Pani Papierek

  • Home
  • Książkach
    • Azjatyckie
    • Naukowe
    • Gatunkowe
      • Fantastyka
      • Kryminał
  • Filmach
  • Korei
    • 한국어
    • Ciekawostki
  • Instagram
  • Współpraca

 


„Głębia. Imprint” to powrót Marcina Podlewskiego do jednego z najambitniejszych uniwersów polskiego science-fiction – i jednocześnie otwarcie nowego cyklu (można go czytać bez znajomości poprzedniego), który już na starcie jasno komunikuje swoje ambicje. To niemal 900 stron space opery pisanej na serio: bez uproszczonych podziałów na dobro i zło, bez bezpiecznych archetypów załogi-rodziny i bez fabularnych skrótów. Zamiast tego dostajemy świat zbudowany z rozmachem i pieczołowitością – z własną polityką, religią, historią i językiem.

Jeśli szukać porównań, „Głębi” zdecydowanie bliżej do Diuny niż do Star Wars. To opowieść cięższa gatunkowo, niosąca ze sobą wyraźny filozoficzny i cywilizacyjny ciężar. Już od pierwszych stron widać, że nie będzie to lektura „na szybko” – i to zarówno jej największe wyzwanie, jak i największa zaleta. Nie jest to może książka dla każdego – szczególnie jeśli dopiero zaczyna się przygodę z twardym SF – ale dla osób poszukujących czytelniczych wyzwań oferuje przygodę, w która można się "zagłębić".

Lektura wymagająca – i świadomie taka

„Głębia. Imprint” wymaga od czytelnika pełnego skupienia i zaangażowania. Podlewski prowadzi narrację w sposób nielinearny: skacze między wątkami, postaciami, miejscami, a czasem także płaszczyznami czasowymi. Do tego dochodzi bogata terminologia stworzona specjalnie na potrzeby uniwersum – bez nachalnych przypisów i bez tłumaczenia wszystkiego wprost. Czytelnik musi być czujny, bo łatwo przeoczyć drobny szczegół, który kilkaset stron później okazuje się kluczowy.

Styl autora zdecydowanie nie ułatwia odbioru, ale trudno uznać to za wadę. W świecie „szybkich książek” i historii prowadzących czytelnika za rękę, „Głębia. Imprint” jest propozycją odwrotną: powolną, gęstą i wymagającą, stawiającą przed odbiorcą intelektualne wyzwania. To książka, która nie spieszy się z nagrodą, ale gdy ta w końcu przychodzi, satysfakcja jest ogromna.

Dwie fabularne osie, jeden ciężar znaczeń

Powieść przenosi nas do Galaktyki Andromedy, nowego domu ludzkości po Wielkim Exodusie. To świat zdominowany przez żelazną władzę Imperium Exodusu, gdzie relacje z Obcymi reguluje enigmatyczny Dar, a Maszyny i Siddarthowie współpracują na mocy pradawnych paktów. Nad wszystkim jednak unosi się tajemnica Głębi i ślizgu głębinowego, pozwalającego na podróże, a także imprinterów, spadkobierców mitu o Wybawcy. Brzmi skomplikowanie, ale na szczęście losy tej Galaktyki śledzimy przez pryzmat bohaterów, których dużo łatwiej zrozumieć - bo są bardzo ludzcy, mający swoje pragnienia i obawy.

Na tym bogatym tle rozgrywają się dwa równoległe wątki. Pierwszy to losy Eltie Grunt, kapitan, która na pokładzie nielegalnie zmodyfikowanego żaglowca, nazywanego "Ważką" ze względu na wygląd, wyrusza w niebezpieczną (i nielegalną!) misję ku Rozdarciu – miejscu na rubieżach Głębi, owianego aurą grozy i zakazów, gdzie wybrałby się tylko szaleniec. Drugi prowadzi nas na planetę nękaną przez kosmiczne bestie, gdzie duchowny Zakonu Śpiącej staje w obliczu przebudzenia potężnego bytu..

Autor mistrzowsko prowadzi narrację, by te dwie linie stopniowo ku sobie zmierzały. Ich ostateczne splecenie zmienia optykę całej opowieści, lecz – wbrew oczekiwaniom – nie oferuje łatwych rozwiązań. Wręcz przeciwnie, z każdym pozornym odkryciem rodzi się nowa niewiadoma, gwarantując czytelnikowi głód poznania dalszego ciągu i znalezienia wszystkich odpowiedzi.

Bohaterowie z krwi i kości

Jedną z najmocniejszych stron „Imprintu” są postacie. Podlewski poświęca im dużo uwagi, cofając się do ich przeszłości, pokazując motywacje, traumy i wybory, które ich ukształtowały. Akcja przez to spowalnia, a objętość książki rośnie – ale w zamian dostajemy bohaterów prawdziwie „z krwi i kości”. Świat Głębi poznajemy nie tyle poprzez encyklopedyczne opisy galaktyki, ile poprzez jednostkowe doświadczenia postaci pierwszo- i drugoplanowych.

Centralną figurą powieści jest Eltie Grunt – bohaterka daleka od klasycznego wzorca kosmicznego herosa. Nie jest wybrańcem, chronionym przez fabularny pancerz. To kapitan, która zna mechanizmy rządzące galaktyką i doskonale rozumie ich brutalność. Z czasem dowiadujemy się, jakie wydarzenia ją ukształtowały i z jakimi wewnętrznymi demonami musi się mierzyć. Eltie nie jest Mary Sue – to raczej Han Solo z traumatyczną przeszłością i znacznie większym bagażem doświadczeń.

Satysfakcja zamiast łatwej przyjemności

„Głębia. Imprint” to książka, w której naprawdę można się pogubić. Ale to również taka powieść, która nagradza cierpliwość: w pewnym momencie elementy zaczynają się łączyć, wątki splatać, a wcześniejsze drobiazgi nabierają nowego znaczenia. To historia nie tylko o indywidualnych losach bohaterów, ale też o ludzkości jako całości – o tym, że mimo postępu technologicznego wciąż zmagamy się z tymi samymi problemami. Wielkie odkrycia mogą dawać siłę, jak możliwość międzygwiezdnych podróży, ale równie łatwo prowadzą do degeneracji i zniszczenia.

Nie chcę zdradzać zbyt wiele, bo ogromną przyjemnością jest samodzielne odkrywanie kolejnych warstw tej opowieści. Wystarczy powiedzieć, że „Głębia. Imprint” to ambitna, wymagająca space opera, która nie próbuje przypodobać się każdemu. Dla jednych będzie zbyt ciężka i zbyt gęsta, dla innych – dokładnie taka, jakiej szukali.

To książka, która stawia przed czytelnikiem wyzwanie. I właśnie dlatego zostaje w głowie na długo po przewróceniu ostatniej strony.

 


„Stara kobieta i smok” to lektura pokaźnych gabarytów – ponad 850 stron! – która udowadnia, że taką objętość zdolny pisarz może doskonale wykorzystać. Ta powieść to fantastyka epicka w pełnym tego słowa znaczeniu, która do tematu magii i smoków dodaje zapomnianą technologię, tworząc w efekcie oryginalne połączenie. Autor solidnie kreśli podstawy przedstawianego świata, dbając o szczegóły – od funkcjonowania gildii łowców smoków, przez wierzenia i religię (stanowiące odpowiedź na napięcie między naturą a technologią, w której potężne bóstwo karze ludzi za działania na szkodę planety), aż po ciekawe cechy samych smoków. A to wszystko zostało połączone wciągającą fabułą i dobrze napisanymi bohaterami. Dzięki temu – mimo objętości – nie można się przy tej powieści nudzić, a strony przewracają się same.

Świat, który wciąga bez reszty

Nie będę ukrywać, że w fantastyce najważniejsza jest dla mnie kreacja świata - stawiam ją wyżej niż fabułę. Świat fantastyczny ma intrygować - może stanowić odbicie naszego, może być całkowicie odmienny, ale musi mieć w sobie to coś, żebym chciała się w niego zagłębić.

Tak jest w tej powieści. Marcin Przybyłek połączył najlepsze elementy epickiego fantasy, science-fiction i motywów postapokaliptycznych, tworząc świat nie tylko oryginalny, ale i głęboko przemyślany. Autor przedstawia nam przyszłość, w której zaawansowana technologia dawno już przeminęła, pozostawiając po sobie tylko mgliste wspomnienia i ruiny dawnej świetności. To świat po zagładzie niezwykle zaawansowanej technologicznie cywilizacji, której okruchy są nadal widoczne - pozwala to na wprowadzenie do typowych znanych z fantastyki rozwiązań ciekawe innowacje, obecne chociażby w samej broni czy wierzchowcach naszych bohaterów. 

W tej niezwykłej scenerii rozwija się fabuła oparta o dobrze znany motyw drogi, w której pogromczyni smoków Lian i jej uczeń Jazona pakują się w misję odnalezienia pewnych artefaktów. Ta niezwykłość świata, skrywane przez niego tajemnice - a także sami bohaterowie - sprawiają, że ten motyw wcale nie wydaje się wtórny - i nie towarzyszy nam nuda, która często pojawia się przy zbyt rozwleczonej drodze bohatera. Przybyłek nie poprzestaje na samej fabule – jego świat jest żywy, pełen mitów, politycznych rozgrywek i społecznych napięć. Wykroewany został nawet specjalny język tego świata, co potwierdza, że mamy do czynienia z przestrzenią dopracowaną w najdrobniejszych szczegółach. To właśnie ten poziom immersji sprawia, że „Stara kobieta i smok” wyróżnia się na tle innych powieści fantastycznych. A ja po przeczytaniu podłapałam kilka słówek, które teraz weszły do mojego słownika!

Powieść drogi z drugim dnem

Tak jak wspomniałam, fabularnie "Stara kobieta i smok" jest powieścią opartą o motyw drogi. Autor unika jednak schematyczności, ukazując podróż bohaterów nie tylko jako fizyczne przemieszczanie się, ale także stopniowe odkrywanie tajemnic świata, jego historii i mechanizmów, które nim rządzą. Każdy przystanek na trasie Liany i Jazona wnosi coś nowego – czy to w postaci spotkania z niezwykłymi postaciami, czy też poprzez odkrycie kolejnych warstw świata przedstawionego - a w końcu rozwoju naszych bohaterów.

„Stara kobieta i smok” to nie tylko przygoda – to także opowieść o przemijaniu, dziedzictwie i poszukiwaniu sensu w świecie, który dawno stracił swoją dawną świetność. Autor zręcznie balansuje między akcją a momentami refleksji, dzięki czemu książka pozostaje w pamięci na długo po zakończeniu lektury.

Postaci, które zapadają w pamięć

Liana i Jazon to bohaterowie, których różnice generacyjne i życiowe doświadczenia tworzą fascynującą dynamikę. Liana, zmęczona życiem, oraz Jazon, pełen młodzieńczego zapału i wiary w możliwość zmiany, doskonale się uzupełniają. Ich relacja jest jednym z najsilniejszych punktów książki. Autor świetnie przedstawia starość, nie bojąc się odnosić do fizycznych aspektów - kiedy dumna bohaterkę zawodzi jej własne, niegdyś piękne i silne ciało. Doskonale została także nakreślona młodość - pierwsze zauroczenia, patrzenie w przyszłość z optymizmem. Jednocześnie autor pozostawił Jazonowi przestrzeń, by ten mógł dojrzeć. 

Na uwagę zasługują także smoki. Nie są to ani klasyczne potwory, ani szlachetne istoty znane z innych opowieści. Ich rola w świecie jest niejednoznaczna, zdają się być strażnikami, karzącymi ludzi za łamanie praw bogini "której imienia nie wolno wymawiać". Sama ich obecność wprowadza napięcie i nutę niepewności, a przede wszystkim fascynuje.

