Pani Papierek

  • Home
  • Książkach
    • Azjatyckie
    • Naukowe
    • Gatunkowe
      • Fantastyka
      • Kryminał
  • Filmach
  • Korei
    • 한국어
    • Ciekawostki
  • Instagram
  • Współpraca

 



Last Christmas...

Śmiało mogę powiedzieć, że “Muzyka otchłani” to jedno z moich największych zaskoczeń ubiegłego roku. Książka trochę u mnie na półce czekała, aż dałam się jej skusić - jako alternatywę dla przesłodzonych świątecznych historii. I jaki to był strzał w dziesiątkę! To idealne opowiadania do czytania teraz, gdy za oknem leży gruba warstwa śniegu, szybko robi się ciemno, a przez to łatwo mieć wrażenie odcięcia od świata.

Ciekawy jest sam pomysł stojący za opowiadaniami - będącymi rezultatem uczestniczenia przez autora przez lata w wyzwaniu Whamageddon, polegającym na unikaniu piosenki “Last Christmas”. Bo wszak żeby jej nie usłyszeć, trzeba odizolować się od świata, a to jest idealny nastrój na grozę!

Od ekspedycji badawczej na północ po zdobywanie krasnoludzkiej twierdzy

Należę do grona osób, które lubią tematyczne antologie grozy; uwielbiam sprawdzać jak twórczo można podejść do założonego tematu.

Na tym polu “Muzyka otchłani” spełniła wszelkie moje oczekiwania: jest bardzo różnorodnie, a przy tym utrzymany jest bardzo dobry poziom poszczególnych opowiadań.

Autor nie boi się sięgać po bardziej “klasyczne” tematy jak wyprawa naukowa na północ, która musi się źle skończyć (świetne jest to opowiadanie, trzyma w napięciu do samego końca!), jak i skręcać w kierunku SF prezentując śledztwo w sprawie kradzieży tożsamości zmarłej dziewczyny w świecie rodem z Blade Runnera.

Nie zabrakło w tym zbiorze miejsca i na tematy społeczno-polityczne, dotyczące... kryzysu migracyjnego w fikcyjnym świecie, wywołanego rewolucją obalającą rząd. A wszystko to z perspektywy dziecka, nie do końca rozumiejącego co się dzieje (prawdziwa perełka tego zbioru).

Kompletnie po drugiej stronie jeśli chodzi o ciężar stoi opowiadanie o pracowniku uczelni, który zauważa, że coraz więcej osób na jego wydziale zaczyna migać się od pracy. Zamiast żyć dla nauki, zaczynają zajmować się własnym życiem rodzinno-romantycznym. Czy spowodowała to jakaś dziwna zaraza?

Jeśli jeszcze nie czujecie się zachęceni to dorzucę syreny i krasnoludy - a wszystko obowiązkowo w połączeniu z zimą jako czasem akcji i mroczną muzyką.

Różne oblicza strachu

Oprócz różnorodnych tematów, “Muzyka otchłani” zachwyca tym, że są to naprawdę dobrze napisane opowiadania grozy. Takie, które trzymają w napięciu do ostatniej strony i sprawiają, że ciężko jest się oderwać.

Na uwagę zasługuje także ukazanie różnych oblicz strachu i to we wspomniany przeze mnie kreatywny sposób.

Strach może budzić wirtualny świat, w którym można utracić swoją tożsamość.

Strach może być związany z tajemnicą, z pójściem w miejsca, w które nie powinno się iść, otwieranie drzwi, które powinny zostać zamknięte.

W końcu strach może wywoływać koniec świata jaki dobrze znamy, chaos zmiany.

A wszystko to w okowach mrozu, z przerażającą melodią w tle...

Słowem podsumowania

“Muzyka otchłani” to antologia, która doskonale rozumie zimę — nie tylko jako porę roku, ale jako stan odcięcia, ciszy i narastającego niepokoju. Różnorodność tematów idzie tu w parze z konsekwentnie budowanym nastrojem, a każde z opowiadań dokłada własną nutę do tej mrocznej, lodowatej melodii. To książka, która idealnie sprawdzi się czytana po zmroku, pod kocem, kiedy świat za oknem cichnie — a każdy pojawiający się nagle dźwięk może brzmieć bardzo złowrogo.


 

Dwa pierwsze tomy serii o Billie, dziewczynce, która widzi duchy, jej przyjacielu Rasmusie oraz parze uroczych szczurzych towarzyszy, okazały się dla mnie absolutnym czytelniczym zachwytem, umacniającym mnie w przekonaniu, że nigdy nie jest się "za starym" na dobrą literaturę dziecięcą i młodzieżową. Choć wydawca sugeruje wiek 10+, ja poleciłabym te książki nieco starszym dzieciom — nie dlatego, że są straszne, ale dlatego, że język unika infantylizacji i potrafi być momentami zaskakująco wymagający, a sama tematyka (duchy = zmarli) wymaga pewnej emocjonalnej dojrzałości. Ostateczną decyzję zostawiam jednak rodzicom. Jedno jest pewne: górnej granicy wieku nie ma. Ja, trzydziestoparolatka, bawiłam się wyśmienicie.

Lektura tych książek była jak powrót do dzieciństwa, kiedy uwielbiałam historie o duchach. Choć dorosły czytelnik szybko wyczuje możliwe zwroty akcji, seria ma w sobie tyle uroku, że to wcale nie przeszkadza. Autorka świetnie buduje klimat grozy — w pierwszym tomie na nawiedzonej stacji kolejowej, w drugim w pociągu pełnym duchów zmierzających do Stacji Końcowej. Znajdziemy tu wszystko, co kochamy w ghost stories: opętane dzieci, ostrzeżenia przed nadciągającym niebezpieczeństwem, ukryte pomieszczenia, a także całą galerię niezwykłych wagonów w „pociągu dla zmarłych”, w tym jedną z najbardziej oryginalnych pracowni artystycznych, jakie spotkałam w literaturze — miejsce malowania i tkania drzew genealogicznych.

Mimo tego atmosferycznego dreszczyku seria nie ma na celu straszyć. To przede wszystkim historia o oswajaniu lęku — tego związanego z nieznanym i wyjściem ze strefy komfortu, które dla Billie staje się koniecznością po przeprowadzce na wieś. Stary, nawiedzony dworzec kolejowy, który jej rodzina próbuje przemienić w dom, staje się symbolem tego procesu. Dom to zresztą w tej serii coś więcej niż miejsce: to bezpieczna przestrzeń pełna miłości. Ogromnie cenię w książkach dla dzieci pokazanie wspierającej, ciepłej rodziny — a tu mamy zarówno kochających, współpracujących rodziców, jak i Billie troszczącą się o młodszego brata.

Najważniejszym filarem serii jest jednak przyjaźń. Całość można streścić w jednym zdaniu: to historia o szukaniu bratniej duszy — a potem gotowości, by zrobić dla niej wszystko. Ponieważ mówimy o duchach, a więc i o śmierci, nie brakuje w tych książkach nuty smutku. Ale jest ona idealnie równoważona „ciepłem” relacji i przygodową fabułą: od odkrywania sekretów starego dworca, przez miłosne problemy duchów, po podróż pociągiem, w którym nie każda zjawa ma dobre intencje.

To również opowieść o radzeniu sobie z samotnością, stratą, brakiem pewności siebie, o dojrzewaniu i o tej niezwykłej sile dziecięcej przyjaźni, której często brakuje w dorosłym życiu, gdy wszyscy pędzą w swoją stronę. Pierwszy tom może wydawać się nieśmiały — tak jak sama Billie — ale z każdą stroną rozwija skrzydła. A finał? Absolutnie nie pozwala odłożyć serii po jednym tomie. Drugi trzeba mieć pod ręką.

Warto też wspomnieć o przepięknym wydaniu: ilustracje budują klimat, a czarne strony, pojawiające się, gdy bohaterowie znajdują się w ciemności lub zamknięciu, robią fenomenalne wrażenie.

Stacja Straszydło i Pociąg Straszydło to książki, w których przygoda łączy się z grozą i ważnym przesłaniem. Nie ma tu nic infantylnego, więc dorośli czytelnicy również zaangażują się emocjonalnie. To seria, z której — mam nadzieję — nigdy nie wyrosnę. I już nie mogę doczekać się kontynuacji!

 


Jeśli szukacie lektury idealnej na Halloween, „Klątwy, duchy i zbrodnie” Renaty Kuryłowicz to książka, która wciąga od pierwszych stron. To zbiór prawdziwych spraw kryminalnych – takich, w których rzeczywistość miesza się z tym, co nadprzyrodzone. Autorka opisuje przypadki morderstw i tragedii, które próbowano tłumaczyć opętaniem, działaniem duchów czy... pomyleniem ofiary ze zjawą. Pojawiają się tu też historie sprawców, którzy po latach przyznawali się do winy, bo „nawiedzały ich duchy”.

Renata Kuryłowicz prowadzi czytelnika między faktami a legendą z dużą świadomością – powołuje się na źródła, relacje, ale też uczciwie zaznacza, gdzie przebieg wydarzeń jest niejasny lub może być efektem sensacyjnych doniesień lub zwyczajnie chęcią zarobienia na sprawie medialnej - bo czy jest coś, co bardziej przyciąga nagłówki gazet niż możliwość wyjaśnienia zbrodni za pomocą ingerencji Zła niż zwykłej niepoczytalności?  

