Pani Papierek

  • Home
  • Książkach
    • Azjatyckie
    • Naukowe
    • Gatunkowe
      • Fantastyka
      • Kryminał
  • Filmach
  • Korei
    • 한국어
    • Ciekawostki
  • Instagram
  • Współpraca

 


"Cud Bramy Lwa" Mai Mochizuki to dla mnie idealne potwierdzenie powiedzenia "do trzech razy sztuka". Po dwóch tomach „Kawiarni pod Pełnym Księżycem” wiedziałam już, czego się spodziewać: magicznej atmosfery, odrobiny kotów-filozofów i całkiem sporej dawki astrologii, która momentami bardziej nużyła niż otulała. Choć oba poprzednie tomy miały w sobie urok, brakowało im tego, co w literaturze iyashikei cenię najbardziej – emocjonalnego ciepła i prawdziwego ukojenia. Dlatego trzeci tom okazał się dla mnie największym zaskoczeniem (i ulubieńcem serii). Mam wrażenie, że tym razem Mai Mochizuki znalazła właściwy balans między magią a refleksją, między deserami a horoskopami – i wreszcie pozwoliła swoim bohaterom naprawdę wybrzmieć. To wciąż ta sama kawiarnia, w której można spotkać gadające koty i odrobinę lepiej zrozumieć siebie, ale tym razem magia nie tylko otula, lecz także naprawdę działa.

"Jesteśmy jak małe łódki na morzu. Czasem towarzyszą nam niewielkie fale, ale zdarza się, że przychodzi sztorm. Ważne jest, jak ustabilizować łódkę. Jeśli pozostaniemy w zgodzie z sobą, to nieważne, co powiedzą inni, możemy iść do przodu i żyć."

Tym razem Mai Mochizuki skupia się na trzech bohaterach, których losy splatają się w subtelny, a zarazem niezwykle poruszający sposób – matce, jej przyjacielu z dzieciństwa oraz dorosłej córce. Dzięki temu historia zyskuje głębię, której brakowało w poprzednich tomach. Śledzimy losy aktorki próbującej odbudować swoje życie po publicznie potępionym romansie ze starszym mężczyzną, jej relację z matką, która zawsze ją wspierała, a także cofamy się do młodości samej matki i jej przyjaciela – ludzi, którzy również musieli nauczyć się akceptować własne wybory i tęsknoty. Motywem przewodnim staje się pytanie „co by było, gdyby?” oraz próba pogodzenia się z drogą, którą się obrało.

"Spróbowałam pysznej kawy Affogato. Intensywna słodycz lodów z lekko gorzką kawą, doskonale! Pomyślałam, że ten smak jest jak życie. Dotychczas pragnęłam tylko słodyczy i starałam się brać jedynie to, co najlepsze. A wtedy pomyślałam: "Posmakuj też gorzkiego, zmierz się z tym".

Ogromnym plusem jest ograniczenie astrologicznych dygresji – wciąż obecnych, ale już nieprzytłaczających. Dzięki temu emocje bohaterów wreszcie dochodzą do głosu, a całość nabiera autentycznego ciepła. Szczególnie postać matki – kobiety, która bezinteresownie wspiera innych, ale jednocześnie ma odwagę wybrać własne szczęście – sprawia, że ten tom naprawdę otula i pozostawia po sobie coś więcej niż tylko przyjemne wrażenie. To opowieść o miłości, wybaczaniu i o tym, że troska wobec innych nie musi oznaczać rezygnacji z siebie.

"Wtedy dotarło do mnie, jak silnym uczuciem mnie darzy, i serce zabiło mi mocniej. Powody, dla których człowiek się zakochuje, są zaskakująco proste. On (...) zna mnie, to, co pokazuję na zewnątrz, i to, co skrywam w sobie. zna także moje błędy z przeszłości, po prostu wie o mnie wszystko. Kiedy ktoś taki powiedział, że mnie kocha, czułam, że akceptuje mnie całą, taką, jaka jestem."

Słowem podsumowania...

„Cud Bramy Lwa” to dla mnie najpełniejsza i najbardziej dojrzała część cyklu – taka, w której wreszcie wszystkie elementy znalazły swoje miejsce. Kocia kawiarnia wciąż kusi aromatem magicznych deserów, ale tym razem nie jest tylko scenerią dla rozmów o horoskopie urodzeniowym – staje się przestrzenią prawdziwego spotkania, zrozumienia i pojednania ze samym sobą. Bohaterowie przestają być ilustracją dla idei, a stają się ludźmi z krwi i kości, z którymi naprawdę można współodczuwać.

Mai Mochizuki udało się coś, czego brakowało w poprzednich tomach: stworzyć opowieść, która nie tylko otula, ale też porusza. To książka o miłości, która dojrzewa wraz z życiem, o akceptacji tego, co było, i o odwadze, by mimo wszystko wybrać własne szczęście. Jeśli poprzednie części przypominały filiżankę ładnej, ale nieco zbyt chłodnej kawy, to „Cud Bramy Lwa” jest jak idealne affogato – słodko-gorzkie, ciepłe i pozostawiające w ustach smak, do którego chce się wracać.


 


Czy zdarza Wam się trafić na książkę idealnie skrojoną pod Was? W której zwyczajnie się zakochujecie, choć wcale nie jest najlepszą książką świata - ani nawet najlepszą, którą przeczytaliście? O takiej książce można powiedzieć, że ma to coś - coś specjalnego dla danego czytelnika, przez co zajmuje miejsce w jego czytelniczym sercu.