Słowem podsumowania...

„Stara kobieta i smok” to powieść, która zachwyca zarówno pomysłowością, jak i wykonaniem. Marcin Przybyłek stworzył świat, w który chce się wracać, a historia Liany i Jazona porusza nie tylko przez swoją warstwę przygodową, ale i przez głębsze, egzystencjalne pytania. To powieść, która całkowicie mnie pochłonęła i dostarczyła ogromną ilość przyjemności płynącej z zagłębiania się w drobiazgowo wykreowany świat fantastyczny - w którym możemy jednak dostrzec pewne lęki współczesności (natura kontra technologia). Już teraz wiem, że to nie ostatnie moje spotkanie z twórczością tego autora!

 


„Początkujący złoczyńca” to połączenie komedii, kryminału i satyry społecznej, w której w zorganizowaną działalność przestępczą zaangażowane są koty i... delfiny. Do tego świata nieoczekiwanie trafia Charlie - everyman, rozwodnik ledwo wiążący koniec z końcem i mający jedno marzenie: kupić pub w centrum miasta. Jego życie zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni kiedy dziedziczy nie tylko spadek, ale i związane z nim kłopoty - i wbrew swej woli staje się szychą w imperium złoczyńców. Czy ta sytuacja dobrze się dla niego skończy? "Początkujący złoczyńca” to powieść pełna błyskotliwego humoru i nieoczywistych rozwiązań oraz odpowiedniej dawki absurdu, a całość czyta się z czystą przyjemnością. Humor jest trafiony w punkt, równoważąc absurdalność fabuły z autentycznym rozwojem postaci i inteligentnymi dialogami. Mimo lekkiego tonu całość nie wydaje się powierzchowna i choć jest to lektura raczej z tych rozrywkowych to nie jest pusta, dzięki błyskotliwej satyrze.

Zwyczajny bohater

Siłą tej powieści jest Charlie - najzwyczajniejszy pod słońcem gość, mający na tyle ciepłe serducho, że nie odmówi błąkającemu się kotu. Nie ma tutaj żadnych wybrańców czy magicznych treningów; jest za to sytuacja, która przewraca życie głównego bohatera do góry nogamiZ Charliem łatwo się utożsamić – śledzimy jego losy, zastanawiając się, czy poradzi sobie w świecie pełnym zdrad i intryg. Zostaje on wplątany w świat przestępców, którego musi się nauczyć - i jednocześnie zdecydować, czy chce być taki jak inni złoczyńcy. Jego początkowa nieporadność w połączeniu z dylematami moralnymi buduje ciekawą postać - zwykłego bohatera w niezwykłej sytuacji. 

Wokół głównego bohatera Scalzi buduje galerię barwnych postaci drugoplanowych – od cynicznych szefów przestępczego świata poprzez nieprzewidywalnych sojuszników po strajkujące delfiny. Każda z nich wnosi coś do fabuły, a ich interakcje z Charliem są często źródłem zarówno humoru, jak i napięcia - z czego przeważa to pierwsze, bo to powieść lekka i taka z przymrużeniem oka, jak koty wynajmujące sobie domy (kto majętnemu kotu zabroni?).

Absurdy nowoczesnego świata

John Scalzi po raz kolejny udowadnia, że doskonale rozumie współczesny świat i potrafi uchwycić jego absurdy w sposób lekki, błyskotliwy i niesamowicie zabawny. Początkujący złoczyńca to pełna humoru, satyryczna opowieść o złoczyńcach rodem z filmów o Jamesie Bondzie, ale ukazanych w realiach późnego kapitalizmu – gdzie zło nie przybiera formy demonicznych geniuszy, lecz cynicznych miliarderów, korporacyjnych potentatów i samozwańczych wizjonerów. Scalzi z humorem i swadą pokazuje, że największe zagrożenie dla świata nie zawsze pochodzi od szalonych naukowców z laserami, ale od ludzi, którzy zbudowali swoje imperia na wyzysku, nepotyzmie i bezwzględnym pragmatyzmie. A wszystko to podane w stylu, który sprawia, że książka jest nie tylko inteligentną satyrą, ale i niesamowicie przyjemną, relaksującą lekturą – idealnym antidotum na literaturę, która zbyt często utożsamia „głębię” z przytłaczającym mrokiem. Nie brakuje tu kwestii takich jak nepotyzm, prawa pracownicze czy społeczne nierówności, ale wszystko to podane jest w rozrywkowej formule bez zadęcia. To powieść, która nie traktuje siebie zbyt poważnie, ale jednocześnie zgrabnie eksploruje tematy (korporacyjnej) władzy, odpowiedzialności oraz tego, co naprawdę znaczy być dobrym lub złym.

Słowem podsumowania...

Początkujący złoczyńca to książka, która bawi, intryguje i inteligentnie komentuje współczesny świat. John Scalzi serwuje nam pełną absurdalnego humoru i błyskotliwej satyry opowieść o zwykłym człowieku wrzuconym w niezwykłe okoliczności – świat przestępczych imperiów, w których złoczyńcy bardziej przypominają bezdusznych korporacyjnych magnatów niż klasyczne filmowe czarne charaktery. To powieść lekka, ale nie pusta; rozrywkowa, ale nie głupia. Znajdziemy tu zarówno zwariowaną akcję, charyzmatyczne postacie i doskonałe dialogi, jak i zaskakująco trafne obserwacje na temat władzy, moralności oraz współczesnych realiów. Jeśli szukasz książki, która zapewni ci świetną zabawę, a jednocześnie nie obrazi twojej inteligencji – Początkujący złoczyńca jest idealnym wyborem. Z czystą przyjemnością wrócę do tej historii – to jedna z tych książek, które niezawodnie poprawiają humor!

 


"Żywy beton" przedstawia futurystyczną wizję świata, w którym buntowi maszyn (sztucznej inteligencji) towarzyszył bunt natury. W rezultacie otrzymaliśmy ciekawą wizję przyszłości, w której neonowe miasta otacza dzika i nieprzewidywalna przyroda. Osią fabularną jest tutaj śledztwo - towarzyszymy Lulu, weterance wojennej, której zlecono odnalezienie profesora. Zbiegł on nie tylko z tajemnicami, które nie powinny trafić w niepowołane ręce, ale także droidami, co z pewnością zwraca uwagę. W trakcie śledztwa Lulu musi nawigować między intrygami i powiązaniami, by w końcu opuścić miasto i wyruszyć na spotkanie dzikiej natury. Jej podróż pozwala zagłębić się nam w interesujący postapokaliptyczny świat wykreowany przez Autora, a także zmierzyć z tajemnicami skrywanymi przez samą Lulu. Wbrew okładkowemu opisowi "Żywy beton" nie jest powieścią bardzo dynamiczną: rozwija się powoli, przez co potrzeba trochę czasu by się w tę powieść wkręcić. Podzielna na 3 części - Miasto, Las i Pustynię - stopniowo odsłania tajemnice tego futurystycznego świata, w którym technologia i natura toczą walkę, a granice między człowiekiem, maszyną i bestią są zacierane. Nie jest to debiut pozbawiony wad - zbyt długie monologi i opisy potrafią zmęczyć, a w trzecim akcie zabrakło jakiegoś większego efektu wow - to klimatem "Żywy beton" z pewnością się broni. To ciekawy debiut, a wszyscy miłośnicy literatury z pogranicza SF, postapo i cyberpunka powinni mieć autora na oku. 

Niezwykła wizja przyszłości

Najmocniejszą stroną powieści jest z pewnością kreacja wizji futurystycznego świata. Rozwój technologiczny doprowadził do obdarzenia droidów sztuczną inteligencją, która ewoluowała w samoświadomość. Obdarzone nią maszyny rozpoczęły bunt przeciwko ludziom, który zakończyłby się zagładą cywilizacji, gdyby nie tytułowy żywy beton. Zakończenie wojny z maszynami nie przyniosło jednak spokoju - w konsekwencji zderzenia płyt tektonicznych pojawiło się niezwykłe zjawisko: las pożerający przestrzeń, zarastający metropolie. Pojawienie się lasu doprowadziło także do powstania hybryd ludzi ze zwierzętami, budzącymi o ile nie strach, to z pewnością nieufność ocalałych ludzi, chroniących się w betonowych dżunglach ocalałych miast. Jest to niezwykle ciekawa wizja - zwykle powieści futurystyczne opowiadają o konflikcie człowieka z technologią, tutaj został dodany jeszcze trzeci czynnik: natura. Wszystkie te płaszczyzny łączy nasza bohaterka, Lulu: weteranka wojny z AI, zmechanizowana za pomocą wszczepów, jako najemniczka i detektywka dobrze radząca sobie w miejskiej dżungli i cały czas czująca dziwny pociąg do Lasu, do wkroczenia w nieznane. Autor nie szczędzi nam opisów tego świata przyszłości, kreśląc sieci powiązań w mieście oraz w lesie, a ostatecznie wysyłając nas na pustynię, gdzie ciężko jest przetrwać mieszkańcom tak miast, jak i lasów. Idealnie wplata w tą wizję wątki postapo i cyberpunk, jak i samego śledztwa - co intryguje, ale także stawia ważne pytania związane z naszą przyszłością, relacją człowieka z technologią i naturą.

Lulu i Gałązka 

W tej powieści pierwsze skrzypce grają dwie interesujące bohaterki. Lulu to zadziorna najemniczka, która potrafi korzystac i ze sprytu, i z siły swojego mechanicznie wzmocnionego ciała. Gałązka zaś to driada pozbawiona swego drzewa - brutalnie wyrwana z lasu i żyjąca w letargu w mieście. "Blaszana" Lulu i związana z naturą Gałązka łączą swe siły, dając nam ciekawy duet przeciwności. Determinacja i inteligencja najemniczki jakimś sposobem świetnie współgrają z szaleństwem jej przewodniczki na drodze do odnalezienia niebezpiecznego naukowca.

Zabawa z oczekiwaniami

"Żywy beton" to powieść, która przyjemnie mnie zaskoczyła igrając z moimi oczekiwaniami. Pierwszy rozdział sugeruje kryminał w klimatach cyberpunku. Skupiamy się wokół śledztwa prowadzonego przez Lulu w mieście, poznając panujące tam reguły i zasady. W drugim rozdziale poznane miasto zostaje jednak zastąpione przez tajemniczy las, rządzący się swoimi prawami. Największy zwrot następuje jednak w momencie konfrontacji z poszukiwanym profesorem: historia wcale tutaj się nie kończy, a wątek kryminalny schodzi na dalszy plan. Odkrycie tożsamości jednej z bohaterek prowadziły fabułę w zaskakującym kierunku, odchodząc nieco od rozrywkowego tonu ku refleksjom związanym z przeszłością bohaterki - a także drogą, którą ostatecznie wybierze. Co prawdę zabrakło mi jakiegoś (jeszcze) większego zaskoczenia w finale - ale i bez tego bawiłam się doskonale odkrywając, że wcale nie jest to taka prosta historia o odnalezieniu naukowca. Jednocześnie uważam, że ostatni rozdział nieco odstaje poziomem od dwóch pierwszych; odniosłam wrażenie jakby pojawiające się w nim wątki i rozwiązania były wprowadzane zbyt szybko, przez co odpowiednio nie wybrzmiały. 

Słowem podsumowania...