Każdy rozdział ma inny motyw: od duchów morderców i ofiar, przez egzorcyzmy i opętania, aż po polowania na czarownice i klątwy towarzyszące kultowym horrorom. W jednym rozdziale znajdziemy historię „duchów morderców i duchów ofiar”, które miały nawiedzać sprawców i doprowadzać ich do przyznania się do winy. W innym – przypadki osób, które zginęły, bo ktoś uwierzył, że są duchami, wampirami czy wiedźmami. Są tu także rozdziały o egzorcyzmach, opętaniach i polowaniach na czarownice, które autorka interpretuje nie tylko w kontekście wiary w siły nieczyste, lecz także w świetle społecznych mechanizmów wykluczenia i strachu przed innością. Jednym z najbardziej fascynujących fragmentów jest rozdział o „mrocznej turystyce” – zjawisku odwiedzania miejsc związanych ze śmiercią i tragediami, popularnym zwłaszcza wśród miłośników true crime. Z kolei rozdział o „filmowych klątwach” to prawdziwa gratka dla fanów horroru – znajdziemy tam historie niepokojących przypadków towarzyszących produkcjom takim jak Egzorcysta, Omen, Duch czy Dziecko Rosemary. Książkę zamyka bardzo współczesny rozdział o creepypastach – internetowych opowieściach grozy, które pokazują, że potrzeba snucia mrocznych historii nie zniknęła, tylko przeniosła się do sieci.

Choć początkowo brakowało mi większej tajemnicy, szybko zrozumiałam, że to nie jest książka o taniej sensacji. To raczej opowieść o tym, jak bardzo ludzie potrzebują dopisywać do zbrodni coś metafizycznego, by oswoić to, co niewytłumaczalne. Dotyczy to także brutalnych zbrodni - gdzie łatwiej nam myśleć, że za okrucieństwem stoi demon, niż drugi człowiek. Obok samych zbrodni, często przerażające były wyroki sądów! Ogromnym atutem są komentarze autorki – szczególnie te dotyczące sytuacji kobiet czy społecznych uprzedzeń – które dodają tekstowi głębi, ale nie narzucają gotowych interpretacji.

To książka, którą można czytać rozdział po rozdziale (i to w zasadzie w dowolnej kolejności), zagłębiając się w coraz to inne historie kryminalne z dreszczykiem. Idealna na jesienne wieczory, gdy za oknem wieje wiatr, a w głowie kołacze się pytanie: czy naprawdę wszystko da się wyjaśnić racjonalnie? Czemu łatwiej jest sięgać ludziom po egzorcyzmy niż pomoc psychiatry? Kiedy zachowania drugiego człowieka powinny nas naprawdę niepokoić? Dla miłośników true crime to lektura obowiązkowa, ale i fani zjawisk paranormalnych znajdą tutaj coś dla siebie!

 


Upiór opery to tytuł, który może być Wam znany - za sprawą musicalu czy filmowych adaptacji; jako historia, o której coś tam się słyszało, coś się kojarzy. Jak jednak wypada książkowy oryginał? Po przeczytaniu dochodzę do jednego wniosku: Upiór opery Gastona Leroux pozostaje jednym z najważniejszych klasyków literatury gotyckiej. Jest mrocznie, jest melodramatycznie (musi być!), jest pasja, namiętność i bohater przekraczający moralne granice. A wszystko to w pięknych i bogatych sceneriach Opery Paryskiej, zamienionej w "nawiedzony" dom - z ukrytymi przejściami i niebezpieczeństwem czającym się za kurtyną. Na kartach powieści opera staje się, z jej monumentalną architekturą, podziemnymi korytarzami i mrocznymi zakamarkami, przestrzenią symboliczną, miejscem, gdzie piękno i sztuka spotykają się z rozpaczą i grozą.

Można powiedzieć, że to opowieść o miłości - ale miłości, która niszczy, która zamienia się w obsesję. To także historia o inności - tutaj ujętej w fizyczną formę oszpecenia - która wypycha na margines człowieka o niezwykłym talencie muzycznym. Inność/szpetność naznacza jednak jego duszę - czyniąc potworem tego, kto jedynie pragnął być kochany.

O ponadczasowości tej lektury świadczy to, że ciągle do niej wracamy - rozumiejąc zawartą w niej symbolikę oraz tragedię - nawet jeśli dawniej została uznana za powieść "rozrywkową", sensacyjny romans z elementami grozy. Czytając Upiora opery, miałam poczucie, że obcuję z historią, która hipnotyzuje od pierwszych stron. Leroux nie daje czytelnikowi wytchnienia – raz wciąga w labirynt intryg i sekretów, innym razem rozdziera serce tragizmem postaci. Przyznam, że nie mogłam oderwać się od lektury, a im dalej brnęłam w mroczne korytarze Opery, tym bardziej czułam, że mam do czynienia z czymś wyjątkowym. Jestem ogromną miłośniczką powieści gotyckich i Upiór zdecydowanie spełnił moje oczekiwania!

Czy za maską kryje się rzeczywisty upiór?

Eryk, „Upiór”, to postać złożona, a co za tym idzie, fascynująca. Z jednej strony wpisuje się w tradycję romantycznego potwora – podobnie jak Frankenstein, jest napiętnowany przez swoje fizyczne odmienności, przez które zostaje odrzucony i skazany na życie w cieniu. Z drugiej, uosabia obsesję artysty: geniusza muzycznego, którego talent nie znajduje spełnienia w świecie ludzi. Jego miłość do Christine jest jednocześnie wzniosła i destrukcyjna – pełna pasji, ale skazana na porażkę. Odtrącony i upokarzany, przyjmuje maskę potwora: staje się tym, za kogo świat go uznał. Jego twarz, jego blizny, nie tylko deformują ciało, lecz także przenikają jego duszę. Właśnie w tym rozdźwięku, między namiętnością a niemożnością, Leroux ukazuje prawdziwą grozę ludzkiej samotności. 

Największa tragedia Upiora polega na tym, że niemal dosięga szczęścia, którego pragnął przez całe życie – miłości i akceptacji. W Christine widzi możliwość odkupienia, obietnicę, że zostanie dostrzeżony nie tylko jako „potwór”, ale jako człowiek. Początkowo oczarowana jego głosem, dziewczyna ulega iluzji, lecz pragnienie Eryka, podszyte rozpaczą i samotnością, staje się niszczące. Miłość, która mogła być jego odrodzeniem, ostatecznie doprowadza do upadku.

Z dzisiejszej perspektywy nie ma jednak co go romantyzować - owszem jest postacią tragiczną, ale nie usprawiedliwia to w pełni jego zachowania względem Christine. To ona jest ofiarą męskiej obsesji - jak wiele bohaterek powieści gotyckich. Z tego powodu odczytuję "Upiora opery" bardziej w kategoria powieści grozy o obsesji niż romantycznej - najwyższa pora wymaganie od kobiet, by zakochiwały się w swych prześladowcach.

Jednocześnie nie mogę odmówić, że Leroux tworzy dzieło o niezwykłej ambiwalencji: z jednej strony podążamy za historią czystej, romantycznej miłości Christine i Raoula – młodych bohaterów, których uczucie okazuje się silniejsze niż groza i pokusy. Z drugiej strony, ulegamy fascynacji tragiczną postacią Upiora – istotą złowrogą, lecz obdarzoną aurą mrocznego romantyzmu, która wzbudza zarazem strach i litość. Myślę, że właśnie to czyni tę historię tak fascynującą; nie współczuję Upiorowi nieodwzajemnionej miłości (nikt nie ma prawa zmuszać do tego kobiet), ale tego jak odrzuciło go społeczeństwo, jak postrzeganie zdeformowanego jako złego sprawiło, że stał się potworem.

Gotycka atmosfera i symbole

Lubię powieści gotyckie za ich melodramatyczny ton łączący się z grozą, przerysowanie oraz bogatą symbolikę. Są to powieści, która skrywają drugie dno za romantyczną maską - co idealnie pasuje to motywu przewodniego "Upiora Opery". Maska Upiora nie tylko skrywa jego oszpeconą twarz, lecz także staje się symbolem kondycji ludzkiej: konieczności ukrywania „prawdziwego ja” pod fasadą akceptowalną społecznie. Póki ma na twarzy maskę, a na grzbiecie piękny frak bardziej fascynuje niż przeraża postacie. Sam zaś wdziewa maskę potwora, by ukryć przejmującą samotność - a może wystarczyło normalnie zagadać do dziewczyny, zamiast wciągać ją do mrocznych tuneli opery? Warto zwrócić uwagę, że na tej płaszczyźnie powieść pozostaje jakże aktualna: czyż nie czujemy dzisiaj w świecie, w którym wkładamy maski w mediach społecznościowych, a pod nimi kryje się samotność i chęć poznania osoby, która polubi autentycznych nas? Tematy inności, wykluczenia, obsesyjnej miłości i konfliktu między sztuką (performansem) a życiem wciąż rezonują z czytelnikami. Co więcej, każdy może odczytywać "Upiora" inaczej (świadczą o tym chociażby adaptacje filmowe) - podobnie zresztą jak "Frankensteina", a oba te dzieła mają ze sobą wiele wspólnego. 

Oprócz samej tematyki w powieści zachwyciła mnie gotycka atmosfera. Opera paryska w powieści Leroux to coś więcej niż budynek – staje się żywym organizmem, pełnym labiryntów, ukrytych korytarzy i podziemnych jezior (serio). Jest zarazem świątynią sztuki i miejscem grozy, gdzie piękno i doskonałość ścierają się z mrokiem i obsesją - co idealnie koresponduje z warstwą fabularną. 

Słowem podsumowania...

