Pani Papierek

  • Home
  • Książkach
    • Azjatyckie
    • Naukowe
    • Gatunkowe
      • Fantastyka
      • Kryminał
  • Filmach
  • Korei
    • 한국어
    • Ciekawostki
  • Instagram
  • Współpraca

 


Ci, którzy pokochali Czarny staw, wiedzą, że największą siłą tej historii była paczka dzieciaków gotowych stawić czoła temu, czego dorośli nie widzieli lub widzieć nie chcieli. W Wile wracamy do tych bohaterów — dojrzalszych, odważniejszych, ale wciąż pełnych dziecięcej energii — i to właśnie oni sprawiają, że powrót nad jezioro jest tak ekscytujący.

Wiła to świetna kontynuacja pierwszego tomu: zachowuje wszystkie jego zalety, a jednocześnie rozwija bohaterów i pozwala im zmierzyć się z trudniejszymi tematami, jak choćby rozstanie z ukochanym zwierzakiem. To nadal ta sama historia o paczce dzieciaków, które — jak w Goonies, Stranger Things czy To Stephena Kinga — muszą poradzić sobie z tym, czego dorośli nie chcą, nie potrafią albo boją się dostrzec. I właśnie dlatego Wiła bawi, straszy i wzrusza, gwarantując równie dobrze spędzony czas jak z Czarnym stawem.

Dzieciaki, które już wiedzą, czym jest mrok

Największą siłą Wiły pozostaje motyw, który uwielbiam: dzieciaki kontra zło. Tym razem jednak Kamil i jego paczka wracają bogatsi o doświadczenia z pierwszego tomu. Nie muszą już siebie przekonywać, że nadnaturalne istoty istnieją — sami dobrze wiedzą, że coś potrafi wyjść z mroku nad Czarnym Stawem. A skoro znów pojawia się zagrożenie, dzieciaki od razu działają: szukają tropów, badają legendy i robią to, czego nie zrobią dorośli. Ba, nawet nie zawracają sobie głowy szukaniem u nich pomocy, wiedząc z doświadczenia jak łatwo ich strach może zostać zignorowany.

To młodzi bohaterowie nadają tej serii rytm: są wiarygodni, pełni emocji, odwagi, strachu i śmiechu. Ziębiński nie infantylizuje ich ani nie robi z nich „małych dorosłych”. Pozwala im przeżywać, wątpić, bać się naprawdę — dzięki czemu tak łatwo im kibicować. Mają w sobie ten sam czar, co bohaterowie wspomnianych Goonies czy Stranger Things: dzieci, które pomimo młodego wieku znajdują w sobie odwagę i siłę, by walczyć o ocalenie miasteczka, a przy tym wszystkim nie tracić tej dziecięcej fascynacji światem, który może być znacznie mniej racjonalny i poukładany niż wydaje się to dorosłym.

Czy warto znać Czarny staw przed lekturą Wiły? Z pewnością, bo choć fabularnie przedstawiają dwie zamknięte historie, to znajomość pierwszego tomu pozwala na lepsze uchwycenie dynamiki relacji miedzy bohaterami oraz ich dojrzewania.

Groza, przygoda i piękny hołd dla kota

Choć Wiła powraca do mrocznej atmosfery niebezpieczeństwa czającego się w lesie i zakradającego się do szkoły czy dziecięcych pokoi, a także odwołań do cudownie niepokojących legend, druga część jest czymś więcej niż tylko historią o strachu. To także opowieść o przyjaźni, lojalności i odwadze, która nie zawsze wygląda spektakularnie — czasem jest nią po prostu trzymanie się razem, gdy noc robi się zbyt ciemna.

Ogromnym atutem tej powieści jest wątek Pana Pulmana — prawdziwego kota, którego Ziębiński uwiecznił na kartach książki. Jego obecność jest jednocześnie wzruszająca i heroiczna: stary, chory, a jednak oddany swojej rodzinie na tyle, by stanąć oko w oko z czymś, co nawiedza jezioro. Już dla samego Pana Pulmana warto przeczytać Wiłę. I wzruszyć się, jeśli samemu doświadczyło się rozstania ze zwierzakiem.

Groza bez brutalności — idealna dla młodych czytelników

Jeśli nie lubicie horrorów, a kochacie dreszczyk, śledztwo, przygodę i legendy — Wiła to strzał w dziesiątkę. Ziębiński znowu świetnie równoważy napięcie i mrok z humorem i energią młodych bohaterów. Groza nie jest tu przesadzona, a klimat oparty na ludowych historiach działa wyśmienicie. I chociaż jest to książka kierowana do młodego czytelnika, to niezależnie od wieku można się doskonale bawić — wystarczy mieć w sobie tego ducha dziecięcej przygody i fascynacji tym, co wymyka się dorosłym umysłom. Innymi słowy, jeśli mimo strzykania w kolanie i roku urodzenia zaczynającego się od 19... nadal lubicie Goonies czy doskonale bawicie się przy Stranger Things, to Czarny staw i Wiła są książkami dla was. Jednocześnie jest tu znacznie mniej straszenia niż w To i po przeczytaniu nie będziecie się bać iść spać ze zgaszonym światłem.

Słowem podsumowania…

Wiła to kontynuacja, jakiej chciałam: pełna serca, przygody i emocji, dojrzalsza niż pierwszy tom, ale wciąż wierna temu, co w Czarnym stawie działało najlepiej. To książka, którą czyta się błyskawicznie, z uśmiechem i wzruszeniem, a czas spędzony z bohaterami po raz kolejny okazuje się „dobrze spędzonym czasem”. Opowieści o młodzieńczej odwadze, sile lojalności i przyjaźni —  których próżno szukać w dorosłym życiu, gdzie każdy zajęty jest swoimi sprawami — nigdy mi się nie znudzą, a w wydaniu tak pełnym serducha jak Wiła to mogę wracać i wracać nad ten przeklęty Czarny Staw.


 

Zacznę prosto: jeśli nie wiesz z jakiego filmu pochodzi cytat What's your favorite scary movie?, to "Aplikacja" nie jest książką dla Ciebie. Powieść Filipa Nafalskiego to slasher - napisany przez miłośnika gatunku dla osób, które z czystą przyjemnością oglądają "Krzyk", "Halloween" czy "Piątek 13-stego". A co oznacza ten gatunek? Makabryczne rozczłonkowywanie, wręcz nadludzką siłę zamaskowanego mordercy i grupkę nastolatków służącą za zwierzynę łowną. Motyw działań? Wcale nie musi być głęboki - co świetnie pokazuje film "Krzyk". Bo w slasherze nie chodzi o głębię - ani o logikę; nie chodzi nawet o grozę - tylko o czystą makabryczną rozrywkę. To ten gatunek, gdzie bohater słysząc hasał biegnie na górę, odcinając sobie drogę ucieczki zamiast zwiewać do auta i po drodze dzwonić po policję; gdzie morderca jest nieśmiertelny (zawsze trzeba strzelać w głowę dwa razy, dla pewności!). To gatunek, w którym nie przeszkadza pewna powtarzalność - jeśli twórcy się z nią bawią, podkręcają (głupotę bohaterów, wymyślność makabry) ku uciesze fanów. 

W dużej mierze Filipowi Nafalskiemu się to udało, choć jest parę kwestii, które mogłyby być jednak lepiej rozwinięte. Przede wszystkim za dużo w tej książce inspiracji "Krzykiem" (które doprowadziły do przewidywalności), a za mało oryginalności, którą oferował motyw tytułowej aplikacji i "zabójczego chatbota". Ostatecznie aplikacja nie miała większego znaczenia dla fabuły - a to wielka szkoda. Slasher z założenia to gatunek dla nastolatków (z którego jego miłośnicy wcale nie wyrastają), ale jej wattpadowy styl nie do końca mi podszedł. Całość napisana jest zbyt prosto - i mało naturalnie. Czuć, że nie jest to powieść napisana przez osobę doświadczoną, z wypracowanym warsztatem pisarskim.

Odhaczanie elementów slashera

"Aplikacja" to przykład książki, która odhacza gatunkowe punkty. Wiemy przez to dokładnie czego się spodziewać - i możemy labo z tym płynąć, albo odczuwać nudę. Dlaczego "Krzyk" to film kultowy? Bo to film absolutnie samoświadomy gatunku - wyłuszczający nam wręcz zasady, a potem się z nim bawiący. "Krzyk" jest zarazem przewidywalny dla fanów slasherów typu "Halloween", jak i totalnie nieprzewidywalny, bawiący się z konwencją. "Aplikacja" niestety za bardzo idzie w inspirację, nie zostawiając dużo miejsca na nieprzewidywalność. Najbardziej bawi się w makabrze - w "Krzyku" mieliśmy nożownika, tutaj każda ofiara ginie w coraz bardziej wymyślny sposób. Dla mnie to jednak za mało, żeby "Aplikacja" wyszła poza "czytadełko" - tak jak wiele slasherów, które obejrzałam, dobrze się bawiłam w trakcie i nigdy więcej do nich nie wracałam. Zupełnie inaczej jest z "Krzykiem", filmem który regularnie oglądam i za każdym razem doskonale spędzam czas.

"Aplikacja" zdaje się odhaczać elementy slashera, ale bez większej refleksji. Slasher to podgatunek horroru, który skupia się na psychopatycznym zabójcy polującym na grupę ofiar, często nastolatków - mamy to. Zabójca nosi maskę, jego tożsamość jest ukryta, a my do samego końca nie wiemy kto zabija - jest. Ma nadludzką wytrzymałość i ciężko go zabić - jest. Ofiary to lekkomyślni nastolatkowie, których często łączy mroczny sekret z przeszłości - jest. I tak dalej...

Te slashery, które stały się kultowe do tej formuły dodawały coś od siebie. W przypadku "Aplikacji" tym czymś miał być bot kontaktujący się z użytkownikami komunikatora. Nie będę ukrywać, że to świetny pomysł, mogący wykorzystać współczesne lęki związane z technologiami - nie tylko nieznajomym w sieci, ale sztuczną inteligencją. Jaka wielka szkoda, że Autor tego nie wykorzystał, nie grał w czytelnikiem (zabija realny morderca czy bot?). "Aplikacja" to poprawny slasher, który jednak nie zapada w pamięć na dłużej - bo nie wykorzystuje oryginalnych elementów, tylko idzie utartym szlakiem.

Jednocześnie znając konwencję nie czepiam się wielu elementów - pobieżnych relacji między bohaterami, niewyjaśnionym pojawianiu się bohaterów, niekompetencji policji - to wszystko to gatunkowe elementy, na które w pełni się godzimy sięgając po slasher :) Nie ma co spodziewać się tutaj psychologicznej głębi!

Słowem podsumowania...
"Aplikacja" Filipa Nafalskiego to książka, która wie, czym jest slasher, i dostarcza dokładnie tego, czego fani gatunku oczekują: makabrycznej rozrywki, krwawych twistów i klasycznego mordercy w masce. Niestety, choć bawi, nie zaskakuje – zbyt mocno trzyma się schematów, a jej najciekawszy pomysł (zabójczy chatbot) pozostaje niewykorzystany. To powieść, którą czyta się lekko i z uśmiechem, jeśli lubi się "Krzyk" czy "Halloween", ale która nie zostawia po sobie trwałego śladu. Dla fanów slasherów – solidna dawka rozrywki. Dla tych, którzy szukają czegoś więcej niż odhaczanie gatunkowych klisz – może być jednak zbyt przewidywalna. Warto dać jej szansę, ale bez oczekiwań, że zmieni wasze postrzeganie gatunku. W końcu w slasherze nie chodzi o rewolucję – tylko o to, by dobrze się bawić oglądając głupotę postaci i nieśmiertelność zabójcy w masce.



