jest samotnym, niezniszczalnym bohaterem akcji. Kiedy trzeba zwraca się o pomoc, co wcale nie odbiera mu siły. Jerzy to taki bohater, który budzi sympatię - mający dobre serce pod maską twardziela. Taki bohater, który może spokojnie na swoich barkach nieść niemal całą powieść, w odpowiednich momentach otrzymując pomoc od postaci drugoplanowych.

Jak przystało na kryminał noir nie może zabraknąć kobiety - tym razem pozornie bezbronnej dziewczynki - która jest przyczyną całego tego ambarasu. Na szczęście nie są to kobiety bierne, czekające na ratunek - ale aktywne i mające swoją rolę do odegrania. Postaci w tej powieści są ciekawe, mające wady i zalety. Nie są niezniszczalne i nieomylne, i nawet naszemu inteligentnemu detektywowi może trafić się wpadka, kiedy nie potraktuje poważnie przeciwnika.

"Rozbłyski ciemności" to doskonała kontynuacja, nie tylko dorównująca swojemu poprzednikowi, "Szeptom ciemności", ale w wielu aspektach go przewyższająca. Autor z niezwykłą precyzją rozwija fabułę, w której mrok – zarówno dosłowny, jak i metaforyczny – pełni kluczową rolę. Dynamiczna akcja, misternie splecione wątki i zapadające w pamięć postacie tworzą historię, od której trudno się oderwać. Powieść zachwyca nie tylko jako kryminał noir osadzony w alternatywnej wersji Polski lat 20., ale również jako opowieść o moralności, człowieczeństwie i walce dobra ze złem. Autor równoważy ciężar mrocznych tematów subtelnym humorem, realistycznymi relacjami oraz bohaterem, któremu z łatwością można kibicować. To historia, która zaskakuje, porusza i intryguje, pozostawiając czytelnika w napięciu aż do ostatniej strony. Zarówno fani pierwszej części, jak i nowi czytelnicy znajdą tu coś dla siebie – wartką akcję, świetne dialogi i głębię emocjonalną. "Rozbłyski ciemności" to mroczna, satysfakcjonująca lektura, która nie tylko wciąga, ale też zmusza do refleksji nad cienką granicą między światłem a mrokiem. Naprawdę nie mogę się doczekać finałowego tomu!


Andrzej Pupin "Rozbłyski ciemności" (2024)
Wydawnictwo: Fabryka Słów

 


"Arcana" to ciekawe połączenie kryminału, dworskich klimatów i fantastyki. Na kartach powieści śledzimy losy tytułowej Arcany, wicehrabiny (czy też viskondessy, jaki tytuł nosi w książce) Amorte, która po latach nauki w szkole dla dobrze urodzonych panien powraca do rodzinnego domu. Tam jednak zamiast witających ramion rodziny, czeka na nią martwy brat, tłum szlachetnie urodzonych gości do ogarnięcia i tajemnicze eksperymenty w piwnicy. I jakby tego nie było za mało, jest jeszcze mag, wróżbitka i dziwna pętla czasu. Mocną stroną powieści jest z pewnością bohaterka - prawdziwie silna kobieta, która nie chce być ograniczana przez społeczeństwo oraz towarzysząca jej oddana służba, gotowa na każde wyzwania. Samo połączenie zagadki kryminalnej, motywu pętli czasu i dworskiego tła - ze wszystkimi konwenansami, intrygami i ploteczkami - wyróżnia tę powieść i nadaje jej niezwykłego klimatu. I chociaż można się doczepić pewnego przerysowania - dla mnie idealnie to zagrało z humorystycznym, lekko sarkastycznym tonem powieści o elitach, dla których nie ma niczego ważniejszego niż zachowanie pozorów - a dobrego przyjęcia za czyjeś pieniądze nie może zepsuć trup. Nawet trup gospodarza... "Arcana" to - mimo powieści snującej się wokół motywu morderstwa i śledztwa - lekka fantastyka z zadziorną główną bohaterką.

I będąc przy naszej bohaterce - to ona gra tu pierwsze skrzypce, więc kto się z nią nie polubi, może z łatwością się od tej książki odbić i uznać ją za irytującą (chociaż osobiście nie uważam, żeby lubienie bohatera przekładało się na przyjemność z czytania). Tak jak wspomniałam, w powieści dostajemy wątek kryminalny i fantastyczny, jednak oba są jedynie pretekstem, by tak naprawdę opowiedzieć historię Arcany - młodej kobiety, wyrywającej się spod wpływu brata, by zrzucić okowy społecznych oczekiwań wobec młodej damy. Z tego powodu wątki te mogą wydawać się nie do końca satysfakcjonujące: za mało śledztwa w wątku kryminalnym, za mało magii fantastycznym. Jednak nie jest to rasowy kryminał czy epicka fantastyka; nie chodzi w tej książce o śledzenie przesłuchań z każdym z bohaterów w stylu Agathy Christie czy poznawanie skomplikowanego systemu magicznego, stojącego za możliwościami maga i wróżbitki. Moim zdaniem spełniły swoją funkcję - intrygując i dostarczając napięcia (ciągłe pytanie kto zabił? czy uda się schwytać sprawcę? Czy Arcana popełni o eden błąd za dużo?), jednocześnie nie przyćmiewając sedna opowieści o tytułowej Arcanie, a nie zabójstwie jej brata. Wydarzenia, nawet jeśli nie przybliżają jej do odkrycia mordercy, są dla niej cenną nauczką, a kobieta ciągle się uczy. Dodatkowo motyw pętli czasu pozwala jej na testowanie, na co może sobie pozwolić, a co jednak może skończyć się źle. Tym samym "Arcanę" można czytać jako zabawną (za sprawą naszej sarkastycznej bohaterki) powieść typu coming of age z elementami kryminału i fantastyki.

To połączenie jest z pewnością odświeżające - "Arcana" to powieść, która zaskakuje, rozwijając się wbrew naszym oczekiwaniom, spychając na dalszy plan to, co w kryminalne i fantastyce uważamy za istotne. Smaczku dodaje tutaj umieszczenie całej historii wśród elit, dla których największym skandalem wydaje się, że jakaś panna rozmawiała z dżentelmenem bez przyzwoitki. Gdyby tylko wiedzieli, co gospodyni musi przed nimi ukrywać, wysyłając ich na pikniki i zabawy w labiryncie!