"Żywy beton" to intrygująca powieść, która zręcznie łączy elementy science fiction, postapokalipsy i cyberpunku, jednocześnie oferując świeże spojrzenie na konflikty między technologią, naturą i człowiekiem. Autor z powodzeniem kreuje wyjątkowy świat, w którym betonowe metropolie zmagają się z dzikim lasem, skrywającym hybrydy ludzi i zwierząt. Centralna postać, Lulu, weteranka wojny z maszynami, wprowadza nas w fascynującą opowieść pełną intryg, nieoczywistych sojuszy i refleksji nad naszą przyszłością. Choć momentami narracja traci dynamikę, a finał mógłby być bardziej efektowny, powieść broni się klimatem i głębią świata przedstawionego. To godny uwagi debiut, który z pewnością zainteresuje fanów gatunków SF, postapo i cyberpunka.


Michał Głowacz "Żywy beton" (2024)
Wydawnictwo: Fabryka Słów

  


"Astronautka" to przykład książki, która mogła okazać się świetna, ale ostatecznie nie dorosła do pięt "Marsjaninowi", zbytnio skręcając w stronę hollywoodzkiego blockbustera - nie wykorzystując potencjału walki z przeciwnościami losu w kosmosie w pojedynkę czy "obsadzenia" w roli dowódcy kobiety. Nie znaczy to, że powieść jest zła: pierwsza cześć trzyma czytelnika w niepewności i serwuje sporo emocji. Kiedy tajemnica zostaje rozwiązana zaczyna się znaczący spadek jakości w dół, obnażający brak konsekwentnego kreowania postaci. "Astronautka" to gatunkowy misz-masz, co najbardziej szkodzi książce: jest rozdarta między thrillerem, mogącym nawet zboczyć w kierunku "Obcego", a opowieścią miłosną, stojąc w rozkroku między filmową "Grawitacją" a "Marsjaninem" (specjalnie nawiązuje tu do filmów, bo "Astronautkę" czyta się jak scenariusz na amerykański film). To co początkowo budziło zachwyt, ostatecznie pozostawia drobny posmak rozczarowania jeśli człowiek nastawi się na kosmiczną przygodę, z dużym naciskiem na warstwę technologiczną i wizję przyszłości. Zdecydowanie nie polecam tej książki miłośnikom SF - zbyt wiele tu naukowych uproszczeń i bzdurek - za to skusić może fanów thrillerów z mocnym naciskiem na obyczajowe tło w postaci małżeńskich problemów. 

Powieść zaczyna się świetnie: komandor May Knox budzi się na pokładzie statku kosmicznego wracającego z misji na Europie, jednym z księżyców Jowisza. Wybudzona ze śpiączki kobieta odkrywa, że jest sama na statku, w którym pojawiają się usterki - na domiar złego cierpi na amnezję, a w komputerze brakuje danych, mogących pomóc jej odtworzyć wydarzenia sprzed utraty pamięci. Takie otwarcie to idealny wstęp do historii pełnej suspensu, ustawiającej wysoko stawkę: czy uda się odnaleźć pozostałych członków załogi? Czy May została zarażona jakąś chorobą? Czy uda jej się odzyskać kontrolę nad statkiem, nawiązać kontakt z Ziemią? Czy można zaufać Sztucznej Inteligencji, jednej towarzyszce May? Wszystkie te pytania stanowią mocną stronę powieści, stanowiąc fundament opowieści o samotnej walce o przetrwanie z przestrzeni kosmicznej. Kosmos, możliwy pasażer na gapę z Europy w postaci wirusa, usterki - to wystraczający przeciwnik, by napisać wciągającą opowieść.

"Astronautka" posiada jednak drugą linię fabularną, skupioną wokół relacji May z jej mężem; a także szerzej z rodziną (matką). Jej mąż Stephen, naukowiec z NASA podejmuje kroki mające na celu uratowanie żony: zarówno jako osoby, jak i w znaczeniu relacji mąż-żona. Retrospekcje odkrywają wzloty i upadki w ich małżeństwie, a także rozdarcie May między poświęceniem wszystkiego karierze. Osobiście uważam, że temu wątkowi przydałby się feministyczny pazur: niestety w ostatecznym rozrachunku May została nakreślona jako oziębła karierowiczka jednocześnie ulegająca emocjom związanym z macierzyństwem. To co miało nadać postaci głębi, ostatecznie odebrałam jako brak konsekwencji w kreowaniu jej charakteru: May nie podejmuje decyzji jak rasowa dowódczyni, gotowa poświęcić wiele dla misji kosmicznej. Zabrakło mi w niej twardości i chłodnej oceny sytuacji Ellen Ripley z "Obcego", co uczyniło ją kultową postacią; w May nie ma także zbyt wiele z Marka z "Marsjanina", który na serio traktuje cel samodzielnego przetrwania; jest za to dama w opresji - a za takie kobiece bohaterki chyba już podziękujemy. W kreacji May zabrakło cech, które mogłyby przekonać nas, że jest osobą godną powierzenia dowództwa w przełomowej misji kosmicznej; jakby znalazła się na tym stanowisku przypadkowo, tylko dlatego, że na liście obsady znalazło się do odhaczenia "kobieta z mniejszości etnicznych".

To, co budzi mieszane uczucia to właśnie ten gatunkowy misz-masz, który w założeniu miał nadać pewnej oryginalności historii. Suspens traci na dynamice, kiedy skupiamy się na rodzinnych rozterkach May; zaś retrospekcje nie dostarczają zbyt wielu emocji związanych z wątkiem miłosnym. Brak chronologii nie pozwala ukazać rozwoju związku May i Stephena, a fakt, że mąż kobiety jest postacią dość papierową nie pomaga, by zaangażować się w tę historię. Najgorzej wypada jednak akt trzeci, który niebezpiecznie skręca w kierunku hollywoodzkiego akcyjniaka: łącznie z pościgiem, konspiracją i rywalem Stephena, książkową wersją Elona Muska. Końcówka książki przypominała mi hollywoodzki film, gdzie już zupełnie porzucamy logikę na rzecz "szybciej, głośniej, więcej - i bardziej wybuchowo": i może by się to sprawdziło na ekranie, ale nie do końca na papierze. 

Trzeba przyznać, że w założeniu "Astronautka" miała być świeżym podejściem do motywu "przetrwania w kosmicznej przestrzeni". Powieść większy ciężar kładzie na warstwę emocjonalną, jednak nie wykorzystuje jej potencjału odwołując się do znanych klisz. Pierwsza 1/3 książki jest doskonała, niezmiernie wciągająca - kiedy jeszcze nie wiemy w jakim kierunku pójdzie ta historia. Tego napięcia nie udaje się jednak utrzymać, a wszystkie zwroty akcji są łatwe do przewidzenia. Ponadto między bohaterami nie czuć chemii i ciężko uwierzyć w autentyczność ich uczucia. Całości nie pomaga jeden z wątków, który w moim odczuciu ostatecznie popsuł zarówno odrobinę logiki, jak i kreację bohaterów - wątek z serii: "skoro mamy bohaterkę-kobietę, to wiadomo jaką kładę należy rzucić jej pod nogi" -.- W ostatecznym rozrachunku "Astronautka" rozczarowuje, bo nie dostarcza tego, co zapowiada: walka o przetrwanie, próby odzyskania pamięci, tajemnica stojąca za niepowodzeniem misji schodzą na drugi plan na rzecz rozterek uczuciowych związanych z nie do końca udanym małżeństwem. "Astronautka" to dramat małżeński (z wątkiem związanym z macierzyństwem i karierą), jedynie ubrany w barwy SF i thrillera. 

 


"Dreyn. Walczyć by żyć" to drugi tom dylogii (z potencjałem na kontynuację) w klimatach militarnej space opery z tajemniczym "twardzielem" jako głównym bohaterem. To powieść oferująca sporą dawkę rozrywki przede wszystkim miłośnikom gatunku. Całość skupiona jest wokół Seella Venssee - mężczyzny o nadzwyczajnych umiejętnościach, który krok po kroku odkrywa tajemnicę swego pochodzenia, jednocześnie grając na dwa fronty z międzygalaktycznymi siłami. O ile pierwszy tom miał w sobie więcej tajemnicy, tak drugi skupia się na konsekwencjach poznania prawdy - i próby pogodzenia się z nowo odkrytą tożsamością. Nie będę ukrywać, że środek "Walczyć by żyć" mi się dłużył, za to niezły początek i intrygujący finał to wynagradzają. Jako całość oba tomy świetnie się uzupełniają: pierwszy wprowadza tajemnice, a drugi skupia się na zemście i pragnieniu odnalezienia swojego miejsca; ukazują także rozwój bohatera, który wbrew temu co odkrywa o sobie staje się coraz bardziej ludzki, zaczynają nim targać różne dylematy wewnętrzne. Sam styl obu powieści jest odrobinę chaotyczny, wymagając pewnego skupienia - co osobiście bardziej odpowiadało mi przy pierwszym tomie, bo oddawało zagubienie bohatera. Mimo to całość czyta się szybko, do czego przyczynia się spora ilość dialogów, także takich z humorystycznym zabarwieniem. Przez te wszystkie elementy "Dreyn" kojarzy mi się bardziej z serialową niż filmową space operą: ilość naprawdę epickich starć jest zredukowana (co nie znaczy, że ich nie ma!), by skupić się na bohaterze i intrygach, a każde działanie wywołuje konsekwencje  "na kolejny odcinek". 

Będąc przy serialach, "Dreyn" skojarzył mi się z "Halo" (w grę nie grałam) - opowieść o superżołnierzu, który jest inny od pozostałych; twardzielu, który wraz z odkrywaniem prawdy o sobie, zaczyna coraz bardziej kwestionować rozkazy i prowadzić własną misję. Jestem przekonana, że to idealna książka dla tych, którym ten serial się podobał.

"Walczyć by żyć" to ten rodzaj bezpretensjonalnego science-fiction: motywacje bohatera nie są nazbyt skomplikowane, międzygalaktyczny świat nie przyprawia o ból głowy ze złożonością ras i planet, a technologia - choć jest oczywiście obecna - przedstawiona jest w bardzo przystępny sposób. Motorem napędowym jest tutaj bohater - choć dowiadujemy się o międzygalaktycznych zagładach i ich konsekwencjach, to stanowi to wszystko tło dla poszukującego własnego celu w życiu Seella. Dzięki temu łatwo się z tą historią zżyć i zwyczajnie kibicować bohaterowi aż do samego finału - pozostawiającego nas z pewnymi znakami zapytania, rodzącymi szansę na kontynuację.

"Dreyn. Walczyć by żyć" to przede wszystkim militarna space opera i myślę, że trafi przede wszystkim do osób, które lubią ten gatunek. W moim przypadku okazało się, że jednak bardziej w tej dylogii zafascynowała mnie tajemnica, i kiedy została rozwikłana, kosmiczne walki, intrygi i gra na dwa fronty nie była w stanie w pełni utrzymać mojego zainteresowania. Powieść przez to mi się dłużyła - miałam wrażenie, że jest odrobinę przegadana, choć nie brakowało scen akcji. Jest to ciężkie do uniknięcia w przypadku osadzenia sporej części wydarzeń w przestrzeni kosmicznej, a nie w obrębie jednej planety: bohaterowie muszą gdzieś dolecieć, a w tym czasie zostaje miejsce na dialogi, przemyślenia i knucia. 