 „Doktor Jekyll i pan Hyde” to jedna z tych historii, które na stałe wpisały się w kulturę – trudno znaleźć kogoś, kto nie kojarzy tej opowieści z licznych filmowych adaptacji. Postaci doktora Jekylla i pana Hyde’a stały się wręcz synonimem dwoistości ludzkiej natury, symbolem wewnętrznej walki dobra i zła. Jednak sięgając po oryginalną powieść Roberta Louisa Stevensona, można odnieść wrażenie, że większość adaptacji i nawiązań do tego dzieła nie oddaje w pełni jego głębi i złożoności. To właśnie ta lektura przypomniała mi, dlaczego klasyki literatury warto czytać – nawet jeśli wydaje się, że znamy je na wylot.

Odkrywanie klasyków

Lubię sięgać po pierwowzory historii, które na stałe zapisały się w naszej kulturze. Choć wydają się powszechnie znane, to i tak potrafią zaskoczyć i nasunąć nowe interpretacje. Pierwsze, co rzuca się w oczy podczas lektury „Doktora Jekylla i pana Hyde’a”, to narracja. Stevenson nie opowiada historii wprost, ale stopniowo odsłania jej tajemnice, budując napięcie i atmosferę grozy. Opowieść jest prowadzona z perspektywy prawnika, pana Uttersona, który staje się detektywem-amatorem, próbującym rozwikłać zagadkę dziwnego związku między szanowanym doktorem Jekyllem a przerażającym panem Hydem. Ta narracyjna perspektywa sprawia, że czytelnik nie znający adaptacji stopniowo odkrywa prawdę razem z bohaterami, co dodaje historii dodatkowego suspensu. A co zostaje dla tych, którzy znają już rozwiązanie? Postać pana Uttersona! Ukazanie historii z jego perspektywy to coś, czego raczej nie spotykamy w adaptacjach. Sami tytułowi Jekyll i Hyde pojawiają się stosunkowo rzadko, a ich relacja jest ukazana głównie przez pryzmat obserwacji innych postaci. To zabieg ciekawy, bo pozwala czytelnikowi samemu wyobrazić sobie, co tak naprawdę dzieje się za zamkniętymi drzwiami laboratorium (szalonego?) doktora. Stevenson nie epatuje brutalnością ani nie wchodzi w szczegóły przemocy – zamiast tego buduje atmosferę niepokoju, która działa na wyobraźnię, jedynie zaznaczając, że pan Hyde "budzi obrzydzenie", jest w jakiś sposób "zdeformowany".

Analiza ludzkiej duszy

Stevenson w swojej książce zręcznie łączy elementy gotyckiego horroru, kryminału i filozoficznej rozprawy nad istotą człowieczeństwa. Z początku wydaje się, że mamy do czynienia z klasyczną opowieścią grozy – tajemnicze, mroczne ulice Londynu, potworna zbrodnia i poszukiwanie tożsamości budzącego grozę pana Hyde’a. Jednak im głębiej wchodzimy w tę historię, tym bardziej okazuje się ona czymś więcej niż horrorem. Głównym tematem powieści jest dualizm natury ludzkiej. Jekyll, szanowany naukowiec, tworzy eliksir, który pozwala mu uwolnić swoje ukryte, ciemne ja – pana Hyde’a. Jednak z czasem okazuje się, że Hyde nie jest tylko „drugą stroną” Jekylla, ale osobowością, która zaczyna dominować i niszczyć swojego twórcę. To opowieść o tym, jak łatwo można stracić kontrolę nad swoimi najgłębszymi pragnieniami i instynktami. Stevenson pokazuje, że w każdym człowieku tkwi zarówno dobro, jak i zło – i że próba ich całkowitego oddzielenia może prowadzić do katastrofy. Łączy się to z motywem moralności naukowca - odpowiedzialności za eksperymenty Jekyll, jako naukowiec, igra z siłami, których nie rozumie do końca. Jego historia przypomina klasyczne ostrzeżenie przed bezrefleksyjnym dążeniem do wiedzy i postępu, podobnie jak w Frankensteinie Mary Shelley.

Co ciekawe, powieść możemy także odczytywać jako społeczny komentarz, dotyczący hipokryzji dżentelmenów wdziewających "maski" dobrej reputacji, pod którymi skrywane są mroczne żądze. W powieści wielokrotnie wspominane jest jak bardzo doktor Jekyll musi dbać o dobre imię. Najważniejsze jest by nikt nie połączył go ze zbrodniami pana Hyde'a - a nie pokuta za popełnione złe uczynki. Jekyll reprezentuje fałsz i pozory moralności, które dominowały w epoce wiktoriańskiej. Jego dbałość o reputację jest ważniejsza niż prawdziwa moralność. 

Atmosfera

Powieść zachwyca atmosferą grozy i niezwykłości - opisy londyńskich ulic, mgły i mrocznych zaułków doskonale współgrają z tematem powieści. Stevenson pisze z niezwykłą precyzją i elegancją, a jego styl jest oszczędny, ale jednocześnie pełen napięcia. Nowe tłumaczenie (Uroboros, 2025) w pełni to oddaje i powieść czyta się z czystą przyjemnością. Na uwagę zasługuje także wydanie - klimatyczne ilustracje w odcieniach czarnego i zielonego koloru idealnie pasują do tej powieści. 

Słowem podsumowania...

Mimo że historia Jekylla i Hyde’a jest powszechnie znana, lektura oryginalnej powieści wciąż potrafi zaskoczyć swoją głębią i atmosferą. Niezwykle sprawnie poprowadzona narracja, gęsty, mroczny klimat oraz psychologiczna głębia czynią z tej książki ponadczasowy klasyk grozy, który nie traci na aktualności. Temat dwoistej natury człowieka, który Stevenson tak genialnie eksploruje, sprawia, że powieść jest idealnym materiałem na różne adaptacje – ale żadna z nich nie oddaje w pełni jej literackiej siły. Zdecydowanie warto sięgnąć po oryginał, nawet jeśli wydaje się, że znamy tę historię na wylot. Choć powieść powstała w XIX wieku, jej przesłanie wciąż pozostaje niezwykle aktualne. Pytania o moralność, tożsamość i granice nauki, które stawia Stevenson, są dziś równie ważne jak w czasach, gdy książka została napisana. To jedna z tych lektur, które pozostają w głowie jeszcze długo po przewróceniu ostatniej strony – skłaniając do refleksji nad granicami moralności i tym, co naprawdę kryje się w ludzkiej duszy.

 


"Awaria prądu" to antologia opowiadań grozy polskich autorek, połączonych motywem przewodnim: elektrycznością. Czy w dzisiejszych czasach może być coś straszniejszego niż tytułowa awaria prądu? Gdy świat spowija ciemność, a urządzenia elektryczne nie działają? Autorki tego zbioru opowiadań pokazały różne oblicza grozy związane z elektrycznością. I choć jak to bywa z antologiami, są tu teksty lepsze i gorsze, jako całość "Awaria prądu" naprawdę przypadła mi do gustu. Podejście do motywu przewodniego jest różnorodne i nie ma się wrażenia wtórności: zagrożenie związane z elektrycznością można zinterpretować na różne sposoby, od zabójczej burzy po krwiożercze robaki poruszające się za pomocą sieci. To naprawdę solidna antologia, ukazująca talent polskich autorek i nieszablonowe podejście - nie brakuje tekstów zawierających humor, intrygujących, jak i takich które wywołują ciarki na plecach. A wisienką na torcie jest samo wydanie: twarda oprawa, barwione brzegi, ilustracje.

Groza niejedno ma imię

Możliwe, że jestem w mniejszości, ale bardzo lubię opowiadania grozy. Krótsza forma moim zdaniem jest wprost stworzona do tego gatunku - budowanie napięcia najlepiej się sprawdza, kiedy nie przerywamy czytania, a przy powieściach jest to trudne. Z czystą przyjemnością sięgam po antologie grozy, które łączy motyw przewodni - to naprawdę fascynujące odkrywać jak różni autorzy potrafią podejść do jednego tematu. Pod tym względem czytanie "Awarii prądu" dało mi ogrom satysfakcji: siedemnaście bardzo różnych interpretacji! I choć niektóre opowiadania zapadły mi w pamięć bardziej, inne mniej to z całą szczerością tylko dwa mi się nie podobały. Jednym z nich jest "Zaciemnienie" Pauliny Hendel, które odstawało od reszty klimatycznie: jednak tematyka prądu niekoniecznie pasuje do fantastyki, a i ton opowiadania, gdzieś na pograniczu komedii i makabry mi nie zagrał. Niektóre teksty były po prostu w porządku - otwierająca "Nowa nadzieja" w znacznym stopniu nawiązuje do klasyki grozy i science-fiction w stylu Herberta George'a Wellsa czy "Frankensteina", zabrakło mi w niej jednak większej oryginalności. Inne opowiadania zostaną zaś ze mną na długo. Bardzo cenię pióro Aleksandry Bednarskiej i tym razem znów mnie nie zawiodła: "Nowy blask" to opowiadanie o toksycznej relacji matki i córki naznaczonej wypadkiem z prądem, które trzyma w napięciu do samego końca. Kolejne dwa opowiadania to również perełki tej antologii: "Paskudna sprawa", z wątkiem kryminalnym naprawdę wywołuje ciarki na plecach, a "Po drodze" to doskonały przykład krótkiego, ale świetnie napisanego opowiadania z zaskakującym finałem. Na liście moich ulubionych opwoadań znajdują się także "Błyski" z apokaliptycznym klimatem, odnoszące się do pytania "co czeka ludzkość, gdy nagle zabraknie prądu?". "Kablowa wróżka" to z kolei tekst dziwny, ale w taki intrygujący sposób - i jeszcze tak surowo napisany, że czujemy oblepiający brud w tej mrocznej wizji przyszłości. W zbiorze nie zabrakło krótkich, ale przemawiających do wyobraźni opowiadań, jak i tekstów zabawnych ("Półżab"), a nawet opowiadania o... mszczącym się chomiku. Jestem pewna, że wśród takiej różnorodności każdy miłośnik grozy znajdzie swoje ulubione opowiadanie - i to zapewne więcej niż jedno!

Słowem podsumowania...

"Awaria prądu" to antologia, która nie tylko dostarcza dreszczyk emocji, ale i pokazuje, jak kreatywnie można podejść do jednego, pozornie prostego motywu. Czym może grozić rozmowa z gniazdkiem w dziecięcym pokoju? Czy utrata prądu może zapowiadać apokalipsę? Jakie konsekwencje może mieć rażenie piorunem podczas narkotykowego tripu? I czy siedząca u lokalnego pijaczka ogromna półżaba to efekt wypicia bimberku?

"Awaria prądu" to aż siedemnaście różnych pomysłów na teksty o elektryczności i żaden z nich się nie powtarza. Elektryczność, jak i groza, mają wiele twarzy. Dla mnie ogromnym pozytywnym zaskoczeniem była ta różnorodność – niektórych może jednak rozczarować fakt, że większość opowiadań podchodzi do tematu w sposób mniej oczywisty. Zamiast klasycznych wizji świata bez prądu czy naukowych eksperymentów, autorki często eksplorują bardziej metaforyczne i niecodzienne aspekty elektryczności. Przez to pozwalają uzmysłowić sobie, że elektryczność jest wszędzie wokół nas i nie zawsze musi być "posłuszna".

