Pani Papierek

  • Home
  • Książkach
    • Azjatyckie
    • Naukowe
    • Gatunkowe
      • Fantastyka
      • Kryminał
  • Filmach
  • Korei
    • 한국어
    • Ciekawostki
  • Instagram
  • Współpraca

 


Zabrzmi to jak frazes, ale Najczarniejszy miesiąc w życiu Magi Dieli to powieść, która rozerwała mnie na kawałeczki, a potem kawałek po kawałku sklejała z powrotem. Jeszcze nigdy nie czytałam książki, która tak dogłębnie by mnie poruszyła. Oparta na prawdziwych wydarzeniach, podana w formie niezwykle poruszającej powieści, historia Magi Dieli nie pozostawi nikogo obojętnym. To opowieść o ogromny cierpieniu kobiet, które tradycja pozbawia godności, ale także o niewyobrażalnej sile tych, które przeżyły piekło i nie poddały się, tylko postanowiły nieść pomoc innym oraz walczyć o zmianę. Na jej kartach poznajemy zwyczaj, który ma należeć do przeszłości, o którym nikt głośno nie mówi, a który mimo to nadal funkcjonuje: o porywaniu kobiet na żony. Na Sumbie kobiety przechodzą z rąk ojców w ręce mężów za odpowiednią cenę. Co jednak jeśli obie strony (nie biorąc oczywiście pod uwagę głosu samej kobiety) nie mogą dojść do porozumienia w kwestii wysokości belis, czyli darów od pana młodego, które mają "zrekompensować" utratę córki? Wtedy negocjacje można przyspieszyć, porywając ją i bardzo często skazując na gwałt, by żaden inny mężczyzna już jej nie chciał. 

Porwanie i jego skutki stanowią oś powieści, która nie ma jednak za zadanie szokować, tylko zmusić czytelnika do refleksji na temat praw kobiet i tradycji. Ma oddać głos kobietom, które do tej pory milczały, a także dać im przestrzeń do sprawczości. Ta powieść nie tylko porusza, ale też zmusza do zadania pytań o to, co stoi za dramatem tytułowej bohaterki. Autorka nie pozostawia złudzeń: to, co spotyka Magi, nie jest wyjątkiem, lecz elementem większego systemu przemocy. Ta książka nie pozwala zapomnieć, że za każdym dyskryminującym zwyczajem kryją się czyjeś łzy, strach i utracone życie.

Ofiary patriarchatu i tradycji

Kluczowym pytaniem postawionym w powieści jest kwestia zasadności utrzymywania tradycji, które krzywdzą ludzi. Społeczeństwo na Sumbie jest skrajnie patriarchalne — kobieta jest w zasadzie traktowana jak przedmiot, wpierw należący do ojca, a później do męża i jego rodziny. Jej rola sprowadzana jest do rodzenia dzieci i usługiwania rodzinie. Nawet wykształcona i pracująca musi liczyć się ze zdaniem ojca/męża, nie posiadając żadnej niezależności. 

Opisywana w powieści tradycja porywania i "ujarzmiania" kobiet na żony stanowi skrajny przypadek tradycji patriarchalnych, ale Autorka opisując życie na Sumbie nie ogranicza się wyłącznie do tego zwyczaju, który jawnie narusza prawa człowieka. Patriarchat rzuca cień na relacje kobiet — bratowa Magi chce być jej sojuszniczką i przyjaciółką, ale w swych działaniach musi liczyć się ze zdaniem męża. Matka dziewczyny widząc cierpienie córki nie może nic zrobić, jeśli ojciec dziewczyny postanowi inaczej. Powieść ukazuje wpływ krzywdzący wpływ patriarchalnych tradycji na różne aspekty życia i relacji międzyludzkich.

Ogromną zaletą powieści jest to, że nie ogranicza się do losu kobiet. Mężczyźni również są ofiarami patriarchalnych tradycji, czego przykładem jest postać przyjaciela Magi, Dangu. Podejmując działania wspierające przyjaciółkę naraża się na utratę reputacji i przyniesienie wstydu rodzinie, która również na niego naciska, by wziął ślub z wybraną dla niego dziewczyną. Dangu buntuje się jednak, zauważając, że w przypadku braku chęci ożenku z obu stron, niewiele będzie się różnić od porywaczy kobiet: zgadzając się na aranżowane małżeństwo przyczyni się do wymuszenia go na kobiecie, odbierając jej wolność i możliwość decydowania o sobie. Postać Dangu ukazuje jak może działać sprzymierzeniec kobiet, jednocześnie wskazując na presję której sam musi stawić czoła: w świecie patriarchalnej Sumby ani kobiety, ani mężczyźni nie są wolni, a tradycja (choć na różnych poziomach) ich pęta.

W ciekawy sposób ukazana zostaje także postać ojca Magi, wychowanego w patriarchalnej tradycji i nie potrafiącego przed nią uciec. Nie dostrzega on cierpienia własnej córki w pierwszej kolejności myśląc o męskim honorze, co zostało mu wpojone. Czy Magi będzie w stanie mu wybaczyć, że w chwili największego cierpienia nie mogła liczyć na ojcowską opiekę?

Ból i gniew

Najczarniejszy miesiąc w życiu Magi Dieli jest powieścią niosącą ogromny ładunek emocjonalny. W prostych zdaniach oddających myśli głównej bohaterki Autorce udało się zawrzeć ogrom bólu i gniewu, które niczym szpilki wbijają się w czytelnika. Tej książki nie da się czytać obojętnie — każdego, kto ma choć odrobinę empatii ta powieść będzie rozrywać. Może to spowolnić lekturę — osoby wrażliwe będą musiały robić sobie przerwy, by nie zostać przygniecionym przez ten ładunek emocjonalny. Mimo niewielkiej objętości nie jest więc to typowa książka "na jedno posiedzenie", tak daleko jej do azjatyckich healing novels. Najczarniejszy miesiąc w życiu Magi Dieli nie daje ukojenia, nie ma uspokajać, wręcz przeciwnie: ma wzbudzać emocje  — smutek, rozpacz, ale także gniew w ciekawym wydaniu female rage. Ta powieśc to nie fikcja w stylu Kill Billa, ukazująca krwawą, ale jakże zasłużoną vendettę; to ukazanie autentycznego kobiecego gniewu, który musi ścierać się z poczuciem bezsilności. Czy Magi odnajdzie w sobie tę niezwykłą siłę, by działać czy podda się rozpaczy? Chęć poznania końca (?) jej historii naprawdę napędza do czytania i przerzucania kolejnych stron, mimo trudnego tematu.

Prostota przekazu uderza najmocniej

Naprawdę doceniam stronę językową tej powieści. W tłumaczeniu zdecydowano się na rezygnację z typowego dla Sumby szyku zdania, pozostawiając jednak wiele słów z tego regionu (nazwy zwyczajów, świąt, odzieży, architektury). To bardzo dobra decyzja, bo prosty i "przyjazny" polskiemu odbiorcy język nie odciąga uwagi od poruszanej problematyki. Jednocześnie dobór słów sprawia, że choć zdania są proste to emanują wspomnianymi emocjami. Zaś pozostawienie słownictwa słownictwa z Sumby pozwala zanurzyć się w świat tej wyspy — z kolei obecne w książce przypisy pozwalają na czerpanie z tej książki wiedzy. Już sama historia, oparta na prawdziwych wydarzeniach kreśli nam obraz tego mało znanego zakątka świata, ale obecność indonezyjskich pojęć odpowiednio go ubarwia. 

Wezwanie do działania

Najczarniejszy miesiąc w życiu Magi Dieli to powieść trudna — nie na poziomie językowym, tylko tematycznym i emocjonalnym — ale niosąca w sobie siłę. To sprawia, że ta książka jest tak wyjątkowa: czytanie o brutalnych zwyczajach łamiących prawa kobiet budzą gniew, ale siła woli Magi, by coś zmienić, napędza również czytelnika. Ta powieść sprawia, że człowiek przestaje być obojętny, dostrzega zasadność feminizmu i to, że walka o prawa kobiet nie została zakończona. Uzmysławia także, że problematyka praw kobiet nie jest jednorodna i zależna od kontekstów kulturowo-społecznych. Bohaterowie powieści, Magi, Dangu i członkowie prokobiecych organizacji nie walczą o zerwanie z każdą tradycją, a jedynie uznanie równości kobiet i mężczyzn, a tym samym zapewnienie im takich samych szans na wolność i możliwość decydowania o sobie; walczą także o to, by nazwać przemoc po imieniu i uświadomić wymiar sprawiedliwości, że za przemoc należy karać sprawcę, a nie ofiarę. Obserwujemy, że choć małymi kroczkami i okupione wielkim poświęceniem, zmiany mogą być wprowadzane, by wszystkim żyło się lepiej. Zakończenie powieści ma posmak słodko-gorzki: walka o prawa kobiet jeszcze się nie zakończyła, ciągle na świecie są miejsca, gdzie kobiety pozbawia się godności, często w imię tradycji. Ale można działać na rzecz zmiany — a to niesie nadzieję na lepszą przyszłość.

Słowem podsumowania....

Najczarniejszy miesiąc w życiu Magi Dieli to jedna z tych powieści, które nie tylko się czyta — one zostają w człowieku na długo po zamknięciu ostatniej strony. To książka trudna, bolesna i momentami przytłaczająca, ale jednocześnie konieczna. Pokazuje, że literatura może być zarówno świadectwem, jak i narzędziem zmiany: potrafi wywołać gniew, obudzić empatię i zachęcić do refleksji nad tym, co wciąż wymaga naprawy. Siła tej historii nie tkwi w drastyczności, lecz w prawdzie, odwadze i głosie kobiet, które zbyt długo milczały. To powieść, która porusza, konfrontuje i przypomina, że walka o prawa kobiet nie jest abstrakcyjnym hasłem, lecz codziennością wielu z nich. I właśnie dlatego — choć czyta się ją z bólem — warto ją przeczytać, by zobaczyć świat oczami Magi i tych, które tak jak ona postanowiły walczyć.

 


"Masło" to powieść, która nie każdemu przypadnie do gustu - kto spodziewa się soczystego psychologicznego thrillera z kobiecą wersją Hannibala Lectera poczuje się zawiedziony. U podstawy tej powieści znajduje się co prawda historia kryminalna - i to nawiązująca do rzeczywistych wydarzeń - jednak wraz z czytaniem przekonujemy się, że sednem opowieści nie jest poznanie, czy Manako Kajii rzeczywiście zabiła mężczyzn - czy może zrobiła to męska zależność od kobiecej kuchni. "Masło" to tak naprawdę powieść o kobietach, ich relacjach - między sobą i ze społeczeństwem, które nakłada na nie pewne oczekiwania. Książka kreśli przerażający obraz współczesnej Japonii, pełnej samotności, w której można popasc w szaleństwo lub odnaleźć siłę w przyjaźni i kobiecej solidarności. Na kartach powieści śledzimy trzy bohaterki: deklarującą nienawiść do feminizmu Manako (która w rzeczywistości gardzi każdym poza sobą), samotną dziennikarkę Rikę i jej przyjaciółkę Reiko, która stara odnaleźć się w bezdzietnym małżeństwie. Czy Manako uda się odnieść kolejne zwycięstwo i zniszczyć Rikę i Reiko? A może jej manipulacje doprowadzą do wyzwolenia kobiet z oków, które pod społeczną presją same na siebie nałożyły? To powieść nieoczywista, pełna subtelnych napięć, która stawia pytania o rolę kobiecości, samotności i jedzenia w świecie rządzonym przez normy i stereotypy. Na ponad 500 stronach Asako Yuzuki mistrzowsko balansuje między opisami kulinarnych doznań a narastającym, choć subtelnym napięciem, tworząc historię, która wciąga do ostatniej strony. 

Relacja z jedzeniem, relacja z samym sobą

Jednym z tematów powieści jest relacja z jedzeniem. Yuzuki bada, jak jedzenie/gotowanie może być narzędziem manipulacji, ale także formą wyrazu i buntu. Samo gotowanie wydaje się pewną metaforą relacji: gotując dla kogoś, okazujemy mu miłość. Tak wydaje się naszej zabójczyni: poprzez gotowanie ukazywała swe poświęcenie dla mężczyzn, które miało być jednocześnie wyrazem jej kobiecości. A jednak na twierdzeniu Manako pojawia się znacząca rysa: kobieta gotowała to, na co sama miała ochotę. I możliwe, że tym wpędzała mężczyzn do grobu. To pokazuje, że tak naprawdę ich nie kochała. 