I ja mam tak właśnie z dwoma tomami "Kamogawa. Tropiciele smaków". Ot, kolejny japoński healing novel (iyashikei)- książkowy nostalgiczny otulacz, który wycisza i poprawia nastrój. I choć przeczytałam takich książek sporo, to właśnie Tropiciele smaków trafili w dziesiątek, w sam środek mojej czytelniczej tarczy. Oczarowała mnie zwykła-niezwykła historia ojca i córki, którzy prowadzą restaurację specjalizującą się w tropieniu smaków z dzieciństwa. Wszystko w tej powieści - i drugim tomie - emanuje ciepłem: od potraw, od których ślinka cieknie po relację głównych bohaterów, gdzie typowa szorstkość w stosunkach ojca z córką zastąpiła miłość do jedzenia i wspólna pamięć o matce. Do restauracji zaś przychodzą ludzie na życiowym zakręcie, których nagle naszła ogromna ochota na smaki z przeszłości - a ich skosztowanie daje ukojenie, spokój oraz w zadziwiający sposób niesie rozwiązanie problemu. 

Na tropie smaków z przeszłości

"Kamogawa" w swej prostej narracji stawia bardzo ważne pytanie: czy tęsknimy za samymi smakami z przeszłości, czy raczej za osobami, które te dania dla nas przygotowywały? Na pozór to książka o jedzeniu - opisów potraw jest tutaj sporo, a i sama para detektywów-restauratorów wyrusza na śledztwa dań. A jednak za tymi potrawami zawsze ktoś stoi - ktoś kto je przygotował albo z kim je jedliśmy. I właśnie to kryje się we wnętrzu tej powieści - opowieść o relacjach.

Oczarowało mnie w tej powieści połączenie japońskiego healing novel z powieścią w gruncie rzeczy detektywistyczną - nasi bohaterowie muszą przesłuchać świadków, wyruszyć tropem smaków z przeszłości, by odkryć jakie składniki kryły się za tym wyjątkowym dla kogoś daniem. A potem w ruch idzie magia kulinarna, by odtworzyć nie tylko smak, ale i atmosferę spożywanych posiłków.

Każda z opisywanych spraw - śledztw - ma także pewien schemat, który jednak nie sprawia wrażenia powtarzalności (jak to ma miejsce w "Zanim wystygnie kawa"), a pewnego rytmu. Składają się na niego chociażby powtarzane przed i po posiłku grzecznościowe formułki, prezentacja dań przez detektywa, a następnie opowieść o samym śledztwie. Historia nie kończy się jednak na wyjściu zadowolonego gościa - zostajemy jeszcze chwilę z ojcem i córką, których każde śledztwo zbliża do siebie, co celebrują jedząc wspólny posiłek.

Jedzenie jako pamięć

Nie wiem jak Wy, ale ja kiedy myślę o swojej babci to od razu czuję na języku jej jabłecznik, naleśniki, rosół - których nie ważne jakbym się starała nie umiem odtworzyć. Czy to jednak sam jabłecznik był cudowny, czy raczej towarzysząca mu atmosfera: beztroskie dzieciństwo, wakacje spędzane u babci, która tak się o mnie troszczyła.

W swym sednie powieść "Kamogawa" bada, jak jedzenie ucieleśnia pamięć. Każdy rozdział przedstawia klienta z nierozwiązanym pragnieniem: smakiem z dzieciństwa, daniem związanym z utraconą miłością, posiłkiem stanowiącym więź rodzinną. Dochodzenia rodziny Kamogawa – bardziej intuicyjne niż policyjne – prowadzą do odkrycia przepisów nie jako technicznych formuł, lecz jako nośników emocji i nostalgii, a także pewnego zamknięcia. Wszak odkrywszy przepis możemy wracać do tych chwil niczym do wspomnień, dzięki czemu osoba, która kojarzy się z danym posiłkiem ciągle jest z nami.

Proza Hisashi Kashiwai jest powściągliwa, oddająca spokojny rytm życia w Kioto. Unika melodramatyzmu; zamiast tego historie rozwijają się z rozmyślną powolnością, pozwalając, by to drobne szczegóły – składnik, ulotny wyraz twarzy, zapamiętany zapach – niosły emocjonalny ładunek. Tak jak potrawy przedstawiane w książce nie są tylko jedzeniem - a osobistą historią, niosącą pewien ciężar - tak i gotowanie przedstawione w tej powieści nie jest tylko technicznym połączeniem składników; jest sposobem na połączenie się ze wspomnieniami, z tożsamością, poczuciem przynależności.

Słowem podsumowania

 "Kamogawa. Tropiciele smaków" to nie jest książka dla każdego – nie znajdziecie tu nagłych zwrotów akcji czy mocnych emocji, ale spokojną, nostalgiczną opowieść, która koi jak miska gorącego ramenu (czy rosołku) w zimny dzień. To powieść dla tych, którzy lubią zanurzyć się w codziennych detalach - takich jak rodzaj ceramiki, cenią sobie literaturę pełną ciepła i refleksji, a przede wszystkim dla czytelników, którzy wierzą, że jedzenie to coś więcej niż tylko smak – że to wspomnienie, emocja i więź z drugim człowiekiem.