Ponadto Wydawnictwo Mięta udowadnia, że książka może być nie tylko ucztą literacką, ale i wizualną – a antologie grozy nie muszą mieć wyłącznie obskurnych okładek, ale mogą dumnie stać na półce obok pięknie oprawionych klasyków.

Polecam Awarię prądu wszystkim, którzy szukają opowiadań nie tylko wywołujących dreszczyk emocji, ale i zmuszających do refleksji nad tym, jak bardzo uzależniliśmy się od prądu i jak cienka jest granica między ujarzmieniem natury a jej niekontrolowaną zemstą.


 


"Dom z liści" to powieść niezwykła, a sam proces jej czytania jest wyjątkowym doświadczeniem. To książka-performance, książka-labirynt -  zacierająca granice między gatunkami, formą, ale i autorstwem. Cała książka, już od strony tytułowej gra z nami, stawiając nam pytania. Czym jest "Dom z liści"? Przypominającą pracę naukową analizę (nieistniejącego?) filmu dokumentalnego o nawiedzonym domu (a może popadającej w szaleństwo rodzinie?), opracowaną przez Zampano? A może opowieścią Johnny'ego Wagabundy, który znalazł zapiski Zampano, poskładał je do kupy i opatrzył własnymi przypisami - często dotyczącymi tego, co się u niego dzieje? A może w końcu ostateczne autorstwo należy przypisać czytelnikowi, który aktywnie musi uczestniczyć w procesie przedzierania się przez ten labirynt, uczestnicząc w performansie czytania "Domu z liści"? Każdy wszak może czytać tę książkę inaczej - najpierw rozdziały, potem przypisy, potem dodatki. A może od razu przypisy, od razu dodatki? Ja jeszcze podkreślałam w tej książce interesujące fragmenty, dokładając kolejną cegiełkę - osoba czytając po mnie "Dom z liści" będzie się zastanawiać, czemu te, a nie inne fragmenty są podkreślone. Dodatkowo uczucie niepokoju zwiększa poczucie popadania w szaleństwo - autora filmu dokumentalnego, Zampano, Wagabundy i w końcu nas, czytelników, próbujących poskładać to wszystko w całość. 

Zarówno pod względem poruszanych tematów, jak i formy "Dom z liści" to literacki labirynt, eksplorujący motyw strachu, miłości, obsesji i niezbadanych, tajemniczych przestrzeni - zarówno w nas samych, jak i poza nami. To powieść, która wymyka się łatwej kategoryzacji, łącząc horror, thriller psychologiczny, akademicki (pseudo)tekst naukowy i nawet romans z eksperymentalną formą, która wymaga wspomnianego zaangażowania czytelnika. "Dom z liści" jest bardzo immersyjny, bo swoja formą przypomina filmy typu found footage, tylko w wersji literackiej: mamy wrażenie, że analizowany film rzeczywiście istnieje (ta towarzysząca lekturze chęć obejrzenia dokumentu o Navidsonie i przerażającym domu!), że ktoś rzeczywiście dokonał jego analizy naukowej, ze wszystkimi przypisami i teoriami, a następnie ktoś inny złożył te rozsypane notatki do kupy i wydał - a my w rękach trzymamy autentyczny tekst Zampano, zredagowany przez Wagabundę. To zacieranie granicy między fikcją a odnalezieniem autentycznych zapisków szaleńca potęguje wrażenie niepokoju, które nieodłącznie towarzyszy czytaniu tej powieści. W swej istocie "Dom z liści" jest opowieścią o tym, jak zmagamy się z nieznanym, odzwierciedlająca tą dezorientację zarówno na poziomie tematycznym, jak i uczucia, które towarzyszy czytelnikowi - bo ta książka jest tak inna, że nie może wzbudzać innych uczuć.

"Dom z liści" mógłby być kolejną opowieścią grozy o nawiedzonym domu, gdyby nie ta zaskakująca, niezwykle angażująca forma. Przypominająca powieść szkatułkową to opowieść o rodzinie Navidsona, który przeprowadza się do niepokojącego domu - domu, którego zewnętrzne wymiary nie pokrywają się z wewnętrznymi; domu w którym z dania na dzień pojawiają się nowe pokoje i korytarze; domu, który stanowi wyzwanie dla małżeństwa. Autobiograficzny film dokumentalny o Navidsonie jest z kolei analizowany przez Zampano, który wszędzie w swym mieszkaniu pozostawił notatki. Czy zmarł śmiercią naturalną, czy stały za tym jakieś niezwykłe siły? A co z Johnnym, który natrafia na notatki Zampano i postanawia złożyć je w całość - choć uważa ich autora za grafomana, opatrując przypisami - z których wynika, że sam zaczyna doświadczać działania tajemniczych sił. Choć może to wszystko dzieje się wyłącznie w jego głowie? Poczucie chaosu, dezorientacji - i w końcu strachu, uczuć, które towarzyszyły bohaterom - potęguje fragmentaryczna forma. Im dalej się zagłębiamy w tekst, tym bardziej słowa wirują (czasami dosłownie), sprawiając, że czytanie jest wyzwaniem. I to jakim - zarówno fizycznym, jak i intelektualnym - musimy przeskakiwać między sekcjami, rozszyfrowywać tajemnicze adnotacje, poruszać się po niekonwencjonalnej typografii. W samym czytaniu tej książki jest coś klaustrofobicznego, gdy ta labiryntowa forma przytłacza - co znów współgra z tematem, czyli opowieścią o domu Navidsonów, którzy w labiryncie jego korytarzy tracili kontrolę (tak jak my czytając "Dom z liści").

Pod tą niezwykłą formą kryje się opowieść o eksploracji tego, co nieznane. Tytułowy dom, z jego ciągle rozszerzającymi się, pozbawionymi światła, przytłaczającymi korytarzami zdaje się być metaforą niezbadanych, tajemniczych terytoriów ludzkiej egzystencji - ciemnych zakątków psychiki, pełnych żalu, traumy i strachu. Sam film o domu Navidsonów to nie tyle historia o nawiedzonym miejscu, co raczej o związku dwojga ludzi wystawionych na próby: ich zmagania z domem odzwierciedlają ich próby ratowania związku, bo miłość, tak jak dom może być schronieniem, bezpiecznym portem - ale także polem bitwy. Istotnym tematem powieści jest obsesja, szaleństwo, popadanie w paranoję. Chodzi tutaj nie tylko o Navidsona i jego konfrontacje z niepokojącym domem, ale także Johnny'ego. Za pośrednictwem przypisów poznajemy jego upadek - popadanie w paranoję, wywołaną lekturą rękopisu Zampano. Johnny nie miał bezpośrednio styczności z domem, a i tak został pochłonięty przez samo opracowanie tekstu. A co z nami, czytelnikami? Nam pozostaje przedzieranie się przez te warstwy niepokoju i próba odszyfrowania, co mogło wydarzyć się autentycznie w świecie przedstawionym, a co jest jedynie wymysłem szaleńca.

Niezwykle silne są uczucia, które wywołuje obcowanie z "Domem z liści". Groza dotyczy tutaj odwoływania się do pierwotnych lęków - poczucia zagubienia, bezsilności, bycia nieistotnym. Dom, który zamiast schronienia i ciepła wywołuje strach staje się niejako alegorią kruchości życia, nieprzewidywalności.

Jak możecie się już domyślić, "Dom z liści" nie jest łatwą lekturą - to powieść wymagająca, dezorientująca, momentami głęboko niepokojąca. Jednocześnie jeśli nie jest Wam straszna niezwykła forma - to jest to powieść niezwykle satysfakcjonująca. Pod niecodzienna formą skrywa się eksploracją uniwersalnych tematów związanych ze strachem. "Dom z liści" to powieść, która pozostaje w pamięci na długo - można by rzec: prześladując czytelników na długo po przerzuceniu ostatniej strony. Czy tak czuł się Johnny Wagabunda, nasz "redaktor",  po przeczytaniu zapisków Zampano? Czy już wtedy zaczął popadać w obłęd? Czytając "Dom z liści" mierzymy się nie tylko z formą powieści, ale i licznymi metaforami. To powieść wyzwanie, książka tylko dla odważnych - czy uda nam się wszystko rozszyfrować? Jeśli jesteście otwarci na nowe literackie doświadczenia - to warto wyruszyć w niezapomnianą, a jednocześnie niepokojącą podróż w głąb historii o jednym domu, który opętał Navidsona, Zampano, Johnny'ego... a może także kolejnego czytelnika, kolejną osobę, która pośrednio z domem obcowała?


 


"Tu spoczywa mściwa suka" ma z założenia być odważnym thrillerem zemsty z motywem female rage - na co wskazuje zadziorny tytuł - łączącym horror, tajemnicę i czarny humor. Nasza główna bohaterka ma być cyniczna, pełna ciętych ripost i traktowana z góry przez małomiasteczkową społeczność, jako osoba, z  której nie wyrośnie nic dobrego. Ostatecznie w starciu z własnym mordercą ma okazać się dziewczyną nie do złamania - taką, która wraca zza grobu po swą zemstę. I gdyby to wszystko zostało przelane na papier zgodnie z założeniem otrzymalibyśmy niezłą jazdę bez trzymanki, książkę, która na długo zapada w pamięć. Jednak wbrew tytułowi powieści zabrakło pazura, nie wszystkie elementy trzymają się kupy, a zemsta jest mało satysfakcjonująca - "Tu spoczywa mściwa suka" staje się książką do przeczytania i zapomnienia, bo nie wywiera takiego wrażenia, jakie powinna. Ta książka jest boleśnie młodzieżowa: stara się być cool, ale brakuje jej prawdziwego mroku lub przeciwnie, zabawy z konwencją i czarnego humoru. Za to otrzymujemy średniaczka, który nie wie, w którą stronę podążać.

Grzechem głównym powieści jest za mało suspensu i zemsty - jednak po bohaterce nazywającej siebie "mściwą suką" czytelnik oczekuje krwawej spirali zemsty lub dania zaserwowanego na chłodno, ale z rozwagą i planowaniem. A tak dostajemy zemstę w postaci dania z mikrofali: podgrzanego na szybko w ostatniej chwili i nie dającego żadnej satysfakcji. Wynika to w dużej mierze z braku budowania odpowiedniego suspensu: tytuł, okładka, opis z tyłu zdradzają, że bohaterka nie żyje, jednak w książce moment odkrycia przez nią jej stanu jest opóźniany; gdy w końcu to następuje musi się "pozbierać", co zostawia mało stron na zapowiadaną zemstę. Zabrakło mi planowania mściwych kroków, prześladowania podejrzanych oprawców, by w końcu doprowadzić do wielkiego finału: wymierzenia sprawiedliwości zza grobu. 

"Tu spoczywa mściwa suka" nie skupia się wyłącznie na losach Annabel - odkrycia, co się z nią stało zanim obudziła się na brzegu jeziora, a potem wytropienia osoby (lub osób) winnej. Pojawiają się tutaj wątki poboczne - innych osób, którym tak jak Annie przydarzyło się coś potwornego na Górze Zmartwychwstania, i które tak jak ją trzymają na ziemi silne emocje. Jakie? Tego się nie dowiemy, nawet w przypadku bohatera, co do którego pojawiają się pewne podejrzenia. Te wątki miały potencjał być bardzo interesującymi, gdyby zostały odpowiednio doprawione, a nie porzucone i urwane. Dodatkowo wprowadzony został motyw piekielnych ogarów, który niezwykle mnie irytował ze względu na zbędność; ogary miały na celu dopaść Annie (czemu tylko ją?), ostatecznie nie wnosząc wiele do budowania napięcia: ot, pojawiały się i znikały.