Istotnym tematem powieści jest także samotność - która również łączy się z jedzeniem. Przedstawieni w książce single jedzą dania gotowe; po co wkładać wysiłek w gotowanie tylko dla siebie? Jak się jednak przekonuje Rika, główna bohaterka, ma pełne prawo do rozpieszczania samej siebie jedzeniem. A szczęściem płynącym z dobrej kuchni można się także dzielić z przyjaciółmi i wcale samotnym nie być. 

Zatem w "Maśle" jedzenie pełni podwójną funkcję: jest zarówno narzędziem uwodzenia, jak i ucieczką od samotności. Manako gotuje, bo chce dzielić się smakiem i emocjami, ale jednocześnie pozostaje zamknięta w świecie, w którym kobieta musi grać określoną rolę, by przetrwać. Z kolei Rika, początkowo zdystansowana i sceptyczna, z czasem zaczyna odkrywać, że jej własne życie również jest naznaczone samotnością i lękiem przed odrzuceniem. Otwierając się na smaczne jedzenie, otwiera się na innych, zapraszając ich do swego świata. 

Autorka subtelnie ukazuje, jak jedzenie może stać się formą komunikacji, ale także mechanizmem obronnym. Czy Manako rzeczywiście manipulowała mężczyznami, czy może sama była ofiarą systemu, w którym kobiety są oceniane przez pryzmat swojej zdolności do „karmienia” – zarówno w sensie dosłownym, jak i emocjonalnym? Z kolei Rika, która zaczyna odkrywać radość płynąca z jedzenia, musi mierzyć się z docinkami dotyczącymi jej wagi. Jakby kobiecie nie wypadało być pulchniejszą - ale zarazem szczęśliwszą - bo powinna jedynie spełniać oczekiwania innych.

Kobiecość jako przepis na sukces – czy na przetrwanie?

Tematyka gotowania łączy się w powieści z rolą kobiety we współczesnym świecie. Sercem "Masła" są trzy różne i skomplikowane bohaterki. Główna bohaterka, młoda dziennikarka Rika, dostaje zadanie napisania artykułu o tajemniczej kobiecie – Manako Kajii, oskarżonej o zwabianie mężczyzn swoją kuchnią i wyłudzanie od nich pieniędzy. Manako to postać fascynująca i niejednoznaczna: z jednej strony uosabia kobiecą zmysłowość i władzę nad mężczyznami, z drugiej – jest samotną, świadomą gry na społecznych oczekiwaniach kobietą. Autorka stawia nam pytania, czy Kajii jest ofiarą tego systemu - czy może wykorzystuje go dla siebie samej. Manako tylko się wydaje, że odgrywa rolę idealnej "tradycyjnej" kobiety, nienawidzącej feminizmu - z czasem zrzuca maskę, pod którą skrywa się samotna, ale i złamana kobieta. Czy manipulacje przyniosą jej ostateczne zwycięstwo?

Obok Manako, dla której "tradycyjna" kobiecość, rozumiana jako karmienie mężczyzn, stała się obsesją, śledzimy losy Reiko. Kobieta początkowo z energią wchodzi w rolę kobiety, jakiej oczekuje od niej japońskie społeczeństwo: wychodzi za mąż, rezygnuje z kariery, w której była naprawdę dobra, i poświęca się zajmowaniu domem i oczekiwaniem na dziecko. Świetnie gotuje - ale w przeciwieństwo do Manako, robi to z myślą o innych. Czy w tym wszystkim nie zagubi jednak siebie? 

Trzecia jest Rika, kobieta "nowoczesna" - singielka poświęcająca się pracy, będąca dobra w tym co robi, ale niekoniecznie doceniana. Przecież za jej sukcesami w zdobywaniu informacji dla dziennikarskich śledztw pewnie stoi łóżko. Śledztwo w sprawie Manako sprawia, że Rika zaczyna dostrzegać, że czegoś jej w życiu brakuje - że tak naprawdę jest martwa za życia. Tym brakującym składnikiem wcale nie musi być jednak mężczyzna - a przyjaźń, pokazująca, że nawet bez romantycznych relacji nie musimy być samotni jeśli dopuścimy do siebie ludzi.

Asako Yuzuki z niezwykłą precyzją pokazuje, jak kobiety w Japonii muszą nieustannie balansować między oczekiwaniami a własnymi pragnieniami. I jak ciężko jest zadowolić innych. Idealny przykładem jest tutaj obsesja na punkcie wagi - w sprawie Manako ludzi bardziej szokowała jej "puszystość" niż popełnione przez nią zbrodnie! Bo jak "gruba" kobieta mogła uwodzić mężczyzn - do tego stopnia, by zajadali się masłem na śmierć? Co ciekawe, Yuzuki nie daje łatwych odpowiedzi na  temat kobiecości, nie wskazuje, która z postaw jest pożądana. Zamiast tego skupia się na relacjach między kobietami - tym, że siostrzaństwo daje siłę, a zazdrość i manipulacje prowadzą do samotności. 

Styl, który smakuje długo po lekturze

Proza Yuzuki jest pełna smaków, zapachów i tekstur – czytając Masło, niemal czujemy aromat topniejącego masła, słyszymy skwierczenie na patelni i wyobrażamy sobie bogactwo dań, które pojawiają się na kartach powieści. Nie brakuje tutaj sensualności związanej z jedzeniem; interesujące jest także pewne napięcie erotyczne między kobietami, które kompletnie brak w ich relacjach z mężczyznami. Jej styl jest precyzyjny, a dialogi naturalne i pełne ukrytych znaczeń. Książce można co prawda zarzucić, że jest zbyt długa, że za mało w niej akcji - a za dużo kulinarnych odniesień. Wolne tempo i dygresje również mogą niektórych zniechęcać. Jednak dla mnie ta opowieść o kobietach we współczesnym świecie okazała się bardzo angażująca. Wypowiedzi Manako potrafiły wywołać sporo emocji - jak kobieta może tak myśleć! - jednak autorka sprawnie odziera ją z masek, by ukazać w finale przesłanie tej powieści. 

Słowem podsumowania...

"Masło" to powieść, która pozornie opowiada o zbrodni, ale w rzeczywistości jest japońską feministyczną refleksją nad kobiecością, samotnością i społecznymi oczekiwaniami. To historia, która skłania do myślenia o tym, jakie role kobiety pełnią w społeczeństwie – i czy mogą się od nich uwolnić. To książka dla tych, którzy szukają literatury gęstej od znaczeń, ale jednocześnie lekkiej w formie – niczym idealnie ubite masło, które rozpływa się w ustach, pozostawiając długi posmak refleksji.

 


"Wynik negatywny" to książka poruszająca za sprawą ogromnej szczerości narratorki/autorki, która nie upiększając przelała na papier frustracje związane z obezwładniającą bezsilnością, która towarzyszy niepłodności. Powieść w zasadzie opisuje codzienność, w którą wkradają się starania o dziecko - z czasem przekształcające się w prawdziwą obsesję. Ciężko jest wtedy cieszyć się życiem, gdy co miesiąc w głowie pojawia się ta przejmująca myśl "znów zawiodłam". Czym innym jest wybór bezdzietności, czymś zupełnie innym walka z niepłodnością - sama przeżyłam to na własnej skórze. Jestem jednak pewna, że ta książka trafi nie tylko do osób, które same doświadczyły problemów z zajściem w ciążę, ale i do innych kobiet: tematyka poczucia bezsilności nie jest nam obca. Przy całym ciężarze tematycznym, "Wynik negatywny" jest powieścią zaskakująco lekko napisaną, w której nie brakuje humoru. Wyczuwa się w niej także pewną dozę nadziei związaną z determinacją naszej bohaterki na drodze do stania się matką - jest w tym pewien wyraz kobiecej siły na drodze do spełnienia własnych marzeń. 

Autentyczność

Siłą tej, opierającej się o wątki autobiograficzne powieści jest niezwykła szczerość - przelewane na papier myśli bohaterki nie zostały upudrowane, czuć w nich bezradność, gniew, frustrację. Łatwo jest w ten sposób wczuć się w jej sytuacje, nawet jeśli nasze doświadczenia są inne. Zaś do osób, które same borykają się z niepłodnością, mają one ogromną siłę: nie raz łapałam się na tym, że czytany fragment brzmiał, jakby został wyjęty z mojej głowy, nawet jeśli nie chciałabym się do tego przyznać na głos. Poczucie bycia w jakiś sposób przeklętą, gdy wszyscy na około nie mają problemów z zajściem w ciąże, to rozdarcie kiedy chcesz się cieszyć szczęściem przyjaciółek, ale jednocześnie czujesz się głęboko nieszczęśliwy. I wcale nie musimy identyfikować się z bohaterką, by ją zrozumieć - to jej szczerość, otwartość z dzieleniu się swoją historią pozwala empatycznie zaangażować się w opowieść i kibicować jej do ostatniej strony. Ta powieść to takie szczere wyznanie, kierowane od jednej kobiety do innych - ukazujące cały wachlarz frustracji związanych ze społeczną presją.

Dla kogo ta powieść

Po literaturę piękną sięgam wyłącznie jeśli zainteresuje mnie tematyka i tak było w tym przypadku. Jako osoba, która od ponad pięciu lat próbuje zdiagnozować niepłodność chciałam poznać historię innej kobiety mającej podobne problemy - w zalewie historii o macierzyństwie lub bezdzietności z wyboru. Dla mnie czytanie tej powieści było swoistym katharsis. Co ciekawe, choć z bohaterką łączy mnie problem, to różni nas zdecydowanie mentalność: Chrustka upatruje w macierzyństwie cel swojego życia, ja już dawno pogodziłam się z myślą, że może nie jest mi to pisane. A jednak pytania "kiedy dziecko?" nadal potrafią piekielnie zaboleć. I chociaż nie jestem jak Chrustka - ze pewnością nie mam ani tej determinacji, ani tej obsesji - to doskonale ją rozumiałam poprzez intensywność opisywanych przez nią przeżyć. I jestem przekonana, że podobnie będzie mieć większość kobiet, niezależnie od decyzji dotyczących posiadania potomstwa. To książka, która uwrażliwia na różne ścieżki, którymi toczą się losy kobiet - może mamy w swoim otoczeniu taką osobę jak Chrustka, która pod maską szczęścia skrywa ogromne niespełnienie i smutek, którego nie dostrzegamy, które informujemy, jedynie zaostrzając ból? Gdy spojrzymy szerzej na tą powieść, to nie dotyczy ona wyłącznie problemów z płodnością, ale stawiania pytań o kobieca tożsamość w dzisiejszym świecie. Czasami ciężko wyrwać się z modelu, że należy wyjść za mąż i urodzić dzieci - to właśnie spotyka Chrustkę, która nie dostrzega alternatywy. "Wynik negatywny" jest zatem ciekawym, trzecim, często niewidzialnym głosem w dyskusji na temat doświadczenia bycia kobietą - które nie sprowadza się wyłącznie do dwóch opcji: macierzyństwo lub bezdzietność z wyboru. 

Słowem podsumowania...

"Wynik negatywny" to powieść wywołująca cały wachlarz emocji. Autorka bez krępacji przelała na papier uczucia gniewu na samą siebie, frustracji zawiedzionymi oczekiwaniami, zazdrości i rozpaczy. A jednak w tym tyglu znalazło się miejsce na uśmiech – na kartach książki doświadczamy emocji, które towarzyszą nam w życiu codziennym. Czytamy, jak bohaterka otwiera się na to, że ma prawo czuć wszystko: smutek, rozpacz, poczucie niesprawiedliwości, i że może o tym mówić. To nie tylko historia o niepłodności, ale także opowieść o kobiecej tożsamości, presji społecznej i emocjonalnej sile.