W historii tej zabrakło mi nieco większej ilości zróżnicowanych bohaterów - poza Seellem, który oczywiście się wyróżnia, pozostali zlewali mi się w jedno. Jednym wyjątkiem jest tutaj rodzeństwo, które stało się nieoczekiwanymi przyjaciółmi Seella - stąd też naprawdę dobrze czytało mi się początek i żałowałam, że potem prawie zniknęli ze sceny. Jestem pewna, że dla wielu sam charakterystyczny główny bohater wystarczy - ja jednak lubię militarne space opery z kilkoma wyrazistymi postaciami jak u Jacka Campbella ("Narodziny floty", "Zaginiona flota") czy Marko Kloosa ("Wojny Palladowe"). Chociaż w "Walczyć by żyć" nie zawsze towarzyszymy wyłącznie Seellowi, to tak naprawdę wszystkie przedstawione wydarzenia kręcą się wokół niego, a postacie możemy podzielić na sojuszników i wrogów głównego bohatera. Ja preferuję jednak zróżnicowane perspektywy i motywacje skupione wokół wydarzeń, a nie postaci centralnej - nie jest to więc zarzut wobec książki, tylko osobista preferencja. 

Chociaż drugi tom mniej mnie wciągnął niż pierwszy, całość oceniam pozytywnie. W dylogii tej nie ma niczego odkrywczego i  bardzo zaskakującego jeśli już nie raz obcowało się z militarną space operą. Jednak sama lektura dostarcza sporo rozrywki i jest tytułem, który może zainteresować wszystkich tych, którzy lubią czytać o niezwykłych jednostkach, twardzielach nie do zdarcia, którzy buntują się wobec rozkazów i podążają własną ścieżką - odkrycia kim są, zemsty, a w końcu pogodzenia się z własną tożsamością poprzez pomoc "swoim". 


Kass Ceran "Dreyn. Walczyć by żyć" (2024)
Warbook



 


"Dreyn. Urodozny by walczyć" to pierwszy tom przygód aroganckiego Seella Venssee, obdarzonego niezwykłą intuicją i talentem przywódczym międzygalaktycznego łowcy. Seell nie poluje jednak na ludzi, a na broń, rozsianą po planetach po inwazji straszliwych Vikonów. "Dreyn" to przygodowe, kosmiczne science-fiction, w którym pierwsze skrzypce odgrywa bohater. Jeśli dostatecznie nas zaintryguje to z łatwością damy się porwać jego przygodom. A dotyczą one dwóch płaszczyzn - z jednej strony Seell wplątuje się w polityczne gry - przede wszystkim przez to, że nie potrafi się podporządkować - z drugiej zaś próbuje odkryć własną tożsamość. Jest więc bohaterem tajemniczym, który wraz z czytelnikiem odkrywa swe ponadprzeciętne umiejętności. Lubię taki rodzaj sci-fi: w takim lżejszym, rozrywkowym wydaniu. Pod względem fabuły książka idealnie sprawdziłaby się jako materiał na serial - mamy charyzmatycznego bohatera, który nie pamięta swej przeszłości, różne strony, które chcą wykorzystać jego umiejętności, misje na różnych planetach. Dzieje się bardzo dużo, a nasz bohater ma niewątpliwy talent do ładowania się w kłopoty i wkurzania ludzi na stanowiskach - i jednocześnie zyskiwania sympatii szeregowych żołnierzy. "Dreyn" to idealny wybór dla tych, którzy lubią przyjemnie spędzić czas w towarzystwie kosmicznych najemników i fabuły pełnej akcji i tajemnicy.

Tak jak wspomniałam wcześniej, "Dreyn" to rodzaj powieści stojącej bohaterem - wszystkie wydarzenia w jakiś sposób kręcą się wokół niego i to on pozostaje w centrum. W tego rodzaju powieściach kreacja bohatera jest najważniejsza, żeby zadziałało: i tu się to udało. Dreyn to zadziorny twardziel bez pamięci, igrający z niebezpieczeństwem, zabijający kiedy trzeba - ale jednocześnie niepozbawiony własnych wartości, czym potrafi zjednać sobie i sympatyków, i zaciekłych wrogów. Ogromny plusem w kreacji tej postaci jest to, że mimo być wspomnianym twardzielem nie epatuje toksyczną męskością - i choć mamy wątek z piękną lekarką, to nie postrzega jej wyłącznie przez pryzmat ciała, a jest zaintrygowany jej osobą. Seell to postać złożona, a na kartach powieści możemy śledzić jego konflikty wewnętrzne - szczególnie, kiedy przekonuje się, że był oszukiwany.

Na pochwałę zasługuje także kreacja międzygalaktycznych światów - opisów planet, na które trafia bohater. Szczególnie pojawiający się w pierwszej połowie książki świat miał interesującą faunę, a podejście Seella do zamieszkujących to miejsce "bestii" kreśliło cechy bohatera, który nie chce zabijać dla rozrywki zwierzęcia, które nie może się bronić. Miejsca, które odwiedza bohater nie różnią się wyłącznie nazwami i czytając ma się wrażenie, że świat jest rozległy i zróżnicowany - także pod kątem zamieszkujących go ras. Czuć, że jest to wszechświat wyniszczony po walkach, pełen nieufności mimo pozorów współpracy. 

"Dreyn. Urodzony by walczyć" to powieść pełna akcji, z intrygującym głównym bohaterem i wieloma wątkami, które powoli rozsupływane mają ujawnić tożsamość ponadprzeciętnego bohatera. Odkrywanie wraz z bohaterem prawdy gwarantuje świetną rozrywkę. Mimo swych umiejętności Seell nie jest niepokonany i często na własnej skórze musi się przekonać ile kosztują błędne decyzje. Jeśli lubicie tego typu historie - z silnym, ale i skonfliktowanym wewnętrznie bohaterem, który musi nie tylko przeżyć, ale i odkryć prawdę o sobie samym; których akcja dzieję się w międzygalaktycznej przestrzeni światów boleśnie doświadczonych przez wojnę - to "Dreyn" będzie trafnym wyborem!


Kass Ceran "Dreyn. Urodzony by walczyć" (2022)
Wydawnictwo: Warbook


 


"Spęd" to powieść łącząca w sobie wątki detektywistyczne i science-fiction, by opowiedzieć o świecie za czterdzieści lat. Wybiegnięcie we wcale nie tak odległą przyszłość pozwoliło stworzyć ciekawy świat przedstawiony - w wielu aspektach jeszcze nam bliski i znany, otwierający jednak nowe możliwości wraz z technologią transferu świadomości do sztucznie wytwarzanych bioform. Dzięki temu jako tło głównego wątku, którym jest śledztwo, obserwujemy świat w momencie przemian: technologia ciągle budzi kontrowersje i dzieli społeczeństwo. To bardzo interesujący aspekt powieści, gdyż z reguły w science-fiction jesteśmy wrzucani w świat, w którym futurystyczne technologie są już dobrze zakorzenione. Zaś główna oś fabularna, czyli próba wyjaśnienia po 10 latach przyczyn ataku cybernetycznego na wrocławski Bank Pamięci Bytowej, który pozbawił życia tysięcy użytkowników transferu świadomości, sprawia, że już od pierwszych stron zostajemy wciągnięci przez "Spęd". Nie będę ukrywać - bardzo lubię takie połączenie; śledztwo jest czymś angażującym i dobrze równoważącym bardziej filozoficzny (dotyczący człowieczeństwa w świecie technologii) aspekt science-fiction. "Spęd" to doskonały wybór dla tych, którzy szukają powieści kryminalnej z wątkiem futurystycznym; mają ochotę na s-f, które nie przytłacza terminologią.

Najmocniejszą stroną powieści "Spęd" jest z pewnością wątek kryminalny, stanowiący oś fabularną oraz główna para bohaterów: twarda, skrywająca się za czarnymi soczewkami i turkusowymi włosami komisarz Tia Koss oraz jej partner, pozbawiony przeszłości (i nazwiska) Adam. To naprawdę ciekawe połączenie i dwugłos tej powieści. Tia, choć jest człowiekiem często zdaje się mniej ludzka niż Adam, będący bioformą. Oddaje to przemiany zachodzące w świecie przyszłości, w którym humanitaryzm zanika. Z kolei Adam czuje się wybrakowany - nie tylko przez to, że wielu ludzi odmawia mu prawa do utożsamiania się z człowiekiem - "urodzony" w laboratorium nie doświadczył dzieciństwa czy dorastania, sukcesów i porażek, relacji, które kształtują każdego z nas.

Sam wątek kryminalny skrywa wiele tajemnic, a jego rozwiązywanie prowadzi nas do odkrywania kolejnych fasad upadku człowieczeństwa - wizja przyszłości maluje się w "Spędzie" w ponurych barwach. Samo rozwiązanie może podzielić czytelników - ma bardziej skłaniać do refleksji i stawiać kolejne pytania niż wszystko wyjaśniać. Mnie trochę rozczarowało finalne poprowadzenie jednego wątku - myślę że można było znacznie więcej wycisnąć z tajemniczej postaci Ateny i motywu kradzieży tożsamości niż z przeszłości Tii. Z kolei ogromną zaletą jest osadzenie wątku kryminalnego w szerszej perspektywie: nie dotyczy wyłącznie odkrycia, kto stał za atakiem, ale zmierzenia się z instytucją budzącą kontrowersje w obliczu presji, zarówno ze strony przełożonych i osób popierających transfer świadomości, jak i przeciwników, dążących wraz z Kościołem do jej zniszczenia. 

Jeśli chodzi o dynamikę powieści to jest to kolejny element, którego odbiór będzie zależeć od naszych upodobań. "Spęd" to powieść, w której pojawia się dużo dialogów i opisów niekoniecznie związanych ze śledztwem - bardziej kreślących relację między Tią i Adamem. Do mnie to przemawia - szczególnie, że dynamika powieści zmienia się wraz z otwarciem przez bohaterów w trakcie śledztwa puszki Pandory, kiedy akcja znacznie przyspiesza. 

Powieść "Spęd" naprawdę mnie zaskoczyła - zamiast powielać cyberpunkowe klisze, przeniosła mnie do Wrocławia przyszłości, pełnego napięć społecznych związanych z możliwością przenoszenia świadomości. Stanowiło to ciekawe tło dla działań pary głównych bohaterów, a śledztwo okazało się tak samo ważne jak przemiany zachodzące w Tii i Adamie. Jak każda dobra powieść sci-fi, "Spęd" skłonił mnie do refleksji i zastanowienia się, czy chcemy zmierzać do takiego świata. Czytanie tej powieści na początku nowego roku okazało się strzałem w dziesiątkę - strony przewracały się same, a ja zostałam całkowicie wciągnięta w historię!


Mateusz Lubach "Spęd" (2023)
Wydawnictwo: Wydawnictwo Nocą

 


"Pokłosie" to zbiór opowiadań stanowiących dodatek do jednej z lepszych młodzieżowych serii dystopijnych ostatnich lat - "Kosiarzy". W oryginalnej trylogii Autor wykreował na tyle ciekawy świat, że z powrót do niego był prawdziwą przyjemnością. Szczególnie, że opowiadania te, tak jak i główna trylogia, podnoszą interesujące i skłaniające do refleksji kwestie dotyczące przyszłego, pozornie utopijnego świata -  w którym śmierć została przezwyciężona, różnice klasowe zniwelowane, a rządy obalone. A jednak w tym utopijnym świecie nadal istnieje chciwość władzy, uprzywilejowane grupy oraz sztuczna inteligencja, która opiekując się ludźmi pozbawia ich wolnego wyboru, pozostawiając jedynie jego poczucie. Jak to bywa z antologiami, niektóre opowiadania są lepsze, inne odrobinę słabsze, a całość nie dorównuje może głównej serii, ale i tak jest zajmującą lekturą. A dla miłośników "Kosiarzy" stanowią naprawdę niezłe uzupełnienie niektórych wątków i powrót do ulubionego świata.