„Upiór opery” to powieść, która nie traci swojego blasku mimo upływu ponad wieku. Gaston Leroux stworzył historię, która łączy grozę i wzruszenie, piękno i potworność, romantyzm i moralną przestrogę. To książka o ludzkiej potrzebie miłości, o samotności i o tym, jak łatwo świat potrafi zdeformować tych, których nie rozumie.

Choć opowieść Leroux zakorzeniona jest w estetyce belle époque, jej przesłanie pozostaje zaskakująco współczesne – dotyka lęku przed odrzuceniem, tęsknoty za akceptacją i granic między pasją a obsesją. To właśnie ta niejednoznaczność sprawia, że powieść tak hipnotyzuje – i że nie sposób przejść obok niej obojętnie.

Poleciłabym ją szczególnie tym, którzy lubią literaturę gotycką. To także lektura dla wszystkich, którzy chcą na nowo odkryć klasykę – nie jako muzealny eksponat, ale jako żywy tekst, wciąż stawiający pytania o naturę człowieczeństwa, miłości i zła.

 


Jeśli szukacie książki, która w upalny dzień ochłodzi was mrocznym klimatem, ale nie przytłoczy nadmiarem grozy, Czarny staw Roberta Ziębińskiego to idealny wybór. Ta powieść to  połączenie przygód w stylu The Goonies (1985) z serialem Stranger Things i odrobiną To Stephena Kinga: opowieścią o grupie dzieciaków, które jednoczą się, by stawić czoła złu, które terroryzuje miasteczko i przyjezdnych, by potem zniknąć i znów powrócić. Ziębiński stworzył historię, która bawi, straszy i wciąga – a wszystko to w rytm mrocznych lokalnych legend i rodzinnych sekretów. To powieść, którą pochłania się błyskawicznie – ale która zostaje w czytelniku znacznie dłużej, niż mogłoby się wydawać, głównie za sprawą dobrze spędzonego czasu. Bo tak można nazwać czas poświęcony na czytanie "Czarnego stawu", co zachęca do ponownego sięgnięcia po książkę co wakacje, w upalny dzień nad jeziorem - by schłodzić się odrobiną dreszczyku i mieć masę czytelniczej przyjemności.

Dzieciaki kontra mrok
Młodzi bohaterowie sugerują książkę dla młodzieży - ale klimatyczną i przygodową historię można czytać niezależnie od wieku. Sama bardzo lubię ten motyw: dzieciaków, które biorą sprawy w swoje ręce, gdy racjonalni dorośli zawodzą. Młodzi bohaterowie – z krwi i kości – to największa siła tej powieści. Ich emocje, relacje, strach i odwaga są nie tylko wiarygodne, ale autentycznie poruszające - łatwo jest im kibicować, a przez to całkowicie wciągnąć się w ich losy.

Tajemniczy staw
Czym byłaby dobra powieść grozy, gdyby nie fascynujące miejsce akcji. Autor wykorzystuje motyw "zadupia", w którym dzieje się coś złego, ale wszyscy zamiatają to pod dywan. Tytułowy Czarny Staw mąci w głowie, przeraża, ale jednocześnie fascynuje i przyciąga do siebie. Świetnie oddaje to otwarcie powieści, które nakreśla klimat całości. Sama legenda Czarnego Stawu – niby lokalna opowieść, a jednak niepokojąca, mroczna, na swój sposób ponadczasowa – prowadzi nas przez historię, która balansuje między subtelnym horrorem a dynamiczną powieścią przygodową. Nie znajdziecie tu epatowania grozą, ale znajdziecie atmosferę, której nie da się zignorować. Atmosferę, która sprawia, że czytelnik czuje się jak nad czarną taflą wody – coś czai się pod powierzchnią, ale nie wiadomo, co i kiedy się wyłoni. Samo zło miejsca stylizowane jest na lokalną legendę - zabieg, który uwielbiam!

Groza bez przesady
Nie jesteście miłośnikami hardkorowego horroru, ale lubicie atmosferę pełną niepokoju? Czarny staw jest w takim razie powieścią dla was! Ziębiński doskonale operuje strachem, unikając krwawych opisów na rzecz psychologicznego napięcia. Wie, że najskuteczniejsze są niedopowiedzenia: szepty legend, mgła unosząca się nad wodą, poczucie, że coś obserwuje nas z cienia. Czarny staw nie epatuje brutalnością, ale jego klimat – mroczny, wilgotny, podszyty ludowymi wierzeniami – wbija się w skórę jak chłodny wiatr znad jeziora. To groza dla tych, którzy wolą dreszczyk emocji niż naprawdę przerażające opowieści.

Słowem podsumowania...
"Czarny staw" to powieść, która zwyczajnie daje sporo radochy podczas czytania.  Można ją pochłonąć w jeden dzień - duża w tym zasługa stylu autora, ale i samej historii, która naprawdę wciąga. To doskonała rozrywkowa lektura – lekka, ale nie płaska, dynamiczna, ale nie powierzchowna. Nie brak w niej humoru, a postacie są tak napisane, że z przyjemnościom im się kibicuje. To idealna książka na lato – nie tylko dlatego, że chłodzi dreszczykiem, ale też dlatego, że przypomina, jak fajnie jest dać się porwać dobrej historii, przepaść na kilka godzin z książką na leżaku!


"Piąta skóra Nigumy" to powieść, która już pierwszymi kilkoma stronami skradła moje serce. Lubię książki i filmy nieoczywiste, wymykające się schematom i gatunkowym podziałom. I taka jest "Piąta skóra Nigumy" - to literacki kalejdoskop, który za każdym obrotem ukazuje nowy wzór, a jednak całość tworzy hipnotyzującą spójność. Klimat powieści balansuje między onirycznym pięknem a brutalnym realizmem. Sklepik w podziemiach Dworca Centralnego staje się bramą do świata, gdzie buddyjskie reinkarnacje mieszają się z mroczną fantazją, a ludzkie ciała są jedynie przemijającymi „okrywami” - skórami, które główna bohaterka przywdziewa niczym maski. Czy jednak w kole wiecznego życia i wcielania się w role nie zatraciła samej siebie?

"Głód mięsa, bliskości czy może idealnej skóry? Nie wiem, co wygra we mnie tym razem."

"Piąta skóra Nigumy" to opowieść o dakini Nigumie, której rolą było przekazywanie nauki w buddyzmie, niezbędnych do osiągnięcia oświecenia. Na kartach powieści poznajemy jednak Nigumę jako właścicielkę małego sklepiku z orientalnymi przedmiotami; istotę, która opuściła mistyczne góry i żyje we współczesnej Warszawie. Niguma czegoś/kogoś poszukuje - czy jest to dziewczyna, którą spotyka w różnych wcieleniach? Czy poszukuje miłości? A może wyzwolenia z ułudy? I co jest gotowa zrobić, by osiągnąć swój cel?

To niezwykle wciągająca powieść, w której przeplatają się obrazy przeszłości i teraźniejszości Nigumy na jej ścieżce - na ścieżce kobiety, która w jeden dzień osiągnęła oświecenie, by stać się bóstwem, potem obserwować jak jej legenda jest przeinaczana, by w końcu zacząć pisać własną historię.

Bohaterka, która przeraża i fascynuje

Niguma to jedna z tych postaci, które nie pozwalają się lubić, ale nie sposób od nich oderwać wzroku. Jej tysiącletnia wędrówka przez ludzkie skóry (dosłownie i metaforycznie) to opowieść o tożsamości jako performansie – każda „przymierzona” osobowość to kolejna warstwa maski, pod którą kryje się wieczny głód: akceptacji, miłości, ale też… mięsa. To właśnie paradoks jej istnienia przykuwa uwagę: jest jednocześnie boginią i potworem, kochanką i morderczynią, wieczną tułaczką uwięzioną w cyklu powtarzanych błędów. Czy tym razem uda jej się wyrwać z tego koła, czy znów popełni te same błędy, pchana obsesyjną miłością?

"Jestem kolekcjonerką dusz, podniebną tancerką w kolczudze z ludzkich kości. Muszę jednak udawać, by nikt nie przejrzał mojego planu. Przed nią tak długo, aż uwierzy, że nie ma się czego bać. Przed resztą świata, bym nadal mogła utrzymać tworzoną latami przykrywkę."

Miłość jako przekleństwo
Wątek relacji Nigumy z Majką to gorzka parabola o związku, który nie może się spełnić. Aleksandra Bednarska sprytnie gra z konwencją romansu – zamiast happy endu dostajemy tysiąc lat powtarzanej traumy, gdzie miłość miesza się z pożądaniem, a poświęcenie z autodestrukcją. W tle pobrzmiewa pytanie: czy uczucie przetrwa, gdy odrzucimy wszystkie „skóry” – społeczne role, maski, oczekiwania? I czy miłością można nazwac sytuację, w której jedna osoba tylko bierze, nie dając nic od siebie?

Groza, która zmusza do myślenia
Mimo potencjalnej grozy, którą budzi krwiożerczość Nigumy (sceny "konserwowania" skór są wyjątkowo plastyczne!), „Piąta skóra…” to przede wszystkim opowieść o człowieczeństwie. Brutalność Nigumy staje się metaforą naszych własnych „pożerań” – emocji, które niszczą innych, czy prób dopasowania się za wszelką cenę. Autorka nie moralizuje, ale każe zastanowić się: ile z naszych „ja” to prawda, a ile tylko kolejna warstwa, którą kiedyś zrzucimy?