Polecam ją wszystkim miłośnikom literatury japońskiej, fanom healing novels i czytelnikom szukającym książki, która otuli, uspokoi i zostawi w sercu ciepło - takie uczucie, jakie towarzyszy nam po zjedzeniu bardzo smacznego posiłku, w bardzo dobrym towarzystwie. Dla mnie powiesć  Kamogawa stała się takim właśnie „comfort read” – historią, do której chce się wracać, jak do ulubionego dania z dzieciństwa. 

 


"Księgarnię wspomnień" łatwo wrzucić do worka "kolejny azjatycki książkowy otulacz w duchu healing novel". Jest w niej jednak pewien, niezwykle subtelny drobiazg: koreańskie uczucie han. Na pierwszy rzut oka może być podobne do japońskiej melancholii, a jednak ma coś swojego. Han to połączenie tęsknoty, stłumionego żalu i rezygnacji, które narasta przez lata niesprawiedliwości, traum lub niespełnienia. W uczucie to wpisana jest jednak nadzieja - możliwość przekształcenia żalu i smutku w siłę, odnalezienia spokoju.

Taka jest ta powieść. Na jej kartach śledzimy losy Jiwon, kobiety noszącej w sercu uczucie han związane ze śmiercią matki. Nie jest to rana świeża, ale kładzie się na kobiecie cieniem, popychając ją samą na granicę życia i śmierci - momentu, w którym kontynuowanie życia traci sens. Tłumiony żal prowadzi do rezygnacji - a ta do myśli sam0bójczych. Będąc na rozdrożu Jiwon trafia do niezwykłej księgarni, w której przechowywane są jej wspomnienia. Cofając się w przeszłość kobieta liczy, że odnajdzie spokój - a przy okazji sens życia.

To spokojna powieść, do przeczytania w jeden dzień (lub wysłuchania audiobooka, choć lektorka trochę kaleczy koreańskie imiona). Jej ostateczny odbiór w dużej mierze będzie zależał od czytelnika i jego wrażliwości - albo odnajdziemy się w tej prostej historii i na długo pozostanie nam w głowie, albo przejdziemy obok niej zupełnie obojętnie. Mnie zdecydowanie chwyciła za emocje, a także zainteresowała samym konceptem.

Intrygujący punkt wyjścia

Tak jak dobrze znana w Polsce japońska seria "Zanim wystygnie kawa", "Księgarnia wspomnień" oparta jest o motyw podróży w czasie. Jednak zamiast do kawiarni, bohaterka trafia do księgarni - i to takiej, która nie jest dostępna dla wszystkich, a jedynie dla tych, którzy znaleźli się na granicy życia i śmierci. Tam spotyka księgarkę, która początkowo wzbudza raczej niepokój niż otuchę. Podróż w czasie związana jest oczywiście z zasadami: można cofnąć się trzy razy, za każdym kolejnym razem do punktu dalej oddalonego w czasie od teraźniejszości. Podróż ta ma swoją cenę - tyle dni, ile chcemy się przenieść, tyle musimy oddać z czasu, który pozostał nam w przyszłym życiu. Księgarka - która budzi także skojarzenia z mrocznym kosiarzem - informuje jednak, że jeśli uda się zmienić przeszłość, lata życia zostaną zwrócone.

I tu pojawia się to, co do mnie przemówiło: w zasadzie to my, czytelnicy, oceniamy na ile się ta przeszłość zmieniła. Czy Jiwon odnalazła sens życia? Czy pogodziła się z tęsknotą, rozumiała, co naprawdę się liczy? I czy odkrycie tych "prawd" o sobie i życiu jest wystarczające, by uznać przeszłość za zmienioną?

Nietypowa podróż w czasie

Pierwsza połowa powieści jest doskonała - ma w sobie odrobinę niepokoju, ale też poetyckości i bardzo intryguje. Schody zaczynają się w drugiej, kiedy nasza bohaterka wybiera się w przeszłość, by skonfrontować się ze swoimi emocjami. To przede wszystkim podróż w głąb relacji z matką oraz szerzej z rodziną - co nie zawsze musi oddziaływać na naszą wrażliwość. 

W kulturach konfucjańskich (w tym koreańskiej) głęboko została zakorzeniona zasada synowskiej pobożności (nabożności), która podkreślała szacunek, posłuszeństwo i troskę wobec rodziców oraz starszych. Był to obowiązek spoczywający na dzieciak w zamian za dar życia, jakim zostali obdarzeni przez rodziców. Troska i posłuszeństwo nie płynęły więc z miłości, ale wspomnianego obowiązku, często stając się brzemieniem (rezygnacja z siebie na rzecz oczekiwań rodziców). Dzisiaj państwa takie jak Korea Południowa doświadczają rozdarcia między tradycją a modernizacją, odchodzącą od synowskiej pobożności.

Ten kontekst pomaga lepiej zrozumieć trudne relacje Jiwon z matką oraz wnioski do których kobieta ostatecznie dochodzi. Podróże w czasie pozwalają jej zrozumieć poświęcenie matki, ale jednocześnie zdjąć z samej siebie brzemię: to była decyzja matki, a nie konsekwencja "bycia złą córką". Jiwon ostatecznie rozumie jakim wielkim darem jest życie, ale jednocześnie pojmuje znaczenie rodzinnej miłości, a nie samego obowiązku. W tym kontekście można odczytać także ostatnią podróż, która z zachodniego punktu widzenia może wydawać się mało racjonalna: do momentu pełnego szczęścia i czystej miłości, nawet kosztem całego przyszłego życia.