W zbiorze można wyróżnić dwa rodzaje opowiadań. Pierwszy z nich dotyczy losów postaci znanych z pierwotnej trylogii. Świetnym i bardzo rozwiniętym opowiadaniem jest tekst dotyczący przeszłości Goddarda i zniszczenia kolonii na Marsie. Opowiadanie to pozwala nam spojrzeć na przeszłość głównego antagonisty i zobaczyć, jak pozornie małe decyzje mogą mieć ogromne konsekwencje. To także kolejny tekst pokazujący ograniczenia Thunderheada, wątek świetnie eksplorowany w głównej serii. Z opowiadań wyłania się także obraz początków oraz dalsze losy sędzi Curie, jednej z ciekawszych postaci "Kosiarzy" (idealne otwarcie i zamknięcie antologii). Te opowiadania dają najwięcej satysfakcji - a jednocześnie niedosytu związanego z brakiem tekstów poświęconych głównym bohaterom serii, którzy w "Pokłosiu" odgrywają co najwyżej rolę występów gościnnych.

Drugim typem opowiadań są te, które dotyczą zupełnie nowych postaci, rozszerzając uniwersum. Te teksty skupiają się przede wszystkim na refleksyjnych kwestiach obecnych w świecie Kosiarzy. Niektóre stanowią zaś pewne eksperymenty, co nie każdemu może przypaść do gustu. Jedno z takich opowiadań dotyczy chęci udoskonalenia psów oraz kosiarza, który chce zdobyć idealnego psiego towarzysza - jednak jego pragnienie ma swoje konsekwencje, a samo opowiadanie nie boi się romansować z grozą. W innym opowiadaniu zostaje natomiast podniesiona kwestia niewiary w kosiarzy i życiu w "bańce niewiedzy", co oczywiście także ma swoje konsekwencje. Interesujące jest także opowiadanie dotyczące sztuki. W "Pokłosiu" odnajdziemy również opowiadanie dotyczące bezmanierowców, rozwijające wątki z głównej serii: czy bunt, do którego dopuszcza Thunderhead jest rzeczywiście buntem? Różnorodność opowiadań potrafi dostarczyć i odrobiny grozy, i humoru -  przede wszystkim całej góry interesujących refleksji.

"Pokłosie" to ten rodzaj dodatku do głównej serii, który idealnie spełnia swoją funkcję - pozwala nam powrócić do znanego świata i jego dylematów, rozszerzyć perspektywę, a jednocześnie uniknąć wtórności. Nie ma co zabierać się za czytanie "Pokłosia" bez znajomości oryginalnej trylogii - to zbiór ściśle z nią powiązany; nie stanowi wprowadzenia do świata Kosiarzy, a jego rozwinięcie i uzupełnienie. Tak jak główna trylogia, "Pokłosie" świetnie balansuje między rozrywkową powieścią młodzieżową, a nieco bardziej dojrzałą literaturą sci-fi, angażując w przedstawiony świat, a jednocześnie stawiając pytania dotyczące rozwoju ludzkości. Uwielbiam "Kosiarzy" i czytanie "Pokłosia" było dla mnie czystą przyjemnością. Do tego świata mogę ciągle wracać, a "Pokłosie" okazało się czymś więcej niż po prostu dodatkiem do głównej serii, ukazując potencjał tkwiący w świecie, w którym człowiek zwyciężył śmierć - ale ludzkość jej potrzebuje.


 


"Obcość" to antologia opowiadań różnych autorów i autorek, które łączy temat przewodni, czyli tytułowa obcość. Na antologię składa się aż 30 krótkich opowiadań, które stanowią ciekawy przegląd najróżniejszych podgatunków i stylów - grozy (w najróżniejszych odcieniach horroru), science-fiction, fantasy czy dystopii. Warto podkreślić, że antologia została wydana na zasadzie charityware - można ją pobrać za darmo w formie e-booka lub zdecydować się na wsparcie wybranej organizacji (w tym przypadku jest to stowarzyszenie Wolne Klatki). To świetna inicjatywa sama w sobie, a że stoją za nią również ciekawe teksty to naprawdę warto się nią zainteresować. Szczegóły znajdziecie pod adresem zapomnianesny.pl/obcosc/

Jak to bywa ze zbiorami opowiadań, nie wszystkie podobały mi się jednakowo. Forma krótkiego opowiadania jest niezwykle wymagająca - na kilku stronach należy opowiedzieć jakąś historię, wzbudzić emocje i jeszcze dotknąć motywu przewodniego. Ogromną zaletą jest jednak różnorodność, dzięki której każdy znajdzie tekst dla siebie. Wspomniana różnorodność pozwala także na zgłębienie motywu obcości. Zdarzyło mi się czytać antologie z motywem przewodnim, które pomimo różnych autorów eksplorowały dany temat bardzo podobnie. Tutaj jest zupełnie inaczej: obcość może oznaczać kontakt z nieznanym, dosłowne ciało obce a nas (gdzie sama myśl o tym budzi przerażenie i obrzydzenie), ale także wyobcowanie społeczne czy w końcu zanikanie relacji - gdy ktoś nam bliski staje się obcy. Wiele w tym zbiorze opowiadań science-fiction dotyczących eksploracji kosmosu lub kontaktu z obcymi istotami - a jednak udaje im się zachować oryginalność w podejściu. Jedno z opowiadań łączy mitologię z s-f, z kolei inne choć dotyczy obcych organizmów, które mogą przejmować kontrolę nad człowiekiem, stawia pytanie czy zachodząca w nim zmiana nie wynika po prostu zanikania uczucia, które się wypaliło, a nie inwazji obcych. Tytułową obcość może wywoływać także obcowanie ze sztuczną inteligencją, która coraz bardziej zastępuje ludzi - czy może jednak całkowicie zastąpić kontakt z drugim człowiekiem? Innym tematem jest oswajanie obcości - w tym zrozumienie i zaakceptowanie inności. 

Z zbiorze pojawia się także jedno tłumaczenie - opowiadania Petera Wattsa "Pokrewni". Nie miałam jeszcze okazji czytać innych tekstów Wattsa, ale opowiadanie to skojarzyło mi się z twórczością Philipa K. Dicka - to tekst wymagający, budzący niepokój post-human horror. Napisany w formie jednostronnego dialogu, który stopniowo odkrywa, co spotkało ludzkość.

Większość zebranych tekstów jest dość ponura, wzbudza niepokój i stawia interesujące tezy na temat człowieka i jego konfrontacji z obcością. To lektura idealna na deszczową jesień, która wprawia czytelnika w zadumę. W zbiorze odnajdziemy przekrój najróżniejszych tekstów - niektóre zmuszą nas do myślenia, inne wywołają uśmiech, a kolejne wzbudzą niepokój. Krótka forma (opowiadania liczą po kilka stron) idealnie pasuje do tej zaskakującej mieszanki, którą możemy powoli sobie dawkować. Polecam każdemu miłośnikowi science-fiction i grozy!

 


 "- Co z nami jest nie tak, Muniro? - zapytał. - Co sprawia, że jednocześnie dążymy do tak wzniosłych celów i niszczymy fundamenty, na których je zbudowano? Dlaczego zawsze musimy sabotować pogoń za własnymi marzeniami?

-Jesteśmy istotami niedoskonałymi - odpowiedziała. - W jaki sposób znaleźlibyśmy sobie miejsce w idealnym świecie?"

Bez wątpienia "Żniwo" to tom, który podzieli czytelników. Jest w nim mniej Citry i Rowana, za to dużo więcej zadumy nad ludzkością, która ostatecznie nie potrafi żyć w utopii, świecie bez śmierci, ubóstwa i uprzedzeń. Tam gdzie pojawia się możliwość władzy - w wypadku tej serii władzy nad śmiercią - tam nieubłaganie musi pojawić się korupcja. Po świetnym tomie drugim, stanowiącym idealne wyważenie między powieścią młodzieżową a nieco dojrzalszym science-fiction, zakończonym w iście spektakularny sposób, "Żniwo" wydaje się powieścią zbyt spokojną - i zbyt poważną. Mnie ten bardziej refleksyjny ton nie zniechęcił, wręcz przeciwnie - uważam, że to godne zakończenie tej serii, pozwalające zastanowić się nad poruszanymi kwestiami. Jest to tom, który na wielu poziomach wymaga od czytelnika więcej - szczególnie w pierwszej połowie pełnej przeskoków czasowych. Uczula to, by "Żniwo" czytać uważnie i w skupieniu, a nie pochłaniać strona za stroną goniąc akcję. "Żniwa śmierci" to wyjątkowa seria, która z tomu na tom przybierała coraz wyraźniejszy komentarz do sytuacji politycznej i społecznej (przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych z czasów Donalda Trumpa), a wyrazem tego jest właśnie trzeci tom. 

Poprzednie dwa tomy zbudowały fundamenty tematyczne pod "Żniwo". To już nie jest prosta opowieść o kosiarzach odbierających życie w świecie bez śmierci i konflikcie między nimi. Autor rozwinął pozostałe wątki w kreślonym przez niego utopijnym świecie, w którym ludzie i tak nie wydawali się do końca szczęśliwi. Jednym z ciekawych wątków stało się tworzenie kultu wokół proroka oraz radykalizowanie się wyznawców Tonu. Dodana w drugim tomie postać Greysona w "Żniwie" naprawdę błyszczała, stanowiąc uzupełnienie opowieści o trójce młodych ludzi, którzy w pewnej mierze zostali ukształtowani przez historyczny moment, w którym przyszło im żyć, stając się: brutalną siłą niszczącą tych, którzy znajdują się ponad innymi; przewodnikiem nadającym sens istnieniu; miłosiernym "aniołem", symbolem prawości. Role nałożone na bohaterów odciskają na nich swoje piętno - dzięki czemu jeszcze lepiej wybrzmiewa zakończenie, które wydaje się jedyną możliwą formą wolności. 

Kolejnym istotnym tematem jest sztuczna inteligencja obdarzona samoświadomością - Thunderhead, będący strażnikiem ludzkości. Wątek ten stawia wiele interesujących pytań - Thunderhead może być wszechpotężny, ale nakłada na siebie ograniczenia w postaci praw, które respektuje w każdej sytuacji - nawet jeśli łamiąc te prawa mógłby ocalić dziesiątki istnień. Thunderhead kieruje się jednak zasadą, że to wyłącznie ludzie mogą się ocalić. Oczywiście kojarzy się przez to mocno z ideą opiekuńczego Boga, który za karę potrafi zerwać kontakt z ludzkością, jednocześnie pozostawiając swojego proroka. 

"Żniwo" to dowód, że od samego początku cykl ten nie był wyłącznie o Citrze i Rowanie, prezentując znacznie szerszą perspektywę. To opowieść o utopii, w której ludzie nie potrafią żyć w pełni szczęśliwie; w której zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie pragnął władzy i kontroli. To opowieść o tym, jak wielkie znaczenie ma śmierć, która napędza ludzi, by wykorzystali dany im czas - a nieśmiertelność prowadzi do marazmu. Z pewnością będzie to powód, dla którego niektórzy poczują się zawiedzeni - współczesna literatura młodzieżowa przyzwyczaiła nas do opowieści o konkretnych jednostkach, koniecznie z rozwiniętym wątkiem miłosnym. "Żniwo" nie spełnia tych oczekiwań, a dodatkowo ma dość wolne tempo. Dla mnie jednak wszystko to sprawiło, że cykl "Żniwa śmierci" jest wyjątkowy i zapadający w pamięć - coś jak filmy Christophera Nolana, w których jest znacznie więcej niż same wybuchy, choć spektakularnych scen nie brakuje. Świetna przemyślana seria, zakończona w odpowiedni, refleksyjny sposób!