Powieść ubarwiają także postacie - oczywiście Arcana, która w końcu dostaje możliwość decydowania o sobie samej i musi się nauczyć wszystkich konsekwencji podejmowania decyzji. Od samego początku dostrzega ona jawną niesprawiedliwość w podejściu do kobiet i stara się pokazać, że płeć nie powinna stanowić przeszkody dla pani zamku Amorte. Towarzyszą jej Coppe, osobista służąca, oraz kamerdyner Bastioni, który zdaje się ogarniać każdą sytuację i zawsze zachować przy tym zimną krew. Członkowie elit są zaś cudownie przerysowani - łącznie z baronettim He, stereotypowym hulaką-przystojniakiem, któremu trudno się oprzeć, choć można się przez to okryć złą sławą. Czy Arcana ulegnie jego urokowi? A może jedynie przetestuje, jakby to było oddać się szalonej i romantycznej miłości, by ostatecznie napisać dla siebie własny scenariusz, w którym od początku do końca pozostaje osobą decyzyjną?

"Arcana" to ten rodzaj książki, który przypadnie do gustu tym, którzy lubię "Bridgertonów": nakreślony świat jest nieco umowny, przerysowany, ale za to jakże kolorowy, pełen pięknych i mało praktycznych strojów oraz dramatów i dramacików. Tutaj nie są one jednak związane z zamążpójściem, ale innym poważnym problemem: zgonem na przyjęciu - czyż nie brzmi to ekscytująco? Bawiłam się wyśmienicie, czytając o rozterkach Arcany - przeglądać ważne dokumenty, mogące rzucić światło na mroczną przeszłość brata i pomóc rozwiązać śledztwo, czy może wystroić się i zabawiać gości? Z całej powieści bije zabawa - igranie naszymi oczekiwaniami, co dostarcza naprawdę dużo rozrywki podczas czytania. To ciekawa, w pewien sposób wyróżniająca się jednotomówka, która z pewnością umili jesienny wieczór - jest lekko, bez zbędnego rozwlekania i wyjaśniania wątków, które jak wspomniałam były w zasadzie  jedynie pretekstem dla opowieści o biorącej los we własne ręce Arcanie. Zakończenie jest może trochę zbyt proste, dla tych którzy nastawili się na skomplikowaną intrygę - jednak w tej książce tak naprawdę liczy się droga, którą przechodzi główna bohaterka. A ta daje naprawdę dużo satysfakcji!


Anna Szumacher "Arcana" (2024)

Wydawnictwo: Mięta

 


„Szepty ciemności” to niezwykle intrygujący tytuł, który łączy w sobie takie elementy jak kryminał noir, historię alternatywną, urban fantasy i grozę. Autor nakreślił ponurą wizję Polski lat 20. – społeczeństwa naznaczonego wojenną traumą, które musi zmagać się z tajemniczą Ciemnością, doprowadzającą do szaleństwa i zguby. Mrok tego świata nie kończy się jednak na zjawiskach nadprzyrodzonych: powieść ukazuje dewiacje elit, które za nic mają sobie ludzkie życie. Tym samym na kartach powieści możemy śledzić zmagania głównego bohatera – detektywa – z niebezpieczeństwem czającym się w mroku, otrzymaniem zlecenia od femme fatale, walką z wpływowymi ludźmi, a także działaniami kontrwywiadowczymi, związanymi z przeszłością bohatera. Wszystko to jest bardzo zgrabnie połączone w jedną intrygę, która od razu wciąga. Przez to największym rozczarowaniem jest konieczność czekania na kolejny tom! Jest to powieść, która bez wątpienia spodoba się osobom, które lubią twórczość Adama Przechrzty i jego podejścia do historii alternatywnej. „Szepty ciemności” powinny także trafić do tych, którzy lubią kryminały noir – te historie opowiadające o ludzkim mroku i wielkomiejskim „brudzie”; nadprzyrodzona Ciemność może budzić strach, ale czy nie większe przerażenie budzą ludzie mający innych za nic, do tego posiadający władzę dającą poczucie siły i bezkarności? Dzięki oryginalnemu połączeniu kryminału i fantastyki (grozy) z alternatywną historią lat 20. „Szepty ciemności” należą do wyróżniających się debiutów. Powieść jest niezwykle klimatyczna, a jednocześnie brutalna, stawiająca pytania zło drzemiące w człowieku, a nie tylko kryjące się w ciemności. Dobry kryminał noir potrzebuje charyzmatycznego, sponiewieranego życiem detektywa – i taki jest weteran wojenny Jerzy. To intrygująca postać, która musi jednocześnie walczyć z czającym się naokoło złem, jak i wewnętrznymi demonami, związanymi z jego przeszłością. To jednocześnie człowiek z zasadami – są bestialstwa, których zignorować nie potrafi. Postacie drugoplanowe idealnie uzupełniają kreowany świat – a wśród nich znajdziemy zarówno sojuszników, jak i przeciwników naszego detektywa – z obowiązkowymi zdrajcami. Wszak w świecie ludzkiego mroku trudno do końca zaufać drugiej osobie. Jeśli chodzi o postacie kobiece, to dostajemy damę w opresji, femme fatale, złą kobietę u władzy w pewnej organizacji – wszystkie jedynie z drobnym twistem. Nic szczególnego i jeśli Autor miałby nad czymś popracować przy drugim tomie, to jest to większa różnorodność i sprawczość postaci kobiecych, tak by wymykały się stereotypom. Natomiast bardzo doceniam wykreowanie żywego świata – różnorodnych mieszkańców zamieszkujących, chociażby dzielnicę głównego bohatera, dzięki czemu czujemy ciężar, gdy sąsiedzi stają się ofiarami w konsekwencji śledztwa detektywa. Autor świetnie wykreował z jednej strony solidarność, z drugiej zaś wystawił ją na próbę wobec zagrożenia. Całość jest rewelacyjnie napisana. Plastyczny język, logiczne połączenie wydarzeń, dobre dialogi – wszystko idealnie oddaje klimat, pozwala zanurzyć się w opowiadaną historię. Uważam, że to nie lada wyczyn, by tak zgrabnie połączyć wiele różnych gatunków w spójną, a do tego porywającą całość. Nie będę ukrywać – czytając debiuty nastawiam się na pewne zgrzyty, a tutaj byłam bardzo pozytywnie zaskoczona. Od początku do końca czytanie tej powieści sprawiało mi czystą przyjemność – choć nie jest to lektura wyłącznie rozrywkowa. Pod kryminalną intrygą i wątkiem paranormalnym kryją się rozważania na temat moralności, dewiacji, człowieczeństwa – społeczeństwa, które w pewien sposób przywykło do otaczającego go zła. Jednocześnie ten ponury klimat jest przełamywany przez postawę detektywa, w którym tli się jakaś szlachetność i determinację osób, które chcą walczyć z niesprawiedliwością. Uwielbiam takie teksty kultury – czy to książki, czy filmy – które nie boją się oryginalnie mieszać gatunków, pozornie skupiać się na intrydze/śledztwie, by tak naprawdę oferować coś więcej: pole do interpretacji. Tak jak wspomniałam, Autor wykreował świat, w którym człowiekowi zagraża tajemnicza Ciemność (która sama w sobie może mieć symboliczne znaczenie), jednak większy strach budzi to, jakie bestialstwo kryje się w samych ludziach. To ponura, ale zarazem bardzo wciągająca historia, w której ważniejsze od samego rozwiązania intrygi, jest jej wpływ na bohaterów i konsekwencje odkrycia prawdy. „Szepty ciemności” to rewelacyjny powieściowy debiut, który na długo zostanie w mojej głowie!