Szczypta oniryzmu

"Księgarnia wspomnień" nie należy do książek, które należy traktować dosłownie. W swej narracji przypomina sen, w którym wydarzenia niezwykłe (księgarnia pełna książek zawierających wspomnienia) mieszają się z codziennymi wydarzeniami z przeszłości. Ile to razy człowiek chciałby móc wrócić w czasie do niektórych wspomnień, zachować się inaczej, by coś zmienić?

W ten "sen na jawie" naszej bohaterki wkrada się proces radzenia sobie z żałobą - czymś, co do tej pory Jiwon tłumiła niczym "ciemny han" - zamiast dążyć do "jasnego hanu", czyli przepracowania smutku i osiągnięcia spokoju. W koncepcję tego koreańskiego uczucia wpisana jest przeszłość - jako źródło traumy - której nie da się zmienić, ale można sprawić, by przestała rzucać się cieniem na przyszłość. Podobnie jest z żałobą - która tak jak koreański smutek han nie znika całkowicie - ale może zostać przekłuta w coś pozytywnego. Rozczarowanie utraconymi chwilami może zamienić się we wspomnienia, kiedy było się razem - tak cenne, bo łatwe do utracenia. 

Słowem podsumowania...

Azjatyckie healing novels mają specjalne miejsce w moim sercu. Wiele z nich daje ukojenie przede wszystkim w trakcie lektury, a potem szybko ulatuje z głowy. Jednak "Księgarnia wspomnień" została ze mną na dłużej, oferując opowieść o znaczeniu życia i wspomnień. Nie dostajemy wyraźnej odpowiedzi czy Jiwon udało się zmienić przeszłość - ale może nie o to chodziło? Może chodziło o spojrzenie na relacje pod innym kątem, na docenienie tych zwykłych chwil z przeszłości, które poza magiczną księgarnią nie mają możliwości się powtórzyć? To powieść, która łączy w sobie dwa oblicza koreańskiego uczucia han: smutku zakorzenionego w przeszłości, prowadzącego do stłumionego żalu i rezygnacji, a jednocześnie nadziei wynikającej z próby przepracowania traumy. To niby niepozorna powieść, której można zarzucić "puste" sceny (takie, które z punktu widzenia zachodniej kultury nie mają znaczenia fabularnego), które jednak wpisują się w kulturę koreańską (pustka symbolizuje niewypowiedziany żal, ma więc znaczenie emocjonalne). 

"Księgarnia wspomnień" to coś więcej niż urokliwa opowieść o drugich szansach- to przede wszystkim subtelna lekcja koreańskiego han - sztuki noszenia smutku, który nie paraliżuje, ale uwrażliwia. W świecie, gdzie traumy często się maskuje, ta powieść pokazuje, że prawdziwe uzdrowienie zaczyna się od uznania, że niektóre rany nigdy nie znikają - po prostu uczymy się z nimi żyć. 

Powieść ta ma też wymiar uniwersalny - odkładając na półkę "Księgarnię wspomnień", miałam poczucie, że wraz z Jiwon przeszłam ważną podróż - nie tyle w jej przeszłość, co w głąb uniwersalnego ludzkiego doświadczenia: że najtrudniejszą podróżą bywa zaakceptowanie tego, co nieodwracalne. Polecam ją szczególnie miłośnikom subtelnych azjatyckich opowieści, tym, którzy w literaturze szukają nie tylko ucieczki, ale i spotkania z trudnymi tematami (żałoba, myśli samobójcze) w sposób, który ostatecznie daje ukojenie.

 


W Kotach z Shinjuku Durian Sukegawa udowadnia, jak wielka siłą tkwi w niepozornych opowieściach z nurtu iyashikei (healing novels). Na powierzchni to skromna opowieść o mężczyźnie trafiającym do baru, w którym stali bywalcy grają w zwyczajną, a jednak niezwykłą grę: koto-lotka. Polega ona na stawianiu zakładów, który z okolicznych bezdomnych kotów pojawi się w okienku. Jednak pod spodem skrywa się opowieść o społecznych wyrzutkach - osobach, które nie potrafią do końca dopasować się do japońskiego, sztywnego społeczeństwa. Są one jak te bezpańskie koty. Durian Sukegawa jest autorem, który dostrzega godność w tych na marginesie i w cichych, zapomnianych zakamarkach świata; który potrafi oddać głos emocjom, jakie nosimy w sobie pod powierzchnią codzienności.

Co ciekawe, tą krótką i niepozorną powieść można odczytywać także w kontekstach społecznych. Ukazuje ona chociażby toksyczną kulturę pracy w Japonii, która odciska piętno na naszym bohaterze, jak i skomplikowane relacje międzyludzkie - kiedy ludzie tak bardzo zawodzą, że bardziej ceni się towarzystwo kotów. Sukegawa portretuje Japonię zderzeń: między korporacyjnym wyścigiem szczurów a ludźmi, którzy z niego wypadli - lub są na granicy wypadnięcia. Podobnie z miejscem akcji, starym pubem w miejscu, które ma zostać poddane rewitalizacji - gdzie stare zderza się z nowym.

Wbrew kociemu tytułowi nie można nazwać tej powieści typowym otulaczem - jest ona przepełniona smutkiem, ale w takim japońskim wydaniu. Nie ma więc tutaj dramatycznych wydarzeń, a zwykła szara codzienność, która w pewnym momencie staje się zbyt ciężka i łamie naszych bohaterów - szczególnie gdy odbiera im się tą odrobinę szczęścia w postaci "głupiej" gry w koto-lotka. Choć sama historia wydaje się bardzo prosta to stanowi studium samotności - ale i budowania delikatnych, niespodziewanych więzi, które czynią życie znośnym. Nawet jeśli tą relacją jest opieka nad bezpańskimi kotami i  docenienie ich charakterów za pomocą poezji.

