Głębia. Imprint

 


„Głębia. Imprint” to powrót Marcina Podlewskiego do jednego z najambitniejszych uniwersów polskiego science-fiction – i jednocześnie otwarcie nowego cyklu (można go czytać bez znajomości poprzedniego), który już na starcie jasno komunikuje swoje ambicje. To niemal 900 stron space opery pisanej na serio: bez uproszczonych podziałów na dobro i zło, bez bezpiecznych archetypów załogi-rodziny i bez fabularnych skrótów. Zamiast tego dostajemy świat zbudowany z rozmachem i pieczołowitością – z własną polityką, religią, historią i językiem.

Jeśli szukać porównań, „Głębi” zdecydowanie bliżej do Diuny niż do Star Wars. To opowieść cięższa gatunkowo, niosąca ze sobą wyraźny filozoficzny i cywilizacyjny ciężar. Już od pierwszych stron widać, że nie będzie to lektura „na szybko” – i to zarówno jej największe wyzwanie, jak i największa zaleta. Nie jest to może książka dla każdego – szczególnie jeśli dopiero zaczyna się przygodę z twardym SF – ale dla osób poszukujących czytelniczych wyzwań oferuje przygodę, w która można się "zagłębić".

Lektura wymagająca – i świadomie taka

„Głębia. Imprint” wymaga od czytelnika pełnego skupienia i zaangażowania. Podlewski prowadzi narrację w sposób nielinearny: skacze między wątkami, postaciami, miejscami, a czasem także płaszczyznami czasowymi. Do tego dochodzi bogata terminologia stworzona specjalnie na potrzeby uniwersum – bez nachalnych przypisów i bez tłumaczenia wszystkiego wprost. Czytelnik musi być czujny, bo łatwo przeoczyć drobny szczegół, który kilkaset stron później okazuje się kluczowy.

Styl autora zdecydowanie nie ułatwia odbioru, ale trudno uznać to za wadę. W świecie „szybkich książek” i historii prowadzących czytelnika za rękę, „Głębia. Imprint” jest propozycją odwrotną: powolną, gęstą i wymagającą, stawiającą przed odbiorcą intelektualne wyzwania. To książka, która nie spieszy się z nagrodą, ale gdy ta w końcu przychodzi, satysfakcja jest ogromna.

Dwie fabularne osie, jeden ciężar znaczeń

Powieść przenosi nas do Galaktyki Andromedy, nowego domu ludzkości po Wielkim Exodusie. To świat zdominowany przez żelazną władzę Imperium Exodusu, gdzie relacje z Obcymi reguluje enigmatyczny Dar, a Maszyny i Siddarthowie współpracują na mocy pradawnych paktów. Nad wszystkim jednak unosi się tajemnica Głębi i ślizgu głębinowego, pozwalającego na podróże, a także imprinterów, spadkobierców mitu o Wybawcy. Brzmi skomplikowanie, ale na szczęście losy tej Galaktyki śledzimy przez pryzmat bohaterów, których dużo łatwiej zrozumieć - bo są bardzo ludzcy, mający swoje pragnienia i obawy.

Na tym bogatym tle rozgrywają się dwa równoległe wątki. Pierwszy to losy Eltie Grunt, kapitan, która na pokładzie nielegalnie zmodyfikowanego żaglowca, nazywanego "Ważką" ze względu na wygląd, wyrusza w niebezpieczną (i nielegalną!) misję ku Rozdarciu – miejscu na rubieżach Głębi, owianego aurą grozy i zakazów, gdzie wybrałby się tylko szaleniec. Drugi prowadzi nas na planetę nękaną przez kosmiczne bestie, gdzie duchowny Zakonu Śpiącej staje w obliczu przebudzenia potężnego bytu..

Autor mistrzowsko prowadzi narrację, by te dwie linie stopniowo ku sobie zmierzały. Ich ostateczne splecenie zmienia optykę całej opowieści, lecz – wbrew oczekiwaniom – nie oferuje łatwych rozwiązań. Wręcz przeciwnie, z każdym pozornym odkryciem rodzi się nowa niewiadoma, gwarantując czytelnikowi głód poznania dalszego ciągu i znalezienia wszystkich odpowiedzi.

Bohaterowie z krwi i kości

Jedną z najmocniejszych stron „Imprintu” są postacie. Podlewski poświęca im dużo uwagi, cofając się do ich przeszłości, pokazując motywacje, traumy i wybory, które ich ukształtowały. Akcja przez to spowalnia, a objętość książki rośnie – ale w zamian dostajemy bohaterów prawdziwie „z krwi i kości”. Świat Głębi poznajemy nie tyle poprzez encyklopedyczne opisy galaktyki, ile poprzez jednostkowe doświadczenia postaci pierwszo- i drugoplanowych.

Centralną figurą powieści jest Eltie Grunt – bohaterka daleka od klasycznego wzorca kosmicznego herosa. Nie jest wybrańcem, chronionym przez fabularny pancerz. To kapitan, która zna mechanizmy rządzące galaktyką i doskonale rozumie ich brutalność. Z czasem dowiadujemy się, jakie wydarzenia ją ukształtowały i z jakimi wewnętrznymi demonami musi się mierzyć. Eltie nie jest Mary Sue – to raczej Han Solo z traumatyczną przeszłością i znacznie większym bagażem doświadczeń.

Satysfakcja zamiast łatwej przyjemności

„Głębia. Imprint” to książka, w której naprawdę można się pogubić. Ale to również taka powieść, która nagradza cierpliwość: w pewnym momencie elementy zaczynają się łączyć, wątki splatać, a wcześniejsze drobiazgi nabierają nowego znaczenia. To historia nie tylko o indywidualnych losach bohaterów, ale też o ludzkości jako całości – o tym, że mimo postępu technologicznego wciąż zmagamy się z tymi samymi problemami. Wielkie odkrycia mogą dawać siłę, jak możliwość międzygwiezdnych podróży, ale równie łatwo prowadzą do degeneracji i zniszczenia.

Nie chcę zdradzać zbyt wiele, bo ogromną przyjemnością jest samodzielne odkrywanie kolejnych warstw tej opowieści. Wystarczy powiedzieć, że „Głębia. Imprint” to ambitna, wymagająca space opera, która nie próbuje przypodobać się każdemu. Dla jednych będzie zbyt ciężka i zbyt gęsta, dla innych – dokładnie taka, jakiej szukali.

To książka, która stawia przed czytelnikiem wyzwanie. I właśnie dlatego zostaje w głowie na długo po przewróceniu ostatniej strony.

Share:

0 komentarze