Pani Papierek

  • Home
  • Książkach
    • Azjatyckie
    • Naukowe
    • Gatunkowe
      • Fantastyka
      • Kryminał
  • Filmach
  • Korei
    • 한국어
    • Ciekawostki
  • Instagram
  • Współpraca


 

Dwa pierwsze tomy serii o Billie, dziewczynce, która widzi duchy, jej przyjacielu Rasmusie oraz parze uroczych szczurzych towarzyszy, okazały się dla mnie absolutnym czytelniczym zachwytem, umacniającym mnie w przekonaniu, że nigdy nie jest się "za starym" na dobrą literaturę dziecięcą i młodzieżową. Choć wydawca sugeruje wiek 10+, ja poleciłabym te książki nieco starszym dzieciom — nie dlatego, że są straszne, ale dlatego, że język unika infantylizacji i potrafi być momentami zaskakująco wymagający, a sama tematyka (duchy = zmarli) wymaga pewnej emocjonalnej dojrzałości. Ostateczną decyzję zostawiam jednak rodzicom. Jedno jest pewne: górnej granicy wieku nie ma. Ja, trzydziestoparolatka, bawiłam się wyśmienicie.

Lektura tych książek była jak powrót do dzieciństwa, kiedy uwielbiałam historie o duchach. Choć dorosły czytelnik szybko wyczuje możliwe zwroty akcji, seria ma w sobie tyle uroku, że to wcale nie przeszkadza. Autorka świetnie buduje klimat grozy — w pierwszym tomie na nawiedzonej stacji kolejowej, w drugim w pociągu pełnym duchów zmierzających do Stacji Końcowej. Znajdziemy tu wszystko, co kochamy w ghost stories: opętane dzieci, ostrzeżenia przed nadciągającym niebezpieczeństwem, ukryte pomieszczenia, a także całą galerię niezwykłych wagonów w „pociągu dla zmarłych”, w tym jedną z najbardziej oryginalnych pracowni artystycznych, jakie spotkałam w literaturze — miejsce malowania i tkania drzew genealogicznych.

Mimo tego atmosferycznego dreszczyku seria nie ma na celu straszyć. To przede wszystkim historia o oswajaniu lęku — tego związanego z nieznanym i wyjściem ze strefy komfortu, które dla Billie staje się koniecznością po przeprowadzce na wieś. Stary, nawiedzony dworzec kolejowy, który jej rodzina próbuje przemienić w dom, staje się symbolem tego procesu. Dom to zresztą w tej serii coś więcej niż miejsce: to bezpieczna przestrzeń pełna miłości. Ogromnie cenię w książkach dla dzieci pokazanie wspierającej, ciepłej rodziny — a tu mamy zarówno kochających, współpracujących rodziców, jak i Billie troszczącą się o młodszego brata.

Najważniejszym filarem serii jest jednak przyjaźń. Całość można streścić w jednym zdaniu: to historia o szukaniu bratniej duszy — a potem gotowości, by zrobić dla niej wszystko. Ponieważ mówimy o duchach, a więc i o śmierci, nie brakuje w tych książkach nuty smutku. Ale jest ona idealnie równoważona „ciepłem” relacji i przygodową fabułą: od odkrywania sekretów starego dworca, przez miłosne problemy duchów, po podróż pociągiem, w którym nie każda zjawa ma dobre intencje.

To również opowieść o radzeniu sobie z samotnością, stratą, brakiem pewności siebie, o dojrzewaniu i o tej niezwykłej sile dziecięcej przyjaźni, której często brakuje w dorosłym życiu, gdy wszyscy pędzą w swoją stronę. Pierwszy tom może wydawać się nieśmiały — tak jak sama Billie — ale z każdą stroną rozwija skrzydła. A finał? Absolutnie nie pozwala odłożyć serii po jednym tomie. Drugi trzeba mieć pod ręką.

Warto też wspomnieć o przepięknym wydaniu: ilustracje budują klimat, a czarne strony, pojawiające się, gdy bohaterowie znajdują się w ciemności lub zamknięciu, robią fenomenalne wrażenie.

Stacja Straszydło i Pociąg Straszydło to książki, w których przygoda łączy się z grozą i ważnym przesłaniem. Nie ma tu nic infantylnego, więc dorośli czytelnicy również zaangażują się emocjonalnie. To seria, z której — mam nadzieję — nigdy nie wyrosnę. I już nie mogę doczekać się kontynuacji!

 


Zabrzmi to jak frazes, ale Najczarniejszy miesiąc w życiu Magi Dieli to powieść, która rozerwała mnie na kawałeczki, a potem kawałek po kawałku sklejała z powrotem. Jeszcze nigdy nie czytałam książki, która tak dogłębnie by mnie poruszyła. Oparta na prawdziwych wydarzeniach, podana w formie niezwykle poruszającej powieści, historia Magi Dieli nie pozostawi nikogo obojętnym. To opowieść o ogromny cierpieniu kobiet, które tradycja pozbawia godności, ale także o niewyobrażalnej sile tych, które przeżyły piekło i nie poddały się, tylko postanowiły nieść pomoc innym oraz walczyć o zmianę. Na jej kartach poznajemy zwyczaj, który ma należeć do przeszłości, o którym nikt głośno nie mówi, a który mimo to nadal funkcjonuje: o porywaniu kobiet na żony. Na Sumbie kobiety przechodzą z rąk ojców w ręce mężów za odpowiednią cenę. Co jednak jeśli obie strony (nie biorąc oczywiście pod uwagę głosu samej kobiety) nie mogą dojść do porozumienia w kwestii wysokości belis, czyli darów od pana młodego, które mają "zrekompensować" utratę córki? Wtedy negocjacje można przyspieszyć, porywając ją i bardzo często skazując na gwałt, by żaden inny mężczyzna już jej nie chciał. 

Porwanie i jego skutki stanowią oś powieści, która nie ma jednak za zadanie szokować, tylko zmusić czytelnika do refleksji na temat praw kobiet i tradycji. Ma oddać głos kobietom, które do tej pory milczały, a także dać im przestrzeń do sprawczości. Ta powieść nie tylko porusza, ale też zmusza do zadania pytań o to, co stoi za dramatem tytułowej bohaterki. Autorka nie pozostawia złudzeń: to, co spotyka Magi, nie jest wyjątkiem, lecz elementem większego systemu przemocy. Ta książka nie pozwala zapomnieć, że za każdym dyskryminującym zwyczajem kryją się czyjeś łzy, strach i utracone życie.

Ofiary patriarchatu i tradycji

Kluczowym pytaniem postawionym w powieści jest kwestia zasadności utrzymywania tradycji, które krzywdzą ludzi. Społeczeństwo na Sumbie jest skrajnie patriarchalne — kobieta jest w zasadzie traktowana jak przedmiot, wpierw należący do ojca, a później do męża i jego rodziny. Jej rola sprowadzana jest do rodzenia dzieci i usługiwania rodzinie. Nawet wykształcona i pracująca musi liczyć się ze zdaniem ojca/męża, nie posiadając żadnej niezależności. 

Opisywana w powieści tradycja porywania i "ujarzmiania" kobiet na żony stanowi skrajny przypadek tradycji patriarchalnych, ale Autorka opisując życie na Sumbie nie ogranicza się wyłącznie do tego zwyczaju, który jawnie narusza prawa człowieka. Patriarchat rzuca cień na relacje kobiet — bratowa Magi chce być jej sojuszniczką i przyjaciółką, ale w swych działaniach musi liczyć się ze zdaniem męża. Matka dziewczyny widząc cierpienie córki nie może nic zrobić, jeśli ojciec dziewczyny postanowi inaczej. Powieść ukazuje wpływ krzywdzący wpływ patriarchalnych tradycji na różne aspekty życia i relacji międzyludzkich.

Ogromną zaletą powieści jest to, że nie ogranicza się do losu kobiet. Mężczyźni również są ofiarami patriarchalnych tradycji, czego przykładem jest postać przyjaciela Magi, Dangu. Podejmując działania wspierające przyjaciółkę naraża się na utratę reputacji i przyniesienie wstydu rodzinie, która również na niego naciska, by wziął ślub z wybraną dla niego dziewczyną. Dangu buntuje się jednak, zauważając, że w przypadku braku chęci ożenku z obu stron, niewiele będzie się różnić od porywaczy kobiet: zgadzając się na aranżowane małżeństwo przyczyni się do wymuszenia go na kobiecie, odbierając jej wolność i możliwość decydowania o sobie. Postać Dangu ukazuje jak może działać sprzymierzeniec kobiet, jednocześnie wskazując na presję której sam musi stawić czoła: w świecie patriarchalnej Sumby ani kobiety, ani mężczyźni nie są wolni, a tradycja (choć na różnych poziomach) ich pęta.

W ciekawy sposób ukazana zostaje także postać ojca Magi, wychowanego w patriarchalnej tradycji i nie potrafiącego przed nią uciec. Nie dostrzega on cierpienia własnej córki w pierwszej kolejności myśląc o męskim honorze, co zostało mu wpojone. Czy Magi będzie w stanie mu wybaczyć, że w chwili największego cierpienia nie mogła liczyć na ojcowską opiekę?