Emocjonalne wypalenie

Koty z Shinjuku to opowieść o wypaleniu - emocjonalnym i zawodowym - mężczyzny w średnim wieku. Przypadkowe wejście do baru (jap. izakaya), fascynacja gra w koto-lotka i poznanie interesującej, ale równie niedopasowanej społecznie dziewczyny są punktami zwrotnymi w jego życiu. Nie ma tutaj ani odrobiny magii - niezwykłych kawiarni, pralni i księgarni; elementem "niezwykłym" jest margines społeczny, dzielnica, która w oczach wielkich biznesmenów powinna zostać zaorana i zamieniona w kolejne miejsce pełne nowoczesnych budynków, bez uwzględnienia potrzeb osób już przebywających w tym miejscu.

Wydarzenia w książce na nowo rozbudzają emocje w naszym bohaterze - subtelne jak przystało na japońską literaturę, ale silnie rezonujące z czytelnikiem. Czy uda mu się wyrwać z dotychczasowego życia czy poniesie sromotną porażkę?

Smutek, który ma sens


Najbardziej poruszającym aspektem Kotów z Shinjuku jest smutek. Powieść nie ucieka przed bólem czy osobistym żalem, które ciężko w pełni przezwyciężyć. Pytaniem pozostaje jak wielkim cieniem położą się na bohaterach - i czy mimo tego bólu uda im się odnaleźć choć odrobinę nadziei na szczęście i spełnienie. Jest w tej opowieści coś głęboko japońskiego: szacunek dla ciszy, melancholii, subtelne wykorzystanie przestrzeni i zwierząt jako luster emocji, skupienie się na geście, a nie deklaracji. Choć akcja dzieje się w Shinjuku, dzielnicy kojarzonej z neonami i tętniącym życiem, miejsce wydaje się kameralne i wyciszone, a także w pewnym sensie "znoszone" niczym stary płaszcz - niczym bohaterowie, którzy nie uczestniczą z siłą w społeczeństwie, tylko właśnie pozostają na uboczu (przynajmniej emocjonalnie).

Niezwykle ciekawe jest wykorzystanie bezpańskich kotów, w których nasi bohaterowie odnajdują siebie.  Kot, swoją kocią obojętnością i chwilami czułości, staje się kotwicą: przypomnieniem, że ukojenie nie polega na wymazaniu bólu, lecz na nauce życia z nim jedynie poprzez wprowadzenie drobnych zmian, nawiązanie nowych relacji. Tym samym obecna w tej powieści melancholia nie przytłacza, bo zapewnione są też chwile ulgi - chociażby w postaci gry w koto-lotka czy tworzenia kociej poezji. 

Piękno zwyczajności i blask nadziei


Największą siłą Sukegawy jest umiejętność dostrzegania poezji w codzienności i zwyczajności. Na pierwszy rzut oka ani bohaterowie, ani miejsce niczym się nie wyróżniają; co więcej - brakuje im czaru i charyzmy. Zachodzące zmiany są subtelne i nie stoi za nimi nic magicznego, niezwykłego - czy szokującego. A jednak delikatna relacja, która potrafi "uleczyć" (w pewnym stopniu) człowieka ma w sobie coś z magii - i właśnie to opisuje  Sukegawa w prosty i oszczędny sposób.

Na końcu tej smutnej, ale czułej opowieści pojawia się coś jeszcze: ulga, akceptacja, a może nawet krucha nadzieja. Taka, która nie oznacza zmiany o 180 stopni, ale tkwi w małych decyzjach, by dalej iść przez życie. Prawdziwie iyashikei musi nieśc ulgę czy katharsis - i tak dzieje się tutaj, choć bez wielkich haseł i spektakularnych przemian. To bardzo subtelna, powściągliwa proza, która jednak rezonuje z czytelnikiem o odpowiedniej wrażliwości.

Słowem podsumowania...

W czasach, gdy dominują szybkie fabuły i wymuszony optymizm, Koty z Shinjuku wyróżniają się swoim spokojem. Sukegawa nie pogania czytelnika – pozwala mu we własnym tempie zagłębiać się w historię, dostrzegać ukryty sens pod pozornie zwykłą opowieścią o codzienności. Książka, która z pozoru mówi o niczym szczególnym, a w rzeczywistości opowiada o wszystkim, co najważniejsze. Smutna i cicha, ale przynosząca ukojenie. Pełna czułości wobec tych, którzy nie pasują do narzuconych społecznych ram – wyrzuceni na margines niczym bezpańskie koty, znajdują sens w najprostszych relacjach. Mnie oczarowała, na długo rezonując w moim czytelniczym sercu.