Chociaż tematyka powieści jest bliska moim doświadczeniom, to tak naprawdę ta książka przemówiła do mnie swoją szczerością. Jestem przekonana, że właśnie tym trafi do wielu kobiet. To książka, która nie tylko daje poczucie zrozumienia i wspólnoty, ale także otwiera oczy na niewidzialne emocje wielu kobiet – niezależnie od ich drogi życiowej. To literatura dla każdej kobiety, która kiedykolwiek czuła się niezrozumiana lub osamotniona w swoich zmaganiach. Polecam ją nie tylko tym, które zmagają się z niepłodnością, ale także wszystkim, którzy chcą lepiej zrozumieć, jak różne mogą być kobiece doświadczenia i jak ważne jest wsparcie w najtrudniejszych chwilach.

 


"Słoneczny szkielet" to powieść o zwyczajnym Irlandczyku, który snuje monolog mający na celu nadanie sensu życiu, które bezpowrotnie utracił. I to dosłownie, gdyż nasz bohater jest martwy (o czym wspomina sam okładkowy opis). To bardzo intrygująca powieść - autor wybrał eksperymentalną formę (całość napisana jest jako jedno, niekończące się zdanie), aby opowiedzieć o sprawach przyziemnych, codziennych rytuałach, "zwyczajnych" kamieniach milowych w życiu człowieka. Nasz bohater z perspektywy śmierci stara się nadać życiu sens, by w końcu zauważyć, że był "mężczyzną, wcześniej chłopcem, ojcem i synem, mężem i inżynierem" - tyle i aż tyle. To ten role nadawały rytm jego życiu, które opowiada w formie strumienia świadomości. Całość zaczyna się niczym wiersz, by płynnie przejść we wspomnianą opowieść o zwyczajności - choć ta niecodzienna forma narracyjna ciągle karze nam się zastanawiać, czy nawet w prostym życiu nie ma jakieś nadzwyczajności; wszak każdy z nas ma tylko jedne życie i ze wszystkich możliwości przezywa je w ten, a nie inny sposób. A dla naszego bohatera wspomnienia są przede wszystkim formą odnalezienia drogi do tego, co dla niego ważne: odnalezienia drogi do domu. 

Czytanie pierwszych stron "Słonecznego szkieletu" jest bardzo wymagające; strumień świadomości to specyficzna forma. Nie będę ukrywać, że nie kojarzy mi się ona najlepiej - na studiach miałam (wątpliwą jak dla mnie) przyjemność obcowania z dziełami Joyce'a, Faulknera, a także reżyserów nowej fali, którzy czerpali ze strumienia świadomości. Strumień świadomości od razu wywołuje u mnie skojarzenia z przerostem formy nad treścią, chaotyczną narracją, w której ciężko się połapać - zwyczajnie mnie odrzuca, choć kryje się za tym artyzm. A jednak w przypadku "Słonecznego szkieletu" można łatwo podłapać rytm wewnętrznego monologu bohatera, w którym jedno wspomnienie uruchamia kolejne wspomnienie, by zatoczyć koło i wrócić do początkowych rozważań. Nie ma tutaj chaosu tylko pajęczyna powiązań, dal których punktem wspólnym jest nasz bohater - wracający myślami do swoich dzieci, małżeństwa, ojca, ale także pracy, lokalnych wydarzeń, a szerzej i globalnych kataklizmów, które niczym uderzenie skrzydeł motyla mogą oddziaływać na zwykłego człowieka.

"znowu odbiegłem, przepadłem
we wspomnieniach
niesiony tokiem marzeń tylko w uboczny sposób powiązanych z myślą, którą snułem"

Siłą powieści jest to, że nim się spostrzeżemy zostajemy wciągnięci w opowieść Marcusa Conwaya. Nietypowa forma wymaga od nas pełnego skupienia, aby nic nam nie umknęło z tej zwykłej-niezwykłej historii. Pod dziwną formą, kryje się prosta historia, dzięki czemu w książce nie ma pretensjonalności, nie czuje się przerostu formy nad treścią. 

"jak i gdzie przepadł październik
ani się człowiek spostrzegł, kiedy zniknął, raptem tydzień wcześniej przesunięto zegary na czas zimowy, a tu proszę was
nagłówki informują, że świat starym, upartym zwyczajem podnosi się w chwale i znów zaraz rozpada się z hukiem"

"Słoneczny szkielet" z pewnością nie jest powieścią dla każdego - nie znajdziemy tu intryg i wielkich dramatów, ale wewnętrzny monolog bohatera pozwala wejść w jego skórę i z perspektywy śmierci odkryć, co było dla niego ważne. Relacja z żoną, sukcesy dzieci, wydarzenia z dzieciństwa, które naznaczyły go na całe życie, a w końcu i codzienne rytuały, jak słuchanie wiadomości. Wydarzenia codzienne, i te które tą codzienność zaburzają, jak niespodziewana choroba. Wszystkie zawarte w książce rozważania natury wręcz filozoficznej zostały połączone z osobistym doświadczeniem zwykłego mężczyzny, męża, ojca, inżyniera budowalnego, członka lokalnej społeczności. To subtelna proza, która niecodzienną formą zwraca uwagę na wydarzenia, które z łatwością uznalibyśmy za zwyczajne i przyziemne. Jeśli lubicie literaturę piękną to polecam Wam ten tytuł.

Pozwolę sobie w tym miejscu przywołać cytat kończący "Słoneczny szkielet" (żaden to spojler), który idealnie podsumowuje wspomniany brak pretensjonalności, ukazuje pazura twórczości McCormacka:

"ze schyloną głową iść i iść
tam, gdzie wszystko w końcu
idzie się jebać"

 


"Niewidzialni" to fragmentaryczna opowieść o osobach spychanych na margines i dostrzeganych przez społeczeństwo jedynie wtedy, gdy zaczynają zaburzać swoją obecnością rzeczywistość. Na kartach  powieści bułgarskiej pisarki Natalii Delewej śledzimy wyrywki z życia osieroconej w dzieciństwie kobiety pragnącej mieć rodzinę - wyobrażającej sobie dni spędzane z matką, niespodziewanie porzuconej przez ukochaną, niemogącej adoptować dziecka, by dać komuś to, czego sama nie miała. Opowieść o niej przerywana jest krótkimi historiami o innych niewidzialnych - Romach, uchodźcach, osobach niepełnosprawnych, ubogich, wykorzystywanych seksualnie czy starzejących się w zapomnieniu i samotności. To przerażająco smutna książka, która ma w sobie siłę: otwierania oczu na społeczną niesprawiedliwość i ból osób niedostrzeganych. Sama niewidzialność jest w tej książce ukazana w ciekawy sposób: z jednej strony społeczeństwo zdaje się nie tyle tych osób nie dostrzegać, co oczekiwać od nich, że pozostaną niewidzialni; zaś dla nich samych niewidzialność jest pewną formą ochrony - szczególnie, gdy staja się widzialni jedynie jako sensacja.

Powieść "Niewidzialni" nie należy do tych, który od razu wywierają wielkie wrażenie. Jej fragmentaryczność, ukazywanie krótkich wycinków z życia nie sprzyja "zaangażowaniu się" w opowiadaną historię. Jej siła tkwi jednak nie w potrzebie opowiedzenia konkretnej historii, ale skłonieniu do myślenia: ile osób może mieć podobne, niezauważane doświadczenia? W dużej mierze "Niewidzialni" skupiają się na dzieciach i ich traumatycznych przeżyciach, które i w dorosłym życiu spychają je na margines. Nie ma tutaj głównej osi fabularnej, punktu do którego zmierza książka: choć jej osią jest narracja dziewczyny z sierocińca, opowiadającej przede wszystkim o swoich uczuciach i pragnieniach, wyobrażającej sobie różne scenariusze "szczęśliwego dzieciństwa", by choć w fantazjach odnaleźć ulgę. Ta prostota opowiedzianych historii tak naprawdę potęguje smutek, wywoływany przez lekturę: ile razy zdarza nam się myśleć o bólu osób, które nie mają dostępu do tego, co uważamy za oczywiste? Do wspólnych wyjść z mamą do parku, do bezpiecznego domu?

Nie każdemu spodoba się taka forma. To książka, której odbiór w dużej mierze zależy od osoby czytającej, jej wrażliwości. Nie ma tu miejsca na pogłębioną analizę problemów bohaterów, ale taki był tutaj zamysł: oddanie głosu niewidzialnym. Głosu cichego, urwanego, pozostawiającego w sferze domysłów dalsze losy. Niektóre opowieści mają 2-3 strony, ale mimo to zrobiły na mnie ogromne wrażenie - właśnie poprzez to urwanie, skłaniające do myślenia ile podobnych historii dzieje się na świecie. Jak opowieść o rodzinie uchodźców, dzieciach nierozumiejących co dzieje się naokoło nich. To prosta (w niektórych fragmentach może i aż nazbyt uproszczona), ale  jednocześnie poruszająca książka do przeczytania - albo jak w moim przypadku wysłuchania - w jeden dzień. Można jej zarzucić, że jest trochę zbyt dosłowna, mająca wzbudzić konkretne emocje, a w innych miejscach poszatkowana i zostawiająca nas z domysłami. Uważam, że to jedna z tych książek, które warto samemu przeczytać - na jednych podziała, dla innych zabraknie w niej "głębi". Na mnie akurat ta prostota podziałała, a lekturze towarzyszyło nie tylko uczucie smutku, ale przede wszystkim bezradności - bólu osób niewidzialnych nie da się tak łatwo ukoić.


Natalia Delewa "Niewidzialni" (2017)
Polskie wydanie: Wyszukane (2021)


 


"Norwegian Wood" to jedna z najsłynniejszych powieści Murakamiego. Opublikowana w 1987 roku opowiada o latach 60., kiedy nie tylko w Japonii, ale i na świecie młodzi ludzie sprzeciwiali się establishmentowi. Bohater powieści, Toru Watanabe, nie był jednak w ten ruch zaangażowany - studenckie protesty stanowiły jedynie tło powieści. Wspominając lata studenckie Watanabe myśli o trzech kobietach, które spotkał na swej drodze - a także o śmierci będącej częścią życia. Stąd biorą się główne motywy powieści: "Norwegian Wood" to opowieść o miłości/pożądaniu oraz śmierci/stracie. Utrzymana w melancholijnym tonie ukazuje okruchy życia młodych ludzi, których los zostaje na zawsze naznaczony samobójczą śmiercią przyjaciela. Siłą powieści jest zakończenie, dające pewien rodzaj nadziei. 

"Norwegian Wood" z pewnością nie jest powieścią dla każdego. W książce znajduje się wiele scen seksu, które mogą oburzać - przede wszystkim poprzez seksualizację kobiet; same bohaterki kobiece z dzisiejszej perspektywy również mogą irytować ze względu na ich zależność od mężczyzn. Nie polecałabym nastawiać się na historię miłosną - odniosłam wrażenie, że żadna z postaci w tej książce nie była zdolna do prawdziwej miłości. Za to "Norwegian Wood" jest interesującym spojrzeniem na młodość - i najlepiej działa jeśli jest odczytywana bardziej symbolicznie niż dosłownie. To powieść o końcu młodości, która dla niektórych kończy się śmiercią. Młodość bohaterów łączy się także z izolacją i poszukiwaniem bratnich dusz - a co jeśli tym co połączy bohaterów jest wspólne doświadczenie śmierci? Bohaterowie wycofują się na swój sposób ze społeczeństwa, a jednocześnie łakną towarzystwa im podobnym. Szukają kogoś, komu mogą się zwierzyć z największych tajemnic, pragnień i obaw - bez strachu o bycie ocenionym. Murakami tworząc takie relacje napisał kilka scen z bardzo szczerymi wyznaniami bohaterów, które poprzez liczbę szczegółów zdają się nierealistyczne (kto się tak bardzo odsłania?) Ta szczerość nas szokuje, bo nie jesteśmy do niej przyzwyczajeni. W tym samym kluczu szokujące są sceny erotyczne, które jednak mogą stanowić symboliczne budowanie relacji (np: oddanie dziewictwa temu jedynemu). Warto zwrócić uwagę, że całość opowiedziana jest przez Watanabe z perspektywy dorosłego człowieka - może więc być ubarwiona nie tylko męskimi fantazjami, ale przede wszystkim nostalgią za pierwszą miłością, która utrwala wyidealizowany obraz dziewczyny, zatrzymany w czasie - niczym śmierć w młodości, która pozostawia człowieka "wiecznie" młodym, gdyż nie dane było mu się zestarzeć. A także wyidealizowany wizerunek siebie - samotnika z wyboru, który jednak przyciąga ludzi.