Andrzej Pupin "Szepty ciemności" (2024)
Wydawnictwo: Fabryka Słów



 

Powieść "Starsza pani z nożem" jest jak jej bohaterka: niepozorna, łatwa do przeoczenia, a jednocześnie ostra niczym brzytwa. Tak jak pod maską miłej starszej pani kryje się płatna zabójczyni - jedna z najlepszych w swoim fachu, szlifująca umiejętności od ponad 40 lat - tak pod intrygą w stylu thrillera ukryta jest powieść o starości, która wyobcowuje człowieka bardziej niż komplet noży za pazuchą. Na kartach tej powieści śledzimy Rógszponę, którą otoczenie wysłałoby na emeryturę. Jednak, czy ktoś, kto całe życie parał się zabijaniem może spokojnie zająć się czymś innym (bo w koreańskich realiach emerytura często oznacza dorywcze zajęcia, prowadzenie straganu czy pralni) - to jakby, parafrazując zdanie zawarte w powieści - kazać wilkowi wysiadywać jajko. Jednocześnie sama Rógszpona zaczyna dostrzegać zmiany, jej wiek wpływa na jej działania, a przypadkowe spotkanie z lekarzem i jego córeczką wywołują refleksje na temat przeszłości i utraconych możliwości. Sama bohaterka ma w sobie to coś - nie jest potulną staruszką -  że już od pierwszej akcji z przyjemnością towarzyszymy jej w podróży poprzez przeciwności, które na jej drodze stawia wiek, płeć, społeczeństwo - i oczywiście przeszłość, która w najmniej oczekiwanym momencie potrafi się odgryźć. Całość napisana jest w prosty, lekko humorystyczny sposób, a nietypowa bohaterka i zaskakująco przyziemny świat płatnych zabójców sprawiają, że od książki trudno się oderwać.

Dostrzegam w tej powieści to, co lubię w koreańskim kinie "społecznym" spod znaku Bong Joon-ho ("Parasite", "Snowpiercer", "The Host: Potwór", a w szczególności genialny film "Matka"): z jednej strony mamy rozrywkowe, gatunkowe fabuły (gatunkowy miszmasz), pod którymi kryje się jednak społeczny komentarz, ukazujący bolesną prawdę o Korei Południowej - i szerzej świecie opanowanym przez konsumpcjonizm. W "Starszej pani z nożem" temat dotyczy starości. Dla społeczeństwa staje się człowiekiem niewidzialnym, dla kręgu "zawodowego" zbędnym. Jednocześnie ze względu na renomę i wiek nie można jej tak po prostu wyrzucić - lepiej sugerować, że powinna odejść, powinna czuć się wypalona zawodowo i poszukiwać zasłużonego odpoczynku. Najlepiej zniknąć - bo jakie ma znaczenie jako samotna starsza kobieta? Sama Rógszpona zdaje sobie jednak sprawę, że nie jest już tą samą osobą co kiedyś i czuje się wyobcowana - a jedynym, co ją zakotwicza w życiu wydaje się przypadkowo przygarnięty pies - także senior. Jeśli ma odejść, to wyłącznie na swoich zasadach. Co jednak jeśli w jej życie wkradnie się coś niespodziewanego - a tym czymś jest... empatia? Czy na starość człowiek może się zmienić? Czy na starość może zacząć w końcu żyć?

"Starsza pani z nożem" to interesujące studium charakteru starzejącej się płatnej zabójczyni - a jednocześnie podejścia otoczenia do osób starzejących się. Jednocześnie to thriller o zemście, dodający dynamiki poprzez sceny akcji - szczególnie w finale. To intrygująca powieść, choć zupełnie inna niż można się spodziewać. Świat płatnych morderców stanowi tu jedynie tło, by opowiedzieć o przemijaniu i społecznym wyobcowaniu.


Gu Byeong-mo "Starsza pani z nożem" (2013)
Polskie wydanie: Wydawnictwo Mova (2023)

 


"Uprowadzony" to drugi tom przygód Jacka Reachera, bohatera, którego śmiało można określić mianem "połączenie Rambo z Sherlockiem". Reacher jest uosobieniem (męskiej?) fantazji, połączeniem mięśni i intelektu, którym nie oprze się żadna atrakcyjna kobieta. Niczym bohater westernów przemierza Amerykę i dziwnym zbiegiem okoliczności znajduje się w nieodpowiednim miejscu, w nieodpowiednim czasie, wikłając się w krwawą sprawę - moralność nie pozwala mu jednak odejść, musi zostać i ratować tych w opresji. Ten schemat - Reacher przypadkiem pakujący się w jakąś grubszą sprawę, kopiący wszystkim tyłki i ratujący niewinnych, a po drodze zdobywający atrakcyjna, silną kobietę, a potem znów wyruszający w dal - się zwyczajnie sprawdza, czego dowodem są wychodzące od 1997 roku tomy, ciągle czytane, a teraz i doskonale przeniesione na mały ekran za sprawą serialu "Reacher".

Powieść "Uprowadzony" ("Die Trying") opowiada o tym jak Jack Reacher przypadkowo staje się świadkiem porwania kobiety - i ruszając jej z pomocą sam pozwala się (słowo klucz, wszak kto by pokonał takiego Reachera) uprowadzić. Zanim dojedzie do finałowego pojedynku z osobą stojącą za porwaniem, Reacher będzie musiał korzystać z siły mięśni, niezwykłych umiejętności strzeleckich i oczywiście głowy - by odkryć, czemu ktoś porwał Holly i kim właściwie ona jest, a także co złoczyńcy szykują na dzień niepodległości. To jest ten rodzaj literatury - czy ogólnie tworów kultury, bo książki o Reacherze są odpowiednikiem filmów akcji połączonych z thrillerem - który ma nam dostarczyć adrenaliny i rozrywki, wciągnąć w intrygi tak mocno, abyśmy nie mieli czasu na logiczne myślenie. Lee Child idealnie konstruuje swoje historie pod tym kątem - śledztwo FBI i ostry umysł Reachera mają sprawić, że całość wydaje się logiczna, nawet jeśli problematyczny jest sam punkt wyjścia (bo niezniszczalność głównego bohatera można wybaczyć): czemu porywacze ciągną ze sobą wielkiego i potencjalnie niebezpiecznego chłopa, zamiast go sprzątnąć? I choć nie ma to sensu, to...działa. Ja bardzo szybko zawiesiłam zwątpienie i zwyczajnie dałam się porwać, niczym kinu akcji z lat 80. i 90. Tylko jedna scena wyrwała mnie z immersji - wybuch pożądania i namiętnego seksu w lesie, po zakopaniu zwłok. Scena zbędna i niedorzeczna, a z drugiej strony pasująca do popkultury tamtych lat.