 


Po raz czwarty Toshikazu Kawaguchi udowodnił, że doskonale "czuje" uzdrawiające powieści spod znaku Iyashikei. Każda kolejna odsłona serii "Zanim wystygnie kawa" ma dla mnie ten czar; spokojne tempo i powtórzenia zasad związanych z podróżami w czasie nadają całości pewien rytm, a poszczególne historie są poruszające. Ten tom - zgodnie z tytułem - tematyzuje motyw pożegnania. I choć obowiązuje zasada, że teraźniejszości nie da się zmienić wizytą w przeszłości, to na kartach powieści okazuje się, jak odpowiednie pożegnanie pozwala odnaleźć spokój ducha. Nawet jeśli nie przywróci to życia zmarłym, to pozwoli żyć pełnią życia tym, których wcześniej blokowały wyrzuty sumienia. Każdy tom powieści można czytać niezależnie - możecie odwiedzić niezwykła kawiarnię po raz pierwszy z "Zanim się pożegnamy" lub czytać po kolei i obserwować rozwój warsztatu autora. Najbardziej przejmującą i wzruszającą opowieścią w "Zanim się pożegnamy" jest historia kobiety, która pragnęła pożegnać się ze swoim psem - trzeba być z kamienia, aby nie płakać podczas czytania! Na szczęście każda z historii przynosi ostatecznie spokój, a książka, tak jak jej poprzedniczki, niezwykle koi.

Uzdrawiająca moc literatury

Azjatyckie healing novels stanowią przykład literatury, w której ważniejsze niż literacki kunszt jest oddziaływanie na odbiorcę. Można tym powieściom zrzucić zbytnią prostotę, brak psychologicznej głębi postaci, powtarzalność - ale ich sens kryje się gdzie indziej. Od samych postaci ważniejsze są ich zmartwienia, wywołujące smutek; rozwiązania zaś często niesie spojrzenie w głąb siebie i pogodzenie się z przeszłością, by w końcu odnaleźć spokój ducha i szczęście. Kojące oddziaływanie healing novels jest ważne w Azji Wschodniej, gdzie kultura nakazuje ukrywać prawdziwe uczucia i stawiać kolektyw ponad siebie; gdzie jednocześnie obecny jest wyścig szczurów i przesadny konsumpcjonizm. Tęsknota za spokojem i spojrzeniem w głąb siebie, pogodzeniem się z własnymi uczuciami znajduje ujście w healing novels.

Siła oddziaływania serii "Zanim wystygnie kawa" kryje się w ogromnej prostocie codzienności połączonej z odrobiną nostalgii i magii. Mała, staroświecka kawiarnia funkcjonuje jako przestrzeń , w której niemożliwe staje się możliwe. Klienci kawiarni, których historie splatają się w książce, mogą podróżować w czasie, by powiedzieć to, czego nie zdążyli, ale zawsze w ramach jasno określonych zasad – i to właśnie te ograniczenia sprawiają, że emocjonalne napięcie pozostaje tak intensywne. Podróż w czasie, w której nie można zmienić teraźniejszości jest tak naprawdę metaforą podróży w głąb siebie, by pogodzić się ze swymi uczuciami, wywołanymi traumatycznym wydarzeniem związanym z bliską osobą - jej śmiercią, chorobą, odejściem. 

Jak filiżanka kawy

Czytając czwarty tom serii utwierdziłam się w przekonaniu, że kawa znaczy tutaj coś więcej niż tylko napój. Bohaterowie powieści – zarówno nowi, jak i powracający z poprzednich części – są narysowani z wielką czułością, a ich dylematy są oddane z empatią, ale bez zbędnego sentymentalizmu. Czytelnik może utożsamić się z ich pragnieniami związanymi z podróżą w przeszłość, czy to wyrażenia miłości, przeprosin, czy ostatniego pożegnania. Każda historia jest jak filiżanka kawy: zarówno gorzka, jak i słodka, pozostawiająca długi posmak refleksji.

Uniwersalność z odrobiną japońskości

"Zanim się pożegnamy", tak jak i cała seria, to prosta powieść dotykająca uniwersalnych treści. Tęsknota, miłość, pożegnanie - związane z poczuciem nierozwiązanej sprawy z przeszłości - są czymś bliskim większości ludzi, niezależnie od miejsca zamieszkania. Codzienność naszych bohaterów nie jest ściśle związana z Tokio i akcja mogłaby dziać się w dowolnym miejscu na ziemi. Nie oznacza to jednak, że w powieści nie odnajdziemy niczego typowo japońskiego, jak chociażby towarzyszące lekturze uczucie nostalgii i kontemplacji. Książka subtelnie odzwierciedla również japońskie wartości kulturowe, takie jak znaczenie harmonii wa (dążenie do spokoju i równowagi w relacjach) oraz świadomość przemijania mono no aware (powiązanie piękna z przemijaniem i melancholią). Te koncepcje, choć zakorzenione w japońskiej tradycji, rezonują jednak uniwersalnie, jako doświadczenia typowe dla człowieka.

Dla miłośników książkowych otulaczy

Chociaż "Zanim się pożegnamy" jest niewątpliwie poruszająca, jej epizodyczna struktura może wydać się niektórym czytelnikom płytka (nie wchodzimy w głębię psychologiczną postaci, które raczej reprezentują pewne archetypy relacji np: matka-dziecko, córka-ojciec), a powtarzanie reguł podróży w czasie irytujące. Ścisłe przestrzeganie zasad przenoszenia się w przeszłość, choć kluczowe dla integralności narracji, czasami ogranicza spontaniczność opowiadanych historii, które zawsze przebiegają w określony sposób. Niemniej jednak fani serii oraz osoby zaznajomione z nurtem Iyashikei prawdopodobnie uznają te aspekty za element uroku książki, a nie jej wady - i ja się właśnie do tej grupy zaliczam.

Słowem podsumowania...