Ból i gniew

Najczarniejszy miesiąc w życiu Magi Dieli jest powieścią niosącą ogromny ładunek emocjonalny. W prostych zdaniach oddających myśli głównej bohaterki Autorce udało się zawrzeć ogrom bólu i gniewu, które niczym szpilki wbijają się w czytelnika. Tej książki nie da się czytać obojętnie — każdego, kto ma choć odrobinę empatii ta powieść będzie rozrywać. Może to spowolnić lekturę — osoby wrażliwe będą musiały robić sobie przerwy, by nie zostać przygniecionym przez ten ładunek emocjonalny. Mimo niewielkiej objętości nie jest więc to typowa książka "na jedno posiedzenie", tak daleko jej do azjatyckich healing novels. Najczarniejszy miesiąc w życiu Magi Dieli nie daje ukojenia, nie ma uspokajać, wręcz przeciwnie: ma wzbudzać emocje  — smutek, rozpacz, ale także gniew w ciekawym wydaniu female rage. Ta powieśc to nie fikcja w stylu Kill Billa, ukazująca krwawą, ale jakże zasłużoną vendettę; to ukazanie autentycznego kobiecego gniewu, który musi ścierać się z poczuciem bezsilności. Czy Magi odnajdzie w sobie tę niezwykłą siłę, by działać czy podda się rozpaczy? Chęć poznania końca (?) jej historii naprawdę napędza do czytania i przerzucania kolejnych stron, mimo trudnego tematu.

Prostota przekazu uderza najmocniej

Naprawdę doceniam stronę językową tej powieści. W tłumaczeniu zdecydowano się na rezygnację z typowego dla Sumby szyku zdania, pozostawiając jednak wiele słów z tego regionu (nazwy zwyczajów, świąt, odzieży, architektury). To bardzo dobra decyzja, bo prosty i "przyjazny" polskiemu odbiorcy język nie odciąga uwagi od poruszanej problematyki. Jednocześnie dobór słów sprawia, że choć zdania są proste to emanują wspomnianymi emocjami. Zaś pozostawienie słownictwa słownictwa z Sumby pozwala zanurzyć się w świat tej wyspy — z kolei obecne w książce przypisy pozwalają na czerpanie z tej książki wiedzy. Już sama historia, oparta na prawdziwych wydarzeniach kreśli nam obraz tego mało znanego zakątka świata, ale obecność indonezyjskich pojęć odpowiednio go ubarwia. 

Wezwanie do działania

Najczarniejszy miesiąc w życiu Magi Dieli to powieść trudna — nie na poziomie językowym, tylko tematycznym i emocjonalnym — ale niosąca w sobie siłę. To sprawia, że ta książka jest tak wyjątkowa: czytanie o brutalnych zwyczajach łamiących prawa kobiet budzą gniew, ale siła woli Magi, by coś zmienić, napędza również czytelnika. Ta powieść sprawia, że człowiek przestaje być obojętny, dostrzega zasadność feminizmu i to, że walka o prawa kobiet nie została zakończona. Uzmysławia także, że problematyka praw kobiet nie jest jednorodna i zależna od kontekstów kulturowo-społecznych. Bohaterowie powieści, Magi, Dangu i członkowie prokobiecych organizacji nie walczą o zerwanie z każdą tradycją, a jedynie uznanie równości kobiet i mężczyzn, a tym samym zapewnienie im takich samych szans na wolność i możliwość decydowania o sobie; walczą także o to, by nazwać przemoc po imieniu i uświadomić wymiar sprawiedliwości, że za przemoc należy karać sprawcę, a nie ofiarę. Obserwujemy, że choć małymi kroczkami i okupione wielkim poświęceniem, zmiany mogą być wprowadzane, by wszystkim żyło się lepiej. Zakończenie powieści ma posmak słodko-gorzki: walka o prawa kobiet jeszcze się nie zakończyła, ciągle na świecie są miejsca, gdzie kobiety pozbawia się godności, często w imię tradycji. Ale można działać na rzecz zmiany — a to niesie nadzieję na lepszą przyszłość.

Słowem podsumowania....

Najczarniejszy miesiąc w życiu Magi Dieli to jedna z tych powieści, które nie tylko się czyta — one zostają w człowieku na długo po zamknięciu ostatniej strony. To książka trudna, bolesna i momentami przytłaczająca, ale jednocześnie konieczna. Pokazuje, że literatura może być zarówno świadectwem, jak i narzędziem zmiany: potrafi wywołać gniew, obudzić empatię i zachęcić do refleksji nad tym, co wciąż wymaga naprawy. Siła tej historii nie tkwi w drastyczności, lecz w prawdzie, odwadze i głosie kobiet, które zbyt długo milczały. To powieść, która porusza, konfrontuje i przypomina, że walka o prawa kobiet nie jest abstrakcyjnym hasłem, lecz codziennością wielu z nich. I właśnie dlatego — choć czyta się ją z bólem — warto ją przeczytać, by zobaczyć świat oczami Magi i tych, które tak jak ona postanowiły walczyć.

 


Ci, którzy pokochali Czarny staw, wiedzą, że największą siłą tej historii była paczka dzieciaków gotowych stawić czoła temu, czego dorośli nie widzieli lub widzieć nie chcieli. W Wile wracamy do tych bohaterów — dojrzalszych, odważniejszych, ale wciąż pełnych dziecięcej energii — i to właśnie oni sprawiają, że powrót nad jezioro jest tak ekscytujący.

Wiła to świetna kontynuacja pierwszego tomu: zachowuje wszystkie jego zalety, a jednocześnie rozwija bohaterów i pozwala im zmierzyć się z trudniejszymi tematami, jak choćby rozstanie z ukochanym zwierzakiem. To nadal ta sama historia o paczce dzieciaków, które — jak w Goonies, Stranger Things czy To Stephena Kinga — muszą poradzić sobie z tym, czego dorośli nie chcą, nie potrafią albo boją się dostrzec. I właśnie dlatego Wiła bawi, straszy i wzrusza, gwarantując równie dobrze spędzony czas jak z Czarnym stawem.

Dzieciaki, które już wiedzą, czym jest mrok

Największą siłą Wiły pozostaje motyw, który uwielbiam: dzieciaki kontra zło. Tym razem jednak Kamil i jego paczka wracają bogatsi o doświadczenia z pierwszego tomu. Nie muszą już siebie przekonywać, że nadnaturalne istoty istnieją — sami dobrze wiedzą, że coś potrafi wyjść z mroku nad Czarnym Stawem. A skoro znów pojawia się zagrożenie, dzieciaki od razu działają: szukają tropów, badają legendy i robią to, czego nie zrobią dorośli. Ba, nawet nie zawracają sobie głowy szukaniem u nich pomocy, wiedząc z doświadczenia jak łatwo ich strach może zostać zignorowany.

To młodzi bohaterowie nadają tej serii rytm: są wiarygodni, pełni emocji, odwagi, strachu i śmiechu. Ziębiński nie infantylizuje ich ani nie robi z nich „małych dorosłych”. Pozwala im przeżywać, wątpić, bać się naprawdę — dzięki czemu tak łatwo im kibicować. Mają w sobie ten sam czar, co bohaterowie wspomnianych Goonies czy Stranger Things: dzieci, które pomimo młodego wieku znajdują w sobie odwagę i siłę, by walczyć o ocalenie miasteczka, a przy tym wszystkim nie tracić tej dziecięcej fascynacji światem, który może być znacznie mniej racjonalny i poukładany niż wydaje się to dorosłym.

Czy warto znać Czarny staw przed lekturą Wiły? Z pewnością, bo choć fabularnie przedstawiają dwie zamknięte historie, to znajomość pierwszego tomu pozwala na lepsze uchwycenie dynamiki relacji miedzy bohaterami oraz ich dojrzewania.

Groza, przygoda i piękny hołd dla kota

Choć Wiła powraca do mrocznej atmosfery niebezpieczeństwa czającego się w lesie i zakradającego się do szkoły czy dziecięcych pokoi, a także odwołań do cudownie niepokojących legend, druga część jest czymś więcej niż tylko historią o strachu. To także opowieść o przyjaźni, lojalności i odwadze, która nie zawsze wygląda spektakularnie — czasem jest nią po prostu trzymanie się razem, gdy noc robi się zbyt ciemna.

Ogromnym atutem tej powieści jest wątek Pana Pulmana — prawdziwego kota, którego Ziębiński uwiecznił na kartach książki. Jego obecność jest jednocześnie wzruszająca i heroiczna: stary, chory, a jednak oddany swojej rodzinie na tyle, by stanąć oko w oko z czymś, co nawiedza jezioro. Już dla samego Pana Pulmana warto przeczytać Wiłę. I wzruszyć się, jeśli samemu doświadczyło się rozstania ze zwierzakiem.