Po pierwszym tomie przygód Reachera ("Poziom śmierci") Lee Child postanowił porzucić narrację pierwszoosobową i "odkleić" się od głównego bohatera. Tym samym nie towarzyszymy na każdej stronie Reacherowi, tylko dostajemy akcje dwutorową, co buduje pewne napięcie - czy FBI uda się rozgryźć sprawę i przybyć na ratunek czy jednak nasz niezniszczalny bohater będzie musiał radzić sobie sam? Nadaje to ciekawej dynamiki, jednocześnie nie czyniąc Reachera mniej istotnym bohaterem - to nadal on jest centralną postacią.

Pisząc o postaciach, fenomen ten serii opiera się właśnie na Jacku Reacherze, amerykańskim Jamesie Bondzie. Naprawdę łatwo jest go polubić i zwyczajnie mu kibicować. I nawet jeśli w danym tomie trafi się nieco słabsza intryga, to i tak czytanie o bezwzględnym dla złoli, ale zawsze mającym na uwadze niewinnych i postronnych byłym żołnierzu sprawia zwyczajnie frajdę. Do tego w "Uprowadzonym" towarzyszy mu niezłomna agentka, która nie jest typową damą w opresji. Holly umie zadbać sama o siebie i gdyby nie uraz nogi, żaden Reacher nie byłyby jej potrzebny.

"Uprowadzony" to powieść, która sprawia mnóstwo frajdy podczas czytania - oczywiście pod warunkiem, że lubimy taki rodzaj "fantastyki" jakim jest kino akcji. Jeśli nie będziemy kwestionować tego, jak wspaniały jest nasz bohater i jak mało rozgarnięci potrafią być jego przeciwnicy, to dostaniemy opowieść pełną przygody, strzelanin i czystej radochy, jaką jest obserwowanie Reachera i Holly wydostających się z tarapatów. W pierwszej części jest wystarczająco tajemnic, żeby zainteresować, a w drugiej odpowiednia dawka akcji, by dostarczyć zastrzyku adrenaliny. I choć powieść sama w sobie to gatunkowy przeciętniak, to nawet przez chwilę się nie nudziłam - to idealna alternatywa dla oglądania kolejnego filmu akcji.


Lee Child "Uprowadzony" (1998)


 

"Wszyscy chcą być jak my" to młodzieżowy thriller w klimatach dark academia spotyka Plotkarę: elitarne liceum, (nie tak bardzo) tajne stowarzyszenie oraz zbrodnia, która po latach powraca, by prześladować bohaterów. Porównywanie powieści do "Tajemnej historii" jest trochę na wyrost - "Wszyscy chcą być jak my" nie dorasta do pięt kultowej książce Donny Tartt, ale nie oznacza to, że powieść jest zła. W swoje lidze - thrillerów młodzieżowych prezentuje się całkiem nieźle. I nawet jeśli od początku domyślimy się kto jest winny to nie odbiera to zbyt wiele przyjemności z czytania - trzeba jeszcze dowieść, że to ta osoba. Lubię powieści młodzieżowe, które obok głównej osi fabularnej stanowią jeszcze jakiś ciekawy komentarz dotyczący problemów młodych ludzi - i na tym polu "Wszyscy chcą być jak my" wypada naprawdę nieźle. Odniosłam wrażenie, że cała plotkarsko-kryminalna fabuła stanowiła pretekst nie tylko do krytyki elitaryzmu (co akurat mogło wybrzmieć nieco mocniej), ale przede wszystkim traktowania kobiet. To nie tyle opowieść o próbie rozwikłania tajemnicy śmierci uczennicy, co o tym ile upokorzeń muszą znosić dziewczyny w imię dobrej zabawy (i to nie swojej, tylko rówieśników). Lekcja płynąca z tej powieści - nigdy nie jest za późno, żeby powiedzieć "dość!" i wyrwać się z toksycznego środowiska, które więcej od nas bierze niż daje. 

"Dawniej myślałam, że dołaczając do Graczy, wygrałam złoty bilet, który otwiera drzwi do wyższych warstw społecznych. Zrobiłam to, czego chcieli moi rodzice. Stałam się wartościowa.
Ale to nieprawda. Wszystko jest kłamstwem. Oszukane oceny. Fałszywi znajomi. Martwa przyjaciółka."

 "Wszyscy chcą być jak my" to powieść, która bardziej skupia się wokół doświadczenia przynależności do Graczy - tajnego stowarzyszenia w elitarnej szkole - niż samej zagadki kryminalnej. Dzięki temu nawet jeśli domyślimy się wcześniej rozwiązania, to i tak będziemy mieć co śledzić na kolejnych stronach. Opowieść nie jest linearna - wraz z główną bohaterką Jill przeskakujemy ciągle do przeszłości, gdy dziewczyna przypomina sobie trudy związane z wyzwaniami rzucanymi pierwszoklasistom wybranym przez Graczy. Nagroda jest kusząca - przynależność do stowarzyszenia ma otwierać wszelkie drzwi. W ostatniej klasie to Jill i jej przyjaciele (?) są na szczycie i to oni rekrutują nowych. Doświadczenie jakie przeżyli - śmierć przyjaciółki podczas inicjacji - miało ich zmienić; obiecywali sobie, że oni będą inni. Jill uświadamia sobie jednak, że tak nie jest - co więcej coraz bardziej dostrzega jak upokarzające wyzwania odcisnęły piętno na dziewczynach, które od zawsze były inaczej traktowane niż ich rówieśnicy płci przeciwnej. I jak to wpływa na dziewczyny przy władzy, którym zostało niewiele empatii dla pierwszoklasistek. Interesująco w tym kontekście wypadają także postacie męskie - uwodzicielskie, a jednocześnie niebezpieczne i to wcale nie w ten pociągający sposób - czar pryska, kiedy przekonujemy się co kryje się pod maską uśmiechu, kiedy pewny siebie mężczyzna słyszy kobiecą odmowę...