"Zanim się pożegnamy" to świetna kontynuacja serii, uosabiająca istotę powieści uzdrawiających. Delikatnie zachęca czytelników do refleksji nad własnym życiem, naprawy zerwanych więzi oraz przyjęcia nieuchronności pożegnań. W świecie, który często pełen  jest pośpiechu, seria "Zanim wystygnie kawa" oferuje literackie ukojenie i przypomina, że choć kawa szybko stygnie, jej smak długo pozostaje w pamięci – jak najcenniejsze wspomnienia. Jestem oczarowana tą serią, która stanowi dla mnie literacki wyznacznik Iyashikei.

 


Mai Mochizuki w drugim tomie serii Kawiarnia pod Pełnym Księżycem ponownie zaprasza czytelników do magicznej kawiarni, w której zapach niezwykłych deserów miesza się z introspekcyjnymi opowieściami klientów. To kolejny przykład na naszym rynku wydawniczym japońskiej powieści z nurtu iyashikei, "uzdrawiających" powieści, opartych na podobnym schemacie: ukazywania skrawków życia osób czujących się w pewien sposób zagubionych, które napotykają na swej drodze niezwykłe miejsce lub osobę i w wyniku tej interakcji odnajdują spokój ducha. Powieści tego typu można oceniać nie na skali literackiej oryginalności, ale stopnia dawania ukojenia. Ich celem nie jest wszak zapisywanie się w historii literatury, ale otulenie czytelnika, zapewnienie wyciszenia i wewnętrznej harmonii: mamy poczuć się lepiej czytając opowieści o zwykłych osobach, które uświadamiają sobie tytułowe Prawdziwe życzenie. W przypadku tej serii japońskich otulaczy, Mai Mochizuki połączyła charakterystyczny dla iyashikei realizm magiczny w postaci kociej kawiarni i niebiańskich deserów z zachodnią astrologią jako narzędziem odkrywania własnych pragnień i budowania lepszej wersji siebie. 

Pomimo urokliwego założenia (nadal uważam, że ta seria idealnie sprawdziłaby się na ekranie, gdzie ślinka by nam ciekła na widok deserów), książka pozostawiła mnie z mieszanymi uczuciami - próba tłumaczenia astrologii wydaje się jednym krokiem za daleko, wprowadzając niepotrzebną barierę: sceptycyzm. Wielu z nas potrafi zawiesić niewiarę i z przyjemnością czytać o wielkich, gadających kotach serwujących Czekoladową Czarną Dziurę - ale gdy pojawiają się wyjaśnienia związane z wpływem horoskopu urodzeniowego na nasz charakter, mocne i słabe strony to niewiara wraca. Ot, ciekawy paradoks: akceptujemy istnienie magicznej kawiarni, ale dla wielu czytelników astrologia wydaje się zbyt kontrowersyjna i trudna do zaakceptowania, przez co łatwo zamknąć się na przemiany, które przechodzą postacie. Osobiście uważam, że - choć sama w astrologię nie wierzę - wykorzystanie astrologii jako narzędzia do introspekcji bohaterów to intrygujący pomysł, który wprowadza świeżość do gatunku iyashikei. Nie leży mi jednak wykonanie: fragmenty dotyczące astrologii przypominają monotonny wykład i zwyczajnie nużą; dodatkowo zdają się przyćmiewać magię samej kawiarni, w której serwowane są niezwykłe dania, dobrane z myślą o każdym kliencie. To ten koncept wydaje się ciekawszy - i w pełni wystarczający!, a schodzi na drugi plan. Tak samo dzieje się z postaciami i ich historiami - które również zdaja się służyć koncepcji astrologicznej bardziej niż stworzeniu więzi z czytelnikiem, co akurat w iyashikei jest ważne.

Chociaż wątek astrologiczny nadal pozostaje piętą achillesową, zamiast siłą tej serii, to Prawdziwe życzenie podobało mi się bardziej ze względu na tematykę. Za tytułem tej powieści kryje się idea, że aby lepiej zrozumieć siebie - a tym samym znaleźć rozwiązanie na trapiące nas wewnętrzne problemy i wątpliwości - należy poznać swoje prawdziwe życzenie. Jak pokazuje Autorka dla wielu z nas prawdziwym pragnieniem nie są bogactwo czy sława, ale harmonijne i zdrowe relacje rodzinne. Dzięki skupieniu na uniwersalnych tematach związanych z rodziną Prawdziwe życzenie w większej mierze rezonuje z czytelnikiem i pozwala zaangażować się w opowiadane historie - losów postaci z tomu pierwszego już w ogóle nie pamiętam. Autorka z większą wrażliwością przedstawia proces odbudowy relacji, przez co bohaterowie stają się bliżsi, a ich historie bardziej poruszające. Nie jest to co prawda poziom "Zanim wystygnie kawa", ale dostrzegam progres.