Jak widzicie, "Norwegian Wood" to powieść, która najlepiej sprawdzi się dla tych, którzy lubią rozkminiać i rozbierać wszystko na części, a nie traktować historię dosłownie. Sama fabuła nie jest jakaś porywająca, a wiele fragmentów - przynamniej z naszej perspektywy - może wydawać się mało realistycznych. A jednak jest w tej książce coś, co rezonowało - i nadal rezonuje z wieloma czytelnikami.

Mnie na myśl przywiodła japońską nową falę - nurt w kinie w latach 60. Było to kino młodych twórców, którzy sprzeciwiali się filmom mistrzów takich jak Ozu czy Kurosawa i szukali własnej drogi ekspresji. W filmach tych nie brakowało elementów szokujących - jak to w kontrkulturze - a to co fascynowało wielu twórców tamtego okresu to ścisłe połączenie seksualności i śmierci, Erosa i Tanatosa. Najbardziej reprezentatywnym twórcami japońskiej nowej fali byli Oshima Nagisa, Yoshida Yoshishige, Shinoda Masahiro i Imamura Shohei. Kino nowofalowe jest dużo bardziej eksperymentalne niż "Norwegian Wood", ale odniosłam wrażenie pewnego echa nowej fali - akcja powieści nie tylko dzieje się w czasie kiedy takie kino pojawiło się w Japonii, ale przypada także na okres młodości Murakamiego. Z perspektywy czasu mógł patrzeć na tamte czasy właśnie przez pryzmat japońskiej nowej fali (czyli filmów młodości), w której dominowały motywy związane z odkrywaniem swojej tożsamości, seksualności, ale także poczuciem wyobcowania, poszukiwaniem drugiej osoby przy której można się odsłonić. I oczywiście motywem śmierci, szczególnie młodej i samobójczej, której pełno w tych filmach. 

(Osobiście polecam "Podwójne samobójstwo" Shinody, film dekonstruujący klasyczne kino samurajskie.)


"Norwegian Wood" Murakami Haruki (1987)
Polskie wydanie: Muza (2024)

 


"Wszystko czego szukasz, znajdziesz w bibliotece" to kolejny wydany w Polsce azjatycki tytuł, który wpisuje się w nurt "healing novels". Tak jak "Zanim wystygnie kawa" czy "Nietuzinkowy sklep całodobowy" powieść przedstawia historie kilku postaci, które czują się z jakiegoś powodu zagubione i nieszczęśliwe w codziennym życiu. Wizyta w "magicznym" miejscu pozwala im na spojrzenie w głąb siebie i odnalezienie spokoju. W tej powieści tym niezwykłym miejscem jest najzwyczajniejsza biblioteka - to popularny trop w tym nurcie, który ukazuje znane nam przestrzenie w nowy sposób. W bibliotece tej pracuje jednak nietypowa osoba: tajemnicza bibliotekarka Sayuri Komachi. Już samym wyglądem zdaje się wyróżniać z japońskiego społeczeństwa - skojarzyła mi się z postacią wyciągniętą z filmów animowanych od Studio Ghibli. Mimo przytłaczającego wyglądu pani Komachi zdaje się dokładnie wiedzieć jakiej książki potrzebuje dana osoba, by w trakcie lektury spojrzała na swoje życie inaczej. W powieści tej zachwyciła mnie jej kojąca atmosfera oraz pochylenie się nad każdym z będących w potrzebie gości biblioteki: każdy z rozdziałów jest odpowiednio rozbudowany, by poznać i zrozumieć troski bohaterów. 

Świetnym pomysłem jest także pochylenie się nad osobami w różnym wieku i ukazanie, że w każdym momencie rzeczywistość może nas przytłoczyć - oraz że nigdy nie jest za późno, by znaleźć rozwiązanie. Na kartach powieści poznajemy młodą kobietę, która nie ma pewności czy wybrała dobrą ścieżkę kariery; matkę, która czuje że macierzyństwo odebrało jej szansę na kontynuowanie kariery (ten rozdział świetnie ilustruje frustracje z jakimi borykają się Japonki!); mężczyznę, który czuje, że jest już za późno by odnieść sukces jako artysta, więc wycofuje się z jakiejkolwiek pracy; oraz emeryta, który czuje się wyobcowany ze społeczeństwa po zakończeniu pracy. 

Centralnym motywem powieści jest moc płynąca z książek - powiązana przede wszystkim z odkrywaniem siebie. Książki są tutaj wyzwalaczami, dzięki którym postacie wyruszają w podróż - ale nie do literackich światów, a w głąb siebie. Książki inspirują w najróżniejszy sposób! Oczywiście niezwykle ważna jest tutaj postać bibliotekarki: osoby, która wysłucha każdego i poleci odpowiednią książkę, jednocześnie nie dając gotowych rozwiązań. Każdy sam musi odbyć podróż w głąb siebie, a bibliotekarka jedynie delikatnie prowadzi we właściwym kierunku na początku tej drogi. 

W powieści zachwyca podejście do siły lokalnej społeczności. Chociaż każdy z bohaterów musi sam siebie zrozumieć, to nie jest tak naprawdę pozostawiony sam sobie z problemami. Już sama biblioteka znajdująca się w Community House łączy społeczność; losy bohaterów, choć bardzo delikatnie przeplatają się ze sobą i każdy w jakimś stopniu sobie pomaga. Ze względu na różny wiek bohaterów powieść emanuje atmosferą międzypokoleniowego przekazywania mądrości (ale bez narzucania rozwiązań) oraz tworzenia więzi. Wszystko za sprawą biblioteki: miejsca odwiedzanego przez osoby w różnym wieku, o różnym statusie. Moc tej powieści wynika z emanującej z niej empatii i zrozumienia, a nie wzajemnego oceniania siebie.

"Wszystko czego szukasz, znajdziesz w bibliotece" znajdzie się na mojej liście ulubionych "healing novels": to powieść, która naprawdę daje ukojenie, a właśnie tego szukam w takich książkach. Choć traktuje o odkrywaniu siebie, co jest charakterystyczne dla tego nurtu, to skupia się dużo bardziej na przedstawionych postaciach niż ma to miejsce chociażby w "Zanim wystygnie kawa". Przesłanie powieści jest niezwykle proste: rozwiązanie naszych problemów wcale nie leży w dramatycznych zmianach, ale w spokojnych, codziennych chwilach refleksji. Czasem to drobna zmiana perspektywy, czasem znalezienie nowego hobby, innym razem próba ugotowania nowego posiłku czy szczera rozmowa z drugą połówką - by popchnąć nas w kierunku odnalezienia szczęścia, nieodłącznie związanego ze zrozumieniem siebie i swoich pragnień. Ma to istotny związek z japońskim społeczeństwem, gdzie duży nacisk kładziony jest na odgrywanie odpowiednich ról społecznych i ukrywanie prawdziwych uczuć - ale i polski czytelnik może się w tym odnaleźć. 

Jeśli kiedykolwiek znalazłeś pocieszenie na stronach jakieś książki - to doskonale zrozumiesz moc płynącą z tej powieści. "Wszystko czego szukasz, znajdziesz w bibliotece" to spokojna i cicha, ale jakże kojąca powieść. Książce udaje się jednocześnie uniknąć banalności tego typu opowieści - za sprawą większego skupienia się na bohaterach, ich wydawałoby się przyziemnych troskach i podróży w kierunku odnalezienia własnej ścieżki. Gorąco polecam wszystkim miłośnikom podnoszących na duchu powieści!


Michiko Aoyama "Wszystko czego szukasz, znajdziesz w bibliotece" (2020)
Polskie wydanie: Relacja (2024)


 


„Lucy i morze” to kameralna opowieść o izolacji – zarówno fizycznej, jak i emocjonalnej – w czasach pandemii COVID-19. To taki rodzaj introspektywnej literatury, w której śledzimy myśli i uczucia głównej bohaterki. Jest nią Lucy, dojrzała pisarka, która zostaje nagle wyrwana ze swojego, wydawałoby się pewnego życia, gdy jej były mąż zabiera ją do małego miasteczka w związku z rosnącym zagrożeniem w postaci rozprzestrzeniającego się w metropoliach koronawirusa. Lucy początkowo czuje się zagubiona, nie rozumiejąc powagi sytuacji. Izolacja pozwala jej spojrzeć na własne życie i dostrzec codzienną samotność: dorosłe dzieci, które wcale tak chętnie nie przybiegają do matki; tęsknotę za zmarłym mężem; niepowodzenie w relacji z byłym mężem, który ją zdradził. Ostatecznie Lucy dochodzi do wniosku:
„Wszyscy jesteśmy w lockdownie, przez cały czas. Po prostu nie zdajemy sobie z tego sprawy, że żyjemy w izolacji. Ale staramy się jak tyko potrafimy. Większość z nas próbuje po prostu przeżyć.”.
Wbrew temu, co może się wydawać, nie jest to powieść przejmująco smutna: dotyczy nie tylko strachu przed izolacją i żałoby, ale także wychodzenia z kryzysu dzięki wsparciu najbliższych oraz adaptacji do nowej rzeczywistości. Co ciekawe, ta adaptacja nie oznacza jedynie życia w (post) pandemicznym świecie, ale przede wszystkim dynamiki rodzinnych relacji: budowania porozumienia z dorosłymi już córkami i odbudowywania relacji z byłym mężem.
Związane z pandemią zamknięcie i strach o najbliższych stanowią wyzwalacze dla Lucy do myślenia o przeszłości i pogodzenia się z nią, by z nową siłą spojrzeć na przyszłość. Były mąż, chcąc uratować kobietę zmusza ją do wspólnego wyjazdu – a to generuje konieczność ponownej oceny ich związku. Czy dawna miłość zupełnie już wygasła? Czy Lucy zdoła naprawdę wybaczyć zdradę, zgodnie z myślą, że czas leczy rany?

Rodzina i relacje z bliskimi stanowią ważny temat powieści – pandemia COVID-19 była takim wydarzeniem, które wyrwało nas z pędu życia i zamknęło w czterech ścianach. Nie każda rodzina przetrwała tę próbę.
Kolejnym tematem powieści jest wspomniana adaptacja oraz żałoba – zjawiska znów związane z COVIDEM, ale w tej powieści potraktowane na niezwykle osobistym poziomie. Pandemia stanowi tu zaledwie tło i wspomniany wyzwalacz przymusowej izolacji, która zmusza to przemyśleń. Tak jak społeczeństwa zaadaptowały się do pandemii – konieczności noszenia maseczek, dezynfekowania rąk – tak Lucy adaptuje się do nowych relacji w rodzinie. Żałoba związana jest tu nie tylko z byłym mężem, ale także dawnym życiem – i szerzej dawnym światem, który odszedł w zapomnienie. „Lucy i morze” jest zatem także powieścią o pamięci, a dokładnie o refleksjach związanych z wpływem przeszłości na teraźniejszość. Wszystko to składa się na budowanie głębi postaci Lucy, która jako dojrzała kobieta wiele przeżyła: wychowanie w ubogiej rodzinie z surową matką, próby odnalezienia szczęścia u boku mężów, pisarski sukces – by w końcu zmierzyć się z pandemią, która może odebrać jej znacznie więcej niż autorskie spotkania i mieszkanko w Nowym Jorku.
„Lucy i morze” to oczywiście nie jest powieść dla każdego: należy lubić kameralną literaturę piękną, powieści, w których nie ma ciągłych zwrotów akcji i budowania suspensu. To powieść skupiona na w pewnym stopniu uprzywilejowanej kobiecie, która może pozwolić sobie na izolację – ukazująca jednak jej wpływ na każdego, niezależnie czy jest to dosłowna walka o przetrwanie. Autorka podchodzi z ogromną wrażliwością do swojej bohaterki, pozwalając jej na zatopienie się w życiowych rozterkach w czasach niepewności, co przyniesie jutro: czy nie zadzwoni do nas telefon z informacją o śmierci kogoś bliskiego. Jednocześnie Lucy może ostatecznie odnaleźć pocieszenie, w dużej mierze wynikające ze zrozumienia siebie, swoich bliskich oraz łączących, ich relacji. To niezwykle prosta opowieść, mająca jednak w sobie pewien ładunek emocjonalny. Dodatkowej głębi dodaje osadzenie akcji w czasie pandemii COVID-19, przez co czytelnikom, którzy sami przeżyli te czasy łatwiej jest zrozumieć dylematy człowieka w lockdownie. Nie ujmuje jej to jednocześnie ponadczasowości: „Lucy i morze” to nie tyle powieść o pandemii, co o rodzinie i poczuciu zagubienia nagłymi zmianami.