Neal Shusterman "Żniwo" (2019)
Polskie wydanie: Uroboros (2023)
Przełożyła: Katarzyna Agnieszka Dyrek 

 


Trzeci tom opowieści o roninie Takeshim, który zmaga się z przeznaczeniem ma posmak słodko-gorzki: z jednej strony to najlepszy tom w serii, kwintesencja bogatej wyobraźni i stylu Mai Lidii Kossakowskiej, z drugiej zaś ostania powieść Autorki. Czyni to serię o Takeshim niedokończoną, ale mimo to wartą każdej minuty poświęconej na czytanie. Jestem pewna, że osobom które lubią prozę Autorki wyobraźni nie brakuje i każdy sam dla siebie podomyka wątki. 

Pierwszy tom serii zabiera nas do niezwykłego świata, łączącego w sobie stare i nowe, gdzie przeszłość dopada wędrownego malarza i rzuca go na ścieżkę, na której ważą się losy świata. Drugi tom rozbudowuje ten świat, choć cierpi na przypadłość "co za dużo to niezdrowo". Trzeci tom wszystko wynagradza - proporcje między wątkami są odpowiednie wyważone, a poetyckie, wręcz kontemplacyjne opisy łączą się z dynamiczną akcją. "Pałac Umarłych" to powieść, w którą człowiek się zatapia, nie wiedząc kiedy nadchodzi koniec. Ostatni rozdział, choć stawia nowe pytania zamiast zamykać wątki pozostawia jakiś wewnętrzny spokój - może nie dowiemy się co czeka Takeshiego w przyszłości, ale zawsze możemy do niego powrócić ponownie sięgając po trzy tomy jego przygód.

Seria o Takeshim powstała z pasji i czuć to na każdej, dopracowanej stronie - w każdym wątku, dialogu i opisie. Autorka czerpała inspiracje z tego, co ją interesowało, a seria o Takeshim jest niezwykłym połączeniem "Kill Billa", "Ruroni Kenshin", anime - ubogaconym wyobraźnią Autorki. Dzięki temu dostaliśmy wizję niezwykłego świata, w którym intrygi, magia, opiekuńcze zmiennokształtne istoty łączą się z technologią w postindustrialnym świecie, gdzie z jakiegoś niewyjaśnionego powodu cywilizacja cofnęła się do feudalizmu. W tym świecie poznajemy szereg bohaterów, którym od samego początku chcemy kibicować - szczególnie tajemniczemu Takeshiemu. Brutalność łączy się z barwnymi opisami, a sceny walki przypominają taniec. Trylogia o Takeshim ma w sobie coś unikatowego, co pozostaje w pamięci na długo. 

"Pałac Umarłych" to powieść, która mnie oczarowała - klimatem, językiem, wykreowanym światem i w końcu samą postacią tytułowego bohatera. To powieść, która ma w sobie coś japońskiego - i nie mam tu na myśli tylko oczywistych inspiracji feudalną Japonią - ale niezwykłą umiejętnością łączenia sprzeczności: starego z nowym, momentów całkowitego bezruchu, jakby zatrzymania, by móc podziwiać kadr, by zaraz wznowić dynamiczną akcję; przemyślanych w najdrobniejszych szczegółach wątków z licznymi niedopowiedzeniami; świata, który im bardziej chce odrzucić magię i dawne wierzenia, tym bardziej się one do niego wdzierają. Dla mnie to niezapomniana powieść, tak samo jak Maja Lidia Kossakowska, która na zawsze pozostanie w sercach fanów.


Maja Lidia Kossakowska "Takeshi: Pałac Umarłych" (2023)
Fabryka Słów


 


 "Trzeba było przegrać, wówczas zrobiliby z nas męczenników i oddawali cześć".

"Zwycięstwo" to finałowy tom trylogii "Narodziny floty" Jacka Campbella, uznanego autora powieści z gatunku militarnego sci-fi. To bardzo udana trylogia, która zadowoli zarówno fanów gatunku, jak i nowych czytelników: całość jest napisana tak przystępnie, że nie sposób czuć się zagubionym. Finałowy tom stanowi idealne zakończenie trylogii stanowiącej prequel, rozwiązując wątki, a jednocześnie pozostawiając ochotę na dalsze zagłębienie się w budowany przez Campbella świat w "Zaginionej flocie". Co więcej, "Narodziny floty" można czytać zarówno jako zamkniętą historię, jak i część większej serii!

W twórczości autora głównymi motywami jest honor oraz poczucie obowiązku - w trylogii "Narodziny floty" rozważane jest ich znaczenia wobec braku oficjalnego sojuszu: czy wiedząc o ataku na inną planetę przybędziemy jej na ratunek, pozostawiając naszą bez obrony? Co stoi wyżej w hierarchii - obowiązki wobec naszego rządu czy zasady, którymi powinna kierować się ludzkość? Czy formalny sojusz jest niezbędny, gdy planety łączy wspólny interes i wartości? Przekonują się o tym bohaterowie, którzy choć podejmują słuszne decyzje nie zawsze są za nie nagradzani. Wszystkie rozważania na ten temat zarówno w mikroskali - człowieka - jak i w odniesieniu do całego systemu międzyplanetarnego są bardzo ciekawe. I choć trzeci tom wypełniony jest akcją, to nie przyćmiewa ona tych rozważań.

Kolejnym charakterystycznym elementem twórczości autora są bitwy w przestrzeni kosmicznej. Campbell ma niezaprzeczalny talent do ich opisywania. Dostajemy zarówno planowanie strategii walki, jak i próbę jej realizacji. Oprócz aspektów militarnych, całość trzyma się także strony naukowej - fani Gwiezdnych Wojen mogą być zdziwieni zupełnie inną dynamiką walk: tutaj żaden statek kosmiczny nie wyskakuje nagle z hiperprzestrzeni by od razu walczyć; inna jednostkę można zaobserwować z wyprzedzeniem, a wiadomości czy obraz mogą być przesyłane z opóźnieniem. I choć okręty są od siebie oddalone o dni podróży, to samo starcie dotyczy sekund, a każde zniszczenie może okazać się katastrofalne. Czekanie na starcie nie jest jednak nudne, a wypełnione pieczołowitymi przygotowaniami oraz tą chwilą czasu kiedy można pożartować z przyjaciółmi. 

Trzecim elementem składającym się na tę serię są bohaterowie. Dla osób znających "Zaginiona flotę" to mrugnięcie okiem - bohaterowie są przodkami tych znanych z głównego cyklu autora. Ale nie trzeba tego wiedzieć, by ich polubić niezależnie od najbardziej znanego cyklu autora. Każdy z bohaterów dostał swoją osobowość, a dynamika relacji między nimi sprzyja poczuciu budowania drużyny - nawet jeśli znają się jedynie przez komunikatory, to działają wspólnie wyznając te same zasady. 

Te wszystkie elementy świetnie ze sobą współgrają i choć seria "Narodziny floty" niczym się nie wyróżnia to stanowi naprawdę przyjemną lekturę. To trylogia, która mimo militarnych aspektów jest bardzo optymistyczna i ma za zadanie "przywrócić wiarę w ludzi". Łączy w sobie motywy militarne i polityczne, które choć odgrywają ważną rolę, nie stanową sedna tych powieści - są nimi bohaterowie, który nie sposób nie polubić; bohaterowie uwikłani w międzyplanetarne rozgrywki, którzy muszą podjąć decyzję, co jest najważniejsze, nie oczekując w zamian bezpośrednich korzyści dla siebie, ale dla ludzi poszukających wolności przy poszanowaniu praw innych jednostek. "Zwycięstwo" stanowi bardzo dobre zwieńczenie całości i podnosi moją ocenę tej trylogii - drugi tom, "Przewaga" był nieco nużący. Mimo opisów wojskowych strategii i politycznych gier, autor ma bardzo lekkie pióro i całość czyta się bardzo szybko. Ta seria nie zawiedzie żadnego fana gatunku, a jednocześnie jest bardzo przystępna dla tych, którzy chcą rozpocząć kosmiczną przygodę z sci-fi. Nie zdziwię się jeśli po jej przeczytaniu, tak jak ja, będziecie mieli ochotę na więcej!


Jack Campbell (John G. Hemry) "Narodziny floty. Zwycięstwo" (2019)
Polskie wydanie: Fabryka Słów (2022)
Tłumaczenie: Dominika Schimscheiner

NARODZINY FLOTY:

1. Awangarda
2. Przewaga
3. Zwycięstwo

 


"(...) to, czego dokonamy tutaj, będzie miało znaczenie. Na tym, co zrobimy będą budować inni, nawet jeśli nie będą pamiętać, kto to zapoczątkował."

"Przewaga" to drugi tom nowej serii Jacka Campbella, znanego z tworzenia powieści militarnych, których akcja rozgrywa się w kosmosie. Seria "Narodziny floty" stanowi prequel bestsellerowej "Zaginionej floty" i opowiada o tym, jak Rob Geary, Mele Darcy i sojusznicy podejmują próbę ocalenia kolonii na dalekich planetach przed wrogimi siłami. Choć wydarzenia dzieją się w odległej przyszłości i z dala od Ziemi, wszędzie, gdzie pojawią się ludzie wybuchają stare konflikty: koloniści, którzy chcą żyć w spokoju i stworzyć własny ład muszą mierzyć się z tymi, którzy kierując się chciwością znają jedynie język siły. Osamotnione kolonie są słabe militarnie - bo nie na tym im zależało - a decyzje polityczne skupiają się na obronie niezależności. Wrogie planety z kolei są sprzymierzone, a piracka działalność zapewnia im środki do walki i ekspansji - w tym niewolników. Jack Campbell w swojej serii eksploruje motyw współpracy sojuszniczej - pozornie słabe planety, które łączą wartości będą mogły się przeciwstawić wrogim siłom jedynie wspólnie. Da się w tej serii wyczuć ten amerykański duch wojskowy i jednoczącą siłę wartości demokratycznych - co nie dziwi, biorąc pod uwagę, że sam autor służył przez lata w marynarce wojennej. "Narodziny floty" to porządne militarne science-fiction - i... nic poza tym. To seria, która w żaden sposób się nie wyróżnia, ale fanom gatunku dostarczy spodziewanej rozrywki. 

"Czasami zwycięstwo smakowało niewiele mniej gorzko od porażki."

"Przewaga" utrzymuje poziom tomu pierwszego ("Awangardy") - znów historia podzielona jest na kilka wątków zbudowanych wokół bohaterów, których łączy chęć ocalenia ich planet. Tempo znów jest raczej wolne - starcia poprzedzone są planowaniem strategii, która następnie jest wdrażana i w miarę potrzeby korygowana. Choć bohaterowie walczą na "różnych frontach" to z reguły udaje im się utrzymywać łączność - i informują się nawzajem o przebiegu starć. Choć jest to z pewnością dobre odwzorowanie realiów walki - która wbrew temu co prezentuje Hollywood nie opiera się wyłącznie na ciągłych wybuchach - to dla takiej czytelniczki jak ja (nie będącej fanką militariów i taktyki) jest to zwyczajnie nużący schemat. Czytam o jednych wydarzeniach, by za chwilę za pomocą dialogów poznać ich streszczoną wersję przekazaną dowódcy. Do tego całość - choć dobrze napisana! - sprawia wrażenie powtarzalnej. Gdzieś to już było. Porównałabym czytanie tej serii do oglądania serialu na Netflix - dostarcza rozrywki, ale bez rozmachu kina wysokobudżetowego, a w trakcie spokojnie można wyskoczyć po popcorn i za wiele się nie straci. Nie znaczy to wcale, że bawiłam się źle! Czasem człowiek potrzebuje właśnie tego typu rozrywki.