Skoro powieść skupia się bardziej na elitarnej szkole i kilku kliszach rodem z high school drama, cierpi na tym wątek kryminalny, który ostateczni jest mało zaskakujący - a powieść w niektórych momentach może się dłużyć. Przy tej powieści nie ma sensu nastawiać się na ciągłe plot twisty i wyjątkowo mroczne sekrety. W moim odczuciu elementy "dark" i "academia" również pozostawiają pewien niedosyt - więcej tutaj jednak szkolnej dramy niż prawdziwego mroku (poza oczywiście zbrodnią. Zaś "academia" to dla mnie fascynacją nauką, wykłady, naukowe/filozoficzne rozważania - coś, co odnajdziemy i w "Tajemnej historii", i w "Babel". 

"Tamtego dnia po Inicjacji, kiedy powinniśmy mierzyć się z żałobą, walczyłam z jedną myślą, której nie mogłam się pozbyć z głowy - dlaczego to chłopaki mieli władzę? Dlaczego to oni ustalali zasady, a my musiałyśmy mierzyć się z konsekwencjami?"

Pomimo pewnych niedosytów w wątku kryminalnym i dark academia, czytanie "Wszyscy chcą być jak my" sprawiło mi prawdziwą przyjemność. Wciągnęłam się w opowieść Jill i kibicowałam jej nie tyle w śledztwie, co emancypacji - w tym, aby uwierzyła w siebie i znalazła swoją drogę, wbrew oczekiwaniom społeczeństwa czy rodziców. Miłośnicy naprawdę mrocznych thrillerów poczują się tą książką zawiedzeni - ale Ci, którzy lubią szkolne dramy odnajdą tutaj spory bagaż młodzieżowych problemów, szkolnych relacji, marzeń o przyszłości i odrobiny codziennego życia - z obowiązkowym wątkiem ubogiej osoby w elitarnej szkole dla bogaczy. "Wszyscy chcą być jak my" to nostalgiczna podróż dla fanów Pretty Little Liars, i kto lubi takie klimaty, powinien mieć ten tytuł na oku!

Jessica Goodman "They Wish They were Us. Wszyscy chcą być jak my" (2020)

Polskie wydanie: Must Read (2023)


 

 "- Ludzie zasiadają do czytania obciążeni masą uprzedzeń, ukształtowanych przez wszystko, co im się wydaje, że wiedza na temat autora - powiedziała kiedyś. - Zastanawiam się czasami, jaki byłby odbiór moich książek, gdybym podszywała się pod mężczyznę lub białą kobietę. Tekst byłby identyczny, lecz w jednym przypadku mogłabym zostać zmiażdżona przez krytykę, a w innym odnieść oszałamiający sukces."

"Yellowface" to porywająca satyra nie tylko na amerykański rynek wydawniczy, ale także cancel culture, internetową mowę nienawiści i "modę" na mniejszości etniczne (zamiast rzeczywistego oddania im głosu). Rebecca F. Kuang uderza tam gdzie trzeba, z przytupem prezentując kolejną powieść o rasizmie, ale w jakże ciekawym ujęciu: całość śledzimy oczami antybohaterki, June, która z jednej strony jest winowajczynią, z drugiej zaś ofiarą - nie tylko hejterskich ataków, ale także własnej niepewności, która prowadzi do zazdrości. To powieść o byciu pisarzem/pisarką w dzisiejszych czasach, w których sam tekst ma drugorzędne znaczenie: liczy się płeć, kolor skóry i umiejętność sprzedania powieści oraz siebie. Rebecca F. Kuang świetnie buduje napięcie, które sprawia, że "Yellowface" to powieść praktycznie nieodkładalna, wzbudzająca cały wachlarz emocji względem naszej (anty)bohaterki. To powieść momentami szczera do bólu, cyniczna i zmuszająca do myślenia - ma w sobie coś kontrowersyjnego, jakby miała być "kijem wsadzonym w mrowisko" amerykańskiej kultury literackiej - ale jednocześnie nie skupia się wyłącznie na szokowaniu. 

"Yellowgace" to niezwykle oryginalna powieść, która choć jest w zasadzie satyrą, to nie boi się romansować z kryminałem i grozą, by odpowiednio podbijać napięcie. Punkt wyjściowy jest bardzo prosty: uznawana za literackie objawienie pisarka niespodziewanie umiera, a jej poniekąd dzięki tej śmierci zyskuje to, o czym zawsze marzyła, czyli literacką sławę. Na kartach powieści śledzimy proces wydawniczy, promocję i budowanie marki - łącznie z celowym zabiegiem przyjęcia przez bohaterkę pseudonimu Juniper Song, by kojarzyć się z azjatycką mniejszością etniczną - po literackie skandale, trolling i kłopoty z utratą weny. A nad tym wszystkim czai się duch Atheny Liu, której śmierć pojawia się już w pierwszym zdaniu powieści.

Poruszane tematy same w sobie są niezwykle intrygujące i  rozbudzające emocje - trolling, cancel culture, odwrócony rasizm to coś, co prowokuje szereg dyskusji. Jednak czym byłaby ta tematyka, gdyby nie (anty)bohaterki. Rebecca F. Kunag już nie raz udowodniła, że świetnie kreuje niejednoznacznych bohaterów, których łatwo znienawidzić. Ciężko jest z June, emanującą zazdrością plagiatorką sympatyzować, ale czy przeciwstawiona jej Athena jest wyłącznie ofiarą? Na to pytanie musimy odpowiedzieć sobie sami - wszak Athenę poznajemy z perspektywy June, a to może zakrzywiać obraz świata. Wydaje się, że w świecie kreowanym przez autorkę nie ma miejsca na świętych, a każdy może zostać skorumpowany przez żądzę sławy lub zniszczony przez hejterów. To cyniczny świat, w którym nie ma miejsca na prawdziwą przyjaźń, jest za to walka o sukces.

"Z zaciekłości, z jaką się na nią rzucili, daje się wyczuć niepokojącą radość i spełnienie. Można pomyśleć, że od dawna czekali jedynie na właściwy moment; że kamienie, którymi ja obrzucają, mieli w pogotowiu od lat."

"Yellowface" to w zasadzie studium szaleństwa napędzanego przez wyrzuty sumienia, społeczne oczekiwania i internetowe szczucie, które prowadzi do zaskakującego finału. Autorka niezwykle umiejętnie kreśli skomplikowane bohaterki, którym przyszło żyć w skomplikowanych czasach: niby wszystkie drzwi stoją otworem przed kobietami, coraz szerzej otwierają się dla mniejszości, ale nie tworzy do utopii; wręcz przeciwnie, wzmaga rywalizację "po trupach do celu" - nawet jeśli oznacza ona kradzież i przywłaszczenie (nie tylko książki, ale też tożsamości kulturowej czy emocji/bólu innych osób). Aż chce się rzucić okładkowym tekstem: błyskotliwa! fenomenalna! obsypana nagrodami!, choć nie zdziwiłabym się trafiając w mediach społecznościowych na przeciwne oceny: przereklamowana! irytująca!; moim jednak zdaniem to powieść przede wszystkim prowokująca do myślenia i dlatego każdy powinien się sam z nią skonfrontować. Dla mnie to jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałam w tym roku, idealny materiał do dyskusji o współczesnej kulturze!