Cała powieść wypełniona jest niestety irytującymi głupotkami odsłaniającymi brak logiki w kreowanym przez autorkę świecie: nawet w fantastyce i horrorze muszą istnieć pewne zasady i nie mogą być one wybiórcze. Można na nie co prawda przymknąć oko - trochę ciężej jednak zachować irracjonalne zachowanie głównego złoczyńcy tej powieści, który jakoś mało przejmuje się możliwością, że jego (lub jej) ofiara mogła powrócić zza grobu.

Wszystko, co miało potencjał w tej książce mieć pazura godnego oznaczenia 18+ wyszło nieco zbyt miałkie dla osób lubiących solidną grozę lub szaloną zabawę. Ta powieść kojarzy mi się z netflixowym serialem YA, nieco zbyt ugrzecznionym, z grupą różnorodnych osób miłych dla oka, ale nie wnoszących wiele do fabuły. Nie ma tu miejsca na opowieść o zemście z stylu "Kill Billa" Tarantino - szalonej zabawy z motywem eliminowania sprawców; ale nie ma również satysfakcji, którą daje finał "Carrie" Stephena Kinga, bo wszystko zostało zbyt ugrzecznione, nawet napiętnowanie naszej bohaterki. Annie ma być przykładem złego prowadzenia się, ale wcale nie odbiega znacząco od innych nastolatków - a nadużywanie wulgarnego języka wcale nie czyni jej wybitnie zadziorną. Brakuje w niej tego ognia, który można przypisać określeniu "mściwa suka".

Powieść ta ma jednak pewne zalety. Interesujący był wątek złej opinii o Annie - dziewczynie przyszyto taką łatkę, jednak wraz z rozwojem fabuły odkrywamy, że ma za sobą trudne dzieciństwo, a prawdziwym potworem w tym miasteczku jest jej matka. Jak w wielu horrorach o zbuntowanych nastolatkach, tak i tutaj mamy nieodpowiedzialnych lub nieobecnych dorosłych, na których pomoc nie można liczyć - więc sprawy należy brać we własne ręce.

"Tu spoczywa mściwa suka" nie jest soczystą powieścią o zemście - jest na to odrobinę zbyt naiwna i młodzieżowa. Z pewnością bardziej spodoba się nastolatkom niż starym wyjadaczom - a także tym którzy szukają pozornie strasznego tytułu, a nie książki naprawdę przerażającej. Nie mogę zaprzeczyć, że na początku książka jest wciągająca, ale ostatecznie zawodzi oczekiwania. Jej głównym grzechem jest wprowadzanie zbyt wiele zbędnych postaci i wątków oraz przedłużanie momentu odkrycia śmierci - przez co oswajanie się z byciem duchem, testowanie możliwości i w końcu pogoń za złoczyńcą potraktowane zostają po macoszemu, nie dając satysfakcji. Sam pomysł jest dobry, powieść sprawia jednak wrażenie niedopracowanej (urwane wątki, brak określenia wyraźnych zasad funkcjonowania w życiu pozagrobowym). Niestety to książka, która bardziej przyciąga uwagę tytułem i okładką niż treścią. Nie jest to powieść wybitnie zła, ale niczym się nie wyróżnia - czyta się szybko, a potem równie szybko ulatuje z głowy. To książkowy odpowiednik horrorów klasy B.

Codie Crowley "Tu spoczywa mściwa suka" (2024)
Polskie wydanie: You&YA


 


"Dziecko Rosemary" Iry Levina to przykład mistrzowskiego budowania suspensu: powoli, krok za krokiem narasta atmosfera strachu i paranoi, gdy w codzienne życie młodej pary wkrada się element niesamowitości. Ta opublikowana w 1967 roku powieść na stałe zapisała się we współczesnej literaturze grozy, nadal wywołując ciarki na plecach bez konieczności odwoływania się do krwawych i brutalnych scen. Siłą tej powieści jest zacieranie granicy między tym co znajome, zwyczajne, a tym co złowrogie: młode małżeństwo spełnia swoje marzenie wprowadzając się do wymarzonego mieszkania, gdzie dekoruje pokoje i przygotowuje się do powiększenia rodziny; sam budynek pełen jest przyjaznych starszych ludzi i jedyne, co może budzić grozę to przeświadczenie znajomego tytułowej bohaterki, że budynek ten przyciąga zło. W przeszłości mieszkały w nim siostry-kanibalki, a także mężczyzna zajmujący się satanizmem. Czy były to tylko przypadki? Jak długo potrwa sielanka Rosemary? Levin idealnie, powoli buduje atmosferę do dynamicznego finału, a minimalistyczny styl powieści pozwala skupić się właśnie na suspensie i emocjach Rosemary: kobiety rzeczywiście narażonej na niebezpieczeństwo czy popadającej w obłęd?

W posłowiu napisanym w 2003 roku Ira Levin zauważa, że "największe napięcie w horrorach występuje nie wtedy, gdy dzieje się coś strasznego, tylko zanim zacznie się dziać" (I. Levin, Vesper 2021). To stwierdzenie stanowi esencję "Dziecka Rosemary", przez co ciężko oderwać się od tej książki. Tę atmosferę niepewności, oczekiwania na rezultat Autor połączył z ciążą; to dziewięć miesięcy oczekiwania w pewnym strachu, który na kartach powieści potęgowany jest tym, że ciąża bohaterki przebiega w niepokojący sposób, że ciągle towarzyszy jej ból. Napięcie narasta stopniowo, początkowo będąc jedynie dziwacznym zachowaniem starszych sąsiadów czy nagłym sukcesem zawodowym jej męża - dopiero z perspektywy końca te drobne wydarzenia zaczynają układać się w całość; przechodzą z kategorii drobnych dziwactw i dziwnych zbiegów okoliczności w wydarzenia złowrogie.

W powieści horror ma wymiar przede wszystkim psychologiczny. Stopniowo obserwujemy jak marzenie Rosemary o wprowadzeniu się do pięknej (choć owianej złą sławą) kamienicy i powiększenie rodziny doprowadza do coraz większej izolacji kobiety - nawet otoczona przez ludzi czuje się sama, niezrozumiała: towarzyszy jej jedynie ból, który wszyscy bagatelizują. Levin podtrzymuje napięcie poprzez dwuznaczność: dopiero finał odpowie na pytanie, czy historia ma wydźwięk paranormalny, czy raczej opowiada o stopniowym popadaniu w paranoję. Levin mistrzowsko dawkuje informacje, by utrzymać suspens do ostatnich stron powieści. Co ciekawe, nawet znając zakończenie (np: z bardzo wiernej ekranizacji Polańskiego), nie odbiera to niczego z przyjemności czytania - od książki naprawdę trudno jest się oderwać! Uwielbiam właśnie taki rodzaj grozy: oparty nie na przemocy i gore, ale powolnym, precyzyjnie wykalkulowanym budowaniu suspensu, gdzie strona za stroną osoba czytająca uzmysławia sobie, że coś jest nie tak aż do kulminacyjnego momentu objawienia prawdy.

"Dziecko Rosemary" choć zasłynęło jako powieść o charakterze satanistycznym, nigdy nie stawia rytuałów w centrum. Elementy nadprzyrodzone wprowadzane są subtelnie i ciągle przeplatają się z wydarzeniami zwykłymi, codziennymi. To powieść, która skupia się na Rosemary - jej rosnącej bezradności, desperackich próbach ochrony nienarodzonego dziecka, odnajdywaniu w sobie siły, by walczyć z psychologiczną manipulacją, ze strony najbliższych. To tu znajduje się prawdziwa groza, piekło kobiet, które wcale nie wymaga elementu diabelskiego.

W parze z budowaniem suspensu idzie prosty, pozbawiony ozdobników styl powieści. Nadmierne szczegóły czy poetyckość odciągałaby uwagę od atmosfery powieści. W "Dziecku Rosemary" chodzi przede wszystkim o zestawienie prostego życia codziennego - oddanego właśnie za sprawą językowej prostoty - z czającymi się siłami zła; w ten sposób wtargnięcie elementu nadprzyrodzonego jest jeszcze mocniejsze, kontrastujące z prostotą codzienności. Świetnie sprawdzają się tutaj także dialogi, tworzące atmosferę autentyczności - co znów potęguje wrażenie zdrady, gdy na jaw wychodzi manipulacja, a nie troska o Rosemary. Budując swój horror psychologiczny Levin skupia się na relacjach międzyludzkich i ostatecznej zdradzie - a nie elemencie nadprzyrodzonym.

I tutaj dochodzimy do tego, dlaczego "Dziecko Rosemary" to ponadczasowa powieść. Z jednej strony to oczywiście diabelski horror, jednak skrywa pod spodem opowieść o prawach kobiet; o dynamice związanej z władzą w związkach, o autonomii. Najbliższe otoczenie Rosemary stara się przejąć kontrolę nad jej ciałem, a nawet ciąża - choć upragniona przez kobietę - jest wynikiem manipulacji. Nie tylko szatan, ale i "zwykły" mąż może być oprawcą - i to bez podnoszenia ręki. Walka Rosemary jest zatem nie tylko starciem z nadprzyrodzonym, ale przede wszystkim walką o odzyskanie kontroli nad swoim ciałem/życiem. "Dziecko Rosemary" nie jest więc zwykłym straszakiem, ale czymś więcej.

"Dziecko Rosemary" to powieść, która pozostaje w pamięci na długo po przewróceniu ostatniej strony. Dzięki mistrzowsko poprowadzonemu suspensowi, skupionemu na aspektach psychologicznych i stopniowym wdzieraniu się elementów nadprzyrodzonych jest to książką od której ciężko się oderwać. To prawdziwy klasyk gatunku, który ciągle może budzić niepokój. Strach wywołuje tutaj nie tyle element diabelski, co utrata kontroli, izolacja i doświadczenie manipulacji - a z tym może się spotkać każdy z nas. Naprawdę warto zapoznać się z tą ponadczasową powieścią!


Ira Levin "Dziecko Rosemary" (1967)
Polskie wydanie: Vesper (2021)


 


"Mnich" Matthew Gregory'ego Lewisa to jedna z najbardziej rozpoznawalnych powieści gotyckich. Mimo upływającego czasu - została opublikowana w 1796 roku - pozostaje wyróżniającą się powieścią, która nadała brutalniejszego tonu gotyckiej literaturze romantycznej, charakterystycznej dla pisarek. "Mnich" zaskoczył mnie swoją śmiałością i przekraczaniem granic związanych z moralnością i religijnością, czego nie spodziewałam się po tak starej książce: nietrudno wyobrazić sobie zgorszenie, które musiała budzić! To opowieść o mrocznej stronie człowieka - ambicji, pokusie, a w końcu moralnym upadku. Na kartach tej powieści nie ma świętości, która nie zostałabym pogwałcona; a wrażenie zepsucia moralnego jeszcze bardziej potęguje fasada pobożności tytułowego mnicha, który mimo swych występków, ciągle dostrzegał winne w innych (kobiecej niewinności i pięknie czy diabelskich podszeptach). Chociaż niektóre fragmenty tej obszernej powieści zestarzały się nieco gorzej (niektóre wątki wprowadzają niepotrzebne dłużyzny), to jako całość "Mnich" nadal ma w sobie siłę: powieści budzącej pewien dyskomfort i sporo emocji, czyli wszystko to, czego można oczekiwać od dobrej powieści grozy. Dla mnie nie ma niczego budzącego większy strach niż wspomniana fasada pobożności - czy to w przypadku mnicha, czy sióstr zakonnych - za którą czai się czyste zło i obłuda.