Japońskie iyashikei, healing novels, są gatunkiem specyficznym, który nie każdemu przypadnie do gustu. Pewna powtarzalność koncepcji może wywoływać monotonię przy czytaniu kolejnej książki z tego nurtu. W przypadku Kawiarni pod Pełnym Księżycem oparcie introspekcji postaci o zachodnią astrologię może być kolejną barierą. Jednocześnie jestem w pełni w stanie zrozumieć czemu takie książki są fenomenem w Azji: w kulturach dużo mniej sceptycznie nastawionych do astrologii, w których skupienie na wpasowaniu się w społeczność jest na tyle istotne, że hasło "spójrz w głąb siebie" naprawdę może być przełomowe. Tak jak pisałam na wstępie, ten rodzaj literatury można oceniać poprzez stopień ukojenia. Prawdziwe życzenie w porównaniu z Zanim wystygnie kawa czy koreańskim Nietuzinkowym sklepem całodobowym pozostawiło w moim przypadku pewien niedosyt. Brakuje mi w tej serii jakiegoś kojącego ciepła, które odnajdziemy chociażby w książce Wszystko, czego szukasz, znajdziesz w bibliotece czy filmie animowanym Mój sąsiad Totoro - jakby była zbyt wykalkulowana, skrojona pod astrologiczne tezy. Jednocześnie uważam, że Prawdziwe życzenie poprzez skupienie na uniwersalnych relacjach rodzinnych stanowi rozwinięcie serii w dobrym kierunku – może to nie tyle pełnia (zachwytu), ile wciąż rosnący półksiężyc (taki sucharek na koniec recenzji ^__^).

Mai Mochizuki "Prawdziwe życzenie" (2021)
Polskie wydanie" W.A.B. (2024)
Starsze posty Strona główna

ABOUT AUTHOR

안녕하세요! Z wykształcenia doktor nauk politycznych i magister filmoznawstwa, hobbistycznie zapalona czytelniczka! Zapraszam na bloga o książkach, filmach oraz Półwyspie Koreańskim - czyli moich największych pasjach!

Categories

  • abyssos 1
  • agora 2
  • akurat 2
  • albatros 4
  • artrage 2
  • azjatyckie 91
  • beYA 1
  • bliski wschód 1
  • Books4YA 4
  • chiny 11
  • ciekawostki 7
  • copernicuscenterpress 2
  • cyberpunk 1
  • czarna owca 1
  • czarne 3
  • czytelnik 1
  • dark academia 1
  • dark fantasy 7
  • dialog 8
  • dlaczemu 2
  • dolnośląskie 1
  • dystopia 4
  • esej 4
  • europa wschodnia 1
  • fabryka słów 115
  • fae 1
  • fantastycznyorient 18
  • fantastyka 188
  • filia 2
  • film 3
  • filtry 1
  • format 1
  • foxgames 1
  • galeriaksiążki 1
  • gra książkowa 1
  • gramatyka 3
  • groza 19
  • harde 1
  • healing novel 6
  • hi:story 1
  • horror 19
  • idiom 3
  • indie 5
  • indonezja 1
  • instagram 5
  • iyashikei 2
  • jaguar 2
  • japonia 36
  • kdrama 1
  • kirin 7
  • klasyka 1
  • komedia kryminalna 5
  • komiks 3
  • korea 45
  • koreański 9
  • kryminał 24
  • krytyka polityczna 1
  • książki 188
  • kwiaty orientu 2
  • literatura dziecięca 5
  • literatura młodzieżowa 30
  • literatura piękna 21
  • literatura podróżnicza 2
  • luna 1
  • marginesy 2
  • matronat 1
  • mitologia 2
  • mova 3
  • mustread 2
  • muza 5
  • naukowe 8
  • new adult 3
  • nonfiction 8
  • nowa baśń 14
  • nyks 1
  • obyczajowa 1
  • papierowyksiężyc 2
  • patronat 4
  • planetaczytelnika 1
  • podróżnicza 1
  • powieść gotycka 2
  • powieść historyczna 12
  • prószyński 5
  • przygodowa 1
  • recenzja 175
  • relacja 7
  • replika 4
  • reportaż 14
  • retelling 1
  • retrobuki 18
  • romans 7
  • romantasy 1
  • sensacja 2
  • sf 20
  • słownictwo 8
  • space opera 1
  • sqn 6
  • szczeliny 2
  • świat książki 1
  • tajfuny 1
  • tajwan 2
  • thriller 7
  • urban fantasy 15
  • uroboros 13
  • vesper 3
  • w.a.b. 5
  • warbook 9
  • weird fiction 1
  • weneedya 2
  • western 1
  • wielka litera 1
  • wietnam 1
  • wydawnictwo ix 1
  • wydawnictwo kobiece 1
  • wydawnictwo literackie 2
  • wydawnictwo mięta 7
  • Wydawnictwo Noir sur Blanc 1
  • wydawnictwo poznańskie 2
  • wydawnictwo spisek pisarzy 1
  • wydawnictwo wab 2
  • wydawnictwo wilga 1
  • wydawnictwonoca 1
  • wyszukane 1
  • yaponia 3
  • you&ya 15
  • youngadult 26
  • yumeka 6
  • zielona sowa 2
  • znak 13
  • zygzaki 1

Matronat

Matronat
Trylogia Hierarchia magii

Matronat

Matronat
Trylogia Magów szkła

POPULAR POSTS

  • Smocza perła - recenzja
  • Pięć małych świnek (recenzja)
  • Naturalista (recenzja)
  • Gwiazdy w łańcuchach
  • #retrobuki 2000-2009
  • Muzyka otchłani
  • Polka w Korei (recenzja)
  • Space Sweepers (승리호)
  • Bogowie otchłani
  • Koreańskie społeczeństwo - przewodnik po książkach
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Szukaj na tym blogu

Blog Archive

Ważne

Wszystkie zamieszczone tutaj teksty oraz grafiki są moją własnością i nie wyrażam zgody na ich kopiowanie bez mojej zgody.

FOLLOW ME @ INSTAGRAM

Gdzie mnie znaleźć

  • Instagram
  • Lubimy czytać
  • Goodreads

Featured Post

#retrobuki

Copyright © 2016 Pani Papierek. Created by OddThemes