Ucieczka przed schematami
To, co najbardziej uderza, to nieprzewidywalność tej powieści. Autorka igra z konwencją, raz prowadząc nas w stronę body horroru, by za chwilę zbudować liryczną opowieść o niespełnionym uczuciu i tęsknocie za prawdziwym „ja”. W tej książce nic nie jest proste ani jednoznaczne. Z pewnością „Piątą skórę…” możemy zaliczyć do weird fiction, gdzie świat przedstawiony wydaje się znajomy, ale stopniowo ujawnia swoją obcość. Osadzenie akcji w szarej Warszawie może początkowo zniechęcać - a jednak to właśnie kontrast między egzotyczną mitologią, drapieżną Nigumy a szarzyzną współczesnej  "nudnej" Warszawy nadaje historii wyjątkowy rys. Zresztą na kartach powieści nie trzymamy się jednej lokalizacji, cofając się w przeszłość Nigumy i odbywając podróż po różnych zakamarkach świata.

Chociaż powieść w wielu momentach może budzić skojarzenia z literaturą piękną poprzez swój liryzm, to zaznacza się w niej atmosfera napięcia i niepokoju - wszak nie wiemy kto i w jakich okolicznościach może stać się ofiarą krwiożerczej bogini. W powieści tej nie chodzi o tanią sensację i epatowanie brutalnymi scenami, ale o nieokreślony lęk przed tym, co wymyka się logice. Ponadto powieść unika typowych rozwiązań – finał pozostawia czytelnika z pytaniami, nie oferując prostych odpowiedzi.

Jeśli już miałabym nazwać "Piątą skórę Nigumy" literaturą piękną - to  byłaby to literatura piękna z zębami, które potrafią ugryźć.

Słowem podsumowania...
„Piąta skóra Nigumy” to opowieść o obsesji, miłości, przemocy i wolności bycia sobą. O dojrzewaniu do prawdy o sobie – często bolesnej, czasem przerażającej, ale koniecznej. To książka, którą się czyta, a potem długo nosi w sobie. Ta książka to literacki eksperyment, który uderza w czułe punkty. Między wersami przemyca buddyjskie idee nietrwałości „ja”, ale też uniwersalne prawdy o samotności i tęsknocie za bliskością. Dla mnie jest to ten rodzaj literatury, który kocham całym sercem: bo zostawia ślad jak tęczowa skóra Nigumy, przebijająca przez warstwy noszonej skóry – piękna, niepokojąca i niemożliwa do zapomnienia.

"-Jak to? Przecież to legenda.
-Niby tak, ale codziennie ma ciąg dalszy."




 „Doktor Jekyll i pan Hyde” to jedna z tych historii, które na stałe wpisały się w kulturę – trudno znaleźć kogoś, kto nie kojarzy tej opowieści z licznych filmowych adaptacji. Postaci doktora Jekylla i pana Hyde’a stały się wręcz synonimem dwoistości ludzkiej natury, symbolem wewnętrznej walki dobra i zła. Jednak sięgając po oryginalną powieść Roberta Louisa Stevensona, można odnieść wrażenie, że większość adaptacji i nawiązań do tego dzieła nie oddaje w pełni jego głębi i złożoności. To właśnie ta lektura przypomniała mi, dlaczego klasyki literatury warto czytać – nawet jeśli wydaje się, że znamy je na wylot.

Odkrywanie klasyków

Lubię sięgać po pierwowzory historii, które na stałe zapisały się w naszej kulturze. Choć wydają się powszechnie znane, to i tak potrafią zaskoczyć i nasunąć nowe interpretacje. Pierwsze, co rzuca się w oczy podczas lektury „Doktora Jekylla i pana Hyde’a”, to narracja. Stevenson nie opowiada historii wprost, ale stopniowo odsłania jej tajemnice, budując napięcie i atmosferę grozy. Opowieść jest prowadzona z perspektywy prawnika, pana Uttersona, który staje się detektywem-amatorem, próbującym rozwikłać zagadkę dziwnego związku między szanowanym doktorem Jekyllem a przerażającym panem Hydem. Ta narracyjna perspektywa sprawia, że czytelnik nie znający adaptacji stopniowo odkrywa prawdę razem z bohaterami, co dodaje historii dodatkowego suspensu. A co zostaje dla tych, którzy znają już rozwiązanie? Postać pana Uttersona! Ukazanie historii z jego perspektywy to coś, czego raczej nie spotykamy w adaptacjach. Sami tytułowi Jekyll i Hyde pojawiają się stosunkowo rzadko, a ich relacja jest ukazana głównie przez pryzmat obserwacji innych postaci. To zabieg ciekawy, bo pozwala czytelnikowi samemu wyobrazić sobie, co tak naprawdę dzieje się za zamkniętymi drzwiami laboratorium (szalonego?) doktora. Stevenson nie epatuje brutalnością ani nie wchodzi w szczegóły przemocy – zamiast tego buduje atmosferę niepokoju, która działa na wyobraźnię, jedynie zaznaczając, że pan Hyde "budzi obrzydzenie", jest w jakiś sposób "zdeformowany".

Analiza ludzkiej duszy

Stevenson w swojej książce zręcznie łączy elementy gotyckiego horroru, kryminału i filozoficznej rozprawy nad istotą człowieczeństwa. Z początku wydaje się, że mamy do czynienia z klasyczną opowieścią grozy – tajemnicze, mroczne ulice Londynu, potworna zbrodnia i poszukiwanie tożsamości budzącego grozę pana Hyde’a. Jednak im głębiej wchodzimy w tę historię, tym bardziej okazuje się ona czymś więcej niż horrorem. Głównym tematem powieści jest dualizm natury ludzkiej. Jekyll, szanowany naukowiec, tworzy eliksir, który pozwala mu uwolnić swoje ukryte, ciemne ja – pana Hyde’a. Jednak z czasem okazuje się, że Hyde nie jest tylko „drugą stroną” Jekylla, ale osobowością, która zaczyna dominować i niszczyć swojego twórcę. To opowieść o tym, jak łatwo można stracić kontrolę nad swoimi najgłębszymi pragnieniami i instynktami. Stevenson pokazuje, że w każdym człowieku tkwi zarówno dobro, jak i zło – i że próba ich całkowitego oddzielenia może prowadzić do katastrofy. Łączy się to z motywem moralności naukowca - odpowiedzialności za eksperymenty Jekyll, jako naukowiec, igra z siłami, których nie rozumie do końca. Jego historia przypomina klasyczne ostrzeżenie przed bezrefleksyjnym dążeniem do wiedzy i postępu, podobnie jak w Frankensteinie Mary Shelley.

Co ciekawe, powieść możemy także odczytywać jako społeczny komentarz, dotyczący hipokryzji dżentelmenów wdziewających "maski" dobrej reputacji, pod którymi skrywane są mroczne żądze. W powieści wielokrotnie wspominane jest jak bardzo doktor Jekyll musi dbać o dobre imię. Najważniejsze jest by nikt nie połączył go ze zbrodniami pana Hyde'a - a nie pokuta za popełnione złe uczynki. Jekyll reprezentuje fałsz i pozory moralności, które dominowały w epoce wiktoriańskiej. Jego dbałość o reputację jest ważniejsza niż prawdziwa moralność. 

Atmosfera

Powieść zachwyca atmosferą grozy i niezwykłości - opisy londyńskich ulic, mgły i mrocznych zaułków doskonale współgrają z tematem powieści. Stevenson pisze z niezwykłą precyzją i elegancją, a jego styl jest oszczędny, ale jednocześnie pełen napięcia. Nowe tłumaczenie (Uroboros, 2025) w pełni to oddaje i powieść czyta się z czystą przyjemnością. Na uwagę zasługuje także wydanie - klimatyczne ilustracje w odcieniach czarnego i zielonego koloru idealnie pasują do tej powieści. 

Słowem podsumowania...

Mimo że historia Jekylla i Hyde’a jest powszechnie znana, lektura oryginalnej powieści wciąż potrafi zaskoczyć swoją głębią i atmosferą. Niezwykle sprawnie poprowadzona narracja, gęsty, mroczny klimat oraz psychologiczna głębia czynią z tej książki ponadczasowy klasyk grozy, który nie traci na aktualności. Temat dwoistej natury człowieka, który Stevenson tak genialnie eksploruje, sprawia, że powieść jest idealnym materiałem na różne adaptacje – ale żadna z nich nie oddaje w pełni jej literackiej siły. Zdecydowanie warto sięgnąć po oryginał, nawet jeśli wydaje się, że znamy tę historię na wylot. Choć powieść powstała w XIX wieku, jej przesłanie wciąż pozostaje niezwykle aktualne. Pytania o moralność, tożsamość i granice nauki, które stawia Stevenson, są dziś równie ważne jak w czasach, gdy książka została napisana. To jedna z tych lektur, które pozostają w głowie jeszcze długo po przewróceniu ostatniej strony – skłaniając do refleksji nad granicami moralności i tym, co naprawdę kryje się w ludzkiej duszy.

 


"Awaria prądu" to antologia opowiadań grozy polskich autorek, połączonych motywem przewodnim: elektrycznością. Czy w dzisiejszych czasach może być coś straszniejszego niż tytułowa awaria prądu? Gdy świat spowija ciemność, a urządzenia elektryczne nie działają? Autorki tego zbioru opowiadań pokazały różne oblicza grozy związane z elektrycznością. I choć jak to bywa z antologiami, są tu teksty lepsze i gorsze, jako całość "Awaria prądu" naprawdę przypadła mi do gustu. Podejście do motywu przewodniego jest różnorodne i nie ma się wrażenia wtórności: zagrożenie związane z elektrycznością można zinterpretować na różne sposoby, od zabójczej burzy po krwiożercze robaki poruszające się za pomocą sieci. To naprawdę solidna antologia, ukazująca talent polskich autorek i nieszablonowe podejście - nie brakuje tekstów zawierających humor, intrygujących, jak i takich które wywołują ciarki na plecach. A wisienką na torcie jest samo wydanie: twarda oprawa, barwione brzegi, ilustracje.