Groza bez brutalności — idealna dla młodych czytelników

Jeśli nie lubicie horrorów, a kochacie dreszczyk, śledztwo, przygodę i legendy — Wiła to strzał w dziesiątkę. Ziębiński znowu świetnie równoważy napięcie i mrok z humorem i energią młodych bohaterów. Groza nie jest tu przesadzona, a klimat oparty na ludowych historiach działa wyśmienicie. I chociaż jest to książka kierowana do młodego czytelnika, to niezależnie od wieku można się doskonale bawić — wystarczy mieć w sobie tego ducha dziecięcej przygody i fascynacji tym, co wymyka się dorosłym umysłom. Innymi słowy, jeśli mimo strzykania w kolanie i roku urodzenia zaczynającego się od 19... nadal lubicie Goonies czy doskonale bawicie się przy Stranger Things, to Czarny staw i Wiła są książkami dla was. Jednocześnie jest tu znacznie mniej straszenia niż w To i po przeczytaniu nie będziecie się bać iść spać ze zgaszonym światłem.

Słowem podsumowania…

Wiła to kontynuacja, jakiej chciałam: pełna serca, przygody i emocji, dojrzalsza niż pierwszy tom, ale wciąż wierna temu, co w Czarnym stawie działało najlepiej. To książka, którą czyta się błyskawicznie, z uśmiechem i wzruszeniem, a czas spędzony z bohaterami po raz kolejny okazuje się „dobrze spędzonym czasem”. Opowieści o młodzieńczej odwadze, sile lojalności i przyjaźni —  których próżno szukać w dorosłym życiu, gdzie każdy zajęty jest swoimi sprawami — nigdy mi się nie znudzą, a w wydaniu tak pełnym serducha jak Wiła to mogę wracać i wracać nad ten przeklęty Czarny Staw.

 


Są takie powieści, które od pierwszych stron wciągają nie tylko fabułą, ale także klimatem — tym gęstym, dusznym napięciem, które podpowiada, że w murach elitarnej szkoły dzieje się coś dużo mroczniejszego, niż chcieliby przyznać jej uśmiechnięci uczniowie i eleganccy nauczyciele. Ptaki w klatce właśnie takie są. Od początku czuć, że to historia o czymś więcej niż jednym konkretnym przypadku zaginięcia — zastanawiamy się czemu nauczyciele bagatelizują sprawę, czemu koledzy kłamią na temat znajomości z dziewczyną, a i nasza główna bohaterka, nowa uczennica, skrywa tajemnice. Jednak na rozwiązanie przyjdzie poczekać — Ptaki w klatce to powieść rozwijająca się powoli, wymagająca cierpliwości, by dojsc do jej sedna — choć znając brutalną rzeczywistość, można się domyślić w jakim kierunku to pójdzie. 

To powieść, która wpisuje się w klasyczną „dark academia” z nową dziewczyną w elitarnej szkole, jednak zamiast młodzieżowych tematów związanych z pierwszą miłością i szkolnymi przyjęciami (tak typowymi dla YA)  z każdą kolejną stroną odkrywa, że chodzi o coś znacznie poważniejszego — o przemoc strukturalną, o głęboko zakorzeniony rasizm i mizoginię, o kulturę gwałtu i o milczenie, które niszczy życie kolejnych pokoleń dziewcząt. Czy tytułowym Ptakom w klatce uda się uwolnić i wywalczyć prawdę?

Mrok w szkolnych murach

Uwielbiam motyw „new girl in a private school” i tutaj autorce udało się wyciągnąć z niego absolutnie wszystko, co najlepsze. Razem z główną bohaterką zagłębiamy się w szkolne życie, panujące tam struktury oraz tajemnice. Sade Hussein — czarna, muzułmańska dziewczyna, która doświadczyła więcej tragedii niż niejeden dorosły — trafia do Alfred Nobel Academy, miejsca luksusowego, prestiżowego… ale także gnijącego od środka. Sama również skrywa mroczną przeszłość — przerzucając kolejne strony chcemy zatem zarówno poznać Sade, jak i rozwiązać napotykane przez nią zagadki. Autorka podkręca jeszcze na początku atmosferę, sugerując, że Sade jest przeklęta, a ludzie naokoło niej giną. 

Przemówiło do mnie, że Faridah Àbíké-Íyímídé daje nam czas, żeby poczuć atmosferę tej szkoły: lekcje, dormitoria, kliki popularnych uczennic, rządzący wszystkim chłopcy z sekcji pływackiej, nauczyciele z autorytetem aż nazbyt podejrzanym. To dark academia w najlepszym wydaniu: skrywająca nie tylko kryminalną zagadkę, ale także skupiająca się na środowisku szkolnym i  naukowych dyskusjach, toczonych w feministycznym ujęciu (np: interpretacje Makbeta) — dzięki czemu szkoła nie jest wyłącznie pretekstowym miejscem akcji. Bardzo to lubię, bo dark academia daje możliwość nie tylko prowadzenia kryminalnej zagadki pełnej suspensu, ale także szerszych rozważań filozoficzny, moralnych wokół tematów związanych z lekcjami bohaterów  — nawet za cenę tempa akcji.

A kiedy znika współlokatorka Sade, Elizabeth, robi się naprawdę niebezpiecznie i książka, warstwa po warstwie, niespiesznie, odkrywa kolejne jakże przerażające przez swoją realność tajemnice. Czy przywileje pozwalają zamieść każdą zbrodnię pod dywan? Czy pod warstwą elitarności skrywa się przemoc? Czy system potrafi zadbać ofiary, a może liczy się sama reputacja?

Siła relacji

Ptaki w klatce to nie tylko powieść o opresyjnym systemie, w którym tak naprawdę trzeba walczyć o przetrwanie należąc do mniejszości. Autorka przeciwstawia temu siłę płynącą ze wspólnoty. Samotnie człowiek często skazany jest na porażkę, zaś przyjaźń, wsparcie drugiej osoby może budować. Od początku autorka poświęca wiele miejsca na budowanie relacji. Sade, sierota, ucząca się w domu postrzega udanie się do prestiżowej szkoły z internatem jako szansę na wyrwanie się z klatki samotności. Napotyka tam oczywiście inne, bardzo poważne problemy — ale nie musi być w tym sama. 

Poświęcenie czasu na budowanie relacji — od tych platonicznych do bardziej romantycznych — znów spowalnia akcję. Jednak dla mnie stanowi niezwykle ważny fundament tej powieści. To właśnie relacje — przyjaźnie, zaufanie, powolne budowanie więzi — niosą tę historię, będąc jej sercem.

Słowem podsumowania

Ptaki w klatce to powieść, która długo dojrzewa — niespieszna, gęsta, stopniowo zaciskająca pętlę wokół bohaterów i czytelnika. Im głębiej w nią brniemy, tym wyraźniej widzimy, że nie jest to tylko historia o zniknięciu uczennicy ani kolejna szkolna zagadka do rozwiązania. To literackie rozprawienie się z systemem, który uczy dziewczęta milczenia, wstydu i strachu, a jednocześnie opowieść o sile więzi, które mogą ocalić, nawet jeśli świat wokół pęka w szwach.

Faridah Àbíké-Íyímídé stworzyła mroczną, poruszającą i boleśnie aktualną powieść, która pokazuje, że dark academia może być czymś więcej niż klimatem — może być narzędziem do mówienia o przemocy i mizoginii i o tym, jak bardzo potrzebujemy siebie nawzajem, by przetrwać. Jeśli szukacie historii powolnej, budowanej na emocjach i relacjach, historii, która dusi atmosferą, ale jednocześnie niesie w sobie promień solidarności — Ptaki w klatce będą lekturą dla Was. Polecam zwłaszcza tym, którzy kochają dark academia z feministycznym pazurem, którym nie przeszkadza powolne tempo, wynagradzane złożonością bohaterów — oraz wszystkim, którzy chcą przeczytać opowieść ważną, stanowiącą głos pokolenia "ptaków", które chcą się wyrwać z klatki milczenia. 



 


Na pierwszy rzut oka „Katabaza” może wydawać się fantastyczną opowieścią o zstępowaniu do piekła – historią w duchu dawnych mitów, w której bohaterka wędruje przez kolejne kręgi podziemi, by uratować kogoś, kogo utraciła. Jednak R.F. Kuang bardzo szybko odsłania, że ta podróż nie ma wiele wspólnego z tradycyjną fantastyką drogi. Piekło, do którego schodzi Alice, nie przypomina (wyłącznie) wizji Dantego, lecz labirynty akademickich instytucji: biblioteki zamienione w krąg potępionych, egzaminy jako test moralny, naukowe paradoksy jako bariery nie do pokonania. Każdy krok w dół jest tak naprawdę krokiem w głąb siebie — autopsją własnych wyborów, lęków i uzależniającej ambicji. „Katabaza” to powieść o ambicji i wypaleniu, o gniewie i tęsknocie, o tym, jak bardzo można zagubić się w dążeniu do doskonałości — oraz o tym, że czasem najtrudniejszą drogą jest ta, która prowadzi do prawdy o sobie.