"Mnich" to kilkuwątkowa powieść, której główną osią fabularną jest historia Ambrosia, uchodzącego za wzór cnót mnicha. Jego reputacja kontrastuje z jego - można by rzec "ropiejącym"-  wnętrzem: nie ma w nim za grosz miłosierdzia dla cierpiących, pojawia się za to pożądanie, które prowadzi do niewyobrażalnych zbrodni, z morderstwem, gwałtem i kazirodztwem na czele. Ambrosio upaja się swoją pozycją - i w jego upadku najbardziej przeraża go utrata reputacji. Tak zepsutego mnicha nie było wcześniej na kartach powieści. Poboczne wątki dotyczą zaś utraty niewinności i zakazanej miłości. Atmosferę zagęszczają zjawiska nadprzyrodzone oraz "gotyckie" lokalizacje - w tym lochy.

Nie tylko upadek Ambrosia, ale i zachowanie przełożonej sióstr zakonnych wskazują na szerszy komentarz zawarty w tej powieści: to nie powieść jedynie o osobistym upadku, ale szerzej o hipokryzji Kościoła posiadającego niekontrolowaną władzę, o duchowej pysze, która prowadzi nie do stania się kimś lepszym, ale do moralnej deprawacji.

W kontekście powieści gotyckiej odnajdziemy w "Mnichu" wiele elementów charakterystycznych dla tego gatunku. Ambrosio uosabia gotycką fascynację dualizmem (co odnajdziemy także w niemieckim filmie ekspresjonistycznym): wewnętrzne zepsucie pozornie cnotliwego człowieka, mrok czający się pod fasadą przyzwoitości. Ambicja, pożądanie, nieograniczona władza prowadzą do przemiany w "potwora". Towarzyszy temu element nadprzyrodzony, niezbędny w powieści gotyckiej. Spotkanie mnicha z Lucyferem ma budzić ogromną grozę, przytłoczyć czytelnika nadprzyrodzonym zagrożeniem - a jednocześnie połączyć je z mrokiem kryjącym się wewnątrz. Uczucie niepokoju potęguje sceneria oraz stopniowe izolowanie bohaterów: wyobcowanie, izolacja potęguje poczucie zagrożenia, bezsilności i strachu. Łączy się to z motywem uwięzienia - nie tylko fizycznego, ale i emocjonalnego. Uczucie grozy wywołuje także transgresja, przekraczanie granic i łamanie tabu: największą "świętością" w przedstawionym świecie jest cnota, która jest ciągle atakowana.

Czytając "Mnicha" z dzisiejszej perspektywy nadal można dostrzec jak bardzo kontrowersyjna była to powieść. Autor nie pozostawia niczego w sferze domysłów, prezentując dosadną opowieść o moralnym upadku, pełną przemocy seksualnej, czarów, paktów z diabłem i świętokradztwa. Ta śmiałość pozwoliła zapisać się powieści na kartach historii i zdefiniować gatunek - jest to wystarczający powód, aby każdy miłośnik grozy zapoznał się z "Mnichem". Oczywiście nie jest to powieść tak dynamiczna jak współczesne książki i gdzieś w połowie łapie zadyszkę - poboczne wątki odbiegające od historii Ambrosia wydają się nieco zbędne - ale nadal pozostaje fascynującym studium ludzkiego zepsucia połączonym z bardzo sugestywnym stylem gotyckiego horroru. Jeśli szukacie książek z gęstą atmosferą, łączących elementy nadprzyrodzone z ukazaniem najmroczniejszych zakątków ludzkiej duszy, prowokujących po dziś dzień podjętą tematyką i łamaniem tabu - to czytajcie "Mnicha"!

Matthew Gregory Lewis "Mnich" (1796)
Książki wysłuchałam w formie audiobooka: wydawnictwo Aleksandria (2017)

 


"Walhalla" to interesująca powieść o nawiedzonym domu, która eksploruje motyw przemocy wobec kobiet oraz ostatecznego wyzwolenia z toksycznego związku. Choć w powieści dostajemy typowe dla horrory motywy nadprzyrodzonych mocy, tajemniczych kultów, a także krwawe sceny z udziałem szczurów czy niemal zwierzęcy seks (który w amerykańskiej kulturze tak często stanowi nieodłączny element horroru), to wszystko to stanowi tło dla przedstawienia interesujących postaci, które muszą zmagać się nie tylko z nawiedzeniem (mogącym stanowić metaforę), ale także własnymi demonami oraz słabościami. Dodając do tego suspens i zwroty akcji otrzymujemy wciągającą, choć miejscami brutalną opowieść, której finał dostarcza naprawdę sporo satysfakcji. Jednocześnie skupiając się na postaciach "Walhalla" rozwija się dość wolno, co może odstraszyć tych, którzy sięgają po powieści grozy dla szybkiego skoku adrenaliny.

Tytułowa "Walhalla" to rozpadająca się rezydencja, która przyciąga zamożnego adwokata Craiga. Po wypadku Craig boryka się z poczuciem własnej męskości - i jedynie perspektywa zdobycia i odbudowy domu, wybudowanego wyłącznie by pokazywać status zdaje się być lekarstwem. Nie wspierająca żona, stojąca przy swym mężu na dobre i złe. Choć dom od razu budzi w niej grozę, to ostatecznie jest gotowa poświęcić swoje szczęście dla związku. Dom budzi w Craigu poczucie siły, a czające się w nim zło zdaje się oddziaływać i poza jego murami, gdy nagle zaczynają ginąć ludzie, którzy w jakiś sposób zawinili adwokatowi.

Powieść w dużym stopniu dotyka przemocy wobec kobiet - wystarczy wspomnieć, że założyciel domu Walhalla czerpał przyjemność z upadlania kobiet, uważając, że powstały z błota i ich jedynym celem powinno być całkowite podporządkowanie mężczyźnie, do tego stopnia, że dla niego powinna tańczyć boso na rozbitym szkle. Mimo to "Walhalla" ostatecznie ma feministyczny wydźwięk - główną bohaterką jest tak naprawdę żona Craiga, Effie, która wraz z rozwojem akcji odnajduje w sobie siłę - co wcale nie jest łatwe! - by przestać być wyłącznie wspierającą żoną i zawalczyć o swoje szczęście. Pomaga jej w tym inna interesująca postać - samotna matka, która od zawsze była nauczona walczyć o swoje. Motyw siostrzaństwa pozwala kobietom odnaleźć odwagę, by przeciwstawić się złu - nawiedzonemu domowi, który może jednak zostać odczytany jako rządzony przez mężczyzn - postrzegających płeć przeciwną jako błoto - świat. Jednocześnie warto podkreślić, że powieść w niektórych momentach budzi ogromny dyskomfort, a stopnień przemocy wobec kobiet osiąga w niej poziom tortur. Dodatkowo z immersji zawsze wybija mnie czytanie o tym jak przemoc i męska dominacja podnieca kobiety - nie potrafię się w żadnej mierze utożsamić z takim stanowiskiem i takie wstawki nieco przytępiają feministyczny pazur tej powieści. Jeśli jesteście wrażliwi na przemoc wobec kobiet to odradzam ten tytuł - bohaterki muszą przejść przez prawdziwe piekło, do tego ciągle sobie tłumacząc, że "to nie jego wina, to opętanie". Kultura uczy bowiem kobiety takiego myślenia - by stać przy swoim mężu, nawet jeśli on ma jej potrzeby gdzieś; nawet jest gotowy narazić ją na cierpienie dla własnej satysfakcji. Stąd wysiłek Effie i walka nie tylko z demonami męża, ale i własnymi słabościami - która nie tylko musi zmagać się z domem, ale i z własnym sposobem myślenia.

Powieść stanowi interesujące podejście do motywu nawiedzonego domu - trochę w duchu "Lśnienia" - gdzie miejsce wpływa na bohaterów. Grozę stanowi tutaj nie tyle sam duch, co zmiany zachodzące z mężu, który przestaje być opoką, a staje się zagrożeniem. Masterton podkreśla tą atmosferę zagrożenia poprzez brutalność, zagadkowe morderstwa, a nawet zbliżenia bohaterów. Decydując się na tę książkę trzeba być gotowym na dużą dawkę przemocy i brutalnej dominacji mężczyzn nad kobietami.

Lubię takie powieści grozy, które mogą być interpretowane na dwa sposoby. Na pierwszej płaszczyźnie "Walhalla" to opowieść o niebezpiecznym domu w amerykańskim stylu: nie ma tu miejsca na subtelne  budowanie poczucia zagrożenia; Walhalla nie bawi się w straszenie za pomocą odgłosów, od razu nabijając na pal i zostawiając na pożarcie szczurom. Jest jednak druga płaszczyzna - horror zawsze stanowi pewną metaforę społecznych lęków. Tutaj dotyczą one toksycznych relacji - "porządnych" mężczyzn, którzy nagle staja się przemocowi pod wpływem inspiracji samcem alfa (ale czy na pewno Craig był wcześniej kochającym mężem, a może od zawsze czaiła się w nim pogarda dla żony/kobiet?); i  kobiet gotowych na wszystko z miłości. Czy będą potrafiły wyrwać się z takiego związku, czy do końca będą sobie tłumaczyć, że nie był on sobą i próbować go uratować? Czy będą próbowały naprawić "zepsuty dom", a może dojdą do wniosku, że nie ma co ratować i należy chałupę puścić z dymem?

Chociaż "Walhalla" nie jest powieścią w żaden sposób odkrywczą, a do tego potrafi wzbudzić dyskomfort ze względu na dawkę mizoginii, to wywarła na mnie spore wrażenie. Od początku byłam ciekawa jak ta opowieść się skończy, a z każdą stroną, z którą była to bardziej historia Effie i jej rozpadającego się małżeństwa, bardziej niż Craiga popadającego w szaleństwo, to książka coraz bardziej nie wciągała. W ten sposób dość oklepany motyw nawiedzonego domu i jego wpływu na wybraną osobę, stał się czymś innym: opowieścią o emancypacji wobec psychicznej i fizycznej przemocy."Walhalla" nie jest typowym straszakiem, choć nie brak w niej momentów gore, nie znaczy to jednak, że nie trzyma w napięciu. Mnie zachęciła, by ponownie sięgnąć po Mastertona, choć zawsze byłam team Stephen King.


Graham Masterton "Walhalla" (1995)
Polskie wydanie: Albatros (2024)


 



"Carmilla" uznawana jest za jedno z ważniejszych dzieł literatury gotyckiej z motywem wampira. Co ciekawe, Joseph Sheridan Le Fanu na swój sposób ożywił ten motyw, dając nam nowy rodzaj wampira: pełnej erotyzmu kobiety-wampira, przekraczającej nie tylko granice życia i śmierci, ale także społecznych norm za sprawą homoseksualizmu. Obie te kwestie - nieskrępowana erotyka i pożądanie jednej kobiety przez drugą były tematem tabu, granicą którą tak umiejętnie autor wraz z "Carmillą" przekroczył. Choć od pierwszej publikacji tej powieści minęło ponad 150 lat to nadal potrafi rozpalić zmysły - i ciągle zdaje się przekraczać granice norm społecznych, gdyż nadal miłość kobieca potrafi budzić oburzenie. To klasyk literatury gotyckiej, który każdy miłośnik motywów wampirycznych powinien znać - inspiracje Carmillą można dostrzec w najsłynniejszej wampirycznej powieści, czyli "Draculi" (chociażby sposób unicestwienia wampira). To pełna niedomówień, oniryzmu i aury tajemniczości powieść, w której nie znajdziemy typowej grozy, za to dużą dawkę fascynacji inną osobą.