Autor świetnie "czuje" gatunek militarnego sci-fi - opisy kosmicznych starć są interesujące, a wątki polityczne do nich pasują. Nieco gorzej wypada rozbicie na kilku bohaterów - poza Robem Geary i Mele Darcy pozostałym poświęcone jest za mało miejsca, aby naprawdę się z nimi zżyć i wydarzenia z ich życia prywatnego są mniej interesujące niż ich działania na polu walki. Na tym polu dużo lepiej wypada Marko Kloos i jego seria "Wojny palladowe" - gdzie pomimo kilku bohaterów rozsianych w kosmosie, czytelnik przejmuje się losem każdego z nich. W "Przewadze" najlepiej wypada druga połowa powieści, czyli bitwa. Podobał mi się także wątek Lochana, który ponownie musiał wywinąć się piratom - był on napisany z pewną lekkością, przez co zamiast powodować niekomfortowe uczucie deja vu, chciało się zakrzyknąć "here we go again!" i zobaczyć jak tym razem nasz bohater sobie poradzi.

Jeśli macie ochotę na dobrze napisaną, "bezpieczną" gatunkowo przygodę w kosmosie - najnowsza odsłona "Floty" z pewnością spełni wasze oczekiwania. Jeśli jednak szukacie czegoś odkrywczego i wyróżniającego się, to "Przewaga" może was rozczarować. Ja bawiłam się dobrze, choć z większą niecierpliwością czekam na kolejny tom "Wojen Palladowych" Marko Klossa niż "Zwycięstwo", czyli trzeci tom "Narodzin Floty". Jednocześnie ksiązki Jacka Cambella na tyle dobrze się czyta, że mam ochotę sięgnąć po jego "Zaginioną flotę", która przyniosła mu rozgłos.


Jack Campbell (John G. Hemry) "Narodziny floty. Przewaga" (2018)

Polskie wydanie: Fabryka Słów (2022)

Tłumaczenie: Dominika Schimscheiner


 


"-To życie kogoś, kto ceni przedmioty bardziej niż ludzi. Własność bardziej niż uczucia. Na przykład ta kanapa, na której siedzisz. Widzisz, została perfekcyjnie zaprojektowana. Każdy szew. Każdy ścieg. A ludzie nie są perfekcyjni. Popełniają błędy. Nie spełniają oczekiwań (...) Widzisz, meble można naprawić. A ludzi nie. Niezależnie od tego, jak bardzo się starasz."

 "Cowboy Bebop. Requiem dla czerwonej planety" to powieściowy prequel serialu, który możemy obejrzeć na Netflix. Autorem powieści jest Sean Cummings, który jest...jednym ze scenarzystów serialu! To bardzo ważna informacja - po pierwsze książka nawiązuje do serialu aktorskiego, a nie bezpośrednio do kultowego anime, a po drugie - czyta się ją jak kolejny odcinek. Jeśli podobał Wam się serial aktorski nie ma co się dwa razy zastanawiać: "Requiem dla czerwonej planety" to idealne lekarstwo na serialowego kaca. Z pewnością nie jest to powieść doskonała, ale mi dostarczyła całkiem sporo rozrywki - a to właśnie chodzi w tego typie literaturze.

Powieść Cummingsa jest wpisana w pewne uniwersum i bez niego wypada przeciętnie. To tak jak z powieściami z uniwersum Star Wars - kto nigdy nie widział żadnego filmu raczej się tymi książkami nie zainteresuje. Czy można przeczytać "Requiem dla czerwonej planety" bez znajomości serialu? Jak najbardziej. W książce nie znajduje się ani jeden spojler, więc można ją także przeczytać przed serialem. Tylko po co? Powieść powstała z myślą o fanach Fearlessa/Spike'a, którzy chcą przeżyć z nim jeszcze jedną przygodę - tym razem osadzoną w jego młodości, kiedy to Vicious był jego najlepszym kumplem. 

Sama historia jest prosta i dość przewidywalna - jednak jej siła tak naprawdę tkwi w przekomarzaniu się pary głównych bohaterów - potwierdzających, że przeciwieństwa się przyciągają. Dialogi są napisane z humorem, choć nie obeszło się od całkiem sporej dawki wulgaryzmów (ale jakim językiem mają się posługiwać kosmiczni gangsterzy?). Jak przystało dla tego uniwersum nie zabrakło i odrobiny absurdu - choć trzeba przyznać, że Autor, tak jak i serial, jest dużo bardziej zachowawczy niż anime, przez co zwyczajnie może trafić do szerszej publiczności, lubiącej połączenie wątków łowców głów, gangsterów i kosmicznych podróży. 

"Cowboy Bebop" - czy to wydaniu animowanym, aktorskim, czy teraz książkowym - to opowieść mająca bardzo ciekawy klimat. Niby mamy przyszłość, planety zostały skolonizowane przez ludzi - a jednocześnie zamiast dominującej technologii bohaterowie jeżdżą starymi samochodami, używają pistoletów i słuchają jazzu - a kiedy broń zawiedzie, zawsze zostaje dobre, stare kung-fu! Jest to prawdziwy miszmasz rożnych motywów, które mogą wydawać się absurdalne i nielogiczne, ale jakoś razem grają - co przełożyło się na kultowy status anime. Moim zdaniem powieść Cummingsa idealnie się wpisała w ten klimat, a na brak logiki, prosty język i przewidywalność naprawdę można przymknąć oko - całość ma przede wszystkim bawić.

"Vicious nie spał całą noc, jego wzrok nieustannie był wbity w drzwi frontowe i strzegącego je portiera. Z kolei Fearless smacznie spał ze stopami położonymi na desce rodzielczej. Spał tak mocno, że nawet nie zauważył, że kompan trzy razy wyszedł z samochodu, by wrócić z kawą. Vicious był pod wrażeniem. Fearless nie spał jak dziecko. On spał jak niedźwiedź zahibernowany w dźwiękoszczelnym schronie przeciwatomowym."

"Requiem dla czerwonej planety" czytało mi się naprawdę przyjemnie - nie raz zaśmiałam się z tekstów rzucanych przez bohaterów. Już otwierający akapit bardzo mi się spodobał - rozważania na temat użycia słowa "bryzga" do opisania wyciekającej krwi podczas sprzątania miejsca zbrodni. Od razu skojarzył mi się z jednym z moich ulubionych filmów - "Pulp Fiction" - i rozmowami prowadzonymi przez bohaterów granych przez Johna Travoltę i Samuela L. Jacksona. Jeśli miałabym się czegoś przyczepić to serialowa okładka. Z jednej strony to istotny sygnał, że książka nawiązuje do serialu - z drugiej jednak niepotrzebnie przedstawia postacie, które Fearless pozna dopiero jako Spike - a więc postacie, których w powieści nie ma. Mnie to w ogóle nie przeszkadzało, jednak warto to podkreślić. Na koniec podkreślę, że nie wiem, czy bawiłabym się równie dobrze nie znając serialu aktorskiego - szczerze w to wątpię. Polecam zatem najpierw obejrzeć (najlepiej kilka odcinków, bo to typ serialu, który potrzebuje trochę czasu żeby wkręcić widza) - i jeśli klimat się spodoba sięgnąć po powieść. Dobra zabawa murowana!

Sean Cummings "Cowboy Bebop. Requiem dla czerwonej planety"  (2021)
Polskie wydanie: 2021, Nowa Baśń
Tłumaczenie: Marta Ziegler


 


"Horda" Krzysztofa Haladyna to najnowsza powieść w klimatach postapokaliptycznych wydana przez Fabrykę Słów jedynie cyfrowo. W pierwszej chwili taki pomysł do mnie - fanki papieru - nie przemówił. Mimo to dałam szansę audiobookowi - i okazało się to strzałem w dziesiątkę! "Hordę" w dużej mierze oceniam nie tylko przez pryzmat treści i stylu Autora, ale także poprzez formę wydania. Jest to powieść, która jest typowym przedstawicielem swojego gatunku i jak książka papierowa niczym by się nie wyróżniła. Jednak jako opowieść snuta przez świetnego lektora (Andrzeja Ferenca) niejako "nabiera życia" i angażuje słuchacza. 

Albert Einstein powiedział kiedyś: nie wiem, jaka broń zostanie użyta w trzeciej wojnie światowej, ale czwarta będzie się toczyć na kije i kamienie. Stwierdzenie to trafnie opisuje klimat wielu powieści postapokaliptycznych, w tym "Hordy". Wojna przy użyciu bomb atomowych i broni biologicznej zakończyła się zimą nuklearną, a ci którzy przeżyli muszą walczyć o przetrwanie, szabrując opuszczone domy i szpitale. Zagrożeniem nie jest tylko temperatura i głód, ale także to co pozostało po zastosowaniu broni biologicznej: horda zombie. W powieści śledzimy losy pragmatycznego Marka, chroniącego swoją rodzinę, grupy bezwzględnych szabrowników oraz kolonistów zamkniętych w skarbówce - kierowanej przez byłego urzędnika, upajającego się nowo zdobytą władzą. Autor zastosował ciekawy zabieg i historię Marka zaprezentował używając narracji pierwszoosobowej, dzięki czemu to właśnie temu bohaterowi kibicujemy już od samego początku - wiemy, że to właśnie on jest głównym bohaterem, nawet jeśli rozdziały są poświęcone innym postaciom - bo Marka oceniamy nie tylko poprzez jego czyny, ale także w porównaniu do innych.

"Horda" zręcznie wykorzystuje dobrze znane motywy - to w gruncie rzeczy opowieść o upadku ludzkości i tej odrobinie nadziei w postaci tych bohaterów, którzy nadal zachowali odrobinę empatii. Tak jak w wielu innych opowieściach o zombie to nie bezmózgie potwory są najgorsze, ale drugi człowiek, który jest gotów zabić lub wykorzystać innego dla własnego przetrwania - lub przyjemności. Jak łatwo się domyślić, w świecie pozbawionym zasad moralnych najgorzej mają kobiety, które trafiają do skarbówki szukając schronienia - gdzie eufemistycznie są nazywane "sekretarkami". Autor umiejętnie opisał ten wątek - wzbudza odpowiednio negatywne emocje, przez co jeszcze bardziej kibicujemy szorstkiemu, ale szlachetnemu Markowi. 

Choć "Horda" nie wyróżnia się na tle innych powieści tego gatunku, to jest to powieść solidnie wykonana. Krzysztof Haladyn pisze w przyjemny sposób, jego bohaterowie są zróżnicowani, a sceny akcji ciekawe. Szabrowanie szpitala czy potyczki z zakażonymi wypadają dynamicznie, wręcz "filmowo", a samo tempo powieści jest idealnie wyważone. Największą zaletą "Hordy" okazał się jednak wspomniany Andrzej Ferenc. Historia, która nie jest zbyt zawiła, a przy tym nastawiona jest raczej na wywoływanie emocji idealnie sprawdziła się w formie audiobooka. Interpretacja lektora sprawiła, że połykałam rozdział za rozdziałem, całkowicie zasłuchana (a jednocześnie mogąca sprzątać w domu :D).