Elizabeth Strout "Lucy i morze" (2022)
Polskie wydanie: Wielka Litera (2024)


 




"Stroiciel fortepianów" to niezwykła powieść, która pomimo swojej niewielkiej objętości eksploruje wiele tematów. W zależności od doświadczeń samego czytelnika, niektóre z nich będą rezonować bardziej, inne mniej, niczym muzyka będąca jednym z bohaterów powieści. Chiang-Sheng Kuo z precyzją wirtuoza przedstawił osobistą narrację tytułowego stroiciela fortepianów, która splata się z losami innych bohaterów. Niezwykły jest charakter tej prozy: z jednej strony ponadczasowy niczym muzyka klasyczna, ciągle na nowo interpretowana przez kolejnych kompozytorów oraz wykonawców, a z drugiej delikatnie, ale jednak osadzony w konkretnych czasach historycznych, które niczym skrzydła motyla zdaja się oddziaływać na losy bohaterów. To ten rodzaj powieści, którego odbiór zawsze będzie zależeć od wrażliwości czytelnika - jednych zachwyci liryczna proza Kuo, dla innych wyda się zbyt egzaltowana. Ja chociaż nie czuję dźwięków muzyki w duszy, byłam w stanie odczuć jej znaczenie dla bohaterów - w szczególności stroiciela targanego sprzecznymi emocjami: chwalącego pozostawanie w cieniu, a jednocześnie pragnącemu sceny; kochającemu fortepiany, a jednocześnie będącemu w stanie je "krzywdzić". "Stroiciel fortepianów", choć traktuje o muzyce, to skupia się przede wszystkim na osobach z nią związanych na różny sposób, poruszając tym tematy kondycji ludzkiej, pamięci, tożsamości czy odkupienia.

Powieść ma interesującą formę: wpierw śledzimy biznesmena-wdowca, który rozważa co zrobić z muzyczną szkołą zmarłej żony. Czy będzie to opowieść o nim, a może jego spojrzenie na dużo młodszą żonę, która zajmowała się muzyką? Gdy mężczyzna postanawia zlecić nastrojenie domowego fortepianu z cienia wyłania się główny bohater powieści - tytułowy stroiciel. To osoba wiecznie pozostająca w cieniu wielkich wirtuozów - a jednocześnie, zdaniem narratora-bohatera - niezbędny elementem trójkąta miłosnego między muzykiem, a jego instrumentem. Spotkanie z wdowcem i strojenie fortepianu rozpoczynają podróż bohatera - zarówno w przeszłość, jak i w głąb siebie. Pozwala to odkrywać kolejne warstwy rozdartego, noszącego w sobie jakąś traumę, nierozwiązany zawód bohatera.

To rozdarcie widoczne jest w myślach bohatera, który umniejsza swoją osobę, by z czasem pisać o niedocenionym geniuszu: usilnie próbując pogodzić się z losem, nakreślić przed czytelnikiem, że ścieżka usunięcia się w cień wielkich muzyków była wyborem stroiciela. Dla mnie to wewnętrzne rozdarcie i trauma bohatera rezonowały ze skomplikowaną społeczno-polityczną sytuacją Tajwanu.

Tematy związane z pamięcią i tożsamością należą do moich ulubionych - zarówno na poziomie indywidualnym, jak i zbiorowym. W "Stroicielu fortepianów" przeszłość miesza się z teraźniejszością, ukazując związek pomiędzy przeszłymi doświadczeniami, a kim teraz jest stroiciel. Interesującą metaforą jest porównywanie siebie do instrumentu: główny bohater czuje się wyobcowany niczym czarny klawisz, zniszczony niczym niedziałający fortepian - może jednak w życiu odnaleźć drugi taki klawisz w relacji z innym człowiekiem (choć nigdy nie będzie to relacja białych klawiszy stykających się ze sobą); zaś zniszczony fortepian można naprawić i ponownie nastroić - a w życiu można szukać drogi odkupienia i uleczenia duszy, by w końcu osiągnąć wewnętrzną harmonię. Czy to się jednak uda stroicielowi?

W powieści odnajdziemy także innych bohaterów, choć przefiltrowanych przez naszego narratora. Spotkanie z wdowcem przeżywającym żałobę zdaje się punktem uzmysławiającym stroicielowi, że sam nosi z sercu żałobę i żal za możliwą karierą muzyczną. Sama muzyka również zdaje się bohaterem powieści. Ciekawym zabiegiem jest także odwoływanie się do losów różnych muzyków, z którymi główny bohater zdaje się ciągle porównywać: co takiego było w ich życiu, że stali się wybitni? Kiedy fortuna uśmiecha się do człowieka?

Powieść zachwyca także stylem. Poetyckie zdania o muzyce, strojeniu instrumentów wyróżniają się - pochylenie się nad nimi pozwala jednak dostrzec kryjące się za nimi spostrzeżenia dotyczące człowieka. To powieść pełna niedopowiedzeń i pięknych zdań - niczym muzyka, na którą składają się i dźwięki, i cisza. Powolne tempo pozwala zagłębiać się w kreowany za sprawą takiego stylu wewnętrzny świat bohatera, i tak jak każdy człowiek może inaczej odbierać muzykę, tak może coś zupełnie innego wynieść z lektury. "Stroiciel fortepianów" jest zatem powieścią naprawdę wieloznaczną; powieścią o smutku, żalu, samotności, ale także o pasji, poszukiwaniu własnej drogi. Czy zostanie stroicielem a nie wirtuozem złamało bohatera? A może uznał, że to jego ścieżka i nie tylko się z nią pogodził, ale i czerpał z niej satysfakcję? Czy niedostatki, niedoskonałość może kryć w sobie piękno, czy może wyłącznie rozczarowanie?

Myślę, że "Stroiciel fortepianów" to książką trudna do oceny w pewnej skali - ze względu na ogrom niuansów na każdego czytelnika będzie oddziaływać nieco inaczej, w zależności od osobistych doświadczeń i wrażliwości. To subtelna i delikatna opowieść, która w pewnym stopniu przywiodła mi na myśl "Ukochane równanie profesora" Ogawy Yōko - przy czym japońska powieść ma w sobie wiele ciepła, zaś tajwańska chłodu. Obie jednak pozwalają zanurzyć się w wewnętrzny świat bohaterów i rezonują z wrażliwością osoby czytającej. Polecam przede wszystkim miłośnikom nieoczywistej literatury pięknej, która nie daje gotowych odpowiedzi - która porównuje ludzki los, miłość, relacje do muzyki: czy jednak takie porównanie jest możliwe? Powieść skłaniająca do refleksji, a nie przeczytania w biegu pomiędzy azjatyckimi comfort/healing novels w stylu "Zanim wystygnie kawa": to po prostu zupełnie inny rodzaj literatury, niczego nie ujmując komfortowym książkom. Mnie całkowicie oczarowała, zagrała w mojej duszy. 


Chiang-Sheng Kuo "Stroiciel fortepianów" (2020)
Polskie wydanie: ArtRage (2024)


 


"Nietuzinkowy sklep całodobowy" przynależy do tej odsłony literatury azjatyckiej, którą określamy mianem ciepłej i pokrzepiającej. To prosta historia, przedstawiająca przypadkowe spotkanie starszej pani i bezdomnego, które następnie wpływa na pracowników i klientów tytułowego sklepiku. Przesłaniem całej powieści jest dawanie drugich szans oraz nieocenianie innych na pierwszy rzut oka: przypominający niedźwiedzia bezdomny mężczyzna czy niepozorna staruszka mogą okazać się wyzwalaczami, dającymi innym siłę i pokrzepienie - poprzez samą swoją obecność, wysłuchanie w ciężkich chwilach czy okazanie wsparcia. Jednak tak jak w przypadku "Zanim wystygnie kawa" pod tymi pokrzepiającymi historiami kryje się pewien ciężar, pozostający gdzieś na marginesie i nieprzytłaczający, póki nie zastanowimy się nad drugim dnem. W "Nietuzinkowym sklepie całodobowym" obecne są problem, który trapią Koreę Południową: od ciągle obecnego echa kryzysu finansowego z 1997 roku, który doprowadził nie tylko do bankructwa wiele firm, ale także kryzysu męskości (wraz z utratą pracy tracono uprzywilejowaną pozycję w domu), niepewności zawodowej młodych ludzi, pogonią za pięknem, wymaganym od kobiet równie mocno, co wiedzy wyniesionej ze studiów, konfliktu gospodarczego z Japonią z 2019 roku, czy w końcu pandemii COVID-19. Te wszystkie problemy pozostają jednak tłem dla codziennego życia naszych bohaterów. Nawet rozpadające się rodziny stają się pewną normą - skąd też bierze się siła przyciągania niezwykłego sklepiku i rodzinnych relacji w nim panujących, zapewniających komfort i bezpieczeństwo w gorzkim współczesnym (nie tylko koreańskim) świecie. W tym tkwi siła tej powieści, która oczarowała Koreańczyków - pełna jest nadziei na lepsze jutro.

"Nietuzinkowy sklep całodobowy" to z jednej strony powieść mocno zakorzeniona w Korei Południowej - z tymi wszystkimi subtelnymi nawiązaniami do sytuacji w 2020 roku - a przy tym uniwersalna ze swym przesłaniem. Problemy komunikacyjne zdarzają się wszędzie, i niezależnie od szerokości geograficznej poszukujemy wsparcia w postaci osoby, która nas wysłucha i zrozumie - tak jak bezimienny bezdomny mężczyzna, który dzięki danej mu szansie zmienia coś na dobre wokół siebie: jakby dobre uczynki miały moc rozprzestrzeniania się i inspirowania innych. 

Powieść początkowo bardzo intryguje - nasz tajemniczy bezdomny nie ma nie tylko domu, ale i tożsamości. Nad całością wisi więc zagadka dotycząca tego, kim jest niedźwiedziowaty mężczyzna - i w tym kontekście ostatni rozdział przedstawiony z jego perspektywy stanowi idealną klamrę. Zaś po środku odnajdziemy rozdziały poświęcone osobom wokół starszej właścicielki sklepu i jej niezwykłego towarzysza. Historie są pozornie zwyczajne, ale w rzeczywistości odpowiadają pewnym lękom: o utracenie więzi z dorosłymi dziećmi, o poniesienie porażki i powrót w rodzinne strony po porzuceniu marzeń, o opuszczenie bezpiecznego miejsca i pójście naprzód, by rozwinąć skrzydła - co przecież może zakończyć się porażką.

 "Nietuzinkowy sklep całodobowy" jest powieścią otulającą, ale w koreańskim stylu: w smaku słodko-gorzkim. Przesłanie o dawaniu drugich szans koi serce, ale niektóre wydarzenia pozostawiają gorzki posmak. Wszak nasz tajemniczy bezdomny z jakiegoś powodu uciekł od społecznych obowiązków, rodziny i znalazł się na ulicy - gdzie jak sam mówi nie wszyscy patrzyli na niego z odrazą i współczuciem, niektórzy patrzyli z zazdrością. Nazwałabym więc tę powieść bardziej "pokrzepiającą", "dającą nadzieję" niż typowym otulaczem. Skłania do refleksji na temat poszukiwania szczęścia w relacjach z innymi. Jak zauważa bohater: "szczęście nie jest czymś nieosiągalnym", tylko "polega na dzieleniu się sercem z ludźmi wokół". Skłania do refleksji nad życiem w pędzie i społecznym naciskom na bogacenie się - pieniądze wcale szczęścia nie dają, gdy niszczą relacje z najbliższymi.