Czym są wampiry w kulturze? Istotami przekraczającymi dwie opozycyjne kategorie: martwi, ale żywi; wzbudzający odrazę, a zarazem pociąg; nieśmiertelni, a jednocześnie zależni od czyjeś krwi. Nic dziwnego, że Joseph Sheridan Le Fanu w latach 1871-1872 , czasach wiktoriańskiej obsesji czystości pisząc o pożądaniu jednej kobiety przez drugą  uczynił swoją bohaterkę wampirzycą. Carmilla przekracza normy społeczne dotyczące kobiet, musi więc być istotą nadnaturalną. Mężczyźni zaś, reprezentujący logikę i straż nad kobiecą cnotą, muszą wbić jej kołek w serce i uciąć głowę: pozbyć się monstrum, nim zainfekuje kolejne kobiety swą śmiertelną miłością. Jak zauważa Maria Janion w "Wampirze. Biografii symbolicznej" Le Faun "mistrzowsko oddaje nastrój ambiwalencji miłości", z czym jak najbardziej się zgadzam. Zresztą ta ambiwalencja nie dotyczy jedynie opisywanej miłości, która budzi u Laury zarówno pociąg, jak i przerażenie, ale i samej Carmilli, która od pierwszych stron powieści fascynuje i budzi grozę. Powieść idealnie oddaje także inny motywy związane z wampiryzmem - skojarzenie z chorobą, a z drugiej strony z seksualnością: spotkanie z Carmillą można traktować jako seksualne przebudzeniem Laury, a jednocześnie przekroczeniem normy heteroseksualnej, co w owych czasach można było uznać za objaw choroby psychicznej. Powieść nie potępia jednak Carmilii, a za sprawą narratorki przedstawia fascynację młodej kobiety tajemniczą przyjaciółką. Warto zwrócić uwagę także na ostatnie zdania dotyczące dwoistości - Laura opowiadając z perspektywy czasu historie poznania Carmilli czuje podskórnie, że się zmieniła, że ta relacja coś w niej obudziła - coś, co jednak musi być skrywane przed światem, w którym nie ma miejsca na kobiece wyzwolenie erotyczne.

"Carmilla" to prosta historia, a z dzisiejszej perspektywy całkowicie przewidywalna - co może odbierać jej urok nowatorstwa. Jeśli jednak będziemy ją czytać mając świadomość pewnych ograniczeń czasów, w których została napisana w pełni dostrzeżemy jej obrazoburczy charakter. Mnie osobiście bardzo spodobał się subtelny sposób opisywania napięcia erotycznego - w dzisiejszych czasach dotykanie czyjegoś policzka czy "pieszczenie" włosów wydaje się niewinną igraszką. Mimo to czuć napięcie w relacji między bohaterkami, wyrażane w dialogach przez Carmillę: jej deklaracje o miłości, która prowadzi do śmierci - co oczywiście może być metaforą uniesienia erotycznego, "małej śmierci". W powieści tej nie fabuła ma znaczenie, ale właśnie ta atmosfera i napięcie między bohaterkami.

Groza w "Carmilli" to strach przed kobiecą seksualnością, odmalowywaną jako coś tajemniczego i monstrualnego. Coś co "grzeczną" Laurę przeraża, a jednocześnie ogromnie fascynuje. Świetnie oddają to klimatyczne ilustracje, pełne niepokoju i erotyki. Strona wizualna nowego wydania naprawdę zachwyca i dodaje klimatu całości: dzięki czemu obcowanie z "Carmillą" jest pełnym doświadczeniem. To powieść warta uwagi, ciągle potrafiąca wywołać emocje: pierwszoosobowa opowieść Laury wciąga od pierwszych stron, ukazując jak w sielankowe życie dobrej panny wkrada się zamęt wraz z odwiedzinami tajemniczej kobiety.


Joseph Sheridan Le Fanu "Carmilla" (1871-1872)
Polskie wydanie ilustrowane: Uroboros (2024)

 


"Po zachodzie słońca" to kolejny zbiór opowiadań Stephena Kinga, który miałam okazję poznać n przestrzeni wielu lat. Nie będę ukrywać, że lubię krótsze formy u Kinga, a niektóre jego nowelki to prawdziwe perełki, które czyta się z wypiekami na twarzy. Jednak "Po zachodzie słońca" to taka strona b singla - niektóre opowiadania są niezłe, ale brakuje w tym zbiorze prawdziwego hitu. Teksty są bardzo różnorodne, ale dotyczą motywów, które już nie raz się pojawiały - i to u Kinga, co ostatecznie daje poczucie wtórności i niczego specjalnego. Jednocześnie ta różnorodność ma także zalety: pozwala ukazać  podejście Kinga w jego typowym stylu - mieszance czarnego humoru i mroku - do różnych (pod)gatunków: od opowieści o duchach, poprzez tekst w duchu Lovecrafta po thriller o kobiecie walczącej z seryjnym mordercą. Określiłabym ten zbiór mianem "Kingowego pewniaka" dla tych, co lubią styl autora, ale nic ponadto - przyjemnie się te teksty czytało, ale po tygodniu zaczynają ulatywać z głowy.

Zbiór otwiera opowiadanie "Willa", które doceniam za klimat - to naprawdę niezłe otwarcie, w którym mocno zaznacza się styl Kinga. Tak jak całkiem sporo tekstów z tego zbioru idealnie nadawałoby się na podstawę dla odcinka "Strefy mroku" czy "Opowieści z krypty". Drugie opowiadanie, "Piernikowa dziewczyna" to doskonały przykład thrillera w stylu Kinga: tekstu o kobiecie walczącej o przetrwanie. Autor nie czyni swojej bohaterki anonimową dziewczyną, najpierw wprowadzając tło dla jej późniejszej walki, stawiając pytanie, czy kobiecie wystarczy determinacji. Jak przystało na Kinga nieźle buduje suspens, a my do samego końca nie wiemy, kto okaże się zwycięzcą. 

"Sen Harveya" i "Miejsce obsługi podróżnych" to nieco słabsze opowiadania, w tym sensie, że nie zapadają w pamięć. Pierwsze dotyczy rozmowy męża z żoną o niepokojącym śnie, a drugie o zebraniu odwagi, by zareagować wobec aktu przemocy poprzez chwilowe przyjęcie tożsamości swojego literackiego alter ego. "Dzień rozdania świadectw" to chyba najsłabszy tekst - nic specjalnego, ani na płaszczyźnie tematycznej czy fabularnej, ani wykonania (utrzymania suspensu). Podobnie z opowiadaniem "New York Times w cenie promocyjnej" - to dość sentymentalny tekst, który w ostatecznym rozrachunku jest nudny, nie mający w sobie niczego specjalnego. Z kolei "Ayana" to opowiadanie, które już w momencie pisania tej recenzji (jakiś tydzień po skończeniu zbioru) kompletnie uleciało mi z głowy!

"Rower stacjonarny" i "Rzeczy, które po sobie pozostawili" to z kolei opowiadania, które są zbyt długie, przez co tracą gdzieś po drodze swoją moc oddziaływania, szczególnie przy słabszych zakończeniach. "N." to jedno z bardziej interesujących opowiadań z tego zbioru, opowiadające o niezdrowej obsesji na temat kamienia: czy jest to choroba psychiczna, a może kamień rzeczywiście jest bramą do innego wymiaru? "Kot z piekła rodem" to Kinga w "starym dobrym, brutalnym stylu" z domieszką czarnego humoru: nowela opowiada o mężczyźnie wynajmującym płatnego zabójcę do pozbycia się kota. "Niemowa" to również opowiadanie bardzo w stylu Kinga: dotyczące spowiedzi mężczyzny, dla którego zwykły dzień zamienił się w niezwykłe spotkanie. "Bardzo trudne położenie" to świetne zamknięcie zbioru, kingowska wariacja na temat zemsty, w której istotną rolę odgrywa przenośna toaleta typu toi toi. Jest dużo w tym opowiadaniu czarnego humoru oraz świetnie zbudowany suspens - naprawdę nie wiemy czy bohaterowi uda się wydostać z - w przenośni i dosłownie - g0wnianej sytuacji. 

"Po zachodzie słońca" nie jest zbiorem złym, całkiem sporo opowiadań daje naprawdę dużo frajdy w trakcie czytania. Brakuje mu jednak czegoś specjalnego, a większość tekstów jest mimo wszystko dość prosta - i gdyby nie charakterystyczny styl Kinga to mogłaby wyjść spod pióra wielu autorów piszących antologie grozy. Zresztą samej grozy nie ma w tych tekstach za wiele, nie są też specjalnie niepokojące - za pewnymi wyjątkami. Stephen King nadrabia za to suspensem, niezłymi dialogami i charakterystycznym humorem. Polecam przede wszystkim tym, którzy lubią Autora - innych raczej nie przekona, by nazwać Kinga "mistrzem grozy".


Stephen King "Po zachodzie słońca"
Wydawnictwo: Albatros

 


Kōji Suzuki to japoński autor horrorów, który w Kraju Kwitnącej Wiśni stal się sławny za sprawą powieści "Ring". Nic dziwnego - wydana w 1991 roku powieść świetnie oddaje strach związany z technologiami i mocami nadprzyrodzonymi. Pomysł wyjściowy zapewnia napięcie do ostatniej strony powieści - towarzyszymy dziennikarzowi, który trafia na trop niezwykłej historii: nagłej śmierci czwórki nastolatków. Prowadząc dziennikarskie śledztwo trafia na kasetę wideo, po obejrzeniu której dowiaduje się, że ma siedem dni zanim umrze chyba, że... Śledztwo polegające na znalezieniu odpowiedniego "zaklęcia", które zdejmie klątwę jest niezwykle wciągające, szczególnie, że jest to wyścig z czasem. Ciekawa jest także perspektywa dziennikarza i jego przyjaciela, którzy w różny sposób podchodzą do możliwości występowania zjawisk paranormalnych - czy radzenia sobie z myślą o nadchodzącej śmierci. Nie jest to typowy horror, epatujący strasznymi scenami, a bardziej niezwykle niepokojący thriller. 

"Ring" stoi przede wszystkim fabułą i tajemnicą - i nawet znając filmowe adaptacje nie zmniejsza to napięcia (my wiemy co się wydarzy, ale czy bohaterowie zdążą to odkryć?). To ten typ powieści, który napędzany jest przez śledztwo i tajemnicę przez co ciężko odłożyć książkę. Budowane w powieści napięcie związane jest co prawda z czasami kiedy powstała ta powieść: czasami kiedy w Japonii panowało szaleństwo nagrywania filmów. Stąd główna przyczyna strachu - skoro kasety wideo są wszędzie, to co się stanie kiedy jedna z nich będzie przeklęta? Dziś pewnie podobny efekt wywołałby link, który przypadkiem otwieramy. I choć sama technologia się zmieniła to strach przed nią już nie: duchy już nie straszą w nawiedzonych domach, możemy je spotkać nawet w kurorcie w czasie odpoczynku jeśli tylko pod ręką mamy telewizor/telefon. 