Postapokaliptyczny Wrocław, cały krajobraz pokryty śniegiem i garstka ludzi walcząca o przetrwanie - skupiająca się na konflikt między sobą niż na rosnącym zagrożeniu ze strony hordy zakażonych, których nauczyli się lekceważyć - to części składowe powieści idealnie nadającej się na słuchowisko. Przyznam, że nie słucham wielu audiobooków, ale niektóre historie są jakby stworzone do tej formy - jak chociażby "Wojna światów" Wellsa. Gdybym czytała "Hordę" w formie tradycyjnej pewnie uznałabym ją za książkę przeciętną - co prawda wciągającą i dostarczającą rozrywki, ale niczym się nie wyróżniającą. Jednak dzięki interpretacji lektora naprawdę polubiłam świat stworzony przez Autora i dzięki temu zapadnie mi w pamięci znacznie dłużej. Gorąco polecam właśnie w tej formie - również osobom, które nie sięgają zazwyczaj po ten gatunek, jak i po audiobooki. 

Krzysztof Haladyn  "Horda" (2021)
Fabryka Słów

 


"W dawnych czasach orkiestry przygrywały wielkim transatlantykom wychodzącym z portów w dziewicze rejsy. Dziś to mechaniczne dźwięki, hałas urządzeń, rozkazy kierownika misji, informacje płynące do mnie z SI, rytm mojego własnego organizmu tworzą muzykę pożegnalną dla pierwszego ziemskiego astronauty, który opuści Układ Słoneczny. Dla mnie. Skoczka w Zakamarki."

"Skaza na niebie" to zbiór opowiadań Tomasza Kołodziejczaka utrzymanych w klimacie science-fiction, gdzie głównym tematem są wizje przyszłości. Jak to bywa ze zbiorami opowiadań, jedne są lepsze, inne gorsze - łączy je jednak rozpoznawalny styl Autora, który już wcześniej przypadł mi do gustu. Lubię opowiadania, sci-fi i styl Autora, a jednak coś nie zagrało i w ostatecznym rozrachunku zaliczam "Skazę na niebie" do jednych z gorszych książek przeczytanych w tym roku. W wielu opowiadaniach, prezentujących ciekawe wizje zabrakło zakończenia wywołującego odpowiedni efekt. Część tekstów wydawała się zbyt krótka, inne, przeciwnie, rozwleczone. Wizje przyszłości Tomasza Kołodziejczaka nie wywołały u mnie większych emocji, poza jedną - zniesmaczeniem poglądami Autora.

Gatunek science-fiction pozwala na eksplorowanie naszych (społecznych) lęków i nie inaczej jest w opowiadaniach zawartych w zbiorze "Skaza na niebie". To siła dobrego sci-fi, które mówiąc o przyszłości stanowi diagnozę teraźniejszości i przestrogę. Na pierwszy plan wysuwa się lęk przed kobietami - w prawie wszystkich dziewięciu opowiadaniach bohaterami są mężczyźni/samce, a pojawiające się kobiety są sprowadzane do ról samek potrzebujących opieki, obiektów pożądania czy samolubnych k*rew. O ile się pojawiają, bo kosmos w wizjach Tomasza Kołodziejczaka eksplorowany jest przez naukowców-mężczyzn. Inne przedstawiają lęki przed szczepieniami, recyklingiem, Chińczykami i Islamem. Widać, że tematycznie Autor eksploruje lęki pewnej opcji politycznej - jednak bez refleksji nad nimi. Przez to niektóre opowiadania mają wydźwięk dość propagandowy.

Z całego zbioru najbardziej spodobało mi się opowiadanie "Zakamarki" - proste i naukowe, stawiające interesujące pytania o wszechświat i dążenie ludzkości do jego eksploracji. "Zmierz nad Weroną" to z kolei dynamiczne opowiadanie z wciągającą fabułą - nawet jeśli jego bohater jest najzwyczajniejszym bucem to ostatecznie przechodzi przemianę, a zakończenie jest bardzo satysfakcjonujące. "Zero Waste (H 2.0)" to także tekst zasługujący na przeczytanie. Krótkie, świetnie napisane opowiadanie, którego zakończenie zmusza do zastanowienia się. Choć tekst potępia wyolbrzymiony recykling, w którym dosłownie nic nie może się zmarnować - to uzmysłowiło mi czego mogą obawiać się przeciwnicy bardziej zrównoważonego podejścia do planety, którzy chcą nadal stawiać człowieka w centrum wszechrzeczy. Dla takich tekstów jak "Zero Waste (H 2.0)" warto czasem sięgnąć po twórczość raczej konserwatywnych autorów i czytać je świadomie, z refleksją. 

"Spróbuj przekonać Kolumba" to z kolei opowiadanie, które samo w sobie jest jednym z lepszych z tego zbioru: ma ciekawą fabułę, sposób narracji i humor. I tym bardziej przeszkadza mi dodanie do niego wątku kobiety jako obiektu pożądania i źródła gagów. Za każdym razem, gdy czytałam opisy tajemniczej dziewczyny sprowadzające ją do wyglądu i obiektu, który należy zdobyć, zgrzytałam zębami. 

Tytułowa "Skaza na niebie" to jedno z gorszych opowiadań, pełne "bełkotu" i zwyczajnie nieciekawe. "Kropki na mapie" to z kolei ukłon w stronę fanów wcześniejszej twórczości Autora, zaostrzające apetyt na kolejny tom cyklu "Ostatnia Rzeczpospolita", a jednocześnie odstające od reszty poprzez mieszanie sci-fi z elementami fantasy. To jednak dość skomplikowane uniwersum i dla osób nie znających tego świata opowiadanie może wydać się chaotyczne - ciężko także emocjonalnie się zaangażować poprzez odwołania do postaci z cyklu, którego się nie czytało. Niestety  tym opowiadaniu zwieńczającym zbiór nie obyło się bez żarcików na temat wytrysków - co przez pryzmat całości wydało mi się zwyczajnie niesmaczne zamiast śmieszne. Największym rozczarowaniem było dla mnie opowiadanie "Ostatnie przesłanie" - ze względu na niewykorzystany potencjał. Autor pokazał w nim swój kunszt tworzenia światów i snucia opisów:

"Planeta Hutan otworzyła się przede mną jak wnętrze mięsożernego kwiatu - wilgotna, aromatyczna, groźna. Już kiedy prom schodził a atmosferę, poczułem moc kłębiącego się na jej powierzchni życia, spazmującego nieustannymi narodzinami i śmiercią. Szum biologicznego tła owionął mnie, ale i znieczulił, niczym intensywne perfumy."

Niestety to za mało kiedy sama intryga i zakończenie rozczarowuje.

Zbiór opowiadań "Skaza na niebie" wywołał u mnie mieszane uczucia. Z jednej strony Autor ma ciekawy styl i wiele zróżnicowanych pomysłów, z drugiej dominacja wątków ideologicznych przytłoczyła całość. Najsłabiej wypada jednak brak efektu WOW. Moim zdaniem opowiadanie to taki rodzaj literatury, w którym najważniejsze jest zakończenie - dobre opowiadanie to takie, które pomimo krótkiej formy sprawi, skłoni nas do przemyśleń, przez co będzie oddziaływać jeszcze długo po zakończeniu lektury. Tutaj tylko dwa opowiadania - "Zero Waste" i "Zakamarki" wywarły na mnie taki wpływ. Warto podkreślić, że nie jest to książka zła czy grafomańska, po prostu nie do każdego przemówi- i ja właśnie należę do tego grona.


Tomasz Kołodziejczak "Skaza na niebie" (2021)
Fabryka Słów

Starsze posty Strona główna

ABOUT AUTHOR

안녕하세요! Z wykształcenia doktor nauk politycznych i magister filmoznawstwa, hobbistycznie zapalona czytelniczka! Zapraszam na bloga o książkach, filmach oraz Półwyspie Koreańskim - czyli moich największych pasjach!

Categories

  • abyssos 1
  • agora 2
  • akurat 2
  • albatros 4
  • artrage 2
  • azjatyckie 91
  • beYA 1
  • bliski wschód 1
  • Books4YA 4
  • chiny 11
  • ciekawostki 7
  • copernicuscenterpress 2
  • cyberpunk 1
  • czarna owca 1
  • czarne 3
  • czytelnik 1
  • dark academia 1
  • dark fantasy 7
  • dialog 8
  • dlaczemu 2
  • dolnośląskie 1
  • dystopia 4
  • esej 4
  • europa wschodnia 1
  • fabryka słów 115
  • fae 1
  • fantastycznyorient 18
  • fantastyka 188
  • filia 2
  • film 3
  • filtry 1
  • format 1
  • foxgames 1
  • galeriaksiążki 1
  • gra książkowa 1
  • gramatyka 3
  • groza 19
  • harde 1
  • healing novel 6
  • hi:story 1
  • horror 19
  • idiom 3
  • indie 5
  • indonezja 1
  • instagram 5
  • iyashikei 2
  • jaguar 2
  • japonia 36
  • kdrama 1
  • kirin 7
  • klasyka 1
  • komedia kryminalna 5
  • komiks 3
  • korea 45
  • koreański 9
  • kryminał 24
  • krytyka polityczna 1
  • książki 188
  • kwiaty orientu 2
  • literatura dziecięca 5
  • literatura młodzieżowa 30
  • literatura piękna 21
  • literatura podróżnicza 2
  • luna 1
  • marginesy 2
  • matronat 1
  • mitologia 2
  • mova 3
  • mustread 2
  • muza 5
  • naukowe 8
  • new adult 3
  • nonfiction 8
  • nowa baśń 14
  • nyks 1
  • obyczajowa 1
  • papierowyksiężyc 2
  • patronat 4
  • planetaczytelnika 1
  • podróżnicza 1
  • powieść gotycka 2
  • powieść historyczna 12
  • prószyński 5
  • przygodowa 1
  • recenzja 175
  • relacja 7
  • replika 4
  • reportaż 14
  • retelling 1
  • retrobuki 18
  • romans 7
  • romantasy 1
  • sensacja 2
  • sf 20
  • słownictwo 8
  • space opera 1
  • sqn 6
  • szczeliny 2
  • świat książki 1
  • tajfuny 1
  • tajwan 2
  • thriller 7
  • urban fantasy 15
  • uroboros 13
  • vesper 3
  • w.a.b. 5
  • warbook 9
  • weird fiction 1
  • weneedya 2
  • western 1
  • wielka litera 1
  • wietnam 1
  • wydawnictwo ix 1
  • wydawnictwo kobiece 1
  • wydawnictwo literackie 2
  • wydawnictwo mięta 7
  • Wydawnictwo Noir sur Blanc 1
  • wydawnictwo poznańskie 2
  • wydawnictwo spisek pisarzy 1
  • wydawnictwo wab 2
  • wydawnictwo wilga 1
  • wydawnictwonoca 1
  • wyszukane 1
  • yaponia 3
  • you&ya 15
  • youngadult 26
  • yumeka 6
  • zielona sowa 2
  • znak 13
  • zygzaki 1

Matronat

Matronat
Trylogia Hierarchia magii

Matronat

Matronat
Trylogia Magów szkła

POPULAR POSTS

  • Smocza perła - recenzja
  • Pięć małych świnek (recenzja)
  • Naturalista (recenzja)
  • Gwiazdy w łańcuchach
  • #retrobuki 2000-2009
  • Muzyka otchłani
  • Polka w Korei (recenzja)
  • Space Sweepers (승리호)
  • Bogowie otchłani
  • Koreańskie społeczeństwo - przewodnik po książkach
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Szukaj na tym blogu

Blog Archive

Ważne

Wszystkie zamieszczone tutaj teksty oraz grafiki są moją własnością i nie wyrażam zgody na ich kopiowanie bez mojej zgody.

FOLLOW ME @ INSTAGRAM

Gdzie mnie znaleźć

  • Instagram
  • Lubimy czytać
  • Goodreads

Featured Post

#retrobuki

Copyright © 2016 Pani Papierek. Created by OddThemes