Kim Ho-yeon "Nietuzinkowy sklep całodobowy" (2021)
Polskie wydanie: Znak (2024)

 


"Nie mówię żegnaj" to powieść zarówno piękna, jak i przejmująco smutna - co najlepiej oddają zawarte w niej opisy śniegu, ciszy czy cieni. Ta powieść to coś znacznie więcej niż opis ludobójstwa na koreańskiej wyspie Jeju (1948) - jest to tekst to pamięci, traumie, stracie, ale i bezgranicznej miłości, która nie pozwala zapomnieć o losach najbliższych. Stanowi wyraz koreańskiego uczucia han, trudnego do wytłumaczenia smutku i urazy, związanych nie tylko z doświadczeniami osobistymi, ale i zbiorową traumą burzliwych losów Półwyspu Koreańskiego, na którym krew przelewali nie tylko najeźdźcy, ale i "bracia", czy to w bratobójczej wojnie, czy politycznych czystkach. Han nie oznacza jednak trzymania się tego smutku - sztuka wypełniona tym uczuciem ma prowadzić do katharsis, do zaakceptowania, ale i zapamiętania przeszłości. Stąd w wielu takich utworach osią wydarzeń jest podróż wewnętrzna odczuwającego przejmujący smutek człowieka w głąb siebie i w głąb historii, by odkryć przyczyny i z nadzieją spojrzeć na przyszłość (w tym kontekście polecam świetny film 박하사탕, Miętowy cukierek z 1999 roku). 

"Nie mówię żegnaj" jest właśnie taką powieścią: na jej kartach śledzimy wewnętrzną podróż pisarki, którą dręczy niepokojący obraz padającego śniegu i wzgórza usianego czarnymi drzewami-nagrobkami, zalewanymi przez przypływ. Kobieta w pierwszej kolejności zakłada, że koszmary związane są z ukończoną książką, która dotyczyła masakry w mieście K - niewątpliwe Kwangju (Gwangju), gdzie w 1980 roku autorytarne władze pod pretekstem walki z komunistami krwawo stłumiły demonstracje prodemokratyczne. "Nie mówię żegnaj" jest powieścią po części autobiograficzną - Han Kang opublikowała tekst o tamtych wydarzeniach ("Nadchodzi chłopiec"). Jednak leczenie zbiorowych ran traumatycznej przeszłości nie kończy się na upamiętnianiu wydarzeń z 1980 roku - tylko sięgania głębiej w przeszłość, do wydarzeń z 1948 roku, które przez długi czas były tematem tabu. Aby znaleźć ukojenie kobieta wpada na pomysł realizacji projektu wraz z przyjaciółką - jednak życie rzuca jej pod nogi kłody, i projekt rozmywa się wobec osobistej straty. Wypadek doprowadza do odnowienia kontaktu między pisarką, a jej przyjaciółką i rozpoczęcia wspomnianej wielowymiarowej podróży: na wyspę Jeju, w przeszłość zbiorową, ale i osobistą, związaną z przyjaciółką. 

Powieść nie tylko porusza temat pamięci, ale i wykorzystuje jej mechanizmy w narracji. Labiryntowa narracja sprawia, że przeszłość miesza się z teraźniejszością niezwykle płynnie. Wspomnienie ukryte we wspomnieniu - pisarka wspomina swą przyjaciółkę, która z kolei opowiada historię swojej matki, a wszystko to się ze sobą miesza. Dodatkowo sceneria burzy śnieżnej i nocy na wyspie Jeju - miejscu znanym wyłącznie z tych kilku wizyt u przyjaciółki i jej wspomnień, a więc miejscu jednocześnie tajemniczym, jak w pewien sposób znajomym - potęguje wrażenie oniryczności, bycia na granicy snu i jawy. Jako czytelnicy nie mamy pewności, co dzieje się naprawdę, a co wyłącznie w głowie bohaterki - szczególnie, że wiele wydarzeń ma wymiar przede wszystkim metaforyczny.

"Nie mówię żegnaj" nie jest powieścią łatwą. Zarówno pod względem tematu, jak i sposobu napisania jest tekstem wymagającym. Niesie ze sobą ogromny ładunek emocjonalny, choć jakby skuty lodem: stopniowo mrożący czytelnika. Jednak w tym świecie mrozu i mroku, którym jest bolesna przeszłość, pali się ognik nadziei - w postaci miłości i przyjaźni. "Nie mówię żegnaj" to powieść poetycko piękna i przejmująco smutna niczym mroźny dzień. Nikt tak nie pisze o (pokoleniowej) traumie jak Han Kang!


"Jeśli przejdzie na drugą stronę, może się ocalić: wystarczy, że nie będzie się więcej odwracać. Jednak w końcu znów odwraca głowę. Kiedy w kamień zamieniają się jej uda, nie ma już drogi ucieczki. Stoi tam i czeka, aż opadnie woda, która zalała wszystkie domy i drzewa. Aż skamienieją jej biodra, ramiona i serce. Aż jej rozwarte, nabiegłe krwią oczy scalą się z resztą skały. Mijają dziesiątki, setki, tysiące dni i miesięcy, a ona nadal tkwi w tamtym miejscu, wystawiona na działanie śniegu i deszczu. Co chciała zobaczyć? Co musiało się tam znajdować, że notorycznie spoglądała wstecz?

(...) -Pewnie był tam ktoś, kogo chciała ocalić. Czyż nie dlatego spojrzała za siebie?"


Han Kang "Nie mówię żegnaj" / "작별하지 않는다" (2021)
Polskie wydanie: W.A.B. (2024)
Tłumaczenie z j. koreańskiego: Justyna Najbar-Miller


 

Powieść "Starsza pani z nożem" jest jak jej bohaterka: niepozorna, łatwa do przeoczenia, a jednocześnie ostra niczym brzytwa. Tak jak pod maską miłej starszej pani kryje się płatna zabójczyni - jedna z najlepszych w swoim fachu, szlifująca umiejętności od ponad 40 lat - tak pod intrygą w stylu thrillera ukryta jest powieść o starości, która wyobcowuje człowieka bardziej niż komplet noży za pazuchą. Na kartach tej powieści śledzimy Rógszponę, którą otoczenie wysłałoby na emeryturę. Jednak, czy ktoś, kto całe życie parał się zabijaniem może spokojnie zająć się czymś innym (bo w koreańskich realiach emerytura często oznacza dorywcze zajęcia, prowadzenie straganu czy pralni) - to jakby, parafrazując zdanie zawarte w powieści - kazać wilkowi wysiadywać jajko. Jednocześnie sama Rógszpona zaczyna dostrzegać zmiany, jej wiek wpływa na jej działania, a przypadkowe spotkanie z lekarzem i jego córeczką wywołują refleksje na temat przeszłości i utraconych możliwości. Sama bohaterka ma w sobie to coś - nie jest potulną staruszką -  że już od pierwszej akcji z przyjemnością towarzyszymy jej w podróży poprzez przeciwności, które na jej drodze stawia wiek, płeć, społeczeństwo - i oczywiście przeszłość, która w najmniej oczekiwanym momencie potrafi się odgryźć. Całość napisana jest w prosty, lekko humorystyczny sposób, a nietypowa bohaterka i zaskakująco przyziemny świat płatnych zabójców sprawiają, że od książki trudno się oderwać.

Dostrzegam w tej powieści to, co lubię w koreańskim kinie "społecznym" spod znaku Bong Joon-ho ("Parasite", "Snowpiercer", "The Host: Potwór", a w szczególności genialny film "Matka"): z jednej strony mamy rozrywkowe, gatunkowe fabuły (gatunkowy miszmasz), pod którymi kryje się jednak społeczny komentarz, ukazujący bolesną prawdę o Korei Południowej - i szerzej świecie opanowanym przez konsumpcjonizm. W "Starszej pani z nożem" temat dotyczy starości. Dla społeczeństwa staje się człowiekiem niewidzialnym, dla kręgu "zawodowego" zbędnym. Jednocześnie ze względu na renomę i wiek nie można jej tak po prostu wyrzucić - lepiej sugerować, że powinna odejść, powinna czuć się wypalona zawodowo i poszukiwać zasłużonego odpoczynku. Najlepiej zniknąć - bo jakie ma znaczenie jako samotna starsza kobieta? Sama Rógszpona zdaje sobie jednak sprawę, że nie jest już tą samą osobą co kiedyś i czuje się wyobcowana - a jedynym, co ją zakotwicza w życiu wydaje się przypadkowo przygarnięty pies - także senior. Jeśli ma odejść, to wyłącznie na swoich zasadach. Co jednak jeśli w jej życie wkradnie się coś niespodziewanego - a tym czymś jest... empatia? Czy na starość człowiek może się zmienić? Czy na starość może zacząć w końcu żyć?

"Starsza pani z nożem" to interesujące studium charakteru starzejącej się płatnej zabójczyni - a jednocześnie podejścia otoczenia do osób starzejących się. Jednocześnie to thriller o zemście, dodający dynamiki poprzez sceny akcji - szczególnie w finale. To intrygująca powieść, choć zupełnie inna niż można się spodziewać. Świat płatnych morderców stanowi tu jedynie tło, by opowiedzieć o przemijaniu i społecznym wyobcowaniu.


Gu Byeong-mo "Starsza pani z nożem" (2013)
Polskie wydanie: Wydawnictwo Mova (2023)

 


"Tancerka z Izu. Opowiadania" to zbiór 15 utworów oraz przemowa noblowska pierwszego Japończyka, który zdobył tę prestiżową nagrodę. Teksty zostały dobrane tematycznie - łączy je motyw kobiet - a następnie ułożone chronologicznie, co stanowi dodatkowy atut zbioru. Czytając opowiadania możemy obserwować rozwój Kawabaty jako pisarza, a także podejście do kobiet. Sam styl autora jest oszczędny, poetycki, pełen niedopowiedzeń, a poruszane motywy dotyczą przemijania i ulotności chwil. W całości można wyczuć ducha buddyzmu zen, prostoty i pustki (ale nie nihilizmu) - co świetnie oddaje zamieszona na końcu noblowska przemowa Kawabaty. Jest to literatura piękna przez duże "p", wymagająca od czytelnika odczytywania znaczeń - i to nie w duchu "co autor miał na myśli", ale jak na nas to oddziałuje, jak my rozumiemy te wszystkie niedopowiedzenia i pauzy, co może się za nimi kryć. Prozie Kawabaty nie można przypiąć łatki "komfortowo-kocykowej", którą wiele osób kojarzy z ostatnio popularną literaturą japońską; opowiadania choć potrafią wywołać uczucie zachwytu nad pięknem, są również pełne brutalności i niepokoju. Jest to zbiór zarazem piękny w swej prostocie i oszczędności, a jednocześnie prowokujący do refleksji, budzący uczucie pewnego dyskomfortu.

W wybranych opowiadaniach kobiety są bohaterkami - jednak nie w taki sposób, jaki można zakładać. W większości tekstów pojawia się męska perspektywa, a kobiety stanowią pewne "wyzwalacze" - miłości, pożądania, wspomnień. Stanowią zarówno obiekt fascynacji, jak i cierpienia. W tekstach czuć ówczesną obsesję dotyczącą dziewictwa/niewinności i upadku związanego z oddawaniem ciała mężczyźnie. Zresztą i sama miłość sprowadzana jest do ciała oraz ulotności związanej z (niespełnionym) pożądaniem. Biorąc pod uwagę pewną umowność tekstów warto nie brać opisywanych scen dosłownie.

Kawabata miał niezwykły dar to pisania intrygujących początków opowiadań. Wprowadzają one nie tylko klimat, ale w połączeniu ze wspomnianym stylem opartym na niedopowiedzeniach budują napięcie - o czym będzie ten tekst, jak się skończy? Niestety nie w każdym opowiadaniu udało się utrzymać ten stan. Odniosłam wrażenie, że im tekst krótszy i bardziej enigmatyczny, tym lepszy. Najsłabiej z całości wypadł "Pensjonat w uzdrowisku" - opowiadanie pełen kobiecych postaci o podobnych imionach, który jest chaotyczny, rozwleczony  i męczący, w którym sedno gdzieś się rozmywa.