Uważam, że sama intryga się broni mimo upływającego czasu - kurz przestarzałości osiadł jednak na postaciach. W "Ring" śledzimy dwóch mężczyzn w Japonii początku lat 90. - nic dziwnego, że w książce odnajdziemy seksizm. Dziennikarz Asakawa i profesor Ryuji nie wzbudzają sympatii, jednak pasują do swoich czasów. Z tego powodu powieść może być dziś nieco problematyczna i wzbudzać irytację. Dla mnie jednak stanowiła pewien portret Japonii, kiedy normą było lekceważenie kobiet. Pozornie Asakawa i Ryuji są bardzo różni - jeden ma żonę i córkę, podchodzi do sprawy dość emocjonalnie; drugi jest kawalerem ze swoimi dziwactwami (jednym z takich "dziwactwa" ma być nieoparta potrzeba gwałtu...), ale także chłodną logiką. Ryuji to bohater, którym łatwo od początku pogardzać i dopiero na koniec jego wizerunek zostaje zachwiany jako pewien rodzaj maski - co również także bardzo pasuje do społeczeństwa japońskiego, w którym należy ukrywać prawdziwe uczucia i zakładać społeczną "twarz". Zakończenie powieści - wybór stojący przed Asakawą stanowi z kolei moralne wyzwanie. Tym silniejsze, że w konfucjańskiej kulturze ciąży na nim powinność ratowania żony i córki, za które jest odpowiedzialny. 

"Ring" to powieść napisana prostym stylem, bez zbędnych detali - jednocześnie powoli podążająca za każdym kolejnym tropem, maksymalnie rozciągająca strony na czas siedmiu dni. Dla tych, którzy znają filmowe rozwiązania niektórych plot twistów tempo może wydawać się powolne - mnie jednak nie przeszkadzało. Wszak siedem dni na odkrycie tajemnicy z przeszłości i podróże po Japonii to niezwykle mało! To ten typ powieści, że albo nas wciągnie i pozostawi z wypiekami na twarzy albo okaże się lekturą, która nas mocno rozczaruje. W odróżnieniu od filmów "Ring" nie stawia na grozę, a niepokój związany z upływającym czasem i próbą rozwiązania zagadki, która łączy w sobie i elementy racjonalne, i te nadprzyrodzone. 


Kōji Suzuki "Ring" (1991)
Polskie wydanie: Znak (2004)

 


"Jak złowieszcze rozbłyski wybuchających słoń ledwo są rejestrowane przez oczy ślepca, tak początek grozy minął prawie niezauważony".

"Egzorcysta" zapisał się na kartach historii kultury przede wszystkim za sprawą kultowej adaptacji w reżyserii Williama Friedkina - która po dziś dzień potrafi wywołać niezwykłe uczucie niepokoju. Nie inaczej jest z powieścią  Williama Petera Blatty'ego: opublikowana po raz pierwszy w 1971 roku powieść była szokująca, obrazoburcza i łamiąca tabu. Ksiądz tracący wiarę, opętana dziewczynka, zachowująca się w sposób wulgarny, nawiązania do okultyzmu - wszystko to kiedyś szokowało, a dziś? Siła "Egzorcysty" nie tkwi jednak wyłącznie w tym elemencie szoku, ale w wywoływaniu niepokoju poprzez zacieranie granic między popadaniem w obłęd a opętaniem; między próbami naukowego dowiedzenia przyczyn zachowania dziewczynki (i to przez księdza!), a niewierzącą matką, która dla dobra swej córki gotowa jest zdać się na egzorcyzmy. To spokojna powieść, która ze strony na stronę staje się intensywniejsza, kreśląca tragiczne losy bohaterów w walce z demonami - nie tylko tymi, które mogą nas nawiedzić, ale przede wszystkim tymi, które nosimy w sobie, jak przeżywający kryzys wiary ojciec Karras, który zostawił swą matkę by podążać ścieżką wiary, czy odnosząca sukcesy aktorka Chris, którą dopadają wyrzuty sumienia (a jeśli stan jej córki to wina rozwodu?). W samym stylu pisania też jest coś niepokojącego - w tych wszystkich krótkich, niemal urwanych zdaniach. Wszystko to sprawia, że Egzorcysta jest powieścią ponadczasową, która po zamknięciu książki nadal nas nawiedza.

Ten, kto spodziewa się, że egzorcyzmy i opętanie z perspektywy Regan stanowią sedno powieści "Egzorcysta" może być zawiedzony: jak zostaje zauważone na kartach powieści przez ojca Merrina, celem demona nie jest w gruncie rzeczy osoba opętana, ale jej bliscy - bo czy jest coś gorszego niż niemoc w niesieniu pomocy niewinnemu dziecku? Obserwowanie jak z dnia na dzień mała Regan jest coraz mniej sobą, jak znika fizycznie i mentalnie prowadzi do ogromnej rozpaczy. Autor poświęca wiele uwagi matce dziewczynki czy ojcu Karrasowi, którzy zostają doprowadzeni na skraj poprzez obcowanie z demonem i bezsilność. Ta powieść to niezwykle interesujące studium wyrzutów sumienia, które nawiedzają bohaterów. Ojciec Karras to niezwykle tragiczna, ale zarazem intrygująca postać. Duchowny, przeżywający kryzys wiary - potęgowany faktem śmierci matki, którą pozostawił w ubóstwie, by zostać księdzem. Jako psychiatra i duchowny poszukuje wyjaśnienia stanu Regan, wpierw kierując się w stronę wiedzy, a nie wiary. Jego podróż aż do ostatecznego starcia jest niezwykle fascynująca, a jednocześnie niepokojąca.

Siłą powieści jest to, że łączy w sobie dość graficzne opisy opętania ze złożonością postaci; tym samym nie jest szokująca dla samego efektu szoku. To opowieść o ludziach niepozbawionych wad, mających swoje słabości i wątpliwości, a jednak znajdujących siłę na walkę. Dla Chris jest to relacja matka-córka, dla ojca Karrasa potrzeba odzyskania wiary. Do tego "Egzorcysta" ma niezwykły, niepokojący klimat - zapewniam, że przy czytaniu w nocy, wcale nie ma się ochoty na zgaszenie światła po odłożeniu książki. 

Co ciekawe, film i powieść idealnie się uzupełniają; w książce odnajdziemy większy ciężar psychologiczny związany z rozterkami bohaterów, z kolei film tworzy niezapomniany obraz i muzykę. Oba dzieła można z czystym sercem nazwać kultowymi i polecić każdemu miłośnikowi grozy - horror nie byłyby dziś tym samym gatunkiem, gdyby nie "Egzorcysta"!

William Peter Blatty "Egzorcysta" (1971)
Polskie wydanie jubileuszowe: Vesper (2017)

 


"Nawiedzony dom na wzgórzu" uchodzi za klasykę gatunku, dziś jednak mija się z oczekiwaniami większości czytelników - zostaliśmy przyzwyczajeni do grozy wyskakującej w postaci jump scare. Tutaj jednak nie tyle sam dom, co głowa Eleanor wydaje się opętana szaleństwem: bohaterka, która nigdy nie żyła własnym życiem, która czuje że nie ma swego miejsca trafia do przeciwnego domu, zdającego się ją przywoływać. Eleanor towarzyszą ciągłe zmiany nastroju, dziwne myśli - raz kogoś udaje, raz kogoś lubi, innym razem nienawidzi. To wpływa na to, że jest postacią niezwykle irytującą (czemu nie pomaga lektorka czytająca w audiobooku jej kwestie wyjątkowo płaczliwym głosem), ale o to przecież chodzi: o wywoływanie dyskomfortu. Mnie osobiście zabrakło w tym tekście odrobiny więcej suspensu i straszenia samym domem, a i zakończenie wydaje się irytująco urwane. Nic dziwnego, że adaptacje (tak jest ich kilka!) tej powieści dużo bardziej skupiają się na nawiedzonym domu i jego mrocznej historii niż oryginalny tekst.

Trzeba przyznać, że początkowo "Nawiedzony dom na wzgórzu" intryguje - zdaje się, że dom wpływa na bohaterów i wzbudza obawy mieszkańców okolicy. Potencjał ten zostaje jednak po drodze zagubiony i wkrada się fabularny chaos. Bohaterowie prowadzą dziwne rozmowy, a wspomniana Eleanor raz wszystkich lubi, innym razem nienawidzi - a po drodze zdaje się gubić i odnajdywać samą siebie. Niestety interakcji domu z kobietą jest coraz mniej, a akcja zdaje się posuwać w ślimaczym tempie. Gdzieś ulatuje cały suspens, a zakończenie pozostawia niedosyt. 

Myślę, że ten fabularny chaos, pozostawianie wątków niczym okruszków i jedynie sugerowanie odpowiedzi było zabiegiem celowym. Jednak aby to zagrało powieść powinna bardziej angażować, wzbudzać emocje - a tak nie jest. I w ostatecznym rozrachunku wydaje się zwyczajnie nijaka. Warto mieć na uwadze, że wydaje się taka z dzisiejszej perspektywy - kiedy już poznaliśmy wiele opowieści o nawiedzonych domach. To powieść raczej dla miłośników klasyki, którym nie przeszkadza wolniejsze tempo. Nie można jej odmówić klimatu i budowania napięcia w pierwszej połowie - i gdyby tylko to napięcie nie zniknęło, doprowadzając do punktu kulminacyjnego "Nawiedzony dom na wzgórzu" z pewnością stałby się powieścią ponadczasową, a nie wyłącznie źródłem inspirującym filmowców.


Shirley Jackson "Nawiedzony dom na wzgórzu" (1959)

 


"Galeria koszmarów feranosa" to nie jest zwykła antologia opowiadań grozy; to raczej interesujący projekt zapraszający nas do porzucenia rozumu i poddania się emocjom podczas zagłębiania się w koszmar, w ciemność. W "Galerii" odnajdziemy przeplatające się ze sobą opowiadania oraz "dobranocki", krótkie formy w których narrator zwraca się bezpośrednio do czytelnika. Wszystkie te teksty opatrzone są inspirowanymi ilustracjami, wykonanymi przez różnych autorów. Jak to bywa z opowiadaniami, jedne są lepsze, inne słabsze - ale w przypadku tej antologii ich odbiór w dużej mierze zależy od czytelnika. Motywem przewodnim "Galerii" jest strach - a dokładnie najróżniejsze jego oblicza - wymieszany z surrealizmem i koszmarem, przez co granice między tym, co dzieje się rzeczywiście, a tym co ma miejsce jedynie w przerażonym umyśle są zacierane. Niektóre z opowiadań mocniej uderzają w oniryczny ton, inne z kolei są dość brutalne. Całość jest dość specyficzna, ale w dobrym znaczeniu tego słowa - zaprezentowane teksty nie skupiają się na samej fabule i logicznym ciągu przyczynowo - skutkowym, czy kreśleniu unikatowych postaci - a na wywoływaniu emocji, odwoływaniu się do pierwotnego odczucia strachu. Przez to "Galeria koszmarów feranosa" nie jest książką dla każdego; jednak Ci, którzy poszukują uczucia niepokoju w książkach i nie boją się eksperymentów powinni zainteresować się tym tytułem.

Każde z opowiadań oddzielone jest "dobranocką", tekstem niezwykle sugestywnym, który najlepiej działa jeśli damy ponieść się słowom - nie tylko ich znaczeniu, ale i samej melodii. 

"Zamknij oczy.
Rozluźnij się.
Widzisz ciemność."

Ten tekst powraca do nas w każdej z dobranocek. Po nim następuje plastycznie opisany koszmar, który niezmiennie kończy się słowem "dobranoc", wywołując ciarki na plecach. 