Groza niejedno ma imię

Możliwe, że jestem w mniejszości, ale bardzo lubię opowiadania grozy. Krótsza forma moim zdaniem jest wprost stworzona do tego gatunku - budowanie napięcia najlepiej się sprawdza, kiedy nie przerywamy czytania, a przy powieściach jest to trudne. Z czystą przyjemnością sięgam po antologie grozy, które łączy motyw przewodni - to naprawdę fascynujące odkrywać jak różni autorzy potrafią podejść do jednego tematu. Pod tym względem czytanie "Awarii prądu" dało mi ogrom satysfakcji: siedemnaście bardzo różnych interpretacji! I choć niektóre opowiadania zapadły mi w pamięć bardziej, inne mniej to z całą szczerością tylko dwa mi się nie podobały. Jednym z nich jest "Zaciemnienie" Pauliny Hendel, które odstawało od reszty klimatycznie: jednak tematyka prądu niekoniecznie pasuje do fantastyki, a i ton opowiadania, gdzieś na pograniczu komedii i makabry mi nie zagrał. Niektóre teksty były po prostu w porządku - otwierająca "Nowa nadzieja" w znacznym stopniu nawiązuje do klasyki grozy i science-fiction w stylu Herberta George'a Wellsa czy "Frankensteina", zabrakło mi w niej jednak większej oryginalności. Inne opowiadania zostaną zaś ze mną na długo. Bardzo cenię pióro Aleksandry Bednarskiej i tym razem znów mnie nie zawiodła: "Nowy blask" to opowiadanie o toksycznej relacji matki i córki naznaczonej wypadkiem z prądem, które trzyma w napięciu do samego końca. Kolejne dwa opowiadania to również perełki tej antologii: "Paskudna sprawa", z wątkiem kryminalnym naprawdę wywołuje ciarki na plecach, a "Po drodze" to doskonały przykład krótkiego, ale świetnie napisanego opowiadania z zaskakującym finałem. Na liście moich ulubionych opwoadań znajdują się także "Błyski" z apokaliptycznym klimatem, odnoszące się do pytania "co czeka ludzkość, gdy nagle zabraknie prądu?". "Kablowa wróżka" to z kolei tekst dziwny, ale w taki intrygujący sposób - i jeszcze tak surowo napisany, że czujemy oblepiający brud w tej mrocznej wizji przyszłości. W zbiorze nie zabrakło krótkich, ale przemawiających do wyobraźni opowiadań, jak i tekstów zabawnych ("Półżab"), a nawet opowiadania o... mszczącym się chomiku. Jestem pewna, że wśród takiej różnorodności każdy miłośnik grozy znajdzie swoje ulubione opowiadanie - i to zapewne więcej niż jedno!

Słowem podsumowania...

"Awaria prądu" to antologia, która nie tylko dostarcza dreszczyk emocji, ale i pokazuje, jak kreatywnie można podejść do jednego, pozornie prostego motywu. Czym może grozić rozmowa z gniazdkiem w dziecięcym pokoju? Czy utrata prądu może zapowiadać apokalipsę? Jakie konsekwencje może mieć rażenie piorunem podczas narkotykowego tripu? I czy siedząca u lokalnego pijaczka ogromna półżaba to efekt wypicia bimberku?

"Awaria prądu" to aż siedemnaście różnych pomysłów na teksty o elektryczności i żaden z nich się nie powtarza. Elektryczność, jak i groza, mają wiele twarzy. Dla mnie ogromnym pozytywnym zaskoczeniem była ta różnorodność – niektórych może jednak rozczarować fakt, że większość opowiadań podchodzi do tematu w sposób mniej oczywisty. Zamiast klasycznych wizji świata bez prądu czy naukowych eksperymentów, autorki często eksplorują bardziej metaforyczne i niecodzienne aspekty elektryczności. Przez to pozwalają uzmysłowić sobie, że elektryczność jest wszędzie wokół nas i nie zawsze musi być "posłuszna".

Ponadto Wydawnictwo Mięta udowadnia, że książka może być nie tylko ucztą literacką, ale i wizualną – a antologie grozy nie muszą mieć wyłącznie obskurnych okładek, ale mogą dumnie stać na półce obok pięknie oprawionych klasyków.

Polecam Awarię prądu wszystkim, którzy szukają opowiadań nie tylko wywołujących dreszczyk emocji, ale i zmuszających do refleksji nad tym, jak bardzo uzależniliśmy się od prądu i jak cienka jest granica między ujarzmieniem natury a jej niekontrolowaną zemstą.


 


"Walhalla" to interesująca powieść o nawiedzonym domu, która eksploruje motyw przemocy wobec kobiet oraz ostatecznego wyzwolenia z toksycznego związku. Choć w powieści dostajemy typowe dla horrory motywy nadprzyrodzonych mocy, tajemniczych kultów, a także krwawe sceny z udziałem szczurów czy niemal zwierzęcy seks (który w amerykańskiej kulturze tak często stanowi nieodłączny element horroru), to wszystko to stanowi tło dla przedstawienia interesujących postaci, które muszą zmagać się nie tylko z nawiedzeniem (mogącym stanowić metaforę), ale także własnymi demonami oraz słabościami. Dodając do tego suspens i zwroty akcji otrzymujemy wciągającą, choć miejscami brutalną opowieść, której finał dostarcza naprawdę sporo satysfakcji. Jednocześnie skupiając się na postaciach "Walhalla" rozwija się dość wolno, co może odstraszyć tych, którzy sięgają po powieści grozy dla szybkiego skoku adrenaliny.

Tytułowa "Walhalla" to rozpadająca się rezydencja, która przyciąga zamożnego adwokata Craiga. Po wypadku Craig boryka się z poczuciem własnej męskości - i jedynie perspektywa zdobycia i odbudowy domu, wybudowanego wyłącznie by pokazywać status zdaje się być lekarstwem. Nie wspierająca żona, stojąca przy swym mężu na dobre i złe. Choć dom od razu budzi w niej grozę, to ostatecznie jest gotowa poświęcić swoje szczęście dla związku. Dom budzi w Craigu poczucie siły, a czające się w nim zło zdaje się oddziaływać i poza jego murami, gdy nagle zaczynają ginąć ludzie, którzy w jakiś sposób zawinili adwokatowi.

Powieść w dużym stopniu dotyka przemocy wobec kobiet - wystarczy wspomnieć, że założyciel domu Walhalla czerpał przyjemność z upadlania kobiet, uważając, że powstały z błota i ich jedynym celem powinno być całkowite podporządkowanie mężczyźnie, do tego stopnia, że dla niego powinna tańczyć boso na rozbitym szkle. Mimo to "Walhalla" ostatecznie ma feministyczny wydźwięk - główną bohaterką jest tak naprawdę żona Craiga, Effie, która wraz z rozwojem akcji odnajduje w sobie siłę - co wcale nie jest łatwe! - by przestać być wyłącznie wspierającą żoną i zawalczyć o swoje szczęście. Pomaga jej w tym inna interesująca postać - samotna matka, która od zawsze była nauczona walczyć o swoje. Motyw siostrzaństwa pozwala kobietom odnaleźć odwagę, by przeciwstawić się złu - nawiedzonemu domowi, który może jednak zostać odczytany jako rządzony przez mężczyzn - postrzegających płeć przeciwną jako błoto - świat. Jednocześnie warto podkreślić, że powieść w niektórych momentach budzi ogromny dyskomfort, a stopnień przemocy wobec kobiet osiąga w niej poziom tortur. Dodatkowo z immersji zawsze wybija mnie czytanie o tym jak przemoc i męska dominacja podnieca kobiety - nie potrafię się w żadnej mierze utożsamić z takim stanowiskiem i takie wstawki nieco przytępiają feministyczny pazur tej powieści. Jeśli jesteście wrażliwi na przemoc wobec kobiet to odradzam ten tytuł - bohaterki muszą przejść przez prawdziwe piekło, do tego ciągle sobie tłumacząc, że "to nie jego wina, to opętanie". Kultura uczy bowiem kobiety takiego myślenia - by stać przy swoim mężu, nawet jeśli on ma jej potrzeby gdzieś; nawet jest gotowy narazić ją na cierpienie dla własnej satysfakcji. Stąd wysiłek Effie i walka nie tylko z demonami męża, ale i własnymi słabościami - która nie tylko musi zmagać się z domem, ale i z własnym sposobem myślenia.

Powieść stanowi interesujące podejście do motywu nawiedzonego domu - trochę w duchu "Lśnienia" - gdzie miejsce wpływa na bohaterów. Grozę stanowi tutaj nie tyle sam duch, co zmiany zachodzące z mężu, który przestaje być opoką, a staje się zagrożeniem. Masterton podkreśla tą atmosferę zagrożenia poprzez brutalność, zagadkowe morderstwa, a nawet zbliżenia bohaterów. Decydując się na tę książkę trzeba być gotowym na dużą dawkę przemocy i brutalnej dominacji mężczyzn nad kobietami.