Z kolei tytułowa "Tancerka z Izu" to opowiadanie wyróżniające się, liryczne, przemawiające do wyobraźni. Główny bohater - młody student - nie jest jeszcze zniszczony przez życie, choć jednocześnie pełen jest jakieś niewypowiedzianej melancholii. Między nim a młodziutką tancerką rodzi się wzajemna fascynacja, która jest niezwykle ulotna. Moją uwagę zwróciło także opowiadanie "Wszelkie stworzenie", które bez wątpienia wywołuje uczucie niepokoju, czy wręcz dyskomfortu. To opowieść o mężczyźnie, który bardziej ceni towarzystwo zwierząt niż ludzi. Jednocześnie ptaki i psy, którymi się otacza traktuje jako piękne obiekty, z którymi obcowanie zapewnia przyjemność (co ciekawe, podobnie przedstawiane są kobiety w innych opowiadaniach). Jednocześnie w stosunku do nich potrafi być niezwykle okrutny. Drugim takim opowiadaniem jest "Dostawca zwłok". W tym tekście poznajemy mężczyznę, którego zafascynowała kobieta-konduktorka, z którą przyszło mu "dzielić" pokój - jednak każde z nich przebywało w tym pomieszczeniu o innej porze. Do kobiety zbliża się dopiero po jej śmierci i to w sposób niecodzienny. W tekście tym pojawia się budzący niepokój (i dyskomfort) fragment dotyczący podejścia do kobiecego ciała: jako dziewica nie przysłużyła się nikomu, dopiero poprzez oddanie jej zwłok akademii medycznej, jej ciało stało się pożyteczne w oczach mężczyzny.

Zebrane w tym zbiorze opowiadania pełne są nostalgii, smutku, wyobcowania, tęsknoty za tradycyjną Japonią. Kawabata bez wątpienia jest mistrzem krótkich tekstów "opowieści na dłoni" - czyli takich, które mogłyby się zmieścić na dłoni. Choć krótkie, wywołują wiele refleksji. Zaś dłuższe opowiadania pełne są eksperymentalnego stylu - opisywania krótkich epizodów, które ciągle się zmieniają, urywają, przez co uchwycenie jednej myśli przewodniej jest niezwykle trudne. "Tancerka z Izu. Opowiadania" to nie jest zbiór dla każdego, ale miłośnicy literatury pięknej powinni mieć go na uwadze: to gwarancja trudnego do ujęcia w słowa doświadczenia. Twórczość Kawabaty wzbudza podziw, ale jednocześnie przygniata: określiłabym ją mianem "piękna smutku". Czytanie tych opowiadań wywołuje zatem dwojakie odczucia: wpierw zachwytu, później zagubienia poprzez niedopowiedzenia, a na końcu głębokiej refleksji, która dzieje się już w naszej głowie.


"Tancerka z Izu. Opowiadania" (zbiór obejmuje opowiadania z lat 1921-1963)
Polskie wydanie: Czytelnik
Tłumaczenie z języka japońskiego

 


Lektura "Zanim wyblakną wspomnienia" jest jak picie ulubionej kawy (czy innego napoju): jeszcze zanim weźmiemy pierwszy łyk, przeczytamy pierwszą stronę, wiemy czego się spodziewać. I sprostanie tym oczekiwaniom wywołuje miłe odczucie, przez co nie możemy zarzucić kawie czy książce wtórności. Co prawda akcja "Zanim wyblakną wspomnienia" przenosi nas do innego miejsca i nowej kawiarni, jednak podróże w czasie pozostają takie same - tak jak i myśl przewodnia tej serii: czy rzeczywiście podróż w czasie, która nie zmienia teraźniejszości niczego nie zmienia? Jak przekonują się bohaterowie czterech opowieści o podróży w czasie, która nie może zmienić teraźniejszości, zmiana jest możliwa: dotyczy jednak nie rzeczywistości (wydarzeń), a ich samych. Odnalezienie spokoju ducha lub nadziei na szczęście ma niezwykła moc, dającą ukojenie. Każda z części porusza podobne, a zarazem nieco inne historie, zawsze związane z relacjami, które są dla postaci ważne. Ciekawą nowością, która pojawia się w "Zanim wyblakną wspomnienia" jest książka "A gdyby jutro miał nastąpić koniec świata? Sto pytań", w której korzysta mała dziewczynka, aby zadawać dorosłym pytania, które wymagają szybkiego wybrania jednej z dwóch odpowiedzi i uzasadnienia. Wątek ten, razem z podróżami w czasie, które nie zmieniają teraźniejszości, jeszcze bardziej podkreśla przesłanie książki: nieodkładanie ważnych rozmów i decyzji na jutro, które może nie nadejść. "Zanim wyblakną wspomnienia" z powodzeniem kontynuuje serię "Zanim wystygnie kawa" - prostych, niepozornych opowieści, które mają skłonić czytelnika do refleksji. To kolejny zbiór pięknych opowieści utrzymanych w duchu japońskiego realizmu magicznego - potrafiących wzruszyć, nawet jeśli sami bohaterowie trzymają emocje na wodzy!

W "Zanim wyblakną wspomnienia" otrzymujemy cztery opowieści. Pierwsza z nich dotyczy córki, która ma żal do własnych rodziców - o to, że umarli, co naznaczyło całe jej życie jako sieroty. Druga opowiada o parze komików, którzy w końcu osiągnęli sukces - jakie ma on jednak znaczenie, jeśli żona jednego z nich zmarła? Trzecia historia opowiada o niezwykłej więzi sióstr, które pragną dla siebie nawzajem szczęścia - do tego stopnia, że jedna z nich jest gotowa zataić śmiertelną chorobę, byleby nie zasmucić tej drugiej. Ostania zaś opowiada o przyjaciołach, którzy póki mieli czas nie dostrzegali, że są w sobie zakochani. W całej serii odnajdziemy wiele wątków związanych ze śmiercią - przy wszystkich regułach obowiązujących podczas przenoszenia się w czasie, to osoby, którym umarł ktoś bliski - lub same mogą umrzeć - decydują się na podróż, by znaleźć ukojenie. Jednocześnie powieść przedstawia śmierć jako element życia, coś - co jak koniec świata - może nadejść w najmniej spodziewanej chwili i dotyczyć każdego. Tak jak w poprzednich częściach, między opowieściami o osobach, które zdecydowały się na podróż w czasie poznajemy losy pracowników kawiarni, które zapewniają ciągłość wszystkim książkom z serii.

Chociaż "Zanim wyblakną wspomnienia" jest książką najsłabszą z serii, to udaje jej się nadal przyciągać uwagę czytelników, którzy pokochali poprzednie odsłony. Co prawda trochę rzuca się w oczy powtarzalność - choć powtarzanie reguł i kto jest kim jest cechą charakterystyczną dla całej serii (uważam że powtarzanie reguł nadaje nawet pewnego rytmu) - to w tej części opowiadane historie mogą przywodzić na myśl te poprzednie. Osobiście nie uważam tego za wadę - wpisuje się to idealnie w ton całej serii, która ma opowiadać uniwersalne opowieści o starcie i żalu, które mogą być ukojone poprzez pogodzenie się z przeszłością - tutaj symbolizowaną przez podróż w czasie.

Tak jak wspominałam wcześniej, doskonałym dodatkiem urozmaicającym tę odsłonę jest książka "A gdyby jutro miał nastąpić koniec świata? Sto pytań", która skłania czytelnika do próby odpowiedzi na przytaczane z niej pytania.

"Bardzo kochasz pewnego mężczyznę lub pewną kobietę. Jeśli jutro nastąpi koniec świata, to:
A. Oświadczysz się tej osobie
B. Nie oświadczysz się, bo to nie ma sensu."

Każda z postaci, do której trafia pytanie musi nie tylko na nie odpowiedzieć, ale także uzasadnić - a my możemy się z tym uzasadnieniem utożsamić bądź ni, co ukazuje różnorodne motywacje, którymi kieruje się każdy z nas. To niezwykle prosty zabieg, który jednak nadaje kolejnego wymiaru refleksyjności tej książce - tak jak poprzednie odsłony, "Zanim wyblakną wspomnienia" to powieść, w której sama treść ma drugorzędne znaczenie; ważniejsze jest jak oddziałuje na nas.

"Jesteś w łonie matki, która jest w trakcie porodu. Jeśli jutro nastąpi koniec świata, co robisz?
A. Wszystko trzeba robić po kolei, więc się rodzisz.
B. Nic nie ma sensu, rezygnujesz i się nie rodzisz."

"Zanim wyblakną wspomnienia", jak i poprzednie dwa tomy, to powieść, która udowadnia, że można pisać o stracie książki, które niosą przede wszystkim ukojenie, są przede wszystkim comfort read. Powieść napisana jest w niezwykle prosty i bezpośredni sposób, nie skupia się na głębi psychologicznej postaci, które są raczej pewnymi symbolami: czującej żal do rodziców córki; męża, który nie widzi sensu w życiu, gdy jak mu się zdaje wykonał ostatnia wolę żony; siostry, której wydaje się, że nie może żyć szczęśliwe bez swojego rodzeństwa; chłopaka, rozdartego między marzeniami. To powieść jak słodko-gorzka kawa, która potrafi wzruszyć, ale także wprawić w dobry nastrój, ogrzać nadzieją związaną z pogodzeniem się z przeszłością i otwarciem się na przyszłość. Ta seria to pewnego rodzaju uniwersalna przypowieść, realistyczna, a zarazem magiczna - co sprawia, że staje się ponadczasowa i oderwana od japońskiego kontekstu. Polecam wszystkim, do których przemawiają takie klimaty!


Toshikazu Kawaguchi "Zanim wyblakną wspomnienia" (2018)
Polskie wydanie: Relacja (2023)


 


"Dwadzieścioro czworo oczu" to niezwykle nostalgiczna podróż do czasów młodości i wiejskiego życia utraconego wraz z nadejściem wojny. W powieści śledzimy na przestrzeni lat losy młodej nauczycielki oraz jej podopiecznych, tytułowych dwadzieścioro czworo oczu. Choć życie na wsi nie było idealne to jednak nadzieja na lepsze jutro i marzenia pozwalały przezwyciężać trudności. Powieść choć dotyczy wojny, nie zabiera nas na front - ukazując za to niezwykłą kobiecą perspektywę. Kobiet, które i przed wojną nie miały łatwo, które przez całe życie były hartowane, by stać się silniejszymi wewnętrznie - i które wojna o mało co nie złamała. To niezwykła powieść, która łączy w sobie ogromne ciepło relacji między nauczycielką i jej uczniami z niełatwym losem, który ich spotkał. Poprzez ukazanie nauczycielki, która nigdy nie przestała interesować się swoimi dwunastoma uczniami budowane jest pacyfistyczne przesłanie powieści: nie ma znaczenia kto wygra, wojna niszczy to, co jest najpiękniejsze w oczach nauczycielki - dobre wejście w dorosłość. "Dwadzieścioro czworo oczu" to jednocześnie powieść bardzo niepozorna, zwyczajna, nie wywołująca od razu wielkich emocji - ze spokojem prezentująca kolejne fragmenty życia, w którym cierpienie i obawy o losy młodego pokolenia stają się nieodłącznym towarzyszem. 

"Dziesiątka nowych uczniów, którzy dziś rozpoczęli naukę, patrzyła na nią z taką samą nadzieją, jaką widziała w oczach dwanaściorga dzieci przed laty. Miała wrażenie, że w nowych twarzach widzi tamte stare, uwiecznione na fotografii pod sosną."