Rebecca F. Kuang "Yellowface" (2023)
Polskie wydanie: Fabryka Słów
Tłumaczenie: Grzegorz Komerski



 


Do tej pory twórczość Agathy Christie kojarzyła mi się z powieściami takimi jak "Morderstwo w Orient Expresie" czy "I nie było już nikogo", które naprawdę zapadły mi w pamięć i całą resztą powieści o Poirocie i pannie Marple, które czytało się przyjemnie, by potem szybko o nich zapomnieć. "Zabójstwo Rogera Ackryoda" przynależy jednak do tej pierwszej grupy, stanowiąc dowód na kunszt autorki - to powieść wciągająca, wodząca za nos i zaskakująca rozwiązaniem. 

Tym razem narratorem powieści został lekarz, któremu trafił się niecodzienny sąsiad: dziwny cudzoziemiec z pokaźnymi wąsami, hodujący na emeryturze dynie. Gdy w okolicy zdarza się morderstwo, lekarzowi - narratorowi przyjdzie nie tylko stwierdzić zgon, ale także wcielić się w rolę Watsona i asystować Poirotowi w śledztwie. Wszak emerytura i hodowanie dyń nie są tak fascynujące jak zagadka, i Hercules Poirot nie każe się długo prosić, by wskazać kto stoi za tytułową zbrodnią.

W powieści odnajdziemy wszystkie te elementy, które składają się na rozpoznawalny styl autorki. Małe, pozornie idylliczne miasteczko, zamknięta lista podejrzanych, z których każdy mógł mieć motyw oraz dawkę humoru, którą zapewnia Hercules Poirot i jego niecodzienny tok myślenia. Nigdy nie znudzi mi się czytanie o tym detektywie: jest tak pewny siebie, że aż zadufany, ma swoje dziwne manieryzmy, a mimo to, można go polubić - wszak zawsze stoi jedynie po stronie sprawiedliwości.

Czytanie książek Agathy Christie to dla mnie czysta przyjemność. Autorka nigdy nie komplikowała niepotrzebnie fabuły, a niektóre poszlaki dawała nam na tacy - a i tak zeznania poszczególnych osób wodziły za nos. "Zabójstwo Rogera Ackroyda" to doskonały przykład kryminału z zaskakującym - ale prawdopodobnym zakończeniem, kiedy po przeczytaniu ostatniego zdania zastanawiamy się jak mogliśmy przeoczyć tą jedną kluczową wskazówkę! Mistrzostwo w swoim gatunku - nic dziwnego, że ta powieść stała się ponadczasowym klasykiem.


Agatha Christie "Zabójstwo Rogera Ackroyda" (1926)



"Breslau Forever" to powieść trudna do jednoznacznej oceny. Z jednej strony przyjemnie się je słuchało (Grzegorz Pawlak to świetny lektor) i idealnie sprawdziła się jako coś do posłuchania w drodze do pracy czy na spacerze z psem. Jednocześnie to powieść należąca do kategorii "przeczytaj i zapomnij", a najlepiej zbyt dużo się nad nią nie zastanawiaj, żeby brak logiki nie raził w oczy (lub uszy w moim przypadku). Pomysł wyjściowy jest świetny, nieco gorzej z realizacją - stąd powieść po prostu przeciętna. I całkiem szczerze, wcale mi nie przeszkadzało, bo w życiu są takie momenty, że takich przeciętniaków właśnie potrzebujemy, niczym odpalenia serialu po pracy żeby zresetować szare komórki. 

Chociaż nowa okładka i tytuł mogą wskazywać na kontynuację "Ucieszki z Festung-Breslau", "Breslau Forever" jest oddzielną historią kryminalną z wątkami mistycyzmu czy niewytłumaczonych zjawisk. Opowieść dotyczy śledczych z trzech okresów, którzy głowią się nad tą samą tajemniczą sprawą: ludzi nagle wybuchających. Rozciągnięte w czasie śledztwo, trzy płaszczyzny czasowe (Wrocław z 1939, tuż po wojnie oraz w niedalekiej przyszłości), szukanie odpowiedzi na zagadkę, która na śledczego może sprowadzić zgubę, a do tego klucz do rozwiązania, ukryty w pewnej powtarzalności wydarzeń, mimo tak różnych realiów - na papierze wszystko to brzmi fascynująco! I choć na początku to właśnie intryguje, to z czasem historia zwyczajnie siada, a zamierzona powtarzalność staje się zwyczajnie męcząca - i przewidywalna. A czy jest coś gorszego dla kryminału niż przewidywalność? Niestety odbiło się to także na bohaterach, którzy zaczynają się po pewnym czasie zlewać w jedno - i skakanie między trzema płaszczyznami czasowymi "bez ostrzeżenia" potrafi doprowadzić do niepotrzebnego zagmatwania - choć mam wrażenie, że był to zabieg celowy, który po prostu nie do końca się sprawdził. Niestety gdzieś po drodze pogubiła się cała logika i zakończenie choć zaskakuje, to nie do końca satysfakcjonuje.

Spodobał mi się natomiast wątek autotematyczny - umieszczenie w powieści pisarza, który sam napisał powieść o przedstawionych wydarzeniach. Jest w tym wątku sporo autoironii - co pozwala nam patrzeć na całość z przymrużeniem oka i nie doszukiwać się na siłę realizmu - wszak pisarz to zawsze fantasta, który uatrakcyjnia wydarzenia.

Powieść ratuje - lub pogrąża - styl Ziemiańskiego. Jest lekko, humorystycznie, z przymrużeniem oka. Kto jednak nie przepada za stylem Autora, to raczej porzuci tę powieść po kilku rozdziałach. Jako kryminał "Breslau Forever" nie do końca się sprawdza (za dużo absurdu, za mało racjonalnych wyjaśnień), ale jako powieść Ziemiańskiego, bez podziałów na gatunki jest w porządku. W papierze trochę bardziej by mnie wynudziła, ale audiobook jest świetnie zrealizowany i narzekać nie mogę. Zatem - polecam audiobook, w sam raz do posłuchania w podróży, a i intryga ciekawa, choć mogłaby zostać lepiej rozpisana!