Z kolei same opowiadania są dość różnorodne, w takim sensie, że przenoszą nas do różnych miejsc: i fantastycznych światów, i do miejsc pozornie bezpiecznych jak przedszkole czy dom, a w końcu do miejsc jednoznacznie kojarzących się z szaleństwem. Do wszystkich tych miejsc wkrada się jednak koszmar na jawie, odwołujący się do najbardziej pierwotnych lęków, strachu przed ciemnością i nieznanym. Te opowiadania, które szczególnie do mnie trafiły, zostały ze mną na długo po lekturze. Wśród nich znalazła się opowieść o wyprawie na lodowiec, gdzie Autor świetnie odmalował popadanie w szaleństwo połączone z otoczeniem - bezkresną bielą i niekończącym się dniem, co teoretycznie jest przeciwieństwem mroku i nocy; jednak ciemność często nosimy sami w sobie. "Miś" to opowiadanie o pluszowej zabawce, która po prostu chce kochać swojego człowieka - dzięki narracji misia trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. Z kolei "Jelonek" to opowiadanie, w którym życie jest koszmarem, a sen ukojeniem. To jedno z tych opowiadań, które moim zdaniem przemówi do większości czytelników, bo któż z nas nie obawia się przemocy wobec dzieci. "NIE OTWIERAĆ" zabiera nas z kolei do szpitala psychiatrycznego. Z kolei "Królestwo pleśni i kości" zabiera nas w podróż do pracy, której nienawidzimy, by skończyć się kompletną surrealistyczną jazdą bez trzymanki.

"Galeria koszmarów feranosa" to zbiór tekstów i ilustracji, które przemawiają przede wszystkim do naszej wyobraźni. W krótkich formach Autor zdaje się prezentować nam esencję pierwotnego lęku i potworów czających się w ciemnościach naszych umysłów. Opowiadania to idealna forma dla tego typu grozy - przy dłuższym tekście mogłoby to być męczące. Najlepiej dawkować je powoli, aby każdy z tekstów mógł wybrzmieć w naszej głowie. Polecam wszystkim osobom, które uwielbiają grozę w surrealistycznej, psychodelicznej odmianie, z dużą dawką weird fiction. 

feranos "Galeria koszmarów feranosa" (2023)
Wydawnictwo: Magiczne Dlaczemu

 


Od zawsze stałam na stanowisku, że krótka forma w postaci opowiadania czy noweli jest najlepsza dla grozy. Dłuższa powieść wymaga odłożenia jej w pewnym momencie na bok, a przez to potrafi ulecieć cały budowany suspens - wyobraźcie sobie zatrzymanie filmowego horroru tuż po jump scarze, by pójść coś zrobić - po powrocie do oglądania nie będzie już działać z taką mocą, jak wtedy gdybyśmy kontynuowali oglądanie nieprzerwanie. Aleksandra Bednarska zdaje się doskonale rozumieć krótszą formę i w pełni ją wykorzystywać, aby zaserwować nam 10 trzymających w napięciu i wywołujących dreszczyk opowieści. "Brudne sprawki wujaszka Hana" to zbiór opowiadań grozy w duchu azjatyckich opowieści niesamowitych - takich w których element nadnaturalny wkrada się do codzienności - połączonych ze sporą szczyptą weird fiction. W opowiadaniach dominuje klimat niepokoju i surrealizmu, a dodatkowym smaczkiem jest tajemnicza kultura wschodnioazjatycka, której Autorka nie ograniczyła wyłącznie do Japonii. Jak to bywa ze zbiorami opowiadań, niektóre są lepsze, inne trochę mniej - ale żadne nie spada poniżej pewnego poziomu i każde czyta się wyśmienicie. Dla miłośników szeroko pojętej grozy "Brudne sprawki wujaszka Hana" to perełka, której nie można przegapić!

Na ten zbiór składa się 10 opowiadań - i wbrew tytułowi wcale nie łączy ich postać wujaszka Hana, a przynajmniej nie bezpośrednio. Nie oznacza to, że nie odnajdziemy w tym zbiorze pewnego łącznika - a jest nim niesamowitość. Czy towarzyszymy bohaterom w ciasnych chińskich knajpkach i dzielnicach miasta, o których jak najszybciej chce się zapomnieć czy na odludziu lub dżungli, wszędzie towarzyszy nam uczucie niepokoju, oniryzmu i surrealizmu. Już pierwsze opowiadanie wysoko zawiesza poprzeczkę, która w zasadzie nie spada do samego końca. "Leć i o drogę nie pytaj" to nie tylko opowiadanie o tytułowym wujaszku, ale przede wszystkim pewien wyznacznik stylu całości. To opowiadanie, w którym idealnie łączy się klimat legend miejskich z dawnymi wierzeniami (piekło z chińskiej mitologii), a azjatycka niesamowitość z zachodnim surrealizmem - jest więc niepokojąco i dziwnie.

Dominująca w każdym z opowiadań niesamowitość nie musi łączyć się wyłącznie z grozą - mogą łączyć się z całym szeregiem emocji. Przykładowo "Zjedz mnie i wypij" opisuje pożądanie - z jednej strony bardzo niepokojące, ale z drugiej fascynujące. W tym opowiadaniu, jak i w kilku innych pojawia się pewna poetyckość, która znów zwraca uwagę na to, że to co niesamowite nie musi budzić wyłącznie przerażenia.

To zaskakujące jak w raczej krótkich opowiadaniach można zmieścić tak wiele "esencji" - każde z nich skłania do pewnych przemyśleń. Nie potrzeba wielu stron, aby zbudować gęsty klimat, który oblepia niczym olej z knajpki z pierwszego opowiadania (które tak jak pisałam stanowi idealne wprowadzenie nawet jeśli nie łączy się później bezpośrednio z kolejnymi opowieściami). Dodatkowo każda z opowieści jest przemyślana - nie ma w nich miejsca na zbędne słowa. Każda metafora trafia w punkt i na długo zostaje w głowie - jak każdy dobry tekst grozy, który pozostawia uczucie niepokoju nawet po skończeniu obcowania z nim. Oprócz samej pomysłowości i oryginalności "Brudne sprawki wujaszka Hana" zachwycają samym stylem - Autorka z jednej strony pisze w sposób niezwykle przystępny, z drugiej zaś świetnie ujmuje w słowa różne emocje, budując przemawiającą do czytelnika atmosferę. W tych opowiadaniach można się "zatopić". Aby w pełni docenić "Brudne sprawki wujaszka Hana" trzeba trochę porzucić rozum i logiczne myślenie, by dostrzec pod niesamowitością i absurdem uniwersalne prawdy i strachy, tęsknotę i smutek kryjące się pod maską grozy. 

"Duchy, o ile w ogóle istnieją, składają się w trzech czwartych z gniewu. Reszta to mieszanka zagubienia i wspomnień, które ciągną je wciąż do tych samych miejsc. Z ludźmi bywa zresztą podobnie". 

Do dobrze napisanych opowiadań lubię wracać i z pewnością do "Brudnych sprawek wujaszka Hana" powrócę - za każdym razem kiedy nabiorę ochoty na opowieści niesamowite, niepokojąco dziwne i tak bliskie klimatem do azjatyckich horrorów - które uwielbiam, a których Hollywood tak naprawdę nie rozumie i serwuje nam marne remake'i, kopiując fabułę, a zapominając o głębi i atmosferze. Wszystko to odnajdziemy jednak w opowiadaniach Aleksandry Bednarskiej, które polecam każdemu miłośnikowi opowieści niepokojących. 


Aleksandra Bednarska "Brudne sprawki wujaszka Hana" (2023)
Wydawnictwo: Planeta Czytenika
Starsze posty Strona główna

ABOUT AUTHOR

안녕하세요! Z wykształcenia doktor nauk politycznych i magister filmoznawstwa, hobbistycznie zapalona czytelniczka! Zapraszam na bloga o książkach, filmach oraz Półwyspie Koreańskim - czyli moich największych pasjach!

Categories

  • abyssos 1
  • agora 2
  • akurat 2
  • albatros 4
  • artrage 2
  • azjatyckie 91
  • beYA 1
  • bliski wschód 1
  • Books4YA 4
  • chiny 11
  • ciekawostki 7
  • copernicuscenterpress 2
  • cyberpunk 1
  • czarna owca 1
  • czarne 3
  • czytelnik 1
  • dark academia 1
  • dark fantasy 7
  • dialog 8
  • dlaczemu 2
  • dolnośląskie 1
  • dystopia 4
  • esej 4
  • europa wschodnia 1
  • fabryka słów 115
  • fae 1
  • fantastycznyorient 18
  • fantastyka 188
  • filia 2
  • film 3
  • filtry 1
  • format 1
  • foxgames 1
  • galeriaksiążki 1
  • gra książkowa 1
  • gramatyka 3
  • groza 19
  • harde 1
  • healing novel 6
  • hi:story 1
  • horror 19
  • idiom 3
  • indie 5
  • indonezja 1
  • instagram 5
  • iyashikei 2
  • jaguar 2
  • japonia 36
  • kdrama 1
  • kirin 7
  • klasyka 1
  • komedia kryminalna 5
  • komiks 3
  • korea 45
  • koreański 9
  • kryminał 24
  • krytyka polityczna 1
  • książki 188
  • kwiaty orientu 2
  • literatura dziecięca 5
  • literatura młodzieżowa 30
  • literatura piękna 21
  • literatura podróżnicza 2
  • luna 1
  • marginesy 2
  • matronat 1
  • mitologia 2
  • mova 3
  • mustread 2
  • muza 5
  • naukowe 8
  • new adult 3
  • nonfiction 8
  • nowa baśń 14
  • nyks 1
  • obyczajowa 1
  • papierowyksiężyc 2
  • patronat 4
  • planetaczytelnika 1
  • podróżnicza 1
  • powieść gotycka 2
  • powieść historyczna 12
  • prószyński 5
  • przygodowa 1
  • recenzja 175
  • relacja 7
  • replika 4
  • reportaż 14
  • retelling 1
  • retrobuki 18
  • romans 7
  • romantasy 1
  • sensacja 2
  • sf 20
  • słownictwo 8
  • space opera 1
  • sqn 6
  • szczeliny 2
  • świat książki 1
  • tajfuny 1
  • tajwan 2
  • thriller 7
  • urban fantasy 15
  • uroboros 13
  • vesper 3
  • w.a.b. 5
  • warbook 9
  • weird fiction 1
  • weneedya 2
  • western 1
  • wielka litera 1
  • wietnam 1
  • wydawnictwo ix 1
  • wydawnictwo kobiece 1
  • wydawnictwo literackie 2
  • wydawnictwo mięta 7
  • Wydawnictwo Noir sur Blanc 1
  • wydawnictwo poznańskie 2
  • wydawnictwo spisek pisarzy 1
  • wydawnictwo wab 2
  • wydawnictwo wilga 1
  • wydawnictwonoca 1
  • wyszukane 1
  • yaponia 3
  • you&ya 15
  • youngadult 26
  • yumeka 6
  • zielona sowa 2
  • znak 13
  • zygzaki 1

Matronat

Matronat
Trylogia Hierarchia magii

Matronat

Matronat
Trylogia Magów szkła

POPULAR POSTS

  • Smocza perła - recenzja
  • Pięć małych świnek (recenzja)
  • Naturalista (recenzja)
  • Gwiazdy w łańcuchach
  • #retrobuki 2000-2009
  • Muzyka otchłani
  • Polka w Korei (recenzja)
  • Space Sweepers (승리호)
  • Bogowie otchłani
  • Koreańskie społeczeństwo - przewodnik po książkach
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Szukaj na tym blogu

Blog Archive

Ważne

Wszystkie zamieszczone tutaj teksty oraz grafiki są moją własnością i nie wyrażam zgody na ich kopiowanie bez mojej zgody.

FOLLOW ME @ INSTAGRAM

Gdzie mnie znaleźć

  • Instagram
  • Lubimy czytać
  • Goodreads

Featured Post

#retrobuki

Copyright © 2016 Pani Papierek. Created by OddThemes