Japońskie teksty kultury potrafią niezwykle chwytać za serce: często są proste, niepozorne i nawet się nie spostrzeżemy kiedy ogarnie nas melancholia i nostalgia, a w oczach pojawią się łzy. Takim tekstem jest "Dwadzieścioro czworo oczu". Pierwsza połowa powieści służy nakreśleniu ciepłych relacji między nauczycielką a jej uczniami, codzienności ich życia - która wcale nie jest pozbawiona trosk, ale pełna jest nadziei. To naprawdę interesujący portret wiejskiej społeczności, podejścia do dzieci - najstarszych córek, które miały zajmować się rodzeństwem, psocących synów - oraz młodej nauczycielki, pełnej energii i ambicji. Może się wydawać, że niewiele się dzieje, kiedy czytamy opisy dojazdów nauczycielki do szkoły na rowerze - co wzbudzało w tamtych czasach pewne sensacje - czy potajemnej wyprawie uczniów do jej domu. Scenki te usypiają jednak czujność, gdy nadchodzi druga połowa powieści. Przyziemna codzienność zostaje zastąpiona fragmentarycznością - bo jak inaczej odbierać czasy wojny? Wspaniale oddaje to zmieniające się podejście ludzi do życia - gdy przed wojną martwili się o przyszłość, mając jakieś plany, a w jej obliczu zobojętnieli na to, co przyniesie jutro - po co się tym martwić, jeśli jutra może nie być? Autorka na kartach powieści oddała pacyfizm ukazując brak zrozumienia dla sensu wojny: nauczycielka, przejmująca się losem nie tylko własnych dzieci, ale i całego pokolenia ciągle kwestionuje nacjonalistyczny zapał wysyłania młodych mężczyzn na front i skazywania kobiet na walkę z ubóstwem i rozdzierającym bólem. W powieści tej nie ma miejsca na patos, który często dominuje w wojennej retoryce - tylko jego antywojenne przeciwieństwo: wewnętrzne zmierzenie się z konsekwencjami. Odzwierciedla to przemiana bohaterki z młodej kobiety w niemal staruszkę, przygniecioną ciężarem doświadczenia, zdobywającą przydomek "pani Płaczucha" - a jednocześnie akceptującą to miano. Nauczycielka nie jest już tą samą osobą, ale nadal może być dla dzieci oparciem, nawet jeśli nieustannie się wzrusza.

"Ludzie żyli, składając w ofierze niemal wszystko to, co czyniło ich ludźmi, a potem umierali. Na przemian szeroko otwierali oczy ze zdziwienia i zaciskali je, próbując zapanować nad łzami zbierającymi się w kącikach, jakby ktoś nieustannie ich obserwował. Stopniowo się do tego przyzwyczajali, przestawali wspominać przeszłość. Stali się surowi, szorstcy wewnętrznie. Kto się nie podporządkował, mógł szybko stracić życie. Powszechny niepokój nie malał, przez co ludzie mieli wrażenie, że wojna wciąż nie dobiegła końca. Pod wieloma względami faktycznie nadal trwała."

"Dwadzieścioro czworo oczu" to niezwykle subtelna powieść (anty)wojenna. Powieść, która jednocześnie ogrzewa, jak i łamie serce. Z jednej strony ukazuje okaleczone pokolenie - nie tylko poprzez wojnę jako taką, ale jej oddziaływanie na społeczeństwo i nacjonalistyczną, prowojenną propagandę, która miała ukazać śmierć za ojczyznę jako największy honor. Z drugiej jednak pokazuje niezwykłą więź między uczniami i ich ukochaną nauczycielką; więź, która jest w stanie przetrwać wszystko. To kameralna, słodko-gorzka powieść o relacjach, które zostają w nas na zawsze i dają nam siłę.


Sakae Tsuboi "Dwadzieścioro czworo oczu" (1952)
Polskie wydanie: Yumeka (2023)
Tłumaczenie z języka japońskiego: Klaudia Ciurka

 


"Wyspa kobiet morza" to chwytająca za serce powieść historyczna o kobietach: relacjach między nimi, wpływie wydarzeń historycznych i społecznych oczekiwań na ich los, ich sile radzenia sobie z przeciwnościami losu. Jest to powieść, która w pełni spełniła moje oczekiwania, z jednej strony skupiając się na losach konkretnych jednostek, z drugiej zaś nie ignorując czasów w jakich przyszło im żyć. Autorka poprzedziła pracę nad powieścią szeroko zakrojonymi badaniami, wywiadami i konsultacjami, co znalazło swoje odzwierciedlenie w wyczuwalnej autentyczności tekstu. Tym samym zyskuje ona dodatkową wartość - poza emocjonalną czy literacką - przedstawiając kulturę i życie mieszkanek wyspy Jeju - będącej częścią Korei Południowej, ale jednocześnie wyjątkowej ze względu na swój wyspiarski charakter, głęboką wiarę w szamanizm i odwrócenie ról społecznych, w których to kobiety stały się głównymi żywicielkami. 

Powieść opowiada o jamnyeo (na zachodzie znanymi jako haenyeo), czyli kobietach z wyspy Jeju, które ryzykują życie i zdrowie, by poławiać owoce morza. Historia zostaje rozciągnięta na okres osiemdziesięciu lat, dzięki czemu poznajemy naszą bohaterkę od młodości do starości. To także okres burzliwych przemian - od japońskiej okupacji, przez podział Półwyspu Koreańskiego i wojnę koreańską oraz autorytarne rządy kolejnych prezydentów-dyktatorów: Rhee Syngmana, Park Chung-hee i Chun Doo-hwana. Na poziomie życia zwykłych ludzi to także czasy ogromny przemian społecznych, chociażby w dostępie kobiet do edukacji. Autorce udało się idealnie wpleść te wydarzenia i przemiany w snutą opowieść, gdyż każde z nich wpłynęło na Young-sook i Mi-jię, stanowiąc test dla ich przyjaźni. Dla osób nie znających koreańskiej historii część wydarzeń może być przytłaczająca - jednak bez obawy, powieść nie skręca w stronę kroniki historycznej i nie zasypuje czytelnika datami i nazwiskami, ciągle mając na uwadze tytułowe kobiety morza. Co więcej, przedstawienie losów bohaterek pozwala także zapoznać się z życiem codziennym i wierzeniami kobiet z Jeju, ich podejściem do mężczyzn, dzieci (to wyjątkowa dla kultury konfucjańskiej społeczność, w której córka była błogosławieństwem!) czy natury. 

Motywem przewodnim powieści jest siostrzaństwo, tak ważne dla kobiecej społeczności, a jednocześnie ciągle wystawiane na próby przez zewnętrzne zagrożenia. To także powieść o traumie i próbie poradzenia sobie z przeszłością, której nie da się zapomnieć - kiedy to Koreańczycy zwrócili się przeciwko Koreańczykom, mordując mieszkańców Jeju w imię walki z komunizmem. Takie wydarzenia jak masakra w Gwangju (stanowiąca tło wydarzeń w powieści "Nadchodzi chłopiec" Kang Han) czy powstanie na Jeju stały się narodową traumą, jednak przez lata (szczególnie w odniesieniu do Jeju) stanowiły temat tabu. Powieści takie jak "Wyspa kobiet morza" skupiają się jednak na jednostkach, których nie da się "uleczyć" za pomocą pomnika i organizacji upamiętniających rocznic. "Wyspa kobiet morza" to również powieść o zmianach pokoleniowych, przede wszystkim w odniesieniu do kobiet - bo to od pierwszej do ostatniej strony powieść poświęcona właśnie kobietom.

Dla mnie powieść "Wyspa kobiet morza" okazała się książką idealną - choć musze podkreślić, że jestem emocjonalnie związana z koreańską historią, poświęcając jej lata badań naukowych. Przedstawiona historia jest tragiczna, budząca wiele emocji, a jednocześnie emanująca kobiecą siłą. Bohaterki są wielowymiarowe, mają swoje motywacje, zalety i wady, głębię przeżyć psychologicznych. Płaszczyzna historyczno-społeczna pozwala zaś dowiedzieć się wiele o wyspie Jeju i Korei Południowej. Jednocześnie nie są to suche historyczne fakty, tylko wydarzenia opisane z emocjonalnej perspektywy uczestników, którym na wiele lat autorytarna cenzura odebrała głos. Opisy Jeju, zwyczajów związanych z poławianiem owoców morza, w tym rytuałów są bogate i świetnie nakreślają atmosferę. To piękna powieść, która pozostaje z czytelnikiem na długo po przeczytaniu ostatniego słowa; ukazująca siłę człowieka wobec najtrudniejszych przeżyć. Chciałabym polecić "Wyspę kobiet morza" każdemu czytelnikowi - a już na pewno osobom poszukującym książek o Azji lub kobietach. To powieść obok, której nikt nie przejdzie obojętnie - historia łapie za serce!


Lisa See "Wyspa kobiet morza" (2019)
Polskie wydanie: Świat Książki (2020)
Tłumaczenie: Joanna Hryniewska
Starsze posty Strona główna

ABOUT AUTHOR

안녕하세요! Z wykształcenia doktor nauk politycznych i magister filmoznawstwa, hobbistycznie zapalona czytelniczka! Zapraszam na bloga o książkach, filmach oraz Półwyspie Koreańskim - czyli moich największych pasjach!

Categories

  • abyssos 1
  • agora 2
  • akurat 2
  • albatros 4
  • artrage 2
  • azjatyckie 91
  • beYA 1
  • bliski wschód 1
  • Books4YA 4
  • chiny 11
  • ciekawostki 7
  • copernicuscenterpress 2
  • cyberpunk 1
  • czarna owca 1
  • czarne 3
  • czytelnik 1
  • dark academia 1
  • dark fantasy 7
  • dialog 8
  • dlaczemu 2
  • dolnośląskie 1
  • dystopia 4
  • esej 4
  • europa wschodnia 1
  • fabryka słów 115
  • fae 1
  • fantastycznyorient 18
  • fantastyka 188
  • filia 2
  • film 3
  • filtry 1
  • format 1
  • foxgames 1
  • galeriaksiążki 1
  • gra książkowa 1
  • gramatyka 3
  • groza 19
  • harde 1
  • healing novel 6
  • hi:story 1
  • horror 19
  • idiom 3
  • indie 5
  • indonezja 1
  • instagram 5
  • iyashikei 2
  • jaguar 2
  • japonia 36
  • kdrama 1
  • kirin 7
  • klasyka 1
  • komedia kryminalna 5
  • komiks 3
  • korea 45
  • koreański 9
  • kryminał 24
  • krytyka polityczna 1
  • książki 188
  • kwiaty orientu 2
  • literatura dziecięca 5
  • literatura młodzieżowa 30
  • literatura piękna 21
  • literatura podróżnicza 2
  • luna 1
  • marginesy 2
  • matronat 1
  • mitologia 2
  • mova 3
  • mustread 2
  • muza 5
  • naukowe 8
  • new adult 3
  • nonfiction 8
  • nowa baśń 14
  • nyks 1
  • obyczajowa 1
  • papierowyksiężyc 2
  • patronat 4
  • planetaczytelnika 1
  • podróżnicza 1
  • powieść gotycka 2
  • powieść historyczna 12
  • prószyński 5
  • przygodowa 1
  • recenzja 175
  • relacja 7
  • replika 4
  • reportaż 14
  • retelling 1
  • retrobuki 18
  • romans 7
  • romantasy 1
  • sensacja 2
  • sf 20
  • słownictwo 8
  • space opera 1
  • sqn 6
  • szczeliny 2
  • świat książki 1
  • tajfuny 1
  • tajwan 2
  • thriller 7
  • urban fantasy 15
  • uroboros 13
  • vesper 3
  • w.a.b. 5
  • warbook 9
  • weird fiction 1
  • weneedya 2
  • western 1
  • wielka litera 1
  • wietnam 1
  • wydawnictwo ix 1
  • wydawnictwo kobiece 1
  • wydawnictwo literackie 2
  • wydawnictwo mięta 7
  • Wydawnictwo Noir sur Blanc 1
  • wydawnictwo poznańskie 2
  • wydawnictwo spisek pisarzy 1
  • wydawnictwo wab 2
  • wydawnictwo wilga 1
  • wydawnictwonoca 1
  • wyszukane 1
  • yaponia 3
  • you&ya 15
  • youngadult 26
  • yumeka 6
  • zielona sowa 2
  • znak 13
  • zygzaki 1

Matronat

Matronat
Trylogia Hierarchia magii

Matronat

Matronat
Trylogia Magów szkła

POPULAR POSTS

  • Smocza perła - recenzja
  • Pięć małych świnek (recenzja)
  • Naturalista (recenzja)
  • Gwiazdy w łańcuchach
  • #retrobuki 2000-2009
  • Muzyka otchłani
  • Polka w Korei (recenzja)
  • Space Sweepers (승리호)
  • Bogowie otchłani
  • Koreańskie społeczeństwo - przewodnik po książkach
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Szukaj na tym blogu

Blog Archive

Ważne

Wszystkie zamieszczone tutaj teksty oraz grafiki są moją własnością i nie wyrażam zgody na ich kopiowanie bez mojej zgody.

FOLLOW ME @ INSTAGRAM

Gdzie mnie znaleźć

  • Instagram
  • Lubimy czytać
  • Goodreads

Featured Post

#retrobuki

Copyright © 2016 Pani Papierek. Created by OddThemes