Andrzej Ziemiański "Breslau Forever" (2008; wznowienie 2023)
Wydawnictwo: Fabryka Słów


 


Pierwszy tom cyklu o Dorze Wilk otwiera uniwersum, które dziś całkiem nieźle się rozrosło. Czy debiut z 2012 roku przeszedł próbę czasu? Pierwszy raz "Złodzieja dusz" czytałam jakieś dziesięć lat temu i bardzo podobało mi się połączenie urban fantasy z kryminałem, a także to że Dora działała jako detektywka/policjantka między dwoma światami, zwykłym Toruniem i magicznym Thornem. Historia była wciągająca, a całość napisana w lekki sposób - dziś takie książki nazywamy guilty pleasure, ale jak się było nastolatką to się nie miało "wyrzutów sumienia", że czyta się książki po prostu rozrywkowe, bez jakiś większych aspiracji bycia czymś więcej. Jak się okazało po odpaleniu odświeżonej wersji "Złodzieja dusz" jako audiobooka, moje odczucia dużo się nie zmieniły - choć dostrzegam teraz więcej zgrzytów, to można na nie przymknąć oko i po prostu dobrze się bawić. Choć postacie są przerysowane, a relacje między nimi mało prawdopodobne, to można zawiesić na chwilę trzeźwo myślący rozum i po prostu dać się porwać wykreowanej rzeczywistości.

"Złodziej dusz" to powieść, która wciąga dzięki odwołaniu się do kryminału - śledztwo napędza akcję i pozwala nam wraz z Dorą coraz bardziej zagłębiać się w alternatywny świat nadnaturalnych istot, w którym można być wiedźmą i przyjaźnić się z aniołem i demonem. Całość ma nieco klimat serialu fantasy dla nastolatków - ci dobrzy są piękni, ci źli szpetni, a główna bohaterka niezniszczalna. Do tego obowiązkowo kilka scen, w których musi się wystroić i kilka pikantnych-ale-nie-za-bardzo scen, jak noc w łóżku z aniołem i demonem nie będąca jednak żadnym trójkącikiem. Z perspektywy trzydziestolatki może i jest to naiwne, ale wcale mi to nie przeszkadzało - audiobooka słuchałam na spacerach z psem i potrzebowałam czegoś relaksującego - dokładnie tak jak wtedy kiedy odpalamy jakiś serial, dobrze się przy nim bawimy i tyle - bez wchodzenia w głębię psychologiczną czy zachwycania się wysmakowanymi kadrami.

Co do samej postaci Dory - to chyba element, który najbardziej dzieli czytelników. Blisko jej do Mary Sue, Autorka kreśli ją jak postać wyjętą z fanfika - niby niepozorna, a jednak doskonała, niezniszczalna i taka, której nie oprze się żaden mężczyzna. Moim zdaniem najbardziej przeszkadza ciągłe podkreślanie tych cech Dory - to wydaje się bardziej irytujące niż sama bohaterka, która moim zdaniem pasuje do przedstawionej historii, takiej z przymrużeniem oka, pozwalającej na przerysowanie (czepiamy się doskonałości Dory, ale nieziemsko przystojny diabeł-pantofel i równie przystojny anioł-prawiczek już nas nie razi? Wszak Dora też nie jest człowiekiem!). Taka była też kiedyś konwencja - wystarczy spojrzeć na wiele bohaterek młodzieżówek, które tak jak Dora niby nie są "takie jak inne", ale ich wyjątkowość budowana jest na pozbawianiu ich znaczących wad i sprawianiu, że pokonają bez większych problemów każdą trudność. I takie bohaterki zamiast być inspirujące, wydają nam się irytujące, bo gdzie nam do nich. Sama historia jest jednak na tyle wciągająca, że można przymknąć oko na Dorę i szwadron przystojniaków wokół niej. 

"Złodziej dusz" to powieść, którą czyta się bardzo szybko, a to pozwala przymknąć oko na pewne wady. To powieść przede wszystkim prosta - w każdym aspekcie - czasami wręcz kiczowata (te wszystkie żarciki i aluzje do seksu), ale przy tym rozrywkowa. Warto wziąć pod uwagę, że to debiut - sam pomysł ciekawy, wykonanie nieco gorsze. Można by wręcz rzec, że to czytadło - ale, hej, czy czasem w życiu nie potrzebujemy takich właśnie książek? Jeśli więc lubicie urban fantasy i szukacie czegoś lekkiego z silną postacią kobiecą, w zasadzie trochę młodzieżowego, choć z dorosłymi bohaterami to "Złodziej dusz" może być idealnym wyborem. Dla mnie książka idealna na spacery z psem czy na drogę do pracy, co wcale nie jest podszyte sarkazmem - to akurat kategoria książek, która jest mi bardzo podrzebna i pozwala mi się zrelaksować po umysłowej pracy na uczelni :)


"Złodziej dusz" Aneta Jadowska (2012)

Wydanie pierwsze: Fabryka Słów, wznowienie: SQN (2020)

 


"Pani Drake powitała panią Oliver i Poirota, usilnie tłumiąc rozdrażnienie. Detektyw domyślał się, że powodem była niezręczna sytuacja, w jakiej znalazła się jako gospodyni przyjęcia, na którym zdarzyła się rzecz tak niestosowna jak morderstwo."

Lubię kryminały Agathy Christie za pewien rodzaj humoru - obok jej najsłynniejszych powieści, ze świetnie skonstruowaną intrygą, są te mniej znane, które mają jednak swój czar dzięki postaci detektywa Herculesa Poirota. Może to perspektywa czasu, ale dziś odbieram te książki i postać jako przyjemnie przerysowane, a czytanie o eleganckim detektywie, który najpierw łazi w ciasnych lakierkach, bo inaczej nie wypada, a potem narzeka sprawia mi frajdę. Wystarczy spojrzeć na powyższy cytat - choć współczesne kryminały prześcigają się w trzymaniu nas w napięciu i zaskakiwaniu na każdym kroku, historie Agathy Christie mają czar dawnych lat, gdzie na przyjęciu mogła zdarzyć się tak niestosowna rzecz jak morderstwo - tak samo niestosowna jak porzucenie eleganckich butów na wygodne. I choć "Wigilia wszystkich świętych" niczym się nie wyróżnia i szybko uleci z głowy, to w czasie czytania dostarcza sporo rozrywki - jeśli już się z Poirotem polubimy (nie polecam tej książki na początek). 

"Już po opuszczeniu domu, idąc obok pani Oliver, Poirot westchnął. - Bardzo nieodpowiednie miejsce do popełnienia morderstwa - powiedział gdy zmierzali ścieżką do furtki. - Brak atmosfery zbrodni, brak tajemniczego sensu tragedii i ani jednej osoby wartej zamordowania, chyba że uznamy, iż od czasu do czasu ktoś ma ochotę ukatrupić panią Drake."