Lubię takie powieści grozy, które mogą być interpretowane na dwa sposoby. Na pierwszej płaszczyźnie "Walhalla" to opowieść o niebezpiecznym domu w amerykańskim stylu: nie ma tu miejsca na subtelne  budowanie poczucia zagrożenia; Walhalla nie bawi się w straszenie za pomocą odgłosów, od razu nabijając na pal i zostawiając na pożarcie szczurom. Jest jednak druga płaszczyzna - horror zawsze stanowi pewną metaforę społecznych lęków. Tutaj dotyczą one toksycznych relacji - "porządnych" mężczyzn, którzy nagle staja się przemocowi pod wpływem inspiracji samcem alfa (ale czy na pewno Craig był wcześniej kochającym mężem, a może od zawsze czaiła się w nim pogarda dla żony/kobiet?); i  kobiet gotowych na wszystko z miłości. Czy będą potrafiły wyrwać się z takiego związku, czy do końca będą sobie tłumaczyć, że nie był on sobą i próbować go uratować? Czy będą próbowały naprawić "zepsuty dom", a może dojdą do wniosku, że nie ma co ratować i należy chałupę puścić z dymem?

Chociaż "Walhalla" nie jest powieścią w żaden sposób odkrywczą, a do tego potrafi wzbudzić dyskomfort ze względu na dawkę mizoginii, to wywarła na mnie spore wrażenie. Od początku byłam ciekawa jak ta opowieść się skończy, a z każdą stroną, z którą była to bardziej historia Effie i jej rozpadającego się małżeństwa, bardziej niż Craiga popadającego w szaleństwo, to książka coraz bardziej nie wciągała. W ten sposób dość oklepany motyw nawiedzonego domu i jego wpływu na wybraną osobę, stał się czymś innym: opowieścią o emancypacji wobec psychicznej i fizycznej przemocy."Walhalla" nie jest typowym straszakiem, choć nie brak w niej momentów gore, nie znaczy to jednak, że nie trzyma w napięciu. Mnie zachęciła, by ponownie sięgnąć po Mastertona, choć zawsze byłam team Stephen King.


Graham Masterton "Walhalla" (1995)
Polskie wydanie: Albatros (2024)


 



"Carmilla" uznawana jest za jedno z ważniejszych dzieł literatury gotyckiej z motywem wampira. Co ciekawe, Joseph Sheridan Le Fanu na swój sposób ożywił ten motyw, dając nam nowy rodzaj wampira: pełnej erotyzmu kobiety-wampira, przekraczającej nie tylko granice życia i śmierci, ale także społecznych norm za sprawą homoseksualizmu. Obie te kwestie - nieskrępowana erotyka i pożądanie jednej kobiety przez drugą były tematem tabu, granicą którą tak umiejętnie autor wraz z "Carmillą" przekroczył. Choć od pierwszej publikacji tej powieści minęło ponad 150 lat to nadal potrafi rozpalić zmysły - i ciągle zdaje się przekraczać granice norm społecznych, gdyż nadal miłość kobieca potrafi budzić oburzenie. To klasyk literatury gotyckiej, który każdy miłośnik motywów wampirycznych powinien znać - inspiracje Carmillą można dostrzec w najsłynniejszej wampirycznej powieści, czyli "Draculi" (chociażby sposób unicestwienia wampira). To pełna niedomówień, oniryzmu i aury tajemniczości powieść, w której nie znajdziemy typowej grozy, za to dużą dawkę fascynacji inną osobą.

Czym są wampiry w kulturze? Istotami przekraczającymi dwie opozycyjne kategorie: martwi, ale żywi; wzbudzający odrazę, a zarazem pociąg; nieśmiertelni, a jednocześnie zależni od czyjeś krwi. Nic dziwnego, że Joseph Sheridan Le Fanu w latach 1871-1872 , czasach wiktoriańskiej obsesji czystości pisząc o pożądaniu jednej kobiety przez drugą  uczynił swoją bohaterkę wampirzycą. Carmilla przekracza normy społeczne dotyczące kobiet, musi więc być istotą nadnaturalną. Mężczyźni zaś, reprezentujący logikę i straż nad kobiecą cnotą, muszą wbić jej kołek w serce i uciąć głowę: pozbyć się monstrum, nim zainfekuje kolejne kobiety swą śmiertelną miłością. Jak zauważa Maria Janion w "Wampirze. Biografii symbolicznej" Le Faun "mistrzowsko oddaje nastrój ambiwalencji miłości", z czym jak najbardziej się zgadzam. Zresztą ta ambiwalencja nie dotyczy jedynie opisywanej miłości, która budzi u Laury zarówno pociąg, jak i przerażenie, ale i samej Carmilli, która od pierwszych stron powieści fascynuje i budzi grozę. Powieść idealnie oddaje także inny motywy związane z wampiryzmem - skojarzenie z chorobą, a z drugiej strony z seksualnością: spotkanie z Carmillą można traktować jako seksualne przebudzeniem Laury, a jednocześnie przekroczeniem normy heteroseksualnej, co w owych czasach można było uznać za objaw choroby psychicznej. Powieść nie potępia jednak Carmilii, a za sprawą narratorki przedstawia fascynację młodej kobiety tajemniczą przyjaciółką. Warto zwrócić uwagę także na ostatnie zdania dotyczące dwoistości - Laura opowiadając z perspektywy czasu historie poznania Carmilli czuje podskórnie, że się zmieniła, że ta relacja coś w niej obudziła - coś, co jednak musi być skrywane przed światem, w którym nie ma miejsca na kobiece wyzwolenie erotyczne.

"Carmilla" to prosta historia, a z dzisiejszej perspektywy całkowicie przewidywalna - co może odbierać jej urok nowatorstwa. Jeśli jednak będziemy ją czytać mając świadomość pewnych ograniczeń czasów, w których została napisana w pełni dostrzeżemy jej obrazoburczy charakter. Mnie osobiście bardzo spodobał się subtelny sposób opisywania napięcia erotycznego - w dzisiejszych czasach dotykanie czyjegoś policzka czy "pieszczenie" włosów wydaje się niewinną igraszką. Mimo to czuć napięcie w relacji między bohaterkami, wyrażane w dialogach przez Carmillę: jej deklaracje o miłości, która prowadzi do śmierci - co oczywiście może być metaforą uniesienia erotycznego, "małej śmierci". W powieści tej nie fabuła ma znaczenie, ale właśnie ta atmosfera i napięcie między bohaterkami.

Groza w "Carmilli" to strach przed kobiecą seksualnością, odmalowywaną jako coś tajemniczego i monstrualnego. Coś co "grzeczną" Laurę przeraża, a jednocześnie ogromnie fascynuje. Świetnie oddają to klimatyczne ilustracje, pełne niepokoju i erotyki. Strona wizualna nowego wydania naprawdę zachwyca i dodaje klimatu całości: dzięki czemu obcowanie z "Carmillą" jest pełnym doświadczeniem. To powieść warta uwagi, ciągle potrafiąca wywołać emocje: pierwszoosobowa opowieść Laury wciąga od pierwszych stron, ukazując jak w sielankowe życie dobrej panny wkrada się zamęt wraz z odwiedzinami tajemniczej kobiety.


Joseph Sheridan Le Fanu "Carmilla" (1871-1872)
Polskie wydanie ilustrowane: Uroboros (2024)

 


"Po zachodzie słońca" to kolejny zbiór opowiadań Stephena Kinga, który miałam okazję poznać n przestrzeni wielu lat. Nie będę ukrywać, że lubię krótsze formy u Kinga, a niektóre jego nowelki to prawdziwe perełki, które czyta się z wypiekami na twarzy. Jednak "Po zachodzie słońca" to taka strona b singla - niektóre opowiadania są niezłe, ale brakuje w tym zbiorze prawdziwego hitu. Teksty są bardzo różnorodne, ale dotyczą motywów, które już nie raz się pojawiały - i to u Kinga, co ostatecznie daje poczucie wtórności i niczego specjalnego. Jednocześnie ta różnorodność ma także zalety: pozwala ukazać  podejście Kinga w jego typowym stylu - mieszance czarnego humoru i mroku - do różnych (pod)gatunków: od opowieści o duchach, poprzez tekst w duchu Lovecrafta po thriller o kobiecie walczącej z seryjnym mordercą. Określiłabym ten zbiór mianem "Kingowego pewniaka" dla tych, co lubią styl autora, ale nic ponadto - przyjemnie się te teksty czytało, ale po tygodniu zaczynają ulatywać z głowy.

Zbiór otwiera opowiadanie "Willa", które doceniam za klimat - to naprawdę niezłe otwarcie, w którym mocno zaznacza się styl Kinga. Tak jak całkiem sporo tekstów z tego zbioru idealnie nadawałoby się na podstawę dla odcinka "Strefy mroku" czy "Opowieści z krypty". Drugie opowiadanie, "Piernikowa dziewczyna" to doskonały przykład thrillera w stylu Kinga: tekstu o kobiecie walczącej o przetrwanie. Autor nie czyni swojej bohaterki anonimową dziewczyną, najpierw wprowadzając tło dla jej późniejszej walki, stawiając pytanie, czy kobiecie wystarczy determinacji. Jak przystało na Kinga nieźle buduje suspens, a my do samego końca nie wiemy, kto okaże się zwycięzcą. 

"Sen Harveya" i "Miejsce obsługi podróżnych" to nieco słabsze opowiadania, w tym sensie, że nie zapadają w pamięć. Pierwsze dotyczy rozmowy męża z żoną o niepokojącym śnie, a drugie o zebraniu odwagi, by zareagować wobec aktu przemocy poprzez chwilowe przyjęcie tożsamości swojego literackiego alter ego. "Dzień rozdania świadectw" to chyba najsłabszy tekst - nic specjalnego, ani na płaszczyźnie tematycznej czy fabularnej, ani wykonania (utrzymania suspensu). Podobnie z opowiadaniem "New York Times w cenie promocyjnej" - to dość sentymentalny tekst, który w ostatecznym rozrachunku jest nudny, nie mający w sobie niczego specjalnego. Z kolei "Ayana" to opowiadanie, które już w momencie pisania tej recenzji (jakiś tydzień po skończeniu zbioru) kompletnie uleciało mi z głowy!