Kuang snuje historię nieśpieszną, pełną dygresji i filozoficznych myśli, pisaną z jej charakterystycznym sarkazmem, feministycznym gniewem i ostrzem krytyki wymierzonym prosto w środowisko akademickie. Zamiast pędzącej fabuły dostajemy narrację, która zmusza, by się zatrzymać — by podumać nad tym, ile kosztuje droga po tytuł naukowy, ile trzeba oddać, by wciąż być „wystarczająco dobrą”, i jaki rodzaj piekła sami dla siebie tworzymy. To nie tyle opowieść o ratowaniu kogoś innego, ile o ratowaniu siebie z systemu, który pochłania po cichu, codziennie, od środka.

I choć mnie zachwyciła, to muszę przyznać — „Katabaza” nie jest książką dla każdego. Jeśli ktoś oczekuje pędzącej akcji, klasycznej fantastyki drogi albo powieści przygodowej, jak sugerowałby opis, szybko może poczuć rozczarowanie. To Kuang w najbardziej „kuangowej” wersji: intelektualna, kąśliwa, pełna akademickiej ironii, filozoficznych rozważań i nieoczywistych emocji. I właśnie dlatego tak bardzo do mnie trafiła.

Piekło jako zwierciadło świata bohaterów

Jednym z największych atutów powieści jest sposób, w jaki Kuang tworzy świat piekielnych kręgów. Zamiast klasycznych wizji Dantego (do których się odwołuje) dostajemy piekło, które bardziej przypomina… życie akademickie. Odzwierciedla ono świat bohaterów, obnażając jego patologie. Pierwszy krąg wyglądają jak uczelniana biblioteka, a zadania stawiane przed bohaterami przypominają trudne egzaminy czy akademickie kolokwia. Im dalej, tym mniej jest jednak „akcji”, a więcej filozofii,  i introspekcji.

Autorka bawi się tradycją, łącząc znane motywy europejskie z elementami mitologii indyjskiej i chińskiej, tworząc wizję piekła, która jest jednocześnie znajoma i obco fascynująca - jednocześnie popisując się swoją erudycją. To nie jest fantastyka nastawiona na światotwórstwo w stylu epickiej fantastyki – to piekło jako metafora życia, ambicji i akademickiej przemocy strukturalnej.

Alice i jej chorobliwa ambicja

Kuang po raz kolejny udowadnia, że nie interesują ją sympatyczne postacie. Alice trudno polubić – jest ambitna do granic autodestrukcji, skupiona na celu, gotowa poświęcić wszystko: zdrowie, relacje, siebie samą. Jednak właśnie ta niejednoznaczność sprawia, że działa.

Czy Alice zawsze była taka?
Czy musiała stać się taka, by w środowisku akademickim w ogóle przetrwać?

Te pytania drążą czytelnika, a mnie – jako osobę ze środowiska naukowego – szczególnie uderzyły. Kuang obnaża to, czego często nie nazywa się głośno: skorumpowaną ambicję, toksyczną rywalizację, mizoginię i strukturalne wypalenie doktorantów i młodych badaczy. Dla mnie Alice była boleśnie prawdziwa.

W tle przewija się też subtelny wątek romantyczny i kilka scen akcji – bardziej jako przerywniki niż kluczowe elementy fabuły. Dla mnie mogłoby ich nie być, ale rozumiem ich funkcję: dać oddech między kolejnymi warstwami rozważań.

Tematyka: akademickie piekło i female rage

„Katabaza” to powieść o zstąpieniu do piekła, ale największe piekło znajduje się w człowieku – i w instytucji, która oczekuje całkowitego poświęcenia. Kuang kieruje swoje ostrze krytyki w stronę:

  • akademickiej rywalizacji, która niszczy ludzi, a nie rozwija naukę,

  • mizoginii i seksizmu, które wciąż są obecne na uniwersytetach,

  • toksycznej relacji promotor–doktorant,

  • wypalenia i kultury „pracuj do upadłego”,

  • fetyszu wiedzy, który potrafi zabijać tyle samo, co ignorancja.

Nie brakuje tu też female rage – wściekłości skierowanej nie tylko na mężczyzn z akademickiej elity, ale też na samą siebie, na własne wybory i wewnętrzne kompromisy. Pod tym względem „Katabaza” mocno przypomina mi „Yellowface” i „Babel”: to książki, które nie chcą być „łagodne”. Mają prowokować, krytykować pewne środowiska i patologie (Yellowface - środowisko wydawnicze, Babel - kolonialne zawłaszczanie języka, elitaryzm akademicki).

Styl – piękno intelektualnego chaosu

To powieść, która bywa powolna, przegadana, pełna dygresji, matematycznych i filozoficznych paradoksów. Niektórych to odrzuci. Ja natomiast zanurzyłam się w ten tok myślenia i płynęłam z nim jak z prądem. Można Kuang zarzucić przesadne intelektualizowanie i pewną pretensjonalność - ja jednak wyczuwam w tym erudycję, ogrom wiedzy i researchu, który stoi za każdą z jej książek. I wcale mi nie przeszkadza, że "chwali się tym" na stronach powieści, wplatając różne naukowe dygresje w fabułę.

Moim zdaniem „Katabaza” świetnie działa jako audiobook – jej rytm, zaduma i powolne odsłanianie sensów idealnie nadają się do słuchania podczas długi spacerów.

Słowem podsumowania

„Katabaza” to niełatwa, ale niezwykle satysfakcjonująca powieść. To historia o zstąpieniu do piekła, które okazuje się labiryntem ludzkich ambicji, wyrzutów sumienia i zniszczonych granic. Kuang po raz kolejny dowodzi, że fantastyka może być intelektualną zabawą.

„Katabaza” zostanie ze mną na długo. Jest dla mnie powieścią o zstępowaniu do własnych lęków i o odzyskiwaniu siebie. O ambicji, która potrafi zjeść człowieka od środka. O kobietach w akademii, które nie mają prawa być przeciętne, słabe, zmęczone. A mnie czytając towarzyszyła jedna myśl: jak ja dobrze to znam z własnego doświadczenia pisania doktoratu.

Dla kogo jeszcze jest Katabaza?

  • dla osób, które lubią literaturę intelektualną, powolną i pełną filozofii

  • dla fanów „Babel” oraz „Yellowface”

  • dla osób związanych z akademią – uderzy najmocniej

  • dla tych, którzy lubią female rage i introspekcję

  • dla czytelników, którzy lubią, gdy świat magiczny opiera się na wiedzy, logice, mitach i nauce

Nie polecam jej komuś, kto szuka szybkiego tempa, lekkiej rozrywki lub historii napakowanej akcją i romansem. 

 


Na pierwszy rzut oka „Colorful” wydaje się prostą opowieścią o duszy, która otrzymuje drugą szansę na życie. Narrator — anonimowa dusza, która popełniła kiedyś zbrodnię — trafia do ciała czternastoletniego Makoto Kobayashiego, chłopca, który po nieudanej próbie samobójczej leży w szpitalu. Jego zadaniem jest spędzić czas w nowym ciele i przypomnieć sobie, jaki błąd popełnił w poprzednim życiu. Brzmi jak moralitet, lecz Ito Mori unika nachalnego dydaktyzmu. Zamiast tego snuje subtelną, pełną ciepła i empatii historię o dojrzewaniu, samotności i o tym, jak łatwo przeoczyć „kolory” codzienności. To opowieść o drugich szansach — dawanych sobie i innym — oraz o tym, że warto spróbować jeszcze raz, nawet jeśli wydaje się, że sięgnęło się dna. Wszystko to podane jest w prostej, młodzieżowej formie, która jednak niesie głębsze przesłanie.

Codzienność Makoto poznajemy z perspektywy duszy, która uczy się życia chłopca. Wiemy, że popełniła ona jakąś zbrodnie, ale dostaje szansę na reinkarnację - jeśli tylko przypomni sobie, co to było. Jeśli jest coś co można powiedzieć o naszym narratorze-duszy, to to, że dość szybko wyciąga wnioski mając znając jedynie urywki z życia Makoto - i reaguje na nie dość impulsywnie. Niczym nastolatek, w którego się wciela! Pobyt w tym ciele staje się więc lekcją: nie o wyjątkowości bohatera, lecz o zwykłym dorastaniu. Makoto nie zawsze wzbudza sympatię, ale nie to jest sednem powieści. Najważniejsze jest jego dojrzewanie — uczenie się życia, która potrafi przecież przytłoczyć, ale nie oznacza to, by od razu się poddawać. Tytuł „Colorful” mówi wiele: ktoś, kto widział świat jako bezbarwny, uczy się dostrzegać kolory — w szczerej rozmowie z ojcem, w otwarciu na przyjaźń, w drobnych gestach codzienności.

Autorka porusza wiele trudnych tematów – samotność, presję rówieśniczą, zawiedzione uczucia, poczucie niezrozumienia w rodzinie – lecz robi to z ogromną delikatnością. Nie analizuje ich w sposób psychologiczny, raczej dotyka powierzchni, by zostawić czytelnikowi przestrzeń na własne refleksje. Można przez to zarzucić książce brak głębi i silnego emocjonalnego zaangażowania czytelnika. Wydaje się jednak, że to świadomy zabieg: Makoto nie jest postacią wyjątkową, lecz kimś, w kim każdy może odnaleźć cząstkę siebie. Jego historia nie ma poruszać wielkimi gestami, ale przypominać, że sens życia często kryje się w małych momentach i w relacjach, które budujemy na co dzień.

"Obraz rodziny Kobayashich w mojej głowie stopniowo zaczął nabierać innych barw. Nie chodzi mi o coś tak oczywistego, jak zamiana z czarnego na białe, ale raczej o ten rodzaj  sytuacji, kiedy sądziłeś, że coś jest jednokolorowe, a tymczasem gdy przyjrzałeś się bliżej, odkryłeś, że składa się z wielu różnych barw.
To co miałeś za jednolicie białe, skrywa też elementy czerni.
I czerwieni, błękitu oraz żółci.
Jasne odcienie i ciemne.
Ładne kolory i szkaradne.
W zależności od kąta patrzenia, zaczynasz dostrzegać wszystkie rodzaje barw".

Choć Colorful zaczyna się od próby samobójczej, trudno nazwać tę powieść smutną. Przeciwnie – to książka pełna światła i nadziei. Eto Mori z niezwykłą subtelnością pokazuje, że świat nie jest czarno-biały: życie składa się z odcieni dobra i zła, szczęścia i cierpienia, a kluczem jest umiejętność dostrzeżenia ich wszystkich. Optymizm tej historii nie wynika z prostych pocieszeń, ale z autentycznego zrozumienia ludzkiej słabości - każdy z nas czasami zaczyna postrzegać wszystko w czarnych barwach, ale warto dać samemu sobie drugą szansę. Bo nie ma ludzi idealnych.

"Żałowałem, że nie mogę jej powiedzieć, jak bardzo jej jasne kolory rozświetlały ponurą codzienność Makoto. Ludzie nieustannie są dla kogoś ratunkiem lub źródłem cierpienia, sami nawet tego sobie nieuświadamiając. Nasz świat ma tyle barw, że stale się w nich gubimy."

Najbardziej ujmuje mnie to, że „Colorful” przypomina o mocy empatii i otwartości. Makoto był samotny, bo sam się zamknął — nie próbował zrozumieć motywacji rodziców, a po bolesnych doświadczeniach z rówieśnikami zakładał, że kolejne relacje będą takie same. Dzięki drugiej szansie uczy się słuchać i dostrzegać drugiego człowieka. To zaskakująco proste, ale prawdziwe przesłanie: czasem wystarczy jedno „otwarcie się”, by świat znów nabrał barw. Co w kontekście Japonii - i problemu Hikikomori jest niezwykle ważne. 

Słowem podsumowania

„Colorful” urzeka swoją prostotą i szczerością. Nie oferuje dramatycznych zwrotów akcji ani wnikliwej psychologicznej analizy, ale subtelnie dotyka uniwersalnych tematów: samotności, dorastania, błędów i drugich szans. Dla młodych czytelników — i dla tych, którzy dawno przestali patrzeć na życie barwami — to lektura pełna otuchy: zachęta, by przyjąć inną perspektywę i dostrzec, że może nie jest tak źle, jak się wydawało.

 


Jeśli szukacie lektury idealnej na Halloween, „Klątwy, duchy i zbrodnie” Renaty Kuryłowicz to książka, która wciąga od pierwszych stron. To zbiór prawdziwych spraw kryminalnych – takich, w których rzeczywistość miesza się z tym, co nadprzyrodzone. Autorka opisuje przypadki morderstw i tragedii, które próbowano tłumaczyć opętaniem, działaniem duchów czy... pomyleniem ofiary ze zjawą. Pojawiają się tu też historie sprawców, którzy po latach przyznawali się do winy, bo „nawiedzały ich duchy”.

Renata Kuryłowicz prowadzi czytelnika między faktami a legendą z dużą świadomością – powołuje się na źródła, relacje, ale też uczciwie zaznacza, gdzie przebieg wydarzeń jest niejasny lub może być efektem sensacyjnych doniesień lub zwyczajnie chęcią zarobienia na sprawie medialnej - bo czy jest coś, co bardziej przyciąga nagłówki gazet niż możliwość wyjaśnienia zbrodni za pomocą ingerencji Zła niż zwykłej niepoczytalności?  

Każdy rozdział ma inny motyw: od duchów morderców i ofiar, przez egzorcyzmy i opętania, aż po polowania na czarownice i klątwy towarzyszące kultowym horrorom. W jednym rozdziale znajdziemy historię „duchów morderców i duchów ofiar”, które miały nawiedzać sprawców i doprowadzać ich do przyznania się do winy. W innym – przypadki osób, które zginęły, bo ktoś uwierzył, że są duchami, wampirami czy wiedźmami. Są tu także rozdziały o egzorcyzmach, opętaniach i polowaniach na czarownice, które autorka interpretuje nie tylko w kontekście wiary w siły nieczyste, lecz także w świetle społecznych mechanizmów wykluczenia i strachu przed innością. Jednym z najbardziej fascynujących fragmentów jest rozdział o „mrocznej turystyce” – zjawisku odwiedzania miejsc związanych ze śmiercią i tragediami, popularnym zwłaszcza wśród miłośników true crime. Z kolei rozdział o „filmowych klątwach” to prawdziwa gratka dla fanów horroru – znajdziemy tam historie niepokojących przypadków towarzyszących produkcjom takim jak Egzorcysta, Omen, Duch czy Dziecko Rosemary. Książkę zamyka bardzo współczesny rozdział o creepypastach – internetowych opowieściach grozy, które pokazują, że potrzeba snucia mrocznych historii nie zniknęła, tylko przeniosła się do sieci.

Choć początkowo brakowało mi większej tajemnicy, szybko zrozumiałam, że to nie jest książka o taniej sensacji. To raczej opowieść o tym, jak bardzo ludzie potrzebują dopisywać do zbrodni coś metafizycznego, by oswoić to, co niewytłumaczalne. Dotyczy to także brutalnych zbrodni - gdzie łatwiej nam myśleć, że za okrucieństwem stoi demon, niż drugi człowiek. Obok samych zbrodni, często przerażające były wyroki sądów! Ogromnym atutem są komentarze autorki – szczególnie te dotyczące sytuacji kobiet czy społecznych uprzedzeń – które dodają tekstowi głębi, ale nie narzucają gotowych interpretacji.

To książka, którą można czytać rozdział po rozdziale (i to w zasadzie w dowolnej kolejności), zagłębiając się w coraz to inne historie kryminalne z dreszczykiem. Idealna na jesienne wieczory, gdy za oknem wieje wiatr, a w głowie kołacze się pytanie: czy naprawdę wszystko da się wyjaśnić racjonalnie? Czemu łatwiej jest sięgać ludziom po egzorcyzmy niż pomoc psychiatry? Kiedy zachowania drugiego człowieka powinny nas naprawdę niepokoić? Dla miłośników true crime to lektura obowiązkowa, ale i fani zjawisk paranormalnych znajdą tutaj coś dla siebie!

 


"Cud Bramy Lwa" Mai Mochizuki to dla mnie idealne potwierdzenie powiedzenia "do trzech razy sztuka". Po dwóch tomach „Kawiarni pod Pełnym Księżycem” wiedziałam już, czego się spodziewać: magicznej atmosfery, odrobiny kotów-filozofów i całkiem sporej dawki astrologii, która momentami bardziej nużyła niż otulała. Choć oba poprzednie tomy miały w sobie urok, brakowało im tego, co w literaturze iyashikei cenię najbardziej – emocjonalnego ciepła i prawdziwego ukojenia. Dlatego trzeci tom okazał się dla mnie największym zaskoczeniem (i ulubieńcem serii). Mam wrażenie, że tym razem Mai Mochizuki znalazła właściwy balans między magią a refleksją, między deserami a horoskopami – i wreszcie pozwoliła swoim bohaterom naprawdę wybrzmieć. To wciąż ta sama kawiarnia, w której można spotkać gadające koty i odrobinę lepiej zrozumieć siebie, ale tym razem magia nie tylko otula, lecz także naprawdę działa.

"Jesteśmy jak małe łódki na morzu. Czasem towarzyszą nam niewielkie fale, ale zdarza się, że przychodzi sztorm. Ważne jest, jak ustabilizować łódkę. Jeśli pozostaniemy w zgodzie z sobą, to nieważne, co powiedzą inni, możemy iść do przodu i żyć."

Tym razem Mai Mochizuki skupia się na trzech bohaterach, których losy splatają się w subtelny, a zarazem niezwykle poruszający sposób – matce, jej przyjacielu z dzieciństwa oraz dorosłej córce. Dzięki temu historia zyskuje głębię, której brakowało w poprzednich tomach. Śledzimy losy aktorki próbującej odbudować swoje życie po publicznie potępionym romansie ze starszym mężczyzną, jej relację z matką, która zawsze ją wspierała, a także cofamy się do młodości samej matki i jej przyjaciela – ludzi, którzy również musieli nauczyć się akceptować własne wybory i tęsknoty. Motywem przewodnim staje się pytanie „co by było, gdyby?” oraz próba pogodzenia się z drogą, którą się obrało.

"Spróbowałam pysznej kawy Affogato. Intensywna słodycz lodów z lekko gorzką kawą, doskonale! Pomyślałam, że ten smak jest jak życie. Dotychczas pragnęłam tylko słodyczy i starałam się brać jedynie to, co najlepsze. A wtedy pomyślałam: "Posmakuj też gorzkiego, zmierz się z tym".

Ogromnym plusem jest ograniczenie astrologicznych dygresji – wciąż obecnych, ale już nieprzytłaczających. Dzięki temu emocje bohaterów wreszcie dochodzą do głosu, a całość nabiera autentycznego ciepła. Szczególnie postać matki – kobiety, która bezinteresownie wspiera innych, ale jednocześnie ma odwagę wybrać własne szczęście – sprawia, że ten tom naprawdę otula i pozostawia po sobie coś więcej niż tylko przyjemne wrażenie. To opowieść o miłości, wybaczaniu i o tym, że troska wobec innych nie musi oznaczać rezygnacji z siebie.

"Wtedy dotarło do mnie, jak silnym uczuciem mnie darzy, i serce zabiło mi mocniej. Powody, dla których człowiek się zakochuje, są zaskakująco proste. On (...) zna mnie, to, co pokazuję na zewnątrz, i to, co skrywam w sobie. zna także moje błędy z przeszłości, po prostu wie o mnie wszystko. Kiedy ktoś taki powiedział, że mnie kocha, czułam, że akceptuje mnie całą, taką, jaka jestem."

Słowem podsumowania...

„Cud Bramy Lwa” to dla mnie najpełniejsza i najbardziej dojrzała część cyklu – taka, w której wreszcie wszystkie elementy znalazły swoje miejsce. Kocia kawiarnia wciąż kusi aromatem magicznych deserów, ale tym razem nie jest tylko scenerią dla rozmów o horoskopie urodzeniowym – staje się przestrzenią prawdziwego spotkania, zrozumienia i pojednania ze samym sobą. Bohaterowie przestają być ilustracją dla idei, a stają się ludźmi z krwi i kości, z którymi naprawdę można współodczuwać.

Mai Mochizuki udało się coś, czego brakowało w poprzednich tomach: stworzyć opowieść, która nie tylko otula, ale też porusza. To książka o miłości, która dojrzewa wraz z życiem, o akceptacji tego, co było, i o odwadze, by mimo wszystko wybrać własne szczęście. Jeśli poprzednie części przypominały filiżankę ładnej, ale nieco zbyt chłodnej kawy, to „Cud Bramy Lwa” jest jak idealne affogato – słodko-gorzkie, ciepłe i pozostawiające w ustach smak, do którego chce się wracać.


 


"Laboratorium Palestyna" Antony'ego Loewensteina z pewnością należy do kategorii reportaży otwierających oczy. I to nie tylko na problem relacji izraelsko-palestyńskich, ale przede wszystkim hipokryzję Globalnej Północy, której kompas moralny kończy się tam, gdzie zaczyna się władza i pieniądze. Najlepszym przykładem jest oczywiście sam Izrael, kreujący wizerunek ostatniego bastionu "europejskich wartości", by bez skrupułów sprzedawać broń i szkolić niedemokratyczne reżimy. Nie lepsza jest jednak Unia Europejska, korzystająca z doświadczeń izraelskich by odpierać migrantów, czy Stany Zjednoczone, które wielokrotnie pod płaszczykiem ochrony praw człowieka dbały o własne interesy. 

Tytułowe "Laboratorium Palestyna" to taktyka testowania broni, narzędzi inwigilacji i kontroli w celu pacyfikowania niepożądanych grup mniejszości. To nie tylko strategia marketingowa, pozwalająca sprzedawać broń przetestowaną w warunkach bojowych; to także możliwość sprzedaży doświadczenia związanego z wdrażaniem koncepcji etnopaństwa i radzenia sobie z "problemem muzułmańskim" (lub innych mniejszości). Jak zauważa autor "stwierdzenie, że izraelskie firmy zarabiają na okupacji, nie powinno być poglądem kontrowersyjnym", a książka przedstawia na to wiele dowodów. Tak jak wspomniałam, nie skupia się jednak wyłącznie na handlu bronią, ale w dużej mierze na tym, jak Izrael "eksportuje okupację" i dlaczego jest to "tak atrakcyjny model". Z tych względów nawet jeśli sam temat przemysłu obronnego nie jest Wam bliski, to "Laboratorium Palestyna" okazuje się książką szalenie interesującą - a przy tym przerażającą. Przykłady z całego świata ukazują, że etnonacjonalistyczna ideologia nie jest pieśnią przeszłości, a bez względu na reżim państwa interes stoi wyżej niż ochrona praw człowieka. 

Całość podzielona jest na 7 rozdziałów, które wzajemnie uzupełniają narrację. Punktem wyjściowym jest Sprzedaż broni wszystkim chętnym, który przedstawia nie tylko izraelski przemysł zbrojeniowy, ale także konflikty, w których ta broń została wykorzystana. Idealnie ten rozdział opisuje przywołana przez autora wypowiedź izraelskiego doradcy w Gwatemali: "nie obchodzi mnie, co goje robią z tą bronią. Ważne, że Żydzi czerpią z tego zyski". Kolejny rozdział, 11 września był dobry dla interesów, przedstawia istotne skutki tego wydarzenia dla całego świata: te ataki umiędzynarodowiły wojnę z terroryzmem, w praktyce oznaczając usprawiedliwienie wielu działań wymierzonych w ludność muzułmańską. Warto tutaj przypomnieć, że pod płaszczykiem walki z terroryzmem po 2001 roku Chiny zintensyfikowały działania wymierzone w Ujgurów. Międzynarodowa walka z terroryzmem dla Izraela opłaciła się podwójnie, bo nie tylko usprawiedliwiała niektóre działania względem Palestyńczyków, ale także w przeciągu dwóch dekad doprowadziła do znacznego wzrostu zainteresowania izraelskim sektorem obronnym i inwigilacyjnym. 

Rozdział trzeci ma bardzo ciekawy tytuł: Zapobieganie wybuchowi pokoju. Z tej części dowiemy się o dehumanizacji Palestyńczyków - tak by okupacja jeszcze łatwiej stała się towarem eksportowym. Podejmowany tutaj problemem jest także globalna świadomość istnienia okupacji Palestyny za sprawą mediów społecznościowych - i jak to na to musi reagować Izrael. Kolejny rozdział, Sprzedaż izraelskiej okupacji światu, kontynuuje ten temat. Ogromną zaletą tego reportażu jest ukazywanie szerszego, globalnego kontekstu - jak inne państwa korzystają ze współpracy z Izraelem, i jak często ta współpraca jest ukrywana. W rozdziale Niesłabnąca atrakcyjność izraelskiej dominacji poruszona zostaje kwestia bliskości ideologicznej różnych państw jeśli chodzi o kwestię "sposobu traktowania niepożądanych grup ludności". Loewenstein znów otwieram nam oczy na różne powiązania na świcie, jak chociażby bliskość kwestii RPA i apartheidu czy Indii i Kaszmiru - gdzie obecne jest poparcie Izraela.

"Izrael od początku miał być światłem przewodnim i źródłem inspiracji w stuleciu, któremu etnonacjonalizm przyniósł katastrofę i cierpienie. Dziś, poprzez ideologię i za pomocą sprzętu wojskowego i wywiadowczego, państwo żydowskie wykorzystuje swój misjonarski zapał do znajdowania i kształtowania krajów o podobnych zapatrywaniach. Żaden z nich nie będzie taki sam jak Izrael, ale izraelski model szowinizmu i bezwstydnej dumy, z jaką wywyższa się Żydów ponad wszystkich innych, jest niczym łatwy w transporcie zestaw mebli do samodzielnego montażu - można go zaadaptować do różnych warunków, różnych krajów i scenariuszy."

Całość zamykają dwa rozdziały: Izraelska masowa inwigilacja w mózgu twojego telefonu oraz Media społecznościowe nie lubią Palestyńczyków. W ten sposób od analizy różnych bardziej tradycyjnych konfliktów, w których wykorzystywano doświadczenia Laboratorium Palestyna przechodzimy do technologii inwigilacji by dojść do szerszego omówienia roli mediów społecznościowych i kwestii nagłaśniania sprawy palestyńskiej.

"Laboratorium Palestyna" to złożony reportaż, który kreśli dość przerażającą wizję świata, w którym dążenie do pokoju często jest mniej atrakcyjne niż utrzymywanie konfliktu generującego zyski. A w połączniu z etnonacjonalistyczną ideologią władza i pieniądze stają się niebezpiecznym koktajlem. Poprzez liczne przykłady z całego świata "Labolatorium Palestyna" to coś więcej niż odpowiedź na pytanie zadane na okładce książki: Jak Izrael zarabia na okupacji Palestyny. Ostrze krytyki Loewensteina nie jest skierowane wyłącznie przeciwko Izraelowi: konsekwentnie odsłania kulisy globalnego biznesu skupionego wokół handlu bronią w połączniu z kontrolowaniem Innego. 

To reportaż trudny - ale nie ze względu na język czy sposób napisania - ale ciężar tematyczny, odzierający ze złudzeń. Szczególnie fragmenty dotyczące Unii Europejskiej, tak mocno promującej wartości, mocno uderzył w wiarę w dobre intencje polityczne. Największą siła "Laboratorium Palestyna" jest nie tylko opisane powyżej demaskatorstwo, ale przede wszystkim oddanie głosu tym, którzy nie boją się odsłaniać mrocznego oblicza własnego kraju. 

Słowem podsumowania...

"Laboratorium Palestyna" to lektura absolutnie obowiązkowa dla każdego, kto chce zrozumieć mechanizmy współczesnego świata. Loewenstein nie oferuje prostych odpowiedzi, ale dostarcza druzgocących dowodów na to, jak kruche są deklarowane wartości, gdy stają na drodze zyskowi i władzy. To książka, która nie pozwala przejść obojętnie, wytrąca z poczucia komfortu i zmusza do myślenia. Jeśli szukasz reportażu, który nie tyle opowiada o konflikcie, co demaskuje globalny system, który ten konflikt żywi i umacnia – sięgnij po tę książkę. Przeczytaj, nawet jeśli myślisz, że temat Cię nie dotyczy. Prawdopodobnie zweryfikuje to Twoje przekonanie.

 



Lotosowe cesarstwo to zwieńczenie trylogii Płonące królestwa – cyklu, który od samego początku łączył bogactwo orientalnych motywów (Indie, królestwo Wielkich Mogołów)  z emocjonalną introspekcją i polityczną intrygą. Tasha Suri po raz kolejny udowadnia, że potrafi pisać z ogromną wrażliwością, a jej proza, pełna metafor i nasyconych obrazów, ma w sobie niemal medytacyjny rytm - cykl Płonące królestwa w tym aspekcie jest bardzo podobny do Kronik Ambhy. Lotosowe cesarstwo to książka spokojna, powolna w lekturze – i właśnie ta powolność okaże się dla wielu czytelników próbą cierpliwości. Nie będę ukrywać - dużo lepiej "wchodziła" mi w wersji audio podczas spokojnych spacerów niż wieczorami na kanapie, gdzie oczy same się zamykały.

Podobnie jak w poprzednich tomach, autorka stawia na psychologiczny portret bohaterów – przede wszystkim Priyi i Malini – niż na wartką akcję. Ich relacja, oparta na pragnieniu i niemożności jego spełnienia, szybko staje się osią opowieści, przyćmiewając wątki polityczne i przygodowe. Dla jednych będzie to emocjonalny rdzeń powieści, dla innych – źródło frustracji. Niestety ja odniosłam wrażenie, że rozwój tych bohaterek w ostatnim tomie wyhamował, by dopiero na koniec odegrały większą rolę - przez co rozdziały dotyczące ich perspektyw nieco mnie nużyły. Na szczęście, dało to pole do "zabłyśnięcia" innym postaciom, które w Lotosowym cesarstwie nabrały głębi. Na szczególną uwagę zasługuje wątek Bhumiki – bohaterki kruchej, a jednocześnie niezwykle silnej. Jej relacja miłosna, pełna czułości i autentycznego ciepła, stanowi udany kontrapunkt dla zmagań Priyi i Malini, opartych głównie o namiętność i poczucie zdrady. Również Rao, z jego walką z żałobą i wiarą, to jedna z postaci, które najmocniej zapadają w pamięć.

Chociaż największą wadą tej powieści jest jej tempo - to uwodzi ona pięknym stylem Tashy Suri i feministycznym wydźwiękiem, oddając sprawczość w ręce kobiet - gotowych przeciwstawić się tradycji i religii, nie tylko w imię wyższych celów jak ratowanie świata, ale także własnych pragnień. To właśnie tutaj budowane jest największe napięcie tej powieści - wokół tematu poświęcenia życia/swoich pragnień, splatając się z refleksją nad religią, władzą i losem kobiet w patriarchalnym świecie. 

Jednym z największych atutów Suri jest umiejętność tworzenia świata moralnych półcieni. Nie ma tu prostego podziału na dobro i zło – każda decyzja ma swoją cenę, a każda ofiara niesie pytanie o sens. . Malini, walcząca o własne przeznaczenie, staje się uosobieniem tej walki — zarówno duchowej, jak i politycznej — a jednocześnie jej decyzje nie zawsze są szlachetne. 

Tasha Suri pisze pięknie – ale nie porywająco. Jej styl zachwyca detalem i atmosferą, lecz wymaga cierpliwości. Świat Płonących królestw fascynuje bogactwem, rytuałem, i cielesną bliskością natury, ale tempo narracji często przypomina leniwie płynącą rzekę, w której łatwo się zagubić. Ostatnia część cyklu jest niewątpliwie emocjonalnym i estetycznym domknięciem historii, lecz niekoniecznie jej najbardziej angażującym rozdziałem. Myślę, że dla wielu czytelników ta książka wyda się zbyt powolna. Zwłaszcza pierwsze dwie trzecie książki to długie, introspektywne rozdziały, skupione bardziej na uczuciach niż na wydarzeniach. Zaś ostatnie to ich przeciwieństwo - powieść na pewno by zyskała, gdyby te "żywsze" wydarzenia lepiej rozłożyć.

Słowem podsumowania

Lotosowe cesarstwo to spokojne, pełne melancholii zakończenie cyklu, który od początku wyróżniał się bogactwem emocji i wyjątkową wrażliwością. Tasha Suri nie szuka łatwego efektu — zamiast fajerwerków proponuje powolne zanurzenie w świecie pełnym symboli, duchowości i wewnętrznych konfliktów. To książka, którą warto smakować powoli, doceniając piękno języka i subtelność metafor, nawet jeśli momentami nuży tempem. Nie jest to finał spektakularny, lecz raczej ciche domknięcie historii – pełne smutku, siły i refleksji.

Polecam tę powieść czytelnikom, którzy w fantasy szukają nie tylko przygody, ale też emocjonalnej głębi, kobiecej perspektywy i moralnej złożoności. Jeśli jednak stawiacie bardziej na akcję, dramatyczne wydarzenia czy humor – to Płonące królestwa mogą nie być najlepszym wyborem.

 



"Chiny. Przewodnik po herosach, smokach i świętych rzekach" to książka, która wpisuje się w mój ulubiony rodzaj popularno-naukowej literatury non-fiction: napisanej niezwykle przystępnie, a jednocześnie podejmującej najważniejsze zagadnienia. Autorką jest emerytowana profesorka Tao Tao Liu, która przedstawia mitologię chińską w sposób rzetelny - i co najważniejsze, łatwy do zrozumienia nawet dla osób z innego kręgu kulturowego.

Oczywiście coś za coś - "Chiny. Przewodnik..." stanowi raczej wprowadzenie do tematyki historii i filozofii Chin, w niektórych miejscach stosując pewne uproszczenia - przykładowo sygnalizuje wpływ buddyzmu czy daoizmu (taoizmu) na chińską mitologię, jednak bez szczegółowego opisywania samej doktryny. W mojej ocenie uproszczenia te są wystarczające - nakreślają odpowiedni kontekst, bez odciągania uwagi od głównego tematu. 

Sama konstrukcja książki jest bardzo przemyślana. Zaczynamy od Krótkiej historii mitologii chińskiej - rozdziału kluczowego, by później zrozumieć konkretne mity czy role pełnione przez herosów i bóstwa. Kolejny rozdział , Literackie tradycje Chin, skupia się na źródłach mitów. Zaś następne części poświęcone są już samym mitom i legendom: od mitów stworzycielskich, poprzez opowieści o bogach i herosach do opowieści, w których główną rolę odgrywa natura. Znajdziemy również fragmenty poświęcone smokom, wszak "niewiele jest symboli, które kojarzą się z Chinami równie silnie co smok — chociaż stworzenie to przedstawiało się inaczej niż na Zachodzie (...)". W książce nie brakuje także opisów i znaczenia najważniejszych świąt i miejsc kultu. To kompleksowe spojrzenie, a nie tylko bezrefleksyjne przytoczenie samej treści mitów i legend.

Tak jak wspominałam, w tej książce zachwyca mnie jej przystępność. Z naszego punktu widzenia cywilizacja chińska — oparta o tak odmienne systemy filozoficzno-religijne jak konfucjanizm, daoizm czy buddyzm, posiadająca setki lat historii nieznanej nam (poza pasjonatami, sinologami) historii  — może wydawać się zawiła i obca. W tego typu książkach bardzo łatwo zostać pogrążonym pod zalewem dat czy obco brzmiących terminów. "Chiny. Przewodnik..." radzą sobie z tym problemem doskonale: na końcu książki znajduje się przejrzyste kalendarium , pozwalające umiejscowić w czasie konkretne dynastie, a dodatkowo w samym tekście wspomnieniu każdej dynastii towarzyszy data podana w nawiasie. Nie trzeba znać chińskiej historii na pamięć, by bez problemów podążać za przemianami mitów i legend w kolejnych okresach historycznych. Z tych względów jest to książką, która trafi zarówno do osób zainteresowanych temat, jak i do tych, którzy po prostu lubią czytać o mitologiach, niewiele wiedząc o Chinach przed sięgnięciem po "Przewodnik".

Jedność trzech nauk

By zrozumieć specyfikę chińskiej mitologii należy spojrzeć na doktryny filozoficzno-religijne. W odróżnieniu od Zachodu, gdzie religie często wchodziły w spory dogmatyczne, cywilizacja chińska rozwinęła model komplementarności. Konfucjanizm, taoizm i buddyzm nie wykluczały się wzajemnie — przeciwnie, uzupełniały się, odpowiadając na różne potrzeby człowieka i społeczeństwa. Ten synkretyzm odnajdziemy właśnie w mitach. Jednocześnie warto zauważyć, że chińska koncepcja harmonii nie oznacza równości, ale hierarchię — i tak najważniejszy był konfucjanizm. Ma to także praktyczne znaczenie dla mitów — większość znanych tekstów była spisywana przez konfucjańskich uczonych, a więc ich treść musiała być dostosowywana do zasad tej filozofii. Książka w interesujący sposób oddaje tą płynność i wzajemne uzupełnianie się: gdy postacie historyczne przemieniały się w buddyjskich bogów, a mityczni herosi zyskiwali status postaci historycznych. "Wiele postaci mitologicznych okresu cesarstwa było pierwotnie postaciami historycznymi — właśnie nacisk na ich autentyczność stanowi cechę charakterystyczną nowych podań"; innymi słowy w przypadku Chin "historia została wyniesiona do rangi mitu".

Jak jeszcze zauważa Tao Tao Liu, "już samo pojęcie mitologii to zasadniczo koncepcja zachodnia, obca Chińczykom, którzy tłumaczą sobie to słowo jak shenhua, czyli "słowa/mowa o bogach/bóstwach". W tym sensie "mitologia" oznaczała "opowieści z czasów starożytnych". Jednocześnie warto zauważyć, że w Chinach (ale także np: Korei) nie powstała jedna, spójna mitologia na wzór wielkich eposów, takich jak dzieła Homera — "mity chińskie są zwykle lakoniczne i często funkcjonują w kilku sprzecznych ze sobą wersjach". Pod uwagę należy wziąć nie tylko możliwość istnienia konfucjańskich, buddyjskich czy daoistycznych wariantów, ale także ogromnego zróżnicowania etnicznego, co wpływało na tradycje mitów. Nawet dziś mówiąc Chińczycy, mamy na myśli 56 grup etnicznych uznawanych przez państwo - w tym 55 mniejszości i dominującą grupę Han. 

W kontekście opisu specyfiki chińskich mitów — pozwalającą nam zrozumieć pewną specyfikę — w pamięć zapadło mi takie stwierdzenie autorki: "o ile więc można powiedzieć, że Grecy zmitologizowali swoje dzieje, o tyle Chińczycy uhistorycznili swoje mity". A to wszystko przez to, że były one spisywane przez uczonych-historyków, którzy właśnie taki rys im nadawali.

Mam nadzieję, że taki krótki rys specyfiki chińskich mitów odpowiednio rozbudzi wasz apetyt na "Chiny. Przewodnik po herosach, smokach i świętych rzekach" — książkę po którą zdecydowanie warto sięgnąć, by rozszerzyć znajomość kultury poza kręgi europejskie. 

Słowem podsumowania

„Chiny. Przewodnik po herosach, smokach i świętych rzekach” to książka, która z powodzeniem łączy walory popularnonaukowe z rzetelnym wprowadzeniem w świat chińskiej mitologii i kultury. Tao Tao Liu udaje się coś, co w przypadku publikacji o tak złożonej cywilizacji nie jest wcale oczywiste – zachować równowagę między przystępnością a naukową wiarygodnością. To pozycja, która nie tylko uczy, ale też fascynuje – budzi ciekawość, otwiera oczy na sposób myślenia zupełnie inny od naszego i pokazuje, jak wiele można zrozumieć, kiedy spojrzy się na świat z perspektywy mitu.

Polecam ją wszystkim, którzy lubią literaturę popularyzującą wiedzę o kulturach pozaeuropejskich – zarówno czytelnikom zainteresowanym Chinami, jak i tym, którzy po prostu szukają książki pozwalającej odbyć podróż w wyobraźni do innego świata. To jedna z tych lektur, po których od razu ma się ochotę szukać dalej – sięgnąć po klasyczne chińskie eposy, legendy i teksty filozoficzne, by jeszcze lepiej zrozumieć ten fascynujący, pełen kontrastów świat.


Nowsze posty Starsze posty Strona główna

ABOUT AUTHOR

안녕하세요! Z wykształcenia doktor nauk politycznych i magister filmoznawstwa, hobbistycznie zapalona czytelniczka! Zapraszam na bloga o książkach, filmach oraz Półwyspie Koreańskim - czyli moich największych pasjach!

Categories

  • abyssos 1
  • agora 2
  • akurat 2
  • albatros 4
  • artrage 2
  • azjatyckie 91
  • beYA 1
  • bliski wschód 1
  • Books4YA 4
  • chiny 11
  • ciekawostki 7
  • copernicuscenterpress 2
  • cyberpunk 1
  • czarna owca 1
  • czarne 3
  • czytelnik 1
  • dark academia 1
  • dark fantasy 7
  • dialog 8
  • dlaczemu 2
  • dolnośląskie 1
  • dystopia 4
  • esej 4
  • europa wschodnia 1
  • fabryka słów 115
  • fae 1
  • fantastycznyorient 18
  • fantastyka 188
  • filia 2
  • film 3
  • filtry 1
  • format 1
  • foxgames 1
  • galeriaksiążki 1
  • gra książkowa 1
  • gramatyka 3
  • groza 19
  • harde 1
  • healing novel 6
  • hi:story 1
  • horror 19
  • idiom 3
  • indie 5
  • indonezja 1
  • instagram 5
  • iyashikei 2
  • jaguar 2
  • japonia 36
  • kdrama 1
  • kirin 7
  • klasyka 1
  • komedia kryminalna 5
  • komiks 3
  • korea 45
  • koreański 9
  • kryminał 24
  • krytyka polityczna 1
  • książki 188
  • kwiaty orientu 2
  • literatura dziecięca 5
  • literatura młodzieżowa 30
  • literatura piękna 21
  • literatura podróżnicza 2
  • luna 1
  • marginesy 2
  • matronat 1
  • mitologia 2
  • mova 3
  • mustread 2
  • muza 5
  • naukowe 8
  • new adult 3
  • nonfiction 8
  • nowa baśń 14
  • nyks 1
  • obyczajowa 1
  • papierowyksiężyc 2
  • patronat 4
  • planetaczytelnika 1
  • podróżnicza 1
  • powieść gotycka 2
  • powieść historyczna 12
  • prószyński 5
  • przygodowa 1
  • recenzja 175
  • relacja 7
  • replika 4
  • reportaż 14
  • retelling 1
  • retrobuki 18
  • romans 7
  • romantasy 1
  • sensacja 2
  • sf 20
  • słownictwo 8
  • space opera 1
  • sqn 6
  • szczeliny 2
  • świat książki 1
  • tajfuny 1
  • tajwan 2
  • thriller 7
  • urban fantasy 15
  • uroboros 13
  • vesper 3
  • w.a.b. 5
  • warbook 9
  • weird fiction 1
  • weneedya 2
  • western 1
  • wielka litera 1
  • wietnam 1
  • wydawnictwo ix 1
  • wydawnictwo kobiece 1
  • wydawnictwo literackie 2
  • wydawnictwo mięta 7
  • Wydawnictwo Noir sur Blanc 1
  • wydawnictwo poznańskie 2
  • wydawnictwo spisek pisarzy 1
  • wydawnictwo wab 2
  • wydawnictwo wilga 1
  • wydawnictwonoca 1
  • wyszukane 1
  • yaponia 3
  • you&ya 15
  • youngadult 26
  • yumeka 6
  • zielona sowa 2
  • znak 13
  • zygzaki 1

Matronat

Matronat
Trylogia Hierarchia magii

Matronat

Matronat
Trylogia Magów szkła

POPULAR POSTS

  • Naturalista (recenzja)
  • Bogowie otchłani
  • #retrobuki 2000-2009
  • Smocza perła - recenzja
  • Pięć małych świnek (recenzja)
  • Gwiazdy w łańcuchach
  • Mój najlepszy Jin-su
  • #retrobuki
  • Gildia Zabójców (recenzja)
  • Polka w Korei (recenzja)
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Szukaj na tym blogu

Blog Archive

Ważne

Wszystkie zamieszczone tutaj teksty oraz grafiki są moją własnością i nie wyrażam zgody na ich kopiowanie bez mojej zgody.

FOLLOW ME @ INSTAGRAM

Gdzie mnie znaleźć

  • Instagram
  • Lubimy czytać
  • Goodreads

Featured Post

#retrobuki

Copyright © 2016 Pani Papierek. Created by OddThemes