 "Wigilia wszystkich świętych" opowiada o przyjęciu z okazji Halloween, które kończy się prawdziwą zbrodnią. Za namową przyjaciółki rozwiązania sprawy podejmuje się słynny detektyw Hercules Poirot - który zwyczajnie się nudził i nie miał nic przeciwko, żeby rozerwać się na sielankowej angielskiej wsi poprzez wyciąganie przysłowiowych trupów z szaf - bo jak wiadomo, ktoś musi coś skrywać. Jak przystało na kryminał Agathy Christie detektyw sobie spaceruje, lakierki go uwierają, a przy okazji prowadzi ze wszystkimi rozmowy, interesując się bardziej wcześniejszymi zgonami w okolicy niż zabójstwem dziecka. Te klasyczne kryminały skupiają się przede wszystkim na psychologii i motywach, a nie pieczołowitym zbieraniu poszlak na miejscu zbrodni. Osobiście zabrakło mi tutaj więcej klimatu Halloween, jakiś elementów grozy - jak przyjemnie byłoby poczytać o paranormalnych spekulacjach dotyczących zbrodni i zdroworozsądkowym rozwiązaniu Poirota! Ale to nie Ameryka, tylko Anglia, a Halloween to po prostu kolejna okazja do zorganizowania przez starszą i bogatą damę przyjęcia, na którym ktoś śmie się tak niestosownie zachować i wyzionąć ducha!

"Poirot minął zakręt ścieżki, czując, że w tym momencie jego stopy są o wiele ważniejsze od spekulacji. Czy do nadinspektora Spence'a powinien udać się skrótem, czy też nie? Skrótem było prosto jak z łuku strzelił, za to główna droga mogła być dogodniejsza dla jego stóp. Ścieżka nie była ani trawiasta, ani pokryta mchami. Jak przystało na kamieniołom, miała twardość kamienia."

Powieść jest wystarczająco skomplikowana, aby nie nudzić, a zarazem na tyle prosta, że nie wymaga niezwykle uważnej lektury. Idealna na wolne popołudnie kiedy chcemy się po prostu zrelaksować. Choć powieści tej daleko do "Morderstwa w Orient Expressie" czy "I nie było już nikogo", które zachwycają intrygą i nietypowymi rozwiązaniami i jest jedną ze słabszych w karierze pisarki to nadal ma pewien czar za sprawą Poirota (i jego wspaniałych wąsów). Do przeczytania z przymrużeniem oka!


Agatha Christie "Wigilia wszystkich świętych" (1969)
Tłumaczenie: Krzysztof Masłowski
Starsze posty Strona główna

ABOUT AUTHOR

안녕하세요! Z wykształcenia doktor nauk politycznych i magister filmoznawstwa, hobbistycznie zapalona czytelniczka! Zapraszam na bloga o książkach, filmach oraz Półwyspie Koreańskim - czyli moich największych pasjach!

Categories

  • abyssos 1
  • agora 2
  • akurat 2
  • albatros 4
  • artrage 2
  • azjatyckie 91
  • beYA 1
  • bliski wschód 1
  • Books4YA 4
  • chiny 11
  • ciekawostki 7
  • copernicuscenterpress 2
  • cyberpunk 1
  • czarna owca 1
  • czarne 3
  • czytelnik 1
  • dark academia 1
  • dark fantasy 7
  • dialog 8
  • dlaczemu 2
  • dolnośląskie 1
  • dystopia 4
  • esej 4
  • europa wschodnia 1
  • fabryka słów 115
  • fae 1
  • fantastycznyorient 18
  • fantastyka 188
  • filia 2
  • film 3
  • filtry 1
  • format 1
  • foxgames 1
  • galeriaksiążki 1
  • gra książkowa 1
  • gramatyka 3
  • groza 19
  • harde 1
  • healing novel 6
  • hi:story 1
  • horror 19
  • idiom 3
  • indie 5
  • indonezja 1
  • instagram 5
  • iyashikei 2
  • jaguar 2
  • japonia 36
  • kdrama 1
  • kirin 7
  • klasyka 1
  • komedia kryminalna 5
  • komiks 3
  • korea 45
  • koreański 9
  • kryminał 24
  • krytyka polityczna 1
  • książki 188
  • kwiaty orientu 2
  • literatura dziecięca 5
  • literatura młodzieżowa 30
  • literatura piękna 21
  • literatura podróżnicza 2
  • luna 1
  • marginesy 2
  • matronat 1
  • mitologia 2
  • mova 3
  • mustread 2
  • muza 5
  • naukowe 8
  • new adult 3
  • nonfiction 8
  • nowa baśń 14
  • nyks 1
  • obyczajowa 1
  • papierowyksiężyc 2
  • patronat 4
  • planetaczytelnika 1
  • podróżnicza 1
  • powieść gotycka 2
  • powieść historyczna 12
  • prószyński 5
  • przygodowa 1
  • recenzja 175
  • relacja 7
  • replika 4
  • reportaż 14
  • retelling 1
  • retrobuki 18
  • romans 7
  • romantasy 1
  • sensacja 2
  • sf 20
  • słownictwo 8
  • space opera 1
  • sqn 6
  • szczeliny 2
  • świat książki 1
  • tajfuny 1
  • tajwan 2
  • thriller 7
  • urban fantasy 15
  • uroboros 13
  • vesper 3
  • w.a.b. 5
  • warbook 9
  • weird fiction 1
  • weneedya 2
  • western 1
  • wielka litera 1
  • wietnam 1
  • wydawnictwo ix 1
  • wydawnictwo kobiece 1
  • wydawnictwo literackie 2
  • wydawnictwo mięta 7
  • Wydawnictwo Noir sur Blanc 1
  • wydawnictwo poznańskie 2
  • wydawnictwo spisek pisarzy 1
  • wydawnictwo wab 2
  • wydawnictwo wilga 1
  • wydawnictwonoca 1
  • wyszukane 1
  • yaponia 3
  • you&ya 15
  • youngadult 26
  • yumeka 6
  • zielona sowa 2
  • znak 13
  • zygzaki 1

Matronat

Matronat
Trylogia Hierarchia magii

Matronat

Matronat
Trylogia Magów szkła

POPULAR POSTS

  • Smocza perła - recenzja
  • Naturalista (recenzja)
  • Pięć małych świnek (recenzja)
  • Gwiazdy w łańcuchach
  • #retrobuki 2000-2009
  • Bogowie otchłani
  • Muzyka otchłani
  • Space Sweepers (승리호)
  • Dworska tancerka (recenzja)
  • Popiół i kurz (recenzja)
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Szukaj na tym blogu

Blog Archive

Ważne

Wszystkie zamieszczone tutaj teksty oraz grafiki są moją własnością i nie wyrażam zgody na ich kopiowanie bez mojej zgody.

FOLLOW ME @ INSTAGRAM

Gdzie mnie znaleźć

  • Instagram
  • Lubimy czytać
  • Goodreads

Featured Post

#retrobuki

Copyright © 2016 Pani Papierek. Created by OddThemes