"Rower stacjonarny" i "Rzeczy, które po sobie pozostawili" to z kolei opowiadania, które są zbyt długie, przez co tracą gdzieś po drodze swoją moc oddziaływania, szczególnie przy słabszych zakończeniach. "N." to jedno z bardziej interesujących opowiadań z tego zbioru, opowiadające o niezdrowej obsesji na temat kamienia: czy jest to choroba psychiczna, a może kamień rzeczywiście jest bramą do innego wymiaru? "Kot z piekła rodem" to Kinga w "starym dobrym, brutalnym stylu" z domieszką czarnego humoru: nowela opowiada o mężczyźnie wynajmującym płatnego zabójcę do pozbycia się kota. "Niemowa" to również opowiadanie bardzo w stylu Kinga: dotyczące spowiedzi mężczyzny, dla którego zwykły dzień zamienił się w niezwykłe spotkanie. "Bardzo trudne położenie" to świetne zamknięcie zbioru, kingowska wariacja na temat zemsty, w której istotną rolę odgrywa przenośna toaleta typu toi toi. Jest dużo w tym opowiadaniu czarnego humoru oraz świetnie zbudowany suspens - naprawdę nie wiemy czy bohaterowi uda się wydostać z - w przenośni i dosłownie - g0wnianej sytuacji. 

"Po zachodzie słońca" nie jest zbiorem złym, całkiem sporo opowiadań daje naprawdę dużo frajdy w trakcie czytania. Brakuje mu jednak czegoś specjalnego, a większość tekstów jest mimo wszystko dość prosta - i gdyby nie charakterystyczny styl Kinga to mogłaby wyjść spod pióra wielu autorów piszących antologie grozy. Zresztą samej grozy nie ma w tych tekstach za wiele, nie są też specjalnie niepokojące - za pewnymi wyjątkami. Stephen King nadrabia za to suspensem, niezłymi dialogami i charakterystycznym humorem. Polecam przede wszystkim tym, którzy lubią Autora - innych raczej nie przekona, by nazwać Kinga "mistrzem grozy".


Stephen King "Po zachodzie słońca"
Wydawnictwo: Albatros

 


Kōji Suzuki to japoński autor horrorów, który w Kraju Kwitnącej Wiśni stal się sławny za sprawą powieści "Ring". Nic dziwnego - wydana w 1991 roku powieść świetnie oddaje strach związany z technologiami i mocami nadprzyrodzonymi. Pomysł wyjściowy zapewnia napięcie do ostatniej strony powieści - towarzyszymy dziennikarzowi, który trafia na trop niezwykłej historii: nagłej śmierci czwórki nastolatków. Prowadząc dziennikarskie śledztwo trafia na kasetę wideo, po obejrzeniu której dowiaduje się, że ma siedem dni zanim umrze chyba, że... Śledztwo polegające na znalezieniu odpowiedniego "zaklęcia", które zdejmie klątwę jest niezwykle wciągające, szczególnie, że jest to wyścig z czasem. Ciekawa jest także perspektywa dziennikarza i jego przyjaciela, którzy w różny sposób podchodzą do możliwości występowania zjawisk paranormalnych - czy radzenia sobie z myślą o nadchodzącej śmierci. Nie jest to typowy horror, epatujący strasznymi scenami, a bardziej niezwykle niepokojący thriller. 

"Ring" stoi przede wszystkim fabułą i tajemnicą - i nawet znając filmowe adaptacje nie zmniejsza to napięcia (my wiemy co się wydarzy, ale czy bohaterowie zdążą to odkryć?). To ten typ powieści, który napędzany jest przez śledztwo i tajemnicę przez co ciężko odłożyć książkę. Budowane w powieści napięcie związane jest co prawda z czasami kiedy powstała ta powieść: czasami kiedy w Japonii panowało szaleństwo nagrywania filmów. Stąd główna przyczyna strachu - skoro kasety wideo są wszędzie, to co się stanie kiedy jedna z nich będzie przeklęta? Dziś pewnie podobny efekt wywołałby link, który przypadkiem otwieramy. I choć sama technologia się zmieniła to strach przed nią już nie: duchy już nie straszą w nawiedzonych domach, możemy je spotkać nawet w kurorcie w czasie odpoczynku jeśli tylko pod ręką mamy telewizor/telefon. 

Uważam, że sama intryga się broni mimo upływającego czasu - kurz przestarzałości osiadł jednak na postaciach. W "Ring" śledzimy dwóch mężczyzn w Japonii początku lat 90. - nic dziwnego, że w książce odnajdziemy seksizm. Dziennikarz Asakawa i profesor Ryuji nie wzbudzają sympatii, jednak pasują do swoich czasów. Z tego powodu powieść może być dziś nieco problematyczna i wzbudzać irytację. Dla mnie jednak stanowiła pewien portret Japonii, kiedy normą było lekceważenie kobiet. Pozornie Asakawa i Ryuji są bardzo różni - jeden ma żonę i córkę, podchodzi do sprawy dość emocjonalnie; drugi jest kawalerem ze swoimi dziwactwami (jednym z takich "dziwactwa" ma być nieoparta potrzeba gwałtu...), ale także chłodną logiką. Ryuji to bohater, którym łatwo od początku pogardzać i dopiero na koniec jego wizerunek zostaje zachwiany jako pewien rodzaj maski - co również także bardzo pasuje do społeczeństwa japońskiego, w którym należy ukrywać prawdziwe uczucia i zakładać społeczną "twarz". Zakończenie powieści - wybór stojący przed Asakawą stanowi z kolei moralne wyzwanie. Tym silniejsze, że w konfucjańskiej kulturze ciąży na nim powinność ratowania żony i córki, za które jest odpowiedzialny. 

"Ring" to powieść napisana prostym stylem, bez zbędnych detali - jednocześnie powoli podążająca za każdym kolejnym tropem, maksymalnie rozciągająca strony na czas siedmiu dni. Dla tych, którzy znają filmowe rozwiązania niektórych plot twistów tempo może wydawać się powolne - mnie jednak nie przeszkadzało. Wszak siedem dni na odkrycie tajemnicy z przeszłości i podróże po Japonii to niezwykle mało! To ten typ powieści, że albo nas wciągnie i pozostawi z wypiekami na twarzy albo okaże się lekturą, która nas mocno rozczaruje. W odróżnieniu od filmów "Ring" nie stawia na grozę, a niepokój związany z upływającym czasem i próbą rozwiązania zagadki, która łączy w sobie i elementy racjonalne, i te nadprzyrodzone. 


Kōji Suzuki "Ring" (1991)
Polskie wydanie: Znak (2004)

 


"Jak złowieszcze rozbłyski wybuchających słoń ledwo są rejestrowane przez oczy ślepca, tak początek grozy minął prawie niezauważony".

"Egzorcysta" zapisał się na kartach historii kultury przede wszystkim za sprawą kultowej adaptacji w reżyserii Williama Friedkina - która po dziś dzień potrafi wywołać niezwykłe uczucie niepokoju. Nie inaczej jest z powieścią  Williama Petera Blatty'ego: opublikowana po raz pierwszy w 1971 roku powieść była szokująca, obrazoburcza i łamiąca tabu. Ksiądz tracący wiarę, opętana dziewczynka, zachowująca się w sposób wulgarny, nawiązania do okultyzmu - wszystko to kiedyś szokowało, a dziś? Siła "Egzorcysty" nie tkwi jednak wyłącznie w tym elemencie szoku, ale w wywoływaniu niepokoju poprzez zacieranie granic między popadaniem w obłęd a opętaniem; między próbami naukowego dowiedzenia przyczyn zachowania dziewczynki (i to przez księdza!), a niewierzącą matką, która dla dobra swej córki gotowa jest zdać się na egzorcyzmy. To spokojna powieść, która ze strony na stronę staje się intensywniejsza, kreśląca tragiczne losy bohaterów w walce z demonami - nie tylko tymi, które mogą nas nawiedzić, ale przede wszystkim tymi, które nosimy w sobie, jak przeżywający kryzys wiary ojciec Karras, który zostawił swą matkę by podążać ścieżką wiary, czy odnosząca sukcesy aktorka Chris, którą dopadają wyrzuty sumienia (a jeśli stan jej córki to wina rozwodu?). W samym stylu pisania też jest coś niepokojącego - w tych wszystkich krótkich, niemal urwanych zdaniach. Wszystko to sprawia, że Egzorcysta jest powieścią ponadczasową, która po zamknięciu książki nadal nas nawiedza.

Ten, kto spodziewa się, że egzorcyzmy i opętanie z perspektywy Regan stanowią sedno powieści "Egzorcysta" może być zawiedzony: jak zostaje zauważone na kartach powieści przez ojca Merrina, celem demona nie jest w gruncie rzeczy osoba opętana, ale jej bliscy - bo czy jest coś gorszego niż niemoc w niesieniu pomocy niewinnemu dziecku? Obserwowanie jak z dnia na dzień mała Regan jest coraz mniej sobą, jak znika fizycznie i mentalnie prowadzi do ogromnej rozpaczy. Autor poświęca wiele uwagi matce dziewczynki czy ojcu Karrasowi, którzy zostają doprowadzeni na skraj poprzez obcowanie z demonem i bezsilność. Ta powieść to niezwykle interesujące studium wyrzutów sumienia, które nawiedzają bohaterów. Ojciec Karras to niezwykle tragiczna, ale zarazem intrygująca postać. Duchowny, przeżywający kryzys wiary - potęgowany faktem śmierci matki, którą pozostawił w ubóstwie, by zostać księdzem. Jako psychiatra i duchowny poszukuje wyjaśnienia stanu Regan, wpierw kierując się w stronę wiedzy, a nie wiary. Jego podróż aż do ostatecznego starcia jest niezwykle fascynująca, a jednocześnie niepokojąca.

Siłą powieści jest to, że łączy w sobie dość graficzne opisy opętania ze złożonością postaci; tym samym nie jest szokująca dla samego efektu szoku. To opowieść o ludziach niepozbawionych wad, mających swoje słabości i wątpliwości, a jednak znajdujących siłę na walkę. Dla Chris jest to relacja matka-córka, dla ojca Karrasa potrzeba odzyskania wiary. Do tego "Egzorcysta" ma niezwykły, niepokojący klimat - zapewniam, że przy czytaniu w nocy, wcale nie ma się ochoty na zgaszenie światła po odłożeniu książki. 

Co ciekawe, film i powieść idealnie się uzupełniają; w książce odnajdziemy większy ciężar psychologiczny związany z rozterkami bohaterów, z kolei film tworzy niezapomniany obraz i muzykę. Oba dzieła można z czystym sercem nazwać kultowymi i polecić każdemu miłośnikowi grozy - horror nie byłyby dziś tym samym gatunkiem, gdyby nie "Egzorcysta"!

William Peter Blatty "Egzorcysta" (1971)
Polskie wydanie jubileuszowe: Vesper (2017)

 


"Obcość" to antologia opowiadań różnych autorów i autorek, które łączy temat przewodni, czyli tytułowa obcość. Na antologię składa się aż 30 krótkich opowiadań, które stanowią ciekawy przegląd najróżniejszych podgatunków i stylów - grozy (w najróżniejszych odcieniach horroru), science-fiction, fantasy czy dystopii. Warto podkreślić, że antologia została wydana na zasadzie charityware - można ją pobrać za darmo w formie e-booka lub zdecydować się na wsparcie wybranej organizacji (w tym przypadku jest to stowarzyszenie Wolne Klatki). To świetna inicjatywa sama w sobie, a że stoją za nią również ciekawe teksty to naprawdę warto się nią zainteresować. Szczegóły znajdziecie pod adresem zapomnianesny.pl/obcosc/

Jak to bywa ze zbiorami opowiadań, nie wszystkie podobały mi się jednakowo. Forma krótkiego opowiadania jest niezwykle wymagająca - na kilku stronach należy opowiedzieć jakąś historię, wzbudzić emocje i jeszcze dotknąć motywu przewodniego. Ogromną zaletą jest jednak różnorodność, dzięki której każdy znajdzie tekst dla siebie. Wspomniana różnorodność pozwala także na zgłębienie motywu obcości. Zdarzyło mi się czytać antologie z motywem przewodnim, które pomimo różnych autorów eksplorowały dany temat bardzo podobnie. Tutaj jest zupełnie inaczej: obcość może oznaczać kontakt z nieznanym, dosłowne ciało obce a nas (gdzie sama myśl o tym budzi przerażenie i obrzydzenie), ale także wyobcowanie społeczne czy w końcu zanikanie relacji - gdy ktoś nam bliski staje się obcy. Wiele w tym zbiorze opowiadań science-fiction dotyczących eksploracji kosmosu lub kontaktu z obcymi istotami - a jednak udaje im się zachować oryginalność w podejściu. Jedno z opowiadań łączy mitologię z s-f, z kolei inne choć dotyczy obcych organizmów, które mogą przejmować kontrolę nad człowiekiem, stawia pytanie czy zachodząca w nim zmiana nie wynika po prostu zanikania uczucia, które się wypaliło, a nie inwazji obcych. Tytułową obcość może wywoływać także obcowanie ze sztuczną inteligencją, która coraz bardziej zastępuje ludzi - czy może jednak całkowicie zastąpić kontakt z drugim człowiekiem? Innym tematem jest oswajanie obcości - w tym zrozumienie i zaakceptowanie inności. 

Z zbiorze pojawia się także jedno tłumaczenie - opowiadania Petera Wattsa "Pokrewni". Nie miałam jeszcze okazji czytać innych tekstów Wattsa, ale opowiadanie to skojarzyło mi się z twórczością Philipa K. Dicka - to tekst wymagający, budzący niepokój post-human horror. Napisany w formie jednostronnego dialogu, który stopniowo odkrywa, co spotkało ludzkość.

Większość zebranych tekstów jest dość ponura, wzbudza niepokój i stawia interesujące tezy na temat człowieka i jego konfrontacji z obcością. To lektura idealna na deszczową jesień, która wprawia czytelnika w zadumę. W zbiorze odnajdziemy przekrój najróżniejszych tekstów - niektóre zmuszą nas do myślenia, inne wywołają uśmiech, a kolejne wzbudzą niepokój. Krótka forma (opowiadania liczą po kilka stron) idealnie pasuje do tej zaskakującej mieszanki, którą możemy powoli sobie dawkować. Polecam każdemu miłośnikowi science-fiction i grozy!

Starsze posty Strona główna

ABOUT AUTHOR

안녕하세요! Z wykształcenia doktor nauk politycznych i magister filmoznawstwa, hobbistycznie zapalona czytelniczka! Zapraszam na bloga o książkach, filmach oraz Półwyspie Koreańskim - czyli moich największych pasjach!

Categories

  • abyssos 1
  • agora 2
  • akurat 2
  • albatros 4
  • artrage 2
  • azjatyckie 91
  • beYA 1
  • bliski wschód 1
  • Books4YA 4
  • chiny 11
  • ciekawostki 7
  • copernicuscenterpress 2
  • cyberpunk 1
  • czarna owca 1
  • czarne 3
  • czytelnik 1
  • dark academia 1
  • dark fantasy 7
  • dialog 8
  • dlaczemu 2
  • dolnośląskie 1
  • dystopia 4
  • esej 4
  • europa wschodnia 1
  • fabryka słów 115
  • fae 1
  • fantastycznyorient 18
  • fantastyka 188
  • filia 2
  • film 3
  • filtry 1
  • format 1
  • foxgames 1
  • galeriaksiążki 1
  • gra książkowa 1
  • gramatyka 3
  • groza 19
  • harde 1
  • healing novel 6
  • hi:story 1
  • horror 19
  • idiom 3
  • indie 5
  • indonezja 1
  • instagram 5
  • iyashikei 2
  • jaguar 2
  • japonia 36
  • kdrama 1
  • kirin 7
  • klasyka 1
  • komedia kryminalna 5
  • komiks 3
  • korea 45
  • koreański 9
  • kryminał 24
  • krytyka polityczna 1
  • książki 188
  • kwiaty orientu 2
  • literatura dziecięca 5
  • literatura młodzieżowa 30
  • literatura piękna 21
  • literatura podróżnicza 2
  • luna 1
  • marginesy 2
  • matronat 1
  • mitologia 2
  • mova 3
  • mustread 2
  • muza 5
  • naukowe 8
  • new adult 3
  • nonfiction 8
  • nowa baśń 14
  • nyks 1
  • obyczajowa 1
  • papierowyksiężyc 2
  • patronat 4
  • planetaczytelnika 1
  • podróżnicza 1
  • powieść gotycka 2
  • powieść historyczna 12
  • prószyński 5
  • przygodowa 1
  • recenzja 175
  • relacja 7
  • replika 4
  • reportaż 14
  • retelling 1
  • retrobuki 18
  • romans 7
  • romantasy 1
  • sensacja 2
  • sf 20
  • słownictwo 8
  • space opera 1
  • sqn 6
  • szczeliny 2
  • świat książki 1
  • tajfuny 1
  • tajwan 2
  • thriller 7
  • urban fantasy 15
  • uroboros 13
  • vesper 3
  • w.a.b. 5
  • warbook 9
  • weird fiction 1
  • weneedya 2
  • western 1
  • wielka litera 1
  • wietnam 1
  • wydawnictwo ix 1
  • wydawnictwo kobiece 1
  • wydawnictwo literackie 2
  • wydawnictwo mięta 7
  • Wydawnictwo Noir sur Blanc 1
  • wydawnictwo poznańskie 2
  • wydawnictwo spisek pisarzy 1
  • wydawnictwo wab 2
  • wydawnictwo wilga 1
  • wydawnictwonoca 1
  • wyszukane 1
  • yaponia 3
  • you&ya 15
  • youngadult 26
  • yumeka 6
  • zielona sowa 2
  • znak 13
  • zygzaki 1

Matronat

Matronat
Trylogia Hierarchia magii

Matronat

Matronat
Trylogia Magów szkła

POPULAR POSTS

  • Smocza perła - recenzja
  • Pięć małych świnek (recenzja)
  • Naturalista (recenzja)
  • Gwiazdy w łańcuchach
  • #retrobuki 2000-2009
  • Muzyka otchłani
  • Polka w Korei (recenzja)
  • Space Sweepers (승리호)
  • Bogowie otchłani
  • Koreańskie społeczeństwo - przewodnik po książkach
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Szukaj na tym blogu

Blog Archive

Ważne

Wszystkie zamieszczone tutaj teksty oraz grafiki są moją własnością i nie wyrażam zgody na ich kopiowanie bez mojej zgody.

FOLLOW ME @ INSTAGRAM

Gdzie mnie znaleźć

  • Instagram
  • Lubimy czytać
  • Goodreads

Featured Post

#retrobuki

Copyright © 2016 Pani Papierek. Created by OddThemes