Koniec mapy
„Koniec mapy” to psychologiczny thriller o wyjątkowo niefortunnej podróży w okolice Svalbardu. Zbieranina indywidualności trafia razem na statek, niebezpiecznie zbliżający się do miejsca, gdzie prowadzono eksperymenty nad tajemniczym wirusem. Post pandemiczny strach nie towarzyszy jednak naszym nieświadomym podróżnikom, którzy mierzą się z całkiem innym niebezpieczeństwem: ludzką naturą wobec zamknięcia na płynącym bez załogi statku. Wbrew obietnicom nie jest to powieść o grupce przypadkowych osób próbujących zapobiec wybuchowi nowej pandemii poprzez udaremnienie wydostania się wirusa – ten wątek jest zmarginalizowany, sprowadzony do pełnego napięcia finału, by na wcześniejszych stronach uderzać raczej w tony powieści obyczajowej z elementami przygody w postaci ataków niedźwiedzia polarnego.
Powieści nie czyta się źle; niestety w ostatecznym rozrachunku jest książką przeciętną, szybko ulatującą z głowy. A można było temu zaradzić w jeden prosty sposób: lepiej rozłożyć dynamikę, by zbudować suspens. Całość czyta się jak bardzo długi wstęp, wprowadzający bohaterów i jedynie sama końcówka dostarcza obiecywanych emocji. Jeśli oczekujecie klimatów rodem z „Coś” w reżyserii Johna Carpentera (lub opowiadania Johna Campbella) czy „Terroru” Dana Simmonsa (bądź serialu na podstawie) to zwyczajnie się zawiedziecie. „Końcowi mapy” zwyczajnie brakuje ciągłego trzymania w napięciu i elementu grozy, nadnaturalności, niepewności, czego jako czytelnik oczekuję od tego typu książek. Zamiast tego „Koniec mapy” to dużo bardziej katastroficzny dramat, który w centrum stawia konflikty między pasażerami. I myślę, że osobom, które nie czytają zazwyczaj powieści grozy i sci-fi, „Koniec mapy” spodoba się dużo bardziej – jako pewne odzwierciedlenie naszych czasów: turystycznej wygody, zaniku więzi międzyludzkich i problemów z komunikacją.
Pechowa wycieczka
„Koniec mapy” zaczyna się w intrygujący sposób – z prologu dowiadujemy się, że Jeskow, paleobiolog ucieka przed współpracownikiem, starając się ochronić tajemniczą walizkę. To pamiętnik Jeskowa będzie służyć nakreśleniu sytuacji sprzed przybycia załogi „Moskwy” – te zapiski pojawiają się pomiędzy poszczególnymi rozdziałami, opisującymi każdy dzień z wyprawy do Svalbardu. Od samego początku wiemy, że nie skończy się ona dobrze – świadczy o tym nie tylko prolog, ale i kłopoty wycieczkowiczów – początkowo małe, jak zaginiony bagaż, ale z każdym dniem urastające do miana katastrofy.
Zdecydowaną zaletą powieści jest komplet kompletnie różnych postaci, z których każdej poświęcone jest w książce miejsce, przedstawiające różne perspektywy. To osiem osób, które na przestrzeni małego statku i groźnych wodach, pełnych nieprzyjaznej przyrody musi się mierzyć z własnymi słabościami, tajemnicami – a także z towarzystwem współuczestników rejsu. Na tej płaszczyźnie powieść wypada naprawdę nieźle – każda z postaci ma swój cel, tajemnice i słabości, które mogą „wybuchnąć” w każdej chwili. Ciężko jest ich uznać za sympatycznych, ale nie o to w tej powieści chodzi.
Na plus oceniam także sam styl. Opisy miejsc, do których trafiają bohaterowie pobudzają wyobraźnię, dialogi są naturalne, a sceny jatki krwawe.
Zbyt powoli do przodu
Lubię powieści, których akcja jest niespieszna – jednak warto, aby za tym wolnym tempem coś stało. Oczekiwałam drobiazgowego budowania suspensu, związanego z wydarzeniami w mieście-widmie, do którego w końcu dociera nasz rejs. Jednak te wydarzenia mają znaczenie wyłącznie dla – naprawdę dobrego! – finału. Przez to większą część książki czyta się jak bardzo długie wprowadzenie, kreślące sylwetki bohaterów i ich wzajemne uprzedzenia. Nie czyta się tego źle, jednak dla mnie – jak już wspomniałam – zabrakło elementu grozy.
Co by było gdyby pasażerowie wcześniej natknęli się na wirus – a my jako czytelnicy bylibyśmy utrzymywaniu w niepewności, co do wpływu tajemniczego mikroorganizmu na ludzi. Czy ich zachowanie wynika z ludzkiej natury poddanej testowi – a może jest rezultatem działania wirusa? Zabrakło mi tego elementu tajemniczości i niepewności – bo chociaż „Koniec mapy” ma zaskakiwać wydarzeniami, to wyjadacze tego typu opowieści wcale nie będą zaskoczeni, a opóźnienie kontaktu z wirusem odbiera wiele z budowania napięcia.
Powolne wprowadzenie w teorii ma sens – ma oddawać ciągnąca się podróż, stopniowe uwięzienie bohaterów, by w końcu doprowadzić do dynamicznego i bardzo brutalnego finału (w niektórych aspektach aż za bardzo, bo kilkustronicowa scena przemocy seksualnej była naprawdę zbędna). Zakończenie dało mi sporo satysfakcji – jednak tego napięcia oczekiwałam znacznie wcześniej. To jest w zasadzie mój główny zarzut do tej powieści, który czyni ją jedynie przeciętną i nie zapadającą w pamięć: nieodpowiednie rozłożenie dynamiki i za mało elementu „nadnaturalnego” (wirusa).
Słowem podsumowania…
„Koniec mapy” to powieść, która obiecuje więcej, niż daje, ale wcale nie znaczy to, że jest zła. Jeśli szukasz psychologicznego studium ludzkich reakcji pod presją w duchu „Lorda Much” lub „Moralnego niepokoju” – ta książka może Cię wciągnąć. Autor dobrze portretuje postaci, a ich konflikty i sekrety trzymają uwagę, nawet gdy akcja toczy się leniwie.
Niestety, fanów grozy i science-fiction czeka rozczarowanie. Wirus, który miał być głównym źródłem napięcia, pojawia się zbyt późno, a brak niepewności (czy to przez wpływ patogenu, czy samą ludzką naturę) odbiera historii mocniejszy dreszcz. Mimo krwawego finału i kilku naprawdę mocnych scen, całość przypomina bardziej katastroficzny dramat niż thriller z elementami nadnaturalnymi.
„Koniec mapy” to przeciętna, ale nie pozbawiona zalet pozycja – może nie zapadnie w pamięć na długo, ale zapewni kilka wieczorów solidnej lektury. Szkoda tylko, że autor nie sięgnął po więcej: gdyby lepiej rozłożył dynamikę i wcześniej wprowadził element grozy, mógłby stworzyć coś wyjątkowego.
Mimo wszystko nie żałuję lektury – to solidny debiut, który pokazuje potencjał autora. Być może jego kolejna książka, przy większym wyważeniu suspensu i tempa, trafi w moje gusta idealnie.
